Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Caffé degli Amici, Antico Osteria, Antico Nobile Albergo! Mijamy Resinę, kilkadziesiąt pałacyków i willi, tonących literalnie w zieleni, brudne Torre del Greco, później Torre Annunziata, nędzne miasteczko, rozsiadłe u stóp Wezuwjusza, który się za niem wznosi wysoko, owinięty u szczytu w kłęby dymu. Olbrzymie zbocza, obrosłe lasami drzew oliwnych, ale im wyżej, tem mniejsze drzewa i nędzniejsza roślinność, poprzerzynana lśniącemi w słońcu rzekami lawy zastygłej.
Stajemy w Pompei. Pociąg wyrzuca nas na małą stacyjkę, rodzaj budki przejazdowej, brzydką i samotnie stojącą w polach, pełnych winorośli, otaczającej siecią zieloną białawe pnie eukaliptusów. Zatoka tuż, prawie u nóg faluje i skrzy się wielkiemi plamami złota i szafiru, poprzez grube ramiona i ciemną zieleń figowców indyjskich. Przy dróżkach, wkoło płaskich domków, wzdłuż brzegów — żywopłoty z kaktusów, poskręcanych i potwornych wielkością, wiją się grzbietami kolczastemi lub płoty ze złotawej trzciny bronią od słonych fal i ostrych wichrów morza — siedziby ludzkie i długie pola grochów i jarzyn.
Opadła nas cała zgraja napół nagich miejscowych macheronów, starających się przekrzyczeć jeden drugiego, i w jaki bądź sposób zdobyć choć solda. Kilku wyrostków, o skórze niby bronz najpiękniejszy i kształtach młodych Bachusów, zaczęło przed nami, w pyle drogi, wywijać koziołki, a w przerwach żebrać z tą czysto neapolitańską uniżoną czelnością.
Wytrzymałem mężnie ten wściekły szturm do kieszeni i kupiwszy za dwa franki bilet, który ma otwo-