Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/213

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nych rzeźb koronkowych, a czasami spotyka się dom, jakby żywcem przeniesiony z nad Wielkiego Kanału. Miasto piękne, ale jakby wymarło, taka cisza wieje pod arkadami i na ulicach. Czasami przejedzie dwukołowy wózek, zaprzężony w osła, czasem kobieta jaka z koszem jarzyn lub pomarańcz na głowie przejdzie prostym automatycznym krokiem, niby kanefora grecka, z głównej ulicy dojdzie turkot tramwaju, lub okrzyk pijących w tratorjach i cicho się robi tak, że echa własnych kroków, rozbrzmiewające donośnie w ciszy — denerwują nieprzyjemnie.
Domy stoją zamknięte, ciche i posępne; przez bramy ażurowe czasami błyśnie ogródek pełen drzew i kwiatów i znowu tylko mur i szarość. Sklepów, a raczej kramów z tandetą wenecko-wiedeńską, dosyć, a jeszcze więcej pustych zwykle tratoryj, w których można dostać wina wprost za bezcen.
Tutaj, wpośród tej ciszy uliczek, podobnych do kanałów głębokich, pod cieniami, rzucającemi posępny mrok, wpośród domów z XIV, XV i XVI-go stulecia, mocnych, obronnych i ponurych, domów, które służą za mieszkania, więzienia i twierdze — można doskonale cofnąć się w średnie wieki Padwy. Człowiek bez trudu przenosi się do czasów podesty Ezzelina, kata dzieci, do wojen ulicznych szlachty z ludem, do bojów i awantur Carrarów, patrycjuszów miejscowych. Do tych scen pełnych mordów i tortur, w których ofiary wyrywały się z rąk katów, zębami i pazurami darły twarze swoich sędziów i zwycięzców, do tych procesyj uroczystych, podczas których zrywały się namiętności przytłumione,