Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


porozbijane mury zrastać, okrywać tynkami, kolumny się prostują, świątynia Jowisza na Forum, bazylika, termy, amfiteatr, domy, sklepy, place, chodniki — wszystko to przyobleka się w formy i w barwy. Kapitele się złocą, kolumnady bielą, posągi odcinają się jaskrawo od białych ścian swoją naturalną polichromją. Czerwone dachy rysują się na błękicie, w ulicach pełno ludzi i wozów, których ślady, wybite w tufie bruku, mam teraz pod nogami. Gwar się rozlega, w szynkach, których jest po kilka na każdej ulicy, w sklepach z oliwą, w warsztatach kowali i innych rzemieślników, na Forum, przed bazyliką, w cieniu kolumnad — pełno ludzi, pełno życia; pełno rozmaitości tego życia, swobodnie tętniącego pod niebem błękitnem, w powietrzu ciepłem, wśród piękna budynków i posągów, stojących na placach. Zatoka skrzy się złotem słońca i szemrze. Wezuwjusz w chmurach dymów białawych stoi cicho, a góry stoją w popielato-fioletowej mgle. Życie płynie szczęśliwie i prosto.
Aż nagle!..
Plinjusz młodszy w listach do Tacyta (XVI—XX) tak opowiada. Przytaczam tylko wyjątki:
„...Tymczasem na Wezuwjuszu widać było szerokie płomienie i ogromny pożar, którego jasność pokryły nagłe ciemności, jakie ogarnęły ziemię dookoła. Dla uspokojenia tych, którzy mu towarzyszyli, stryj mój (Plinjusz starszy) położył się i zasnął w istocie. Dziedziniec, przez który się wchodziło do jego mieszkania, zaczynał się napełniać popiołem i kamieniami. Budzą go więc, wychodzi i łączy się z Pomponjanem