Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/222

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Państwo dokąd jadą?
— Do Loreto! My, panie, z Bawarji — i zaczyna jakiś młody, przystojny mężczyzna, z czerwonym krzyżem na klapie surduta, opowiadać, ilu ich jest, skąd, czem są i t. d.
— A pani?
— Do Loreto — odpowiada stara kobieta, która, jak zauważyłem, całą drogę się modliła. Ta jest z Belgji, jedzie z całą rodziną — 14 osób. Zajmują prawie pół wagonu. Kobiety w drodze szyją, robią pończochy, cerują, a mężczyźni śpiewają, palą fajki i na każdej stacji wychodzą na peron i badają szczegółowo.
— Pan także do Loreto?
— Yes! — mruknął mi tylko jakiś Anglik, w jasnych flanelach, czerwonym krawacie, z czerwoną mocno twarzą i z czerwonym Baedeckerem w ręku, którego pilnie studjował.
Uwagę moją zwrócił wagon sąsiedni.
Wysoki, czarny, o ascetycznej twarzy, ksiądz stał w pośrodku i modlił się głośno, a dokoła niego klęczeli ludzie, pochylali głowy, bili się w piersi z pokorą i powtarzali chórem jego słowa. Rytmika tych głosów miała akcenty smutnej i groźnej zarazem lamentacji. Twarze mieli prawie czarne od słońca, chude, posiekane w drobną siatkę zmarszczek i surowe, a oczy płonęły dziecięcym wyrazem rzewności naiwnej i patrzały w księdza, niby w obraz cudowny. Byli to Chorwaci, jadący w kilkadziesiąt osób, pod wodzą księdza, do Loreto. Punktem zbornym była