Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szczytne przez genjusz, uczucie i prostotę — są to niby proste i przejmujące szczerością krzyki dusz, kontemplujących o raju. Szereg kaplic z prawej strony, słabo oświetlonych, tworzy szereg naw, podobnych do muszli, wyłożonych drogiemi kamieniami, tak są pokryte freskami, lazurem przyćmionych, purpurą, złotem wyblakłych aureoli, tłumem postaci ascetycznych i świętych. Jest chwila, że słońce żywiej uderza w szyby i zatapia kościół refleksami szmaragdów, topazów, rubinów i kiedy te fale światła się rozpylą w mrocznej przestrzeni i zaczynają drgać na mozaikach posadzki, na rzeźbach stalli, na kratach ambon, na freskach — to zdaje się, jakby w tej powodzi tęczowych świateł płynęła procesja tych cudnych Giotto’wskich postaci, jakby kościół zapełnił się wonią nardu i ambry i tłumem niezliczonych dusz.
Trzeci kościół o tyle jest jasny i powietrzny, o ile tamte są ciemne i zaduszone. Gotyk w nim jest jakiś wyprostowany, jasny, leci w niebo, śpiewa smukłemi kolumienkami, promienieje radością i weselem. Wielkie, jasne okna wlewają potoki słońca. Postacie fresków porywają oczy swoją jasnością i weselem, jest w nim powietrznie i jasno...


∗             ∗

Ten sam frater zaprowadził mnie przez puste krużganki, przez sale olbrzymie, w których stare malowidła poopadały razem z tynkami, do refektarza, mogącego pomieścić kilkaset osób — pustego teraz i cichego. A później poszedłem jeszcze raz oglądać fre-