Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Chwilami wiatr przebiegał, strząsał z akacyj miljony różowych płatków i niósł je na zielone pola, niby chmurę wonną, a przynosił do nas czyste głosy dziewcząt, brzmiące miłą harmonją w tej ciszy jasnej:

„Kwiecie migdałowy!
Chciałabym z miłym pozostać przez chwilę.
Lecz niechby chwila przez dzień cały trwała.
Kwiecie różany!
Chciałabym w woni zamknąć serce moje.
Otoczyć niemi kochanka drogiego.
Kwiecie cytryny...“

Brzmiały wesoło stornelle, ale już nie miałem czasu słuchać, bo nasz przewodnik nadszedł i zaczęliśmy iść w głąb ogrodu. Przewodniczył nam jeden z trapistów.
Opatrzeni długiemi skrętami stoczków woskowych, zaczęliśmy schodzić w rodzaj studni bardzo porządnemi schodami. Mrok ogarniał nas stopniowo, wysoko nad nami lśniło się przepyszne niebo i złote promienie słońca przeciekały przez plątaninę krzewów, rosnących nad otworem, ślizgając się po omszonych głazach ocembrowania. Po kilkunastu minutach schody skręciły na prawo, ogarnęła nas zupełna ciemność i pełne jakiejś suchej stęchlizny powietrze. Zapalono stoczki i poszliśmy w głąb korytarzami nieskończonemi, galerjami pustemi i niezbyt foremnie kutemi w tufie, krzyżującemi się we wszystkich kierunkach. Idą na lewo, na prawo, prosto, opuszczają się niżej, pną się pod górę, skręcają raptownie, giną w pieczarach lub pod zsypiskami ziemi.