Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/242

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


torsów bohaterskich, obtłuczone głowy. Kawały nóg i ramion, tablice, pełne okruchów przeszłości, wmurowano razem z cegłami i olbrzymiemi kwadratami granitu w mur, biegnący z obu stron drogi Appijskiej; bluszcz rośnie w szczelinach i pokrywa te smutne łachmany zielenią, róże zwieszają białe kwiaty na kamienne profile, potworne kaktusy ciągną z tych prochów życie, a wysmukłe figowce rzucają cień na te gruzy, pomiędzy któremi zielone jaszczurki przesuwają się, niby płomyki.
Po prawej stronie ciągnie się akwadukt w połamanych linjach, jego długi szkielet i ten nieskończony szereg arkad, na których się wspiera, czynią wrażenie jakiegoś bajecznego potworu. Góry koło Albano, spowite w błękit, zaledwie majaczeją. Cały krajobraz ogromnie szeroki i majestatyczny. Gdzie niegdzie stoi grupa cyprysów, lub się prostują sosny baldachimowe, rozpościerające swoje strzępiaste igły do słońca, to długie szaro-zielone linje winnic, niby las, ciągną się po stokach wzgórz, to krwiste plamy maków jaskrawo się odrzynają od szarych ruin, na których rosną, i wprowadzają dziwny dysonans do tej błękitnawo-seledynowej harmonji przestrzeni.
Grób Cecylji Metelli stoi jeszcze i hardo urąga czasom, ale może jeszcze lat pięćdziesiąt wytrzymają jego czerwone, popękane mury, może sto, i rozwali się, jak wszystko, w proch.
Ruiny, ruiny, ruiny!
Przechodząc obok nich, już nie chcę wiedzieć, czem były niegdyś, kto stawiał te pałace, kto w nich