Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/241

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


trzeciego, lub nawet czwartego piętra, wylewano bez ceremonji rozmaitości prosto na ulicę.
Trochę zabłądziłem, ale wkońcu znalazłem się na drodze Appijskiej.
Ranek był prześliczny, różowawe lekkie opary przysłaniały Rzym i jego niezliczone szczyty kościołów; z tej przezroczystej, ruchomej masy wyłaniały się wzgórza pokryte winnicami, długie korpusy akwaduktów, ruiny, setki domów, jak słabe zarysy tylko majaczejące; wielki krajobraz pełen słodkiej ciszy i niezmiernego uroku roztaczał się przede mną w przymglonej panoramie.
Appijska droga! Regina viarum, stary, cmentarny gościniec, wiodący niegdyś do granic państwa. Stary szlak, którym ciągnęły triumfy, procesje narodów barbarzyńskich w kajdanach, dzikie zwierzęta do igrzysk, zwyciężeni, siła i niemoc. Cenzor Appius Claudius, na trzysta lat przed Chrystusem, wytknął go i ochrzcił swojem imieniem; do samej Capui był wyłożony taflami bazaltu. Znikło państwo, wymarli cezarowie, Rzym się walił i budował na nowo, wstał świat inny i inne idee zapanowały, tylko ten stary szlak pozostał.
Niby złomy skał podruzgotanych, porosłe chwastem, pookręcane bluszczami, sterczą ponad drogą resztki pomników mogilnych, groby grobów, szczątki pałaców — te wszystkie domki, tonące w zieleni, te wille podmiejskie, mury, trattorje, drogi bite — to wszystko powstało ze złomów i z tych ruin. Kawały kolumn, czarne bazaltowe trzony, kapitele, odłamki marmurów, pokryte nawpół zatartemi rzeźbami, resztki