Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tem modlitw pobożnych i westchnieniami, które w tej denerwującej ciszy rozlegają się jakby jękami.
Siedziałem tam dość długo, ale zaczyna dusić powietrze, zaczyna być ciężko, czuje się wciąż tę dziwną trwogę grobu i osamotnienia, zaczyna się szalenie pragnąć słońca, powietrza, głosów innych, któreby rozbiły tę ciszę śmiertelną, chce się żyć.
Frater blady, wyglądający więcej na widmo, niż na człowieka, wyprowadza nas do środkowego kościoła. Wpada się z jednej halucynacji — w drugą.
Jest to rodzaj olbrzymiej, przypłaszczonej pieczary, zaledwie słabo rozświeconej kolorowemi oknami, jest to jakby korytarz, którym się idzie do nieba; podtrzymywany przez pogięte łęki tak dziwnie, iż się zdaje, że lada chwila te mury muszą runąć, bo tak się płaszczą, że człowiek, poddający się bezwiednie wrażeniu, musi paść na kolana, musi się czołgać do krat ołtarzy i musi się modlić słowami, wyrwanemi z serca, musi rzucić wszystko, co złe i dumne, i tutaj ze skruchą wypierać się życia i czuć się niczem wobec potęgi niezmiernej, marnością i pyłem — i może już tutaj czuć przedsmak przyszłej szczęśliwości, może poić oczy lazurem ciemnym, pociętym pasami purpurowemi, na których tysiące złotych gwiazd migoce tajemniczo; otoczy go ta osobliwsza malowana roślinność, rój głów anielskich, sceny z ekstazy, aureoli złotych, dusz rozmodlonych, cała harmonja barw, uczuć i nastrojów, rozsnuta po ścianach, stropie i kolumnach kościoła przez Giotta, Cavalini’ego i Taddea Gaddi’ego. Sceny po ścianach snują się niby widzenia i niby widzenia są