Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


to ucieczka od życia wysilonego i strasznego, od życia mordów i wojen średniowiecznych, od walk z ciałem i z pokusami i oczekiwanie szczęśliwości. Trzecia, kościół górny: to już niebo, niebo radości i wesela; szczęśliwość pełna omdleń ekstatycznych, uśmiechów słodyczy, barw zapomnienia i poddania się zupełnego.
Do podziemi prowadzi nas blady frater; zapuszczamy się w jakiś korytarz, prowadzący nadół, przewodnik co chwila ginie na skręcie ślimakowatych schodów, ogarnia nas ciemność dziwna, cisza przerażająca i jakieś tchnienie wilgotnego, grobowego powietrza.
Marmurowe stopnie i marmurem wykładane ściany ociekają wilgocią, poręcz, której się trzeba trzymać, aby nie zlecieć, jest wilgotna i zimna. Idzie się, nic nie widząc, bo ta zielonawa czarność przebłyskuje chwilami żółtemi skrami pochodni, oślepia i gaśnie natychmiast. Schodząc coraz niżej, ma się uczucie, jakby się zstępowało do grobu — oderwane dźwięki pieśni płyną z górnego kościoła za nami i huczą głucho — niby w studni.
Przed nami w czarnej głębi — ukazuje się przyćmiona mrokami glorja świateł u grobu świętego. Kilka lamp oliwnych, nie palących się, ale jakby tylko tchnących bladawym pyłem światła, majaczeje w tej czarności. Frater zapala kilka pochodni, światło bucha całym snopem płomieni i dym ciężki, gryzący, przykrywa wszystko obłokiem szarawym, przez który zaledwie się spostrzega ołtarz i szklaną trumnę z ciałem świętego. Trzask palących się pochodni miesza się z szep-