Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/248

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Te wysokie, wąskie korytarze, kończące się w nieznanych głębiach, ta nieskończona ilość grobów, porozmieszczanych z obu stron, niby szuflady, w regularnych odstępach jedne nad drugiemi, wywołują w widzu przygnębiające jakieś wrażenie.
Groby! groby! groby!
Chowano jednych nad drugimi, wsuwając zmarłych bokiem. Większość grobów jest pusta, bo całe miljony szczątek pochowano później gdzie indziej, lub rozesłano po chrześcijaństwie, jako relikwje. Idę coraz dalej, przeniknięty tragicznym majestatem tych głębin. Otoczki grobowych otworów, framugi, ściany pełne są jeszcze napisów, rytych na kawałkach marmurów stylem lub wydrapywanych na glinie i mówiących więcej niż wszelkie historje. Są to jakby krótkie strofy rezygnacji, pokory, prośby, pożegnań ostatnich; proste okrzyki serc, umierających w Panu, słowa uwielbień, ciche głosy dusz, wstępujących do nieba. Niema nigdzie wzmianek, czy umarły był servus, czy liber lub sclavus — senator czy nędzarz; w wielu napisach niema nawet imienia. Absolutna równość w krainie śmierci. Stoczki tak słabo świecą, a litery tak są pokryte pleśnią, że z trudnością można czytać: „Amicus omnium!“ „Dusza niewinna“, „Baranek boży“, „Gołąb bez zmazy“, „Nie płaczcie“, „Poszedł do Boga“ i setki innych, pełnych rzewnej serdeczności i smutku.
Powoli człowiek zapomina, gdzie jest, skąd i poco! i chodzi tylko od grobu do grobu, przyświeca sobie, czyta i wchłania tę przeszłość zamarłą, która mówi temi grobami i chwilami się niemal zdaje, że oto groby