Cmentarna lilja/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Cmentarna lilja
Wydawca Kurjer Wileński
Data wydania 1910
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
DODATEK BEZPŁATNY (LISTOPAD)
DLA PRENUMERATORÓW „KURJERA WILEŃSKIEGO“
SELMA LAGERLŐF.
CMENTARNA LILJA
WILNO
NAKŁADEM „KURJERA WILEŃSKIEGO“
1910
Druk Józefa Zawadzkiego w Wilnie





ROZDZIAŁ I.

W końcu trzeciego dziesiątka ubiegłego stulecia na jednem z przedmieść miasta uniwersyteckiego Upsala, w miejscu dość odludnem, stał wysoki dom, pomalowany jasno-żółtą farbą. Jaskrawy kolor ścian łagodził rozpięty winograd, rozrosły tak bujnie, że tworzył gęste ramy naokoło trzech okien 2-go piętra.
W pokoju, przy jednem z tych okien, siedział student i pijąc ranną kawę, podziwiał przepych cudnego dnia jesiennego.
Młody chłopak wysokiego wzrostu, rysy twarzy miał regularne i pewną elegancję w całej swej postaci; ubrany był dostatnio i wykwintnie.
Pokój studenta był ładnie urządzony. Pod ścianą stała wygodna otomana, między oknami — duże biuro, wyściełane krzesła, stoły i szafa do książek dopełniały umeblowania; książek tylko w szafie było uderzająco mało. Na stole leżały piękne włoskie skrzypce obok kosztownego futerału.
Zaledwie student skończył pić kawę, gdy do pokoju wszedł gość, także student.
Przybyły miał wygląd wręcz odmienny od naszego studenta; był nizki, przysadzisty, o twarzy szerokiej, brzydkiej.
— Dzień dobry, Gunnarze, rzekł, przyszedłem powiedzieć ci słów kilka, ale to słów bardzo poważnych.
— Co ci się stało? Czy co nieprzyjemnego?
— Mnie? nic, a nic. To się ciebie tyczy... — odparł. Ale djablo nieprzyjemnie mówić o tem.
— A więc nie mów, odpowiedział Gunnar, uśmiechając się z uroczystej miny kolegi.
— Właśnie, że dłużej milczeć nie mogę, — rzekł przybyły, dawno mi to już leży na sercu. Powiesz zapewne: jak wam się podoba ten Gustaw Olin, syn naszego sługi, a ma się za tak ważną, osobę, że śmie mnie morały prawić.
— Co znowu Olinie! — rzekł Gunnar, proszę cię, nie sądź, abym mógł coś podobnego pomyśleć! Mój dziad również był synem chłopa.
— Tak, ale o tem już obecnie nikt nie pamięta, — odpowiedział Olin i zamilkł, patrząc uporczywie na Gunnara, giestykulował przytem zawzięcie, jakby gwałtowne ruchy rąk miały mu dodać męstwa.
— A więc zaczynam. Gdy pomyślę o różnicy położenia naszych rodzin, to zdaje mi się, że powinienem milczeć, a gdy sobie przypomnę, że to twój ojciec dał mi możność wstąpienia na uniwersytet, czuję, że powinienem mówić.
Gunnar spoglądał na kolegę z przyjaznym uśmiechem, zachęcając go do mówienia.
— Słyszę, rzekł Gustaw, jak ludzie mówią — Gunnar się nie uczy; mówią — że podczas tych czterech semestrów, które tu jesteś zapisany jako student, książki prawie nie otworzyłeś. Mówią, — że całemi dniami tylko zajmujesz się muzyką. Muszę wierzyć, bo i przedtem, gdyśmy jeszcze chodzili do szkoły w Falunie, również nie lubiłeś się uczyć.
Gustaw poruszył się niespokojnie na krześle. Przykra sytuacja gnębiła go coraz bardziej, odważnie jednak prowadził rzecz dalej.
— Zapewnie ci się zdaje, że z takim majątkiem, jak Münkshütte, masz prawo robić, co ci się podoba, a nie robić tego, do czego nie czujesz ochoty. Zdasz egzamin — dobrze, nie zdasz — również dobrze, bądź co bądź pozostaniesz właścicielem kopalni i całe życie przepędzisz w Münkshütte! — tak zapewne rozumujesz?
Gunnar milczał, a Gustawowi nieraz się zdawało, że Gunnar jest otoczony taką aureolą powagi, jaką dawniej dla niego otoczeni byli jego ojciec i matka, pan radca górniczy i pani radczyni — górnicza.
— Lecz, czy ty wiesz, że twój majątek, już nie jest taki, jakim był wówczas, gdy w kopalniach jeszcze było żelazo, przyciszając głos, mówił Gustaw, — to już wiadome było samemu radcy górniczemu i dlatego przed swą śmiercią żądał, abyś ty wstąpił na uniwersytet. I twoja matka, to wie, tak samo, jak i cała parafia. Jedyny człowiek, który o niczem nie wie, to ty, Gunnarze.
— Mylisz się, wiem, że kopalnie nie dają mi już dochodu, rzekł Gunnar nieco obrażony.
— O tem, naturalnie, wiesz, odparł Gustaw, lecz tego nie wiesz, że właściwie sam majątek — już prawie nie istnieje. Osądź sam, czy można wyżyć tylko z roli w zachodniej Dalekarlji? Doprawdy nie rozumiem dlaczego pani radczyni ukrywa to przed tobą. Rządzi samodzielnie majątkiem i dlatego zapewne nie uważa za potrzebne pytać o twoje zdanie. Wszyscy wiedzą, że nawet mało w domu przebywa. Mówią, że wciąż odwiedza lichwiarzy. Być może, że nie chce cię niepokoić i liczy na to, że jakoś poradzi sobie do czasu, aż ty skończysz uniwersytet. Nie chce sprzedać wsi, chowa dla ciebie przytulne gniazdo, gdy skończysz naukę i wrócisz do domu.
Gunnar wstał, przeszedł się kilka razy po pokoju i stanął przed Gustawem.
— Jaki masz cel w tem, aby mnie przekonać, że nie mamy majątku?
— Trzeba, żebyś zrozumiał, że skoro już nie masz majątku, nie możesz żyć, nie zarabiając, a tylko tracąc pieniądze.
— Matka powinna była mnie uprzedzić rzekł Gunnar. Jestem ci wdzięczny, Olinie, lecz sądzę że cię nastraszyła jakaś plotka.
— Wiedziałem, że o niczem nie wiesz, upierał się przy swoim Olin, tam, w Münskhütte, pani radczyni skąpi sobie we wszystkiem, oszczędza i pieniądze tobie posyła do Upsali. Odmawia sobie wszystkiego, abyś ty mógł wesoło i przyjemnie czas spędzić. A ty siedzisz tu i nic nie robisz, nie widzisz, że bieda nadciąga. Nie mogę obojętnie patrzeć, jak wy nawzajem się oszukujecie. Pani radczyni myśli, że ty się uczysz, a ty sądzisz, że ona jest bogatą. Nie mogłem milczeć, widząc, jak marnujesz swą przyszłość.
Gunnar przez długą chwilę milczał, wreszcie podał rękę Gustawowi.
— Czuję, że prawdę mówisz, trudno mi w to uwierzyć, w każdym razie, — dziękuję ci.
Oczy Gustawa zajaśniały radością, silnie uścisnął dłoń Gunnarowi i rzekł:
— Gdybyś zaczął pracować, mógłbyś jeszcze wszystko poprawić. Przy twoich zdolnościach, zdałbyś egzaminy w ciągu 3 — 4 lat.
Gunnar wyprostował swą wysoką postać.
— Bądź spokojny, Olinie, teraz zacznę serjo pracować.
Olin wstał i skierował się ku drzwiom, lecz doszedłszy do progu, — wrócił.
— Chcę cię o coś prosić, rzekł mocno zmięszany. Chciałbym, abyś mi dał na przechowanie twoje skrzypce, — do czasu, dopóki się nie wciągniesz do systematycznej pracy.
— Oddać ci skrzypce?
— Tak. Zawiń je w jedwabne pokrycie, zamknij w futerale i pozwól mi je zabrać ze sobą, — w przeciwnym razie nic nie będzie z twoich zamiarów. Zaczniesz znów grać, gdy ja opuszczę ten pokój. Tyś tak przywykł do tego, że nie oprzesz się pokusie, dopóki będziesz miał skrzypce pod ręką. Nie dasz sobie z tem rady, jeśli ci kto nie pomoże. Ta namiętność zbyt już cię opanowała.
Gunnar się zasępił.
— Głupstwo! — rzekł.
— Nie, nie głupstwo. Odziedziczyłeś zamiłowanie do muzyki po twoim ojcu, masz tę namiętność we krwi. Od czasu, gdy rozporządzasz sobą, od czasu, gdyś przyjechał do Upsali, nic innego nie robisz, tylko grasz. Dlatego wybrałeś sobie to mieszkanie, abyś nikomu nie przeszkadzał grą. Ty sam nie zapanujesz nad sobą i dlatego — oddaj mi skrzypce.
— To prawda. Grałem i przestać nie mogłem, ale teraz rzecz inna. Teraz, gdy idzie o Münkshütte, moje gniazdo rodzinne jest mi droższe od muzyki!
Olin nie ustępował i domagał się stanowczo pozwolenia zabrania skrzypiec.
Gunnar zniecierpliwił się.
— A zresztą, cóż to pomoże? Gdy zechcę grać, to przejdę kilka kroków i dostanę inne skrzypce.
— Wiem o tem, odrzekł Olin, — lecz nie sądzę, aby każdy instrument był dla ciebie pożądany. Największą pokusą dla ciebie są — twoje włskie skrzypce. Oprócz tego radziłbym ci nie wchodzić przez czas jakiś, — dopóki nie przywykniesz do pracy.
Olin nie przestawaj prosić, a Gunnar nie zgadzał się.
Jakże on mógł się zgodzić na areszt domowy?
Olin z wysiłku i przejęcia, zaczerwienił się jak burak.
Na nowo, tonem serdecznym i szczerym rozpoczął swe dowodzenia:
— Muszę zabrać skrzypce ze sobą, inaczej cały wysiłek na nic. Liczyłem, że nie będę zmuszony poruszyć jeszcze jednej okoliczności, ale mnie do tego zmusza twój opór. Otóż na wiosennym balu studenckim spotkałem młodą dziewczynę, o której mi mówiono, że jest twoją narzeczoną. Ja nie tańczę, ale z przyjemnością śledziłem za zwinnemi ruchami młodej dziewczyny, która promieniała wdziękiem i skromnością, jak lilja polna. Gdy mi powiedziano, że jest twoją narzeczoną, — żal mi się jej zrobiło.
— Dlaczego?
— Bo wiedziałem, że nie osiągniesz celu, żyjąc w dalszym ciągu, jak dotąd. Wówczas dałem sobie słowo, że to dziecko nie zmarnuje swego życia, łudząc się nadzieją, która się nie urzeczywistni. Nie powinna zwiędnąć, czekając na ciebie. Nie chcę jej spotkać za lat kilka z bruzdami żalu naokoło zbladłych ust.
Nagle Gustaw zamilkł.
Gunnar spojrzał mu przenikliwie w oczy, — zrozumiał, że Gustaw kocha jego narzeczoną. Uczuł się głęboko wzruszony bezinteresownością kolegi, pragnącego ratować go wbrew własnym uczuciom. Zniewolony tem, ustąpił i wręczył mu futerał ze skrzypcami.
Po wyjściu Olina przez całą godzinę pilnie czytał, wreszcie znużony rzucił książkę.
— Jaką korzyść da mi nauka? przed trzema, czterema laty nie skończę kursu, a kto mi zaręczy, że do tej pory majątek nie będzie sprzedany z młotka.
Odezwała się w nim miłość dla gniazda rodzinnego. Przerażenie ogarnęło go na myśl, że je utracić może. Stary dwór, każdy pokój, każde drzewo w parku — stanęło mu przed oczyma; nigdy nie będzie się czuł szczęśliwym, gdy je utraci. Siedzieć nad książką podczas, gdy gniazdo ukochane może się wymknąć z rąk jego! Coraz większe wzburzenie wzbierało w nim, krew waliła w skronie, jak w gorączce.
Opanowała go rozpacz; — gdyby to mieć skrzypce i grać, grać aż do utraty pamięci. — Ten Olin doprowadzi mnie do szaleństwa! opowiada takie nowiny i zabiera mi skrzypce! muszę mieć smyczek w dłoni podczas godzin wesela, a tem bardziej smutku. Pragnę i ja się czegoś dobić, zarobić dużo pieniędzy, owszem — lecz w tej chwili nie mam ani jednej myśli w głowie, czyż ja mogę myśleć bez smyczka w ręku?
Nie mógł zagłuszyć w sobie uczucia, że go pozbawiono swobody. Zdawało mu się, że Olin działał podstępnie, zły był na niego do tego stopnia, że gotów byt obić go, gdyby się w tej chwili zjawił. Naturalnie, że grałby teraz, gdyby mu nie zabrał skrzypiec, — właśnie powinien teraz grać.


∗             ∗

Gdy tęsknota Gunnara za muzyką dosięgła najwyższego napięcia, na podwórzu, pod jego oknem rozległ się piskliwy brzęk strun skrzypcowych.
Stary, ślepy grajek wędrowny, grał fałszując i bez wyrazu, lecz Gunnar tak był zaskoczony tem zjawiskiem, że ze łzami w oczach stanął w oknie i z najwyższem skupieniem słuchał prostej piosenki wędrownego artysty.
Po chwili nagłym ruchem otworzył okno i czepiając się łozy winogradu spuścił się na podwórze.
Przyszła jego przyjaciółka serdeczna, aby go pocieszyć w nieszczęściu. Ruchem błagalnym wyciągnął ręce, prosząc ślepca o pożyczenie nędznych skrzypiec. Towarzysząca ślepemu mała dziewczynka spojrzała na Gunnara przenikliwie i wyjąwszy skrzypce z rąk grajka podała mu je, mówiąc:
— Proszę zagrać „Brata myśliwego“.
Gunnar spełnił jej życzenie. Obojętne było, co miał grać, aby tylko czuć smyczek w dłoni. Struny wraz do niego przemówiły: „Jestem tylko tanią nędzną skrzypeczką, pomimo to jestem pociechą i podporą ślepca. Jestem światłem, kolorem i blaskiem w jego życiu, starości, biedzie i ślepocie“. Dusza Gunnara poczęta się dźwigać z pod ciężącego nad nią brzemienia.
„Jesteś młody i silny, śpiewały struny, możesz walczyć; dążyć naprzód. Nie wolno ci upadać na duchu, miej nadzieję, że zwyciężysz trudności. Nie smuć się!“
Otucha wstąpiła do duszy Gustawa, podniósł oczy dotąd opuszczone, i — ujrzał się otoczony gromadką dzieci i przechodniów, których zwabiła jego gra. Obok niego stał pajac w trykotach naszytych blaszkami. Pajac był już niemłody i wynędzniały, ale miał ogniste oczy i zapał bił z jego spojrzenia.
Jego żona, mała okrągła kobiecina, również już nie pierwszej młodości, stała obok niego uśmiechnięta wesoło, zręczna w swojej gazowej, oszytej falbanami sukience. Pierwsze takty walca obudziły ich czujność. Wzięli się za ręce i poczęli tańczyć na małym dywaniku rozpostartym na bruku podwórza.
Gunnar zauważył ich dopiero, podczas ekwilibrystycznych ćwiczeń, które nastąpiły po przetańczonym walcu. Pracował tylko mąż, a żona uśmiechając się zbierała datki od publiczności. Mało to interesowało naszego studenta. Smyczek szybko biegł po strunach i opowiadał o szczęściu, które znaleźć można w walce zwycięskiej. Gunnar czuł się w swoim żywiole. Grał dla siebie, nie myśląc o otoczeniu. Naraz zrobiło się małe zamięszanie. Pajac zaprzestał koziołków, jego żona już się nie uśmiechała. Objęli się i kołysali w takt granego przez Gunnara walca.
Z rosnącym zapałem grał Gunnar. Po „Bracie myśliwym“ zaczął grać stary szwedzki taniec „Nekkens Polska“, ulubiony taniec na zabawach ludowych. A pajace tańczyli. I jak tańczyli! nie schodząc z małego dywanika, opasywali go małemi, eleganckiemi kręgami. Nagłe zwroty i różne pas wykonane były z precyzją i zręcznością wyjątkową. A lica ich jaśniały szczęściem, ożyła miłość i zapał minionej młodości.
Tłum był zachwycony. Mała dziewczyna z poważną buzią również się uśmiechała, a Gunnar także był wzruszony.
— Oto, jak działa jego smyczek, — niesie ludziom cenny dar — zapomnienie wszelkich trosk. W jego rękach siła ogromna. W każdej chwili, gdy zechce może wstąpić w to swoje państwo. Gdyby mógł popracować przez lat kilka pod kierunkiem dobrych profesorów zagranicą, objechałby następnie cały świat i grą swoją zdobyłby i sławę, i majątek.
Dziś, ci nędzni akrobaci zjawili się tylko po to, aby mu odkryć jego właściwe powołanie. Oto droga, po której iść powinien — ona doprowadzi go do świetnej przyszłości. Chcę być artystą-muzykiem i będę nim. Będę czarował muzyką, i zdobędę nią potrzebne na wykupienie rodzinnego gniazda pieniądze. Uniwersytet mi tego nie da.
Urwała się pieśń. Gunnar przestał grać. Tancerka podeszła do niego ze słowami uwielbienia dla jego pięknej gry. Podszedł mąż jej i przedstawił się: nazywa się Blomgren, ale występuje pod przybranem nazwiskiem. Pracował dawniej w cyrku, pani Blomgren także znaną była pod imieniem Violi. Pomimo, że wystąpili z cyrku, pozostali artystami z duszy i ciała, i dlatego nie mogli oprzeć się urokowi jego gry.
Gunnar z akrobatami pozostał jeszcze kilka godzin. Nie mógł się rozstać ze skrzypcami i zapał akrobatów dodawał mu energji.
— Muszę się przekonać, czy jest we mnie materiał na prawdziwego artystę, zobaczę, czy uda mi się porwać tłum, czy on za mną pójdzie.
Przechodząc z podwórza na podwórze Blomgren narzucał na ramiona stary, podbity wiatrem płaszcz, a pani Blomgrenowa otulała się zniszczoną bronzową, sukienną peleryną i szła obok Gunnara, papląc bezustannie. Pan Blomgren miał niewyczerpany zapas opowieści o laurach, zbieranych przez niego w czasie gdy występowali w cyrku.
Dyrektor cyrku uwolnił jego żonę pod pretekstem, że zbyt już ociężała, jemu nie dano dymisji, sam podziękował. Czyż mógł pracować u dyrektora, który nie cenił jego żony!
Pani Blomgrenowa kochała swoją sztukę i dla niej jej mąż zdecydował się prowadzić życie wędrownego artysty. Zimą, gdy mróz nie pozwala na produkcje na świeżem powietrzu, dają przedstawienia w szopach. Mają na ten cel zupełnie inny repertuar: pantominy, sztuki magiczne.
Porzucili cyrk, ale nie sztukę, służą jej wiernie i służyć będą aż do śmierci.
Milcząc słuchał ich Gunnar. Myśli jego krążyły z przedmiotu na przedmiot. Wierzył, że bywają spotkania, jakby drogowskazy, należy iść za nimi. Przygoda jego dzisiejsza ma zapewne tajemne jakieś znaczenie. Należy odcyfrować tajemnicze znaki i iść za ich wskazówkami.
Blomgren zwrócił uwagę Gunnara na dziewczynkę, prowadzącą ślepca.
— Czy widział pan podobne oczy? niezawodnie takie oczy nie są dane dziewczynie bez przyczyny. Takie oczy może mieć tylko istota przeznaczona do dokonania czegoś wielkiego.
Gunnar przystanął i spojrzał na mizerne dziecko.
Prawda! na bladziutkiej, chudej twarzyczce oczy świeciły, jak dwie gwiazdy promienne.
— Wie Pan Bóg, co robi, rzekła pani Blomgrenowa, zapewne była to jego wola, aby taki artysta, jak pan student grał na ulicy, jak zwyczajny grajek. Lecz jakie znaczenie mieć mogą oczy tej dziewczyny i ten dziwny jej uśmiech?
— A ja powiem, rzekł Blomgren, że pomimo tych oczu i śmiechu, nie ma ona żadnych zdolności artystycznych.
Słowa Blomgrena nie były przeznaczone wyłącznie dla Gunnara; dziewczynka, idąca za nim czuła, że i do niej były zwrócone.
— Ma dopiero 13 lat, a więc jeszcze nie zapóźno na naukę, cóż, kiedy niema ani iskry talentu. Ucz ją pan szyć, ale nie ucz jej stać na głowie.
Jej uśmiech ludziom głowy zawraca, dodała pani Blomgrenowa, są rodziny, które ją chcą adoptować — z racji jej oczu i uśmiechu. Mogłaby żyć w bogatym domu, gdyby się zdecydowała opuścić swego dziadka.
A pocóż jej te oczy i uśmiech czarujący, gdy nie chce wleźć na trapez, ani na grzbiet konia?
— Znamy artystów, rzekła pani Blomgren, którzy podejmują dzieci z ulicy, uczą swego rzemiosła i następnie korzystają z ich pracy. Niejednemu uda się wyhodować gwiazdę, i ciągnąć z niej duże dochody. My tego nie pragniemy bynajmniej, marzymy tylko o tem, aby dożyć czasu i zobaczyć jak Ingryda błyszcząc cekinami i klejnotami, skakać będzie przez obręcze, z konia na koń, a cyrk będzie drżeć od oklasków. To byłoby koroną naszego życia. Kochamy tę małą, żyć bez niej nie możemy. Dla niej tylko trzymamy jej dziadka, nie jest to artysta wcale, tylko dla niej, dajemy mu przytułek. A ona jest niewdzięczną; czyż nie powinna się wstydzić, że dotąd nie nauczyła się naszej sztuki.
Gunnar spojrzał na dziewczynę. Wyraz dojmującego cierpienia wykrzywił jej rysy; widocznie biedactwo wierzyło w to, że człowiek nie umiejący chodzić po linie, godzien jest najwyższej pogardy.
W tej chwili weszli na nowe podwórze, lecz, nim artystyczne małżeństwo rozpoczęło swoje produkcje, Gunnar siadł na przewróconą taczkę i przemówił do nich w obronie Ingrydy.
W imieniu bladej, małej dziewczynki błagał ich o nieoddawanie jej na pastwę ordynarnym widzom, którzy będą ją pieścili i bili brawo przez czas jakiś, a gdy się zestarzeje i straci zdrowie, skażą na żebraninę o chłodzie i głodzie.
I ten jest artystą, kto zdoła dać szczęście. Ingryda niech zachowa swe oczy i uśmiech dla jednego, a ten jej da opiekę i wdzięczny będzie za upiększenie mu życia. Łzy zamigotały w oczach Gunnara, mówił dla siebie, niewiele zwracając uwagi na otoczenie.
Zabłysły oczy dziewczynki, wdzięczność z nich biła dla obrońcy, — odczuła i zrozumiała powagę jego słów, — i wyprostowała się jej biedna, skurczona figurka, jakby to on jej przyznał prawo do życia.
Blomgrenowie również uważnie słuchali, a gdy Gunnar skończył — kolejno uścisnęli jego rękę i uroczyście obiecali, że nie będą już namawiać Ingrydy do gimnastycznych ćwiczeń. Niech idzie drogą, jaką jej los przeznaczy. Rozczulił ich pan student, oni — artyści, artyści ciałem i duszą, odczuwają i rozumieją znaczenie uczuć, o których pan student chciał mówić. Po kilkugodzinnej wędrówce Gunnar pożegnał towarzystwo i poszedł do domu.
Już nie szukał klucza tej dziwnej przygody. Był pewien, że miał do spełnienia misję: przekonać tę małą męczennicę, aby się przestała dręczyć brakiem zdolności do akrobatyki.




ROZDZIAŁ II.

Münkshütte, majątek Gunnara Gede, położony był w samym środku lesistej parafji zachodniej Dalekarlji. Parafja obejmowała dużą przestrzeń, ale mało była zaludnioną. Kamieniste, lasem porosłe pagórki, dużo łąk i niewielka ilość ziemi uprawnej, niedostatecznie żywiącej swoich pracowników. Z tej przyczyny dalekarlijczycy zmuszeni byli trudnić się handlem. Ubóstwo ziemi i surowość klimatu wynagradzano sobie rojeniami o zdobyciu bogactw. W mizernych zaściankach opowiadano sobie bajki o biedakach, którzy wyszli z domu z tłomokiem towaru na plecach, a wracali do domu w złocistej karecie i z pełną skrzynią złota.
Bohaterem najbardziej fantastycznych bajek był ojciec Gunnara.
Syn ubogiego grajka, wyrósł ze smyczkiem w dłoni. Mając lat 17, rozpoczął wędrówkę, jako przekupień, a skrzypeczki oddawały mu przytem ogromne usługi. W każdej wsi grał mieszkańcom do tańca, a sprzedaż igieł, grzebieni, chustek i fartuchów, szła żwawo pod takt wesołej muzyki. Przekupień dużo zarabiał, tak dużo, że po upływie paru lat kupił majątek ziemski od pewnego podupadłego barona. W ten sposób został obywatelem, a piękna córka barona — jego żoną.
Od tej chwili, stary pan „radca“, jak go nazywano, miał tylko jedną troskę — upiększenia swej siedziby. Nad jeziorem zbudował obszerny pański dom, skąd roztaczał się cudowny widok na pola i lasy. Wokoło domu zasadzono park z drzew liściastych, a wśród lasku sosnowego wyrąbano ścieżki, prowadzące do jeziora. W parku zbudowano kioski, altany. Na tarasie przed domem stały w dużych kubłach prześliczne róże sztamowe, pokoje napełniono kosztownemi meblami holenderskiemu Postawiono wysoką ścianę dla ochrony sadu od wiatrów północnych.
Stary radca miał zawsze dobry humor, był bardzo gościnny i cieszył się powodzeniem u kobiet.
Otaczający go obecnie dobrobyt nie zatarł w nim pamięci o nędzy lat młodych. W gabinecie, na ścianie zawieszony był worek skórzany, w którym niegdyś towary po wsiach roznosił, a na biurku leżały proste skrzypce, na których wówczas do tańca grał swoim klijentom.
Z pewną dumą stary pan radca pokazywał odwiedzającym go sąsiadom te zabytki z lat dawnych, podstawy jego majątku.
Po śmierci jego, skrzypce i worek pozostały w poszanowaniu na swojem miejscu, a gdy padły na nie oczy synów i wnuków starego pana radcy, wdzięczność wzbierała w ich sercu ku skromnym przedmiotom, które pomogły do zdobycia ukochanej Münkshütte.
A piękniejszej wsi nad Münkshütte nie było na całym święcie. Przyjemnie, bez troski płynęły dni i lata mieszkańcom dworu. Znano ich w okolicy z wyjątkowej iście gościnności, i również wyjątkowemu wprost przywiązaniu do swej wsi rodzinnej. Gunnar tak samo fanatycznie miłował swoje gniazdo rodzinne. Gdyby mógł przestać być niewolnikiem swego starego domu, lasów, kilku włók pastwiska i sadu pokrzywionych jabłoni — to powinien był porzucić niezwłocznie uniwersytet i wyjechać, aby popracować serjo nad muzyką.
Zamiast tego Gunnar pojechał do domu sprawdzić stan interesów, i przekonał się o prawdzie słów Gustawa Olina. Gniazdo było zagrożone, groziła przymusowa sprzedaż, należało znaleźć fundusz na uratowanie. Dla zdobycia go Gunnar porzucił marzenia o muzyce i za przykładem swego dziada zdecydował się zostać przekupniem.
Matka i narzeczona opierały się temu postanowieniu, radziły sprzedać wieś, zamiast gubić swą przyszłość, ale decyzja Gunnara była nie do zwalczenia. Sprawił sobie ubranie chłopa dalekarlijskiego i z tłómokiem na plecach powędrował w świat. Miał nadzieję, że przez lat kilka zdoła tyle zarobić, aby wykupić z długów gniazdo rodzinne. Zamiar się udał, lecz biednego Gunnara spotkał okrutny los.
Po roku mozolnej wędrówki zdecydował się na większy interes, mogący mu dać duże korzyści. Udał się daleko na północ i zakupił stado kóz liczące kilkaset głów. Wraz z jednym tylko towarzyszem miał zamiar przepędzić swoje stado na jeden z rynków Wermlandu, gdzie cena kóz była dwa razy wyższą, niż na północy. Jeżeli się uda szczęśliwie przeprowadzić stado, zrobi doskonały interes.
Gdy Gunnar wyruszył ze swoimi kozami w drogę, był listopad, zimny wprawdzie, ale suchy. Pierwszy dzień drogi przebyli dobrze; lecz — gdy weszli w las, ciągnący się na przestrzeni kilku mil, zaczął padać śnieg, z początku suchy i drobny, następnie coraz obfitszy, aż przeszedł w silną zamieć.
Zwierzęta przerażone, zmęczone posuwały się z trudnością naprzód. Kozy, jak wiadomo; są wytrzymałe, lecz zamieć trwała dwie doby, śnieg zasypał trawy i biedne kozy nie miały się czem pożywić. Po dwudniowej wędrówce po śniegu zaczęła im schodzić skóra z odmrożonych nóg, coraz trudniejszą stawała się droga, aż wreszcie kozy iść już nie chciały.
Pierwszą, która padła, Gunnar zarzucił sobie na plecy i poniósł. Lecz, gdy za przykładem pierwszej pokładło się następnie coraz więcej sztuk, Gunnar rad nie rad tylko głowę odwrócił w inną stronę i szedł dalej.
Czy wiecie czem jest las na przestrzeni mil 10-ciu? Ani dworu, ani chaty — na całej drodze nie spotkasz człowieka, — widzisz tylko las. Wysokie sosny z koroną gałęzi u szczytu, z korą twardą, jak żelazo, bez śladu młodych pędów, któremi zwierzęta mogłyby się pożywić.
Gdyby nie śnieg, to przez las taki można się przedostać, lecz podczas śnieżnej zamieci, staje się to wręcz niemożebnem.
To też Gunnar ze swym towarzyszem ledwie zdołali się ocalić, a kozy wszystkie zginęły w lesie. Przez całą drogę nie spotkali nikogo, ktoby im przyszedł z pomocą. Z początku Gunnar próbował usuwać śnieg, aby zwierzęta mogły choć mchem się pożywić, lecz śnieg przymarzł mocno i dwóch ludzi nie wstanie było go usunąć.
Skąd w podobnych okolicznościach dostać paszy dla setek sztuk zwierząt?
Mężnie przenosił trudy podróży Gunnar, dopóki kozy nie zaczęły się skarżyć.
W pierwszym dniu podróży stado było wesołe, hałaśliwe i wciąż trzeba było rozbrajać walczących ze sobą kozłów.
Gdy zaczęły się trudności przeprawy, usposobienie ich szybko się zmieniło, humor znikł. Zaczęły beczeć, jęczeć, tak żałośnie, nie cicho, jak zwykle, a głośno, coraz głośniej i głośniej, w miarę powiększania się grozy położenia.
Żałośne beczenie kóz niezmiernie dręczyło Gunnara, zdawało mu się chwilami, że dostanie pomieszania zmysłów.
Las ciągnął się bez końca, — pomocy znikąd nie można się było spodziewać, a kozy kładły się jedna za drugą wzdłuż drogi. Padający bez przerwy śnieg nakrywał je białym całunem, — a gdy Gunnar oglądał się wstecz, widział szereg białych kopców, z pod których sterczały kopytka lub rogi nieszczęsnych zwierząt. Widok ten plątał mu myśli.
Próbował poganiać kozy, świszcząc nad niemi długim biczem, bił je nawet, lecz one już nie miały sił dźwignąć się. Brał je za rogi i ciągnął — wstawały wówczas, lecz nie postąpiły ani kroku. Gdy brał je za rogi lizały mu ręce, prosząc o pomoc. Przejścia te tak silnie działały na wrażliwe usposobienie młodzieńca, że myśli jego plątały się coraz bardziej. Niewiadomo jakby się to wszystko skończyło, gdyby Gunnar po tej katastrofie nie był pojechał do narzeczonej. Pragnął ją widzieć, doznać ukojenia, poradzić się.
Ze ślubem, wobec poniesionej straty, należało jakiś czas poczekać. Chciał się przekonać, czy ona go kocha i gotowa czekać, aż się znów dorobi pieniędzy.
Spodziewał się, że obecność narzeczonej zatrze w nim wspomnienie przejść doznanych w lesie.
I dziewczynie niezawodnie by się to udało, gdyby zechciała. Lecz ona nie chciała. Gniewało już ją dawno, że Gunnar przebrał się w chłopski strój i został wędrownym przekupniem. A gdy jej oznajmił, że z powodu poniesionej straty trzeba termin ślubu odłożyć, kto wie, czy nie na lata całe odpowiedziała, że czekać na niego nie będzie. Wówczas Gunnar zwariował.
Automatycznie chodził w dalszym ciągu od wsi do wsi ze swoim ciężkim tłomokiem na plecach. Kpiono i żartowano sobie z niego, ale dość dużo sprzedawał i sporo zarabiał.
Po upływie kilku lat zebrał tyle pieniędzy, że po spłaceniu długów, mógł żyć bez troski w swojej wsi, lecz niepokój wewnętrzny i potrzeba ruchu gnała go od zaścianka do zaścianka, wlókł się krokiem ociężałym, zgarbiony, nie zdając sobie sprawy ze swoich czynów, ani też do jakiej klasy społecznej należy.




ROZDZIAŁ III.

Wysunięta na północ granicy Dalekarlji i Wermlandu leży parafia Rockland.
Piękny i obszerny jest dom, zamieszkany przez starego pastora; natomiast maleńki jest domek zajęty przez jego pomocnika.
Pomimo ograniczonych środków, mieszkańcy małego domu przyjęli na wychowanie Ingrydę.
Płaczącą rzewnie spotkał ją pewnego dnia pastor i na jego życzliwe zapytanie, odpowiedziała, że płacze z żalu za zmarłym dziadkiem. Innych krewnych nie posiada, opiekuje się nią para akrobatów, są dla niej dobrzy, a ona się im niczem wywdzięczyć nie może, bo z powodu swej głupoty nie może się nauczyć chodzić po linie.
Szczery ból dziewczynki wzbudził współczucie pastora. Pomyślał, że nie powinien pozwolić na zatratę tej młodej istoty.
Udał się do Blomgrenów i oznajmił im, że gotów jest wziąć na wychowanie sierotę.
Cyrkówka zaczęła płakać i żalić się, że pomimo braku zdolności Ingrydy do sztuki, kocha ją czule, gotowa się z nią rozstać tylko dla jej dobra, licząc, że dziewczynie będzie lepiej żyć w domu pastora, niż tułać się z nimi po drogach.
Zgodzi się ją oddać, jeżeli pan pastor jej obieca, że będzie Ingrydę kochał jak własne dziecko. Pastor obiecał i od tej pory sierotka chowa się w jego domu.
Wychowawcy bardzo polubili cichą i usłużną dziewczynkę. Z biegiem lat natura Ingrydy uległa zmianie.
Świat legend i baśni pociągnął ją nieprzeparcie, zamyślała się często aż do utraty poczucia rzeczywistości. Oczywiście, praca jej wówczas nie szła wcale. Żona pastora, kobieta bardzo pracowita nie uznawała marzycielstwa, nazywała dziewczę leniuchem i próżniakiem i często ją z tej przyczyny strofowała. Surowe obejście źle wpływało na Ingrydę, stała się znów zahukaną i nieszczęśliwą. Gdy skończyła lat 19-cie niebezpiecznie się rozchorowała. Niewiadomo, co jej się stało, doktora nigdy w tej okolicy nie było, — otoczenie i kumoszki zdecydowały, że dziewczyna żyć nie będzie.
Ona sama prosiła Boga o wyzwolenie, nie chciała żyć.
— Tak chciałabym już umrzeć — mówiła.
Zdawało się, że Pan Bóg spełni jej życzenie. Pewnej nocy zrobiło jej się zimno, zesztywniała, i było jej tak, jakby miała usnąć. Umieram, — pomyślała z zadowoleniem.
Dziwiło ją tylko, że nie traci przytomności. Widziała siebie leżącą sztywnie na łóżku, — widziała jak ją ubierano i położono w trumnę. Nie bała się bynajmniej: Jedna myśl ją zajmowała, — nareszcie będzie mogła odejść, odejść od życia, przykrego, ciężkiego życia, odejść na zawsze.
Trwożyła ją tylko myśl, że otoczenie spostrzeże jej śmierć pozorną, i nie pochowają jej.
Jakże ciężyć musiało życie dziewczynie, jeżeli śmierć nie przejmowała jej trwogą.
Jednakże nie zauważył nikt, że Ingryda żyje. Wyniesiono ją do kościoła, z kościoła do grobu. Grobu nie zasypano.
Według obyczaju roklandzkiego, gdy chowano to w niedzielę — przed nabożeństwem grobu nie zasypywano. Orszak udawał się do kościoła i po skończeniu nabożeństwa wracał na cmentarz dla zakończenia smutnego obrzędu.
Ingryda znała ten obyczaj, wiedziała, co ją czeka i — nie bała się.
Obecnie, gdyby nawet chciała, nie mogła dać znaku, że żyje. Leżała sobie cichutko i cieszyła się, że już umarła.
Właściwie nie można było powiedzieć, że żyje: świadomość jej i uczucie zanikły, żyła tylko tą częścią duszy, dzięki której nawiedzają nas w nocy marzenia senne.
Nie była nawet w stanie zdać sobie sprawy, jak strasznem będzie jej położenie, gdy grób zasypią. Nie panowała nad myślami swemi tak, jak człowiek śpiący nie panuje nad marzeniem sennem.
— Przekonałam się, że na całym świecie nie ma nic takiego, co obudziłoby we mnie ochotę do życia. Ody ta uwaga przesunęła się przez myśl dziewczyny, zdawało się jej, że wierzch trumny i chusteczka, leżąca na jej twarzy, stały się przezroczyste: ujrzała przed sobą ogrody z cudnemi owocami, piękne suknie i skrzynię srebrnych pieniędzy.
— Nie, to mnie nie znęci, rzekła i zamknęła oczy przed temi wspaniałościami.
Gdy po chwili otworzyła oczy poprzednie widzenie znikło, natomiast na brzegu mogiły siedział anioł z białemi skrzydłami.
— Witaj, aniele boży, przemówiła do niego.
— Witaj Ingrydo, — odrzekł, leżysz tu sobie próżnując, pomówmy nieco o dawnych czasach.
Wyraźnie dochodziły do uszu Ingrydy słowa anioła, nie były podobne do mowy ludzkiej, głos brzmiał, jak dźwięk skrzypiec, lub harfy.
— Czy pamiętasz Ingrydo, jak pewnego dnia, żył wówczas jeszcze twój dziadek, spotkał was student i chodził z wami dzień cały i grał na skrzypcach dziadka twego?
Uśmiech rozjaśnił twarz umarłej.
— Czy pamiętam? nie minął dzień, abym o nim nie wspomniała, przez te wszystkie lata.
I ani jednej nocy, abyś o nim nie śniła. A gdy umrzesz, nie zobaczysz już nigdy tego, którego tak dobrze zapamiętałaś, dokończył anioł.
Po tych słowach dziewczyna zrozumiała szczęście, jakie dać może wzajemna miłość, — lecz i to jej nie skusiło.
— Nie, nie, boję się życia, chcę umrzeć!
Anioł podniósł rękę i dziewczyna ujrzała piasczystą pustynię, bezwodną i spaloną żarem. Na piasku leżały nakształt złomów skalnych dzikie zwierzęta z przerażającemi pazurami i kłami. Czatowały na zdobycz.
W dali ukazał się student, zbliżał się niefrasobliwie, nie podejrzewając czatujących na niego bestji.
— Przestrzeż go, przestrzeż go, prosiła Ingryda anioła. Powiedz mu, by miał się na baczności.
— Mnie nie wolno z nim rozmawiać, — rzekł anioł. Przestrzeż go sama!
Pozornie zmarła chciała się dźwignąć, — przekonała się przerażona, że siła śmierci nałożyła jej okowy.
Po wielu wysiłkach serce zaczęło bić, krew krążyć, sztywność śmiertelna ustępowała. Podniosła się i pośpieszyła na spotkanie Gunnara...




ROZDZIAŁ IV.

Słońce niewątpliwie lubi placyki przed wiejskimi kościołami. Nigdzie nie rzuca tak hojnie swych snopów światła, jak w południe na plac przed kościołem. Nigdzie też nie panuje taka rozkoszna cisza. Jaskrawy krąg słoneczny stoi wysoko i pilnuje, aby lud nie zaniedbał kościoła dla gawędy. Żąda, aby lud siedział spokojnie na ławach, słuchał kazania i dlatego zalewa takim bogactwem światła placyk przed ścianą kościelną.
Naturalnie nie każdej niedzieli słońce tak troskliwie zajmuje się kościołem, lecz tej niedzieli, gdy Ingrydę chowano, żar wiał z placyka. Krzemienie błyszczały w piasku, zdeptana trawa skręcała się, a żółte kwiaty cykorji rozwinęły się tak wspaniale, że mogły uchodzić za astry.
Po drodze, prowadzącej do kościoła, szedł przekupień dalekarlijski, jeden z tych, którzy roznoszą noże i nożyce. Pomimo upału, miał na sobie długi, biały owczy kożuch, a na plecach dźwigał skórzany wór z towarem. Szedł już od kilku godzin, nie odczuwając upału, lecz gdy wszedł na placyk, odrazu zdjął czapkę i jął obcierać pot z czoła.
Stał przez chwilę z odkrytą głową. Czoło miał białe i wysokie, między brwiami zmarszczkę, którą wyżłobiły snadź bolesne myśli. Postać silna i zarazem gibka, twarz piękna z inteligentnym wyrazem. Uderzał w nim niezwykle trwożny wyraz oczu, nie zatrzymujących się dłużej na żadnym przedmiocie, a błądzących niezdecydowanie w przestrzeni.
Zapewne nie miał klepek w porządku, jeżeli w dzień świąteczny wlókł się ze swoim towarem; trud to był daremny, powinien był wiedzieć, że dnia tego nic nie sprzeda. Żaden przekupień nie pracował w niedzielę, a szedł do kościoła wraz z całą ludnością wiejską.
Biedaczysko nie zdawał sobie widocznie sprawy, że to dzień świąteczny, stanął na środku placyku i patrzał na kościół, skąd rozlegał się śpiew psalmów. Tyle tylko zrozumiał, że niema nikogo, ktoby u niego coś kupił i zadał sobie pytanie, co robić z resztą dnia. Przez długą chwilę stał zatopiony w myślach. Gdy rzeczy szły zwykłą koleją, wiedział, jak postąpić, chodził przez cały tydzień od dworu do dworu handlując. Niedziele wytrącały go z kolei, napadał go wówczas smutek; do kościoła nie odważył się wejść. Nie z obawy przed ludźmi, lecz w kościele wiszą obrazy, wyobrażające przedmioty, o których nie lubił wspominać.
Postanowił pójść na cmentarz, ulubione miejsce swoich przechadzek.
Nowa trudność. Aby się dostać na cmentarz, trzeba było ominąć rzęd koni, zaprzężonych do fur i bryczek. Konie spokojnie chrupały owies i siano, nie było obawy, że mogą się rzucić na człowieka, ale dalekarlijczyk miał własny pogląd na niebezpieczeństwo, grożące, gdy trzeba przejść około zwierząt.
Dwa, trzy razy zamierzał przejść, lecz odwaga go opuszczała i cofał się. Nie obawiał się, że konie go uderzą lub ugryzą; przerażała go sama ich obecność. Nastąpiła chwila, gdy wszystkie konie wsunęły głęboko łby w worki z paszą — wtedy dalekarlijczyk puścił się w tak ciężką drogę.
Ściśle obwinął się w swój kożuch i stąpając na palcach, starał się jaknajciszej przejść. W czasie drogi jeden z koni podniósł łeb i spojrzał na idącego mimo: przekupień stanął i zgiął się w ukłonie.
Bardzo żałował, że dźwigając ciężki wór na plecach, może się tylko przygiąć, a nie ukłonić głęboko, prawidłowo.
Westchnął biedak. Ciężko żyć na świecie z taką trwogą przed każdym czworonogiem. Właściwie nie bał się zwierząt wogóle, tylko kóz. Koni, psów i kotów zupełnie się nie bał, nie miał tylko pewności, czy postać ich jest prawdziwą. Ta wątpliwość budziła w nim obawę przed wszelkiemi zwierzętami.
Uczucie to zrozumieć może tylko ten, w czyjej duszy zamieszkał strach.
Ciężkie to brzemię i ciężko żyć dźwigając je.
Dziwnym trafem Gunnarowi jednakże się udało przejść mimo koni. Ostatni kawałek drogi przebiegł prawie, wpadł na cmentarz, zatrzasnął furtkę i kułakiem pogroził szkapom.
— Przeklęte, wstrętne kozły! W ten sposób wymyślał wszystkim zwierzętom, nazywając je nie inaczej, jak kozłami. Z tej przyczyny obdarzono go przezwiskiem kozła, co go mocno irytowało.
Gunnar przechadzał się wolnym krokiem po cmentarzu, i kłaniając się każdemu nagrobkowi, cieszył się ze spotkania dawnych przyjaciół. Nagrobki były te same, co dawniej, tego był pewien. Pięknie tu jest! nie pasie się tu żadne bydlę, nie ma ludzi, którzy go dręczą. Dużo jest pięknych zakątków w gajach i na łąkach, ale nigdzie Gunnar nie czuł się tak dobrze, niż tu. W lesie także jest pięknie, ale w lesie czuł się samotnym, tu zaś pod każdym nagrobkiem ktoś spał. Miał więc towarzystwo, ciche i spokojne, takie właśnie, jakie lubił.
Poszedł wprost do otwartego grobu, poznać się z nowym lokatorem cmentarza. Zrzucił z pleców swój ciężki wór, zdjął kożuch i, westchnąwszy z ulgą, usiadł nad samą mogiłą i badawczo zajrzał do wnętrza.
Nie zawadzi być ostrożnym, a nuż i tu jest zasadzka? Nie, w grobie panuje cisza bezwzględna.
Dalekarlijczyk ostatecznie się uspokoił i sięgnąwszy w boczną skrytkę swego worka, wydobył skrzypce i smyczek. Zgiął się nad grobem, jakby w ukłonie. Nieboszczyk chętnie zapewnie posłucha muzyki.
W grze Gunnara dużo było rzewnego uczucia, smutku. Grał cicho, zaledwie dotykając strun; nie pamiętał ani jednej melodji, struny same śpiewały, gdy się ich dotknął smyczkiem.
Drogie mu były te śpiewające skrzypce.
Grając nadsłuchiwał z promiennym uśmiechem, jak dorosły człowiek słucha szczebiotu dziecka. Rzewne melodje wyrastały, jak kwiaty z ziemi. Białe i pstre kwiateczki zasłały murawę w około niego, a on pragnął ich coraz więcej i więcej, aby zasłały cały cmentarz, całą dolinę.
Dziewczyna śpiąca w trumnie usłyszała muzykę.
Brzęk strun obudził w niej marzenia, od wspomnień słodkich drgnęło serduszko, krew zaczęła krążyć.
Znikły widzenia senne, zapomniała o nich.
Zdawało się jej obecnie, że leży w łóżku i dziwiła się, że jeszcze nie umarła. Wszakże pożegnała już swych opiekunów, rodzeństwo i służbę, nawet starszy pan pastor przychodził dysponować ją. Od kilku już dni przestała zajmować się ziemskiemi sprawami, nie do uwierzenia, że dotąd jeszcze nie umarła!
Dlaczego jednak tak ciemno w pokoju, a i zimno jej, skostniała zupełnie, widocznie spadła z niej kołdra, chciała się podnieść, poszukać kołdry — uderzyła czołem w wierzch trumny i z jękiem opadła na wznak, straciła znów przytomność.
Do uszu grającego dalekarlijczyka doszedł stuk i słaby jęk dziewczyny. Potwierdziło się jego podejrzenie, że nikomu wierzyć nie można. Czego chce ten dotąd tak cichy towarzysz? Potrzał badawczo w grób i gdy hałas się nie powtarzał, powrócił do gry. Lecz skrzypce przestały go słuchać! Pomimo, że dotykał się ich czule i delikatnie, żaden dźwięk mu nie odpowiadał. O mało nie płakał z bólu.
Miał zamiar przebyć tu dzień cały, słuchając skrzypiec ukochanych, a one już zamilkły. Skrzypce zapewne się zlękły i zapomniały swoich śpiewów. Jemu również się zdarzało, że ze strachu o wszystkiem zapominał. Trzeba zobaczyć, co tam w grobie stuka, skrzypce się uspokoją i nowe kwiaty melodji wyrosną.
Pośpiesznie wydobył dłutko z pomiędzy swego żelastwa, skoczył w grób i klęcząc odśrubował wieko trumny, podniósł je i oparł o ścianę grobu.
Świeże powietrze ocuciło śpiącą, otworzyła oczy.
Jasno było w około. Przeniesiono ją do innego pokoju. Ściany pokoju były żółte, sufit zielony. Pokoik wązki, a łóżeczko bardzo ciasne. Zapewnie z tej przyczyny miała ręce i nogi tak zdrętwiałe. Pocóż jej pod brodę położono książkę z hymnami? zazwyczaj kładą ją tylko umarłym.
W rękach Ingryda trzymała bukiecik. Co też przybranej matce przyszło do głowy, aby ułamać gałązki kwitnącego mirtu, dziwi się Ingryda. Leży sobie na poduszce z koronkowem obszyciem i prześcieradło ma haftowane brzegi. Ładne to jest, a Ingryda lubi wszystko co ładne. Gdzie jednak jest jej kołdra, niezdrowo chorej leżeć tak bez przykrycia, aż na płacz jej się zbiera, tak jej zimno. Poruszyła się i uderzyła o coś twardego, leżącego obok jej policzka na poduszce. Poznaje ulubionego konika braciszka. Zaczyna rozumieć. Brat jej oddał swego ulubieńca, a matka włożyła jej w rękę bukiecik, więc chyba umarła? Uchwyciła się mocno brzegów trumny i usiadła. Mały pokoik okazał się grobem, a wązkie łóżeczko trumną. A może to tylko sen? westchnęła i znów się położyła, pewna, że śni.
Dalekarlijczyk stał w rogu grobu, zasłonięty jak parawanem, wiekiem trumny. Czekał, aż nieboszczyk sobie pójdzie. Nie wątpił, że ma ten zamiar, ponieważ stukał, to zapewnie chce wyjść. Wysunął głowę, chcąc sprawdzić, czy już sobie poszedł. Nie, jest jeszcze. Leży sobie na swojej pościeli ze strużyn. Rozgniewało to dalekarlijczyka. Trzeba z tem raz skończyć. Pilno mu było wrócić do skrzypiec.
Usypiającą Ingrydę rozbudziły słowa wymówione śpiewnym dalekarlijskim narzeczem.
— Zdaje mi się, że ci pora wstać.
To rzekłszy Gunnar czemprędzej ukrył głowę za wieko.
Biała mgła leżąca dotąd na oczach dziewczyny rozwiała się. Któż to do niej mówi? więc ona nie śni? poraz pierwszy ogarnął ją strach. Zrozumiała, że leży w trumnie, że niebawem grudki gliny mogą ją zasypać i nikt jej krzyku nie usłyszy z głębi grobu. Poznała „kozła“ i wyciągnęła ręce do niego.
— Na Boga, chodź do mnie, — prosiła rzewnie.
— Dobrze, ale czy ty sobie stąd pójdziesz?
— Pomóż mi wyjść.
Przeciskając się pomiędzy ścianą mogiły i trumną podszedł do niej, wyjął z trumny i posadził na nasypie mogiły.
Dziewczyna objęła go za szyję, przytuliła się do niego i zapłakała.
Uczucie wdzięczności przepełniło jej serce. Co by się z nią stało, gdyby on nie podniósł wieka jej trumny? Strach nawet o tem pomyśleć. Chciała mu podziękować i przytuliła się jeszcze mocniej do jego szerokiej piersi.
Dalekarlijczyk oswobodził się wnet z jej objęć i znów spuścił się do grobu. Ułożył porządnie prześcieradło w trumnę i przyśrubował wieko.
Teraz już grób będzie milczał, a skrzypce przypomną sobie swój śpiew.
Ingryda siedziała na trawie i rozglądała się wokoło. Ujrzała rzęd koni i bryczek pod kościołem, domyśliła się, że lud jest na nabożeństwie i wnet wróci tu, aby dokończyć zasypania grobu.
Tylu ludzi ją zobaczy, a ona nieubrana, będą ją potem wstydzić przez całe życie. Skąd tu wziąć suknię?
Zwróciła się do przekupnia, który jeszcze pracował nad trumną.
— Słuchaj, rzekła, pozwól mi się ukryć w twoim worku i zanieś mnie do domu.
Przysunęła się do wypchanego towarem worka i chciała rozwiązać rzemyki.
— Nie rusz mego worka z gniewem zawołał przekupień i wyrwał jej rzemyki z ręki.
— Co tu robić, aby go uczynić posłusznym?
Na trawie leżały skrzypce, Ingryda bezwiednie wzięła je do ręki.
Zaledwie się ich dotknęła, gdy Gunnar wpadł w szał i grubjańsko wyrwał je z jej ręki.
Strasznie był oburzony, gdy kto dotknął się jego skrzypiec.
— Mój Boże, gdzie ja się ukryję, rozpaczliwie myślała dziewczyna.
Próbowała sobie ująć dalekarlijczyka, obiecując mu, jak dziecku, różne piękne rzeczy.
— Poproszę ojca, to kupi od ciebie cały tuzin kos. Zamknę do budy wszystkie psy, gdy ty do nas przyjdziesz. Poproszę matki, aby ci dała dobry obiad.
Gunnar był nieubłagany.
Ingryda przypomniała sobie zamiłowanie Gunnara do muzyki.
— Jeżeli mnie zaniesiesz do domu, będę ci grała.
Uśmiech przemknął po jego ustach. Całemi wieczorami będę ci grała. Zagram co tylko ze — chcesz.
— A nauczysz skrzypce nowych pieśni?
— Nauczę.
To go przekonało.
Wysypał żelaztwo z worka i ukrył je pod kupką zeszłorocznych liści, gdy skończył, rzekł do niej.
— Teraz właź!
Dziewczyna wsunęła się do worka, przekupień sumiennie zawiązał wszystkie rzemyki i zarzucił sobie worek na plecy.
Ciężar był niewielki, dom pastora blizko, po 10-ciu minutach stanęli u celu.
Ingryda podczas drogi całowała raz po raz bukiecik mirtu, dany jej przez opiekunkę i dzięki kwiatkom zmniejszyła się gorycz nagromadzona w jej sercu przeciwko niej.
Wogóle istota powracająca z grobu jest usposobiona pojednawczo. Ingryda obecnie uważała za naturalne, że żona pastora kochała swe własne dzieci więcej, niż ją, córkę przybraną. A że szczupłe dochody pastora nie pozwalały na utrzymywanie niańki, więc ona powinna była ją zastąpić. Despotyzm dzieci wobec niej tłómaczyć można tem, że przywykły uważać ją za służące.
Wszystkiemu winna bieda, gdyby jej przybrany ojciec mógł zostać starszym pastorem, wszystko zmieniło by się na lepsze. Matka też nie bez powodu była tak szorstką wobec niej. Bieda pozbawiła ją serca. Zmieni się to teraz. Będzie zawsze uległą, przez pamięć o dobroci braciszka i matki.
W domu pastora pozostała tylko gospodyni i służąca.
Pani pastorowa od rana szykowała przyjęcie dla gości, którzy przybyli na pogrzeb, w tej chwili przebierała się w sypialni w odświętną czarną suknię, i spojrzawszy na zegar, czemprędzej znów wróciła do kuchni.
Należy sprawdzić poraz ostatni smak potraw.
Udały się doskonale, a to gospodynię zawsze cieszy, nawet wówczas, gdy ma smutek w duszy.
Wraz z panią pastorową w kuchni znajdowała się służąca, ciesząca się zupełnem jej zaufaniem.
— Jak myślisz, Liza, czy będzie gościom smakowało?
— Bezwątpienia. Sądzę, że, gdyby Ingryda mogła wstać z grobu i zobaczyć nasze przyjęcie, to i ona byłaby zadowoloną.
— Ach, westchnęła pani pastorowa, jej właściwie nigdy nie można było dogodzić...
— Hm, ona umarła, i ja nie jestem taka, aby coś złego powiedzieć o nieboszczyku, którego jeszcze nie zasypano ziemią.
— Nie mało musiałam się nasłuchać przez nią od mego męża.
Pani pastorowa miała ogromnę ochotę pogawędzić o zmarłej. Męczyły ją nieco wyrzuty sumienia i dlatego urządziła tak sutą stypę. Lepiej było nie brać sieroty, niż dać jej uczuć, że ją mniej kochają od swoich dzieci.
Pastorową dręczyła ciekawość, co mówią we wsi o tym wypadku, — chciała skłonić Lizę do zwierzeń. Służąca, chytra wieśniaczka, udawała, że nie rozumie, czego od niej żądają.
Mięszała coś w kotle, wreszcie zdecydowała się przemówić.
— Mnie się zdaje, że, gdy się ma opiekunkę, która jak rodzona matka troszczy się o to, aby ktoś miał co mu potrzeba, i jeść poddostatkiem i rzeczy w porządku, to należy ją kochać i być posłuszną. Należy być wdzięczną za chleb tym, którzy cię przytulili i pozwalają żyć w porządnym domu, pośród porządnych ludzi, a nie chodzić zamyśloną, niewiadomo o czem, jak z rozumu obraną.
Gdyby nie łaska pani, co ją z ulicy podjęła, włóczyłoby się to z akrobatami, jak żebraczka, lub włóczęga jaka.
W tej chwili przez uchylone drzwi wszedł do kuchni przekupień ze swym workiem na plecach i stanął pokornie w pobliżu drzwi. Gospodyni i służąca nie zwracali na niego uwagi, pochłonięte swą gawędą. Pani pastorowej poglądy Lizy sprawiły ulgę.
— A może lepiej, że jej już niema, rzekła.
— Napewno lepiej, ja myślę, że i pan pastor jest tego samego zdania, z przekonaniem mówiła sługa, i zobaczy pani, że teraz w domu zapanuje spokój.
— Pewnie, ona zawsze nas różniła, musiałam go powstrzymywać od nierozsądnych wydatków. Czy mamy na to? a ile to kosztowały jej suknie? on wciąż się obawiał jej skrzywdzić, a często ona więcej dostawała od innych.
— Pani zapewnie odda Grecie jej batystową suknię?
— Tak, trzeba będzie przerobić dla Grety, a może sobie wezmę.
— Nie wielkie dziedzictwo zostało po tej żebraczce.
— Nie spodziewał się nikt dziedzictwa, żeby choć dobre wspomnienie zostało.
Dalekarlijczyk zdjął worek z pleców i postawił go pod oknem, obejrzał się przezornie, czy psa lub kota niema w pobliżu, — i jął powoli rozwiązywać rzemyki worka.
— Nie otwieraj worka, rzekła do niego szorstko Liza, dziś niedziela, nic dziś nie kupiemy.
Nie zwracając więcej uwagi na przekupnia zwróciła się znów do gospodyni. Należy korzystać z okazji przypodobania się, może się opłaci.
— I dla dzieci ona dobrą nie była, w pokoju dziecinnym zawsze tylko płacz i skargi słychać było.
— Była dla nich taką, jaką i dla matki, chociaż dzieci teraz po niej płaczą.
— Bo nie rozumieją swego dobra, a zobaczy pani, że po upływie miesiąca przestaną ją wspominać.
Gwałtowne szlochanie przerwało rozmowę zacnych dusz. Dalekarlijczyk podniósł pokrywę worka i z niego wysunęła się niedawno pochowana taką, jaką ją położono do trumny.
A właściwie była bardzo zmienioną. Gdy ją chowano, odblask rumieńca różowił jej policzki, obecnie twarz była sina, usta zbielałe, oczy głęboko zapadłe; istne widmo zagrobowe.
Nie mówiła nic, rozpacz biła z jej twarzy, wyciągnęła z błagalnym giestem rękę, w której wciąż trzymała bukiecik mirtu, włożony jej do trumny.
Pani pastorowa zemdlała, upadła z łoskotem na podłogę, Liza zaś uciekła do swego pokoju, zatrzasnąwszy drzwi za sobą.
— Nie do mnie ona przyszła, szeptała trzęsąc się ze strachu.
— Zanieś mnie nazad, skąd przyniosłeś, rozkazała Ingryda przekupniowi. Słyszysz?
Dalekarlijczyk spojrzał bezradnie w okno, ujrzał nadjeżdżający szereg bryczek, przestraszył się, zarzucił pośpiesznie worek na plecy i chyłkiem uchodził z podwórza.




ROZDZIAŁ V.

Anna Stine mieszkała w głębi lasu, miała tam własną chatkę, a opuszczała ją tylko wówczas, gdy wzywano ją do pomocy przy pieczeniu chleba lub praniu. Wzywano ją też do domu pastora. Mądrą i dobrą staruszką była Anna Stine, serdeczna przyjaźń łączyła ją z sierotą, wychowanką domu pastora.
U niej postanowiła szukać przytułku Ingryda, gdy nieco oprzytomniała z żalu.
— Uważaj, rzekła rozkazująco do przekupnia, wyjdź na drogę, i skręć do lasu, pójdziesz ścieżką prosto aż do dołu piaskowego, obok niego stoi zagroda, tam mnie zanieś, tam będę ci grała.
Ostry ton, w którym Ingryda wydawała rozkazy dalejkarlijczykowi, bolał ją niezmiernie, czuła jednak, że tylko w ten sposób skłoni warjata do posłuszeństwa.
Smutne były myśli dziewczyny. Sześć lat żyła w domu pastora, a nie umiała pozyskać tyle sympatii, aby ją żałowano, gdy umarła. A kto nie jest kochany, nie ma prawa żyć, to dla Ingrydy było bezwzględną prawdą. Serce jej się ścisnęło, biedactwo ledwie oddychać się odważyło. Zatrząśnięto przed nią brutalnie wrota życia i to w chwili, gdy obudziła się ze śmiertelnego snu.
Jak te biedne listeczki zrąbanego drzewa, drżą i nie wiedzą czemu soki przestały do nich napływać, kurczą się, schną i umrzeć muszą, tak i ją odcięto od pnia życiodajnego.
Doszli do celu drogi.
Dalekarlijczyk złożył swój ciężar na progu chaty. Drzwi były zamknięte, lecz Ingryda wysunąwszy się z worka odnalazła schowany pod gankiem klucz i drzwi odemknęła.
Nie pierwszy raz tu przychodziła szukać pociechy. Nieraz izdebka Anny Stine słyszała płacz i wyrzekania sieroty na złe obejście się z nią przybranej matki.
Ile razy wybierała się uciec z domu pastora, uciec w świat i nie wracać już nigdy, wówczas Anna Stine uspokajała rozżaloną, poiła ją kawą z palonego grochu, i dodawała odwagi do zniesienia ciężkiego losu.
Wpływ jej na dziewczynę był błogosławiony; oczy jej obsychały, żal przechodził, a po kilku godzinach dziewczyna uchodząc, wesoło śmiała się do słońca i ptasząt w lesie.
Obecnie Anny Stine nie było w domu, nie miał kto zgotować kawy, ani uspokoić płaczącej.
Anna Stine była na pogrzebie Ingrydy. Zaproszono ją, jako przyjaciółkę zmarłej.
Wielką ulgą było dla Ingrydy, gdy ujrzała znajome sobie kąty, czysto wyszorowany stół pod oknem, maszynkę do kawy na kominie. Padła na ławę i płakała, płakała, sama nie wiedząc jak długo. Przekupień siedział na progu, nie decydując się wejść do izdebki, z powodu kota siedzącego na oknie. Przygotował skrzypce, czekając na spełnienie obietnicy, a że dziewczyna nie przychodziła, zaczął sam grać.
Cicho i słodko płynął śpiew skrzypiec, ledwie dochodząc do uszu płaczącej dziewczyny.
Ogarniała ją gorączka z wyczerpania, traciła chwilami przytomność i gdy śpiew skrzypiec głośniej się odezwał, odgarnęła włosy z czoła i rzuciła pytanie:
— Kto to gra? czy to student wrócił? nakoniec zjawił się! Uspokojona jakby cudem, ułożyła się wygodniej na ławie i z zamkniętemi oczami słuchała gry.
To nie skrzypce, to mówi jej obrońca, pan student. Tak jak niegdyś do Blomgrenów, tak mówi obecnie do jej opiekunów.
„Ingryda pragnie miłości, nie czuje się kochaną, dla tego praca jej nie idzie, a dziewczyna tonie w marzeniach. Nikt nie wie, jak chętnie gotowa pracować, ale tylko dla tych, którzy ją będą kochali. Dla ukochanego zniesie ból i troskę, poniżenie i nędzę. Dla niego znajdzie siły atlety i pokorę niewolnicy. Gdyby przybrana matka ją kochała, Ingryda pracowałaby śpiewając, a poddała się apatii, zniechęcona świadomością, że nie jest kochaną.
Dalej się snuły marzenia.
Leży w trumnie, pan student przychodzi ją wyjąć. Czyż nie wiesz, że zawsze do ciebie przyjdę, gdy moja pomoc jest potrzebną? Wyniosę cię z grobu i uspokoję moją grą.
— To nie ty wyjąłeś mnie z trumny.
— Naturalnie, że to ja. Groziło ci niebezpieczeństwo, czyż jabym cię opuścił?
Uczucie niespodziewanej błogości napełniło zbolałe serce dziewczyny i sprowadziło dobroczynny sen.
Gdy się obudziła był już wdeczór, muzyka umilkła. Zapewnię dalekarlijczyk już poszedł sobie. A kto ją okrył ciepłą chustką i położył obok niej na ławie kromkę czerstwego chleba?
Rzeczywistość mięszała się z marzeniami. Wizja uwielbianego przyjaciela dodawała otuchy na przyszłość.




ROZDZIAŁ VI.

Ingryda i Anna Stine wędrują po przez odwieczny, mroczny las. Szły bez wytchnienia czwarty dzień, nocując w spotykanych po drodze pastuszych chatach.
Anna Stine ukradkiem spogląda na bladą dziewczynę i prosi Boga o dodanie jej sił.
Staruszka raz po raz się ogląda, zdaje jej się, że Kostusia z kosą kroczy za niemi, pilnując swojej własności.
Nie była przesądną, ani lękliwą; mieszkała sama jedna w głębi lasu, nie obawiając się ani diabłów, ani innych złych sił. Pomimo to spoglądając na Ingrydę, nie wierzy własnym oczom, że obok niej kroczy istota nie z tego świata.
Wrażenie to nie opuszczało jej od czasu, gdy wróciwszy do domu, zastała dziewczynę śpiącą na swojem łóżku.
Wróciła dopiero w poniedziałek, w niedzielę bowiem podczas pogrzebu Ingrydy, pani pastorowa silnie się rozchorowała i Anna przesiedziała noc całą przy jej łóżku.
Chora bredziła o zjawieniu się mary i oglądała się z niepokojem za zjawiskiem.
Ody starucha przekonała się, że Ingryda naprawdę uciekła z trumny, chciała pobiedz na plebanię z tą wiadomością, ale dziewczyna tak błagalnie prosiła i taką trwogę okazywała przed zetknięciem się ze swoimi opiekunami, że Anna zaniechała swego zamiaru.
Przytem nie mogła opuścić gorączkującej, chorej dziewczyny.
Śmierć stała u jej wezgłowia, zdawało się, że każdej chwili nikły płomyk życia zgaśnie jak zdmuchnięta świeca.
Tak mało było w niej życia, tak podobną była do widma, że staruszka sama nie była pewną z kim ma do czynienia. Po kilku dniach wypoczynku, gdy Ingryda stanowczo wzbraniała się powrócić do swych opiekunów, staruszka przypomniała sobie, że ma siostrę, pełniącą obowiązki gospodyni w bogatym pańskim dworze, tam też postanowiła udać się z dziewczyną.
W bogatym domu, pod opieką Stawy, nie powinno Ingrydzie być źle, chociażby tylko, jako służącej.
Pod wieczór czwartego dnia weszły na pagórek, skąd zobaczyły dolinę z dużem jeziorem pośrodku. Na jeziorze rozciągała się spora wyspa, połączona mostem z lądem, a na wyspie wznosił się duży, pański dwór.
To Münkshütte, gdzie służy siostra Anny Stine.
Kobiety zatrzymały się na pagórku, oczyściły zabłocone suknie i wytarły mchem podarte obuwie. Ingryda miała na sobie starą suknię Anny, a wyglądała tak nędznie, że staruszka patrząc na nią wzdychała z żalu i obawy, czy taką biedną, chorą dziewczynę przyjmą do służby.
Skończywszy porządkowanie toalety, kobiety zeszły z górki i już szły dworskiemi polami.
Wszędy znaczyły się ślady opuszczenia. Pola były nieuprawione, zarosłe krzakami. Mostek, prowadzący na wyspę, był zgniły, aleja wiodąca do dworu zarosła trawą i zagrodzona zwalonem przez wicher drzewem.
Annie Stine ścisnęło się serce na widok takiego zaniedbania, i pomyślała z trwogą:
— Czy czasem siostra jej nie umarła? nie do uwierzenia, aby taki nieporządek panował w miejscu, gdzie służyła Stawa.
Gdy Ingryda potykając się weszła na niepewny mostek, przekonała się, że było ich troje. Przyszedł ktoś na ich spotkanie i szedł obok dziewczyny. Wyraźnie go widziała, chociaż nie słychać było kroków. Chciała o tem powiedzieć Annie, lecz obawa ścisnęła jej gardło i nie mogła głosu wydobyć. Tymczasem towarzysz podszedł zupełnie blizko i wówczas Ingryda poznała go — to był on — jej pan student.
Obawa jej pierzchła. Dobroczynne ciepło rozlało się po jej skostniałych członkach.
Jak to dobrze, że on przyszedł i wprowadzi ją na nowe miejsce. Raz po raz obracała głowę w lewą stronę, właściwie wyraźnie widziała tylko uśmiechnięte z dobrocią usta jego, a gdy stanęła, chcąc mu się lepiej przyjrzeć — zniknął. Następnie znów się zjawił i szedł obok niej.
Nie mówił nic, tylko się uśmiechał, ale to było wystarczające — czuła, że jest ktoś, kto się nią opiekuje.
I dlatego, gdy weszła do kuchni dworskiej, policzki jej krasił lekki rumieniec i oczy błyszczały wesoło; wątłą była i nikłą, jak świeżo rozkwitły kwiatek, i jak on wdzięczny.
Spoglądała, jak we śnie i zaledwie ją dziwiło, że w kuchni są dwie Anny Stine, łudząco do siebie podobne.
Druga Anna Stine była ładnie ubraną, miała na sobie wełnianą spódnicę i biały czepek, związany pod brodą. Minęła długa chwila, nim się domyśliła, że ta druga, to zapewne siostra Anny, gospodyni Stawa.
Obok kuchni był pokoik z meblami w niebieskich pokrowcach, tam Stawa zaprosiła swoich gości i poczęstowała kawą z doskonałem ciastem migdałowem.
Anna Stine bez straty czasu przystąpiła do celu swej wizyty. Wie ona dokładnie, że Stawa cieszy się takiem zaufaniem pani radczyni, że ta porucza jej przyjmowanie służby. Ingryda wychowana w domu pastora, pragnie obecnie wyuczyć, się dokładnie gospodarstwa. Dlatego Anna ją tu przyprowadziła, bo wie, że nigdzie nie znajdzie lepszej szkoły. Gospodyni wobec komplementów siostry, zachowywała się obojętnie i milcząco. Dziwiła się, że służąca pastora nie ma własnej sukni i nosi suknię Anny. Podług niej dobra służąca znajdzie służbę wszędzie, bez potrzeby udawania się tak daleko.
Złe były widoki dla Ingrydy.
Wówczas Anna Stine postanowiła uderzyć w struny uczuciowe siostry.
— Ty, Stawo, żyłaś tu sobie, przez długie lata, jak pączek w maśle, a mnie bieda nieraz dała się dobrze we znaki. Nieraz byłam chora i tak samotna, że nie miał mi kto szklanki wody podać, a jedynie to dziewczę przybiegało do mnie rankami i wieczorami, pomagając mi i rozweselając mnie w w mojej biedzie. Dotąd cię o nic nie prosiłam, teraz, gdy pragnę się odwdzięczyć tej sierocie, odprawiasz nas, jak żebraków, bez dobrego słowa nawet.
— Nie rozumiesz mnie, siostro Anno. Nie mogę nic dla ciebie zrobić, bo nie mówisz mi całej prawdy. Ja sama pochodzę z Rocklandu, a nie znam tam chaty, w którejby wyrosnąć mógł taki buziak i takie oczy, jakie ma to dziewczę.
Rozumiem, że chcesz pomódz jej, ale twoja siostra przecie rozumu nie straciła i nie uwierzy każdej bajce.
Anna Stine zmięszana opuściła oczy, Ingryda zaś postanowiła zwierzyć się Stawie i cichym, miłym swym głosem opowiedziała jej historję swego życia.
Podczas opowiadania dziewczyny złagodniały ostre rysy twarzy gospodyni i przybrały przyjacielski wyraz. Szczególniej zainteresował ją ustęp o studencie i przekupniu, zapytała się Ingrydy, czy się nie boi tego warjata.
— Zupełnie się go nie obawiam, odparła, nie jest on właściwie warjatem, tylko bardzo, bardzo lękliwym.
— Zaczekajcie tu na mnie, zaniosę teraz kawę pani radczyni i pomówię z nią o waszej sprawie.
Gospodyni wyszła i niedługo wróciła.
— Chodźcie ze mną, rzekła, pani radczyni chce zobaczyć dziewczynę, która już leżała w trumnie.
Anna Stine zatrzymała się przy wspaniałych drzwiach wejściowych. Ingryda zaś śmiało podeszła do siedzącej na kanapie siwowłosej pani i podała jej swą małą rączkę. Zazwyczaj bardzo nieśmiała, nawet w skromnem otoczeniu, tu w tym bogatym dworze czuła się zupełnie swobodną, była jak u siebie w domu.
— Więc to ty, moje dziecko, byłaś pochowaną i ktoś cię wyratował, opowiedz mi, proszę, tę historję.
Ingryda na nowo rozpoczęła opowiadać dzieje krótkiego swego życia. Gdy doszła do wypadku z przekupniem, pani radczyni podeszła do niej, odsunęła jej chustkę z czoła i uważnie popatrzyła w oczy.
— Hm, rzekła, wierzę — że takie oczy mogą skutecznie rozkazywać. Po raz pierwszy w swem życiu Ingryda usłyszała komplement.
Pani radczyni zauważyła, że dziewczyna musi być bardzo odważną, postępując w ten sposób z wariatem? Ingryda odpowiedziała, że pragnęła koniecznie ukryć się przed wychodzącymi z kościoła, a przekupień nie jest wcale warjatem, nie czyni nikomu nic złego.
Pani radczyni ciekawą była dowiedzieć się nazwiska tego przekupnia. Ingryda nie zna nazwiska jego, ani imienia, wie tylko, że go przezywają „kozłem“, co go bardzo gniewa.
Kilka jeszcze zapytań postawiła pani radczyni dziewczynie, a mianowicie, jak się zachowuje przekupień, gdy przychodzi z towarem, czy jest jej wstrętnym, czy kpi także z „kozła“?
Dużo goryczy było w głosie pani radczyni, gdy mówiła o „koźle“.
Dziewczyna odpowiedziała, że przekupień zazwyczaj jest łagodny, zupełnie nie wydaje się jej wstrętnym, a ona nie ma zwyczaju kpić z nieszczęśliwych.
Oczy pani radczyni zamgliły się i stały się bardzo przyjazne.
— Moje dziecko, rzekła, posiadasz dobre serce i zdaje mi się umiesz obchodzić się z wariatami, a to wielki dar, — zazwyczaj ludzie boją się tych nieszczęśliwych.
Po tych słowach w pokoju pani radczyni zapanowała cisza.
— Dziecko moje, rzekła po chwili pani radczyni, ponieważ nie masz swego domu, gotowam cię przyjąć i ofiarować ci moją opiekę. Stara jestem i samotna bardzo, będziesz moją towarzyszką, a ja postaram się, abyś miała wszystko, co ci będzie potrzebne.
Może z czasem trzeba będzie zawiadomić twoich przybranych rodziców o tem, że żyjesz, tymczasem, skoro ci tak na tem zależy, niechaj pozostaną w mniemaniu, że cię pochowali. Będziesz mnie nazywała ciotką, a jak tobie na imię?
— Nazywam się Ingryda Berg.
— Ingryda? — powtórzyła zamyślona pani radczyni. Ja dam ci inne imię. Gdy zobaczyłam twoje oczy — gwiazdy pomyślałam sobie, że cię nazwano Mignon’ą.
Młoda dziewczyna odrazu zyskała pewność, że znalazła prawdziwy swój dom. Był to nowy dowód, że sprowadziła ją tu siła nadprzyrodzona.
Dziękując pani radczyni, gospodyni i Annie Stine, dziękowała w myśli swemu niewidzialnemu opiekunowi.




Późnym rankiem budzi się Ingryda na paradnem łóżku z baldachimem, pod haftowaną jedwabną kołdrą.
Muszlinowe zasłony łóżka podtrzymują dwa pyzate amory przyczepione do baldachimu.
Pomiędzy oknami jej pokoju stoi pękata komoda z inkrustacjami z cytrynowego drzewa, a z jej szuflad może wybierać dowoli cieńkiej, pachnącej bielizny.
Naprzeciwko komody stoi piękna szafa pełna sukien jedwabnych, wełnianych, muślinowych, czekających jej wyboru.
Gdy budzi się, obok łóżka jest już przygotowany przybór do kawy, błyszczący srebrem. Każdego ranka jej ząbki gryzą smaczny biały chleb i doskonałe migdałowe ciasto.
Ubrana w wykwintną suknię i koronkową chusteczkę, zaczesuje włosy wysoko i oglądając się w lustrze zadaje sobie pytanie:
— Czy to ty? czy to ty naprawdę; skąd się tu wzięłaś, powiedz! Wychodzi ze swego pokoju i udaje się do salonu. Tam spędza czas haftując, lub rysując wzory na jedwabiu. Po pracy śpiewa, gra na gitarze, lub rozmawia z panią radczynią. Od niej też bierze lekcje języka francuskiego i wskazówki, jak należy się zachować, aby być zupełnie salonową damą.
Przeczucia jej się sprawdzają.
Znajduje się naprawdę w zaczarowanym pałacu, z którego nikt nie wychodzi, ani też nikt nie przybywa. Tylko kilka pokojów wielkiego domu są utrzymane w stanie mieszkalnym, do innych nikt nie zagląda.
Gospodyni Stawa ma do pomocy tylko dwie dziewczyny, pomagające jej przy kuchni i dojeniu krów. Pomimo to jedzenie jest zawsze wyborne, a Ingryda i pani radczyni są obsłużone, jak wielkie damy. Po za tem jest jeszcze stary sługa i stróż rąbiący drzewo. Wskutek swego opuszczenia i osamotnienia stary dwór jest wybornym terenem dla marzeń. Tonie też w nich dusza dziewczyny, i pomimo, że nikt tu kwiatów nie hoduje, jej zdaje się, że ją otacza przejrzysta zasłona pachnących róż, która ją oddziela od rzeczywistego świata.
W około wyspy, pośród zarośli, wije się ścieżka, stałe miejsce przechadzek Ingrydy. Przygląda się literom, wyrżniętym na korze drzew, przysiada na wpół zgniłych ławkach i zachodzi do altan tak zbutwiałych, że straszno jest próg ich przestąpić.
Marzy o ludziach, którzy tu dawniej przebywali, wówczas, gdy te ławeczki i altanki tylko co ustawione błyszczały złotem świeżo obrobionych desek.
Przechadza się godzinami po zarośniętych alejach w około mostu, tu, gdzie on się zjawił, aby ją wprowadzić do dworu, gdzie jej było tak dobrze i gdzie ją tak kochano.
Godzinami rozmawia z nim, zwierza mu się ze swoich myśli. W tem miejscu odczuwa najlepiej obecność jego — swego studenta.
Marzy o przybyciu jego, przyjdzie tu niezawodnie, w tych alejach są ślady jego duszy.
Minęło lato i jesień, przybliżało się Boże Narodzenie.
— Panno Ingrydo — rzekła pewnego dnia — gospodyni Stawa, powiem pani nowinę. Na Boże Narodzenie przyjedzie nasz młody pan, właściciel tego majątku. Zawsze o tej porze roku nas odwiedza, dokończyła, wzdychając jakoś tajemniczo.
— Pani radczyni nigdy nie wspomina, że ma syna.
— Nie trzeba o tem mówić, pani radczyni zabroniła.
Gospodyni śpiesznie odchodzi, jakby w obawie dalszych pytań. Ingryda bynajmniej nie jest ciekawą, wprost obawia się rzeczywistości. Chroni swoje sny i piękne marzenia, bojąc się, aby w zetknięciu z rzeczywistością nie straciły barw. Po tej rozmowie on już jej nie odstępuje, towarzyszy stale. Tak jest nim zajęta, że zaledwie starczy czasu na rozmowę z innymi.
Pewnego dnia aleję, prowadzącą do dworu, oczyszczono ze śniegu. Pani radczyni siadła w oknie i patrzy na drogę.
— Czy wiesz, moje dziecko, mówi, kogo ja dziś oczekuję?
Młoda dziewczyna zadrżała i nie pewna swego głosu, skinęła potakująco głową.
— Czy mówiła ci imość Stawa, że mój syn jest nieco dziwny?
Ingryda spojrzała pytająco na radczynię.
— Nawet bardzo dziwny, — on jest... nie! Ja o tem mówić nie mogę... nie mogę, zobaczysz sama.
Ból dźwięczący w głosie matki ścisnął jej serce.
Czemu w tym domu wszystko jest takie dziwne? co tu się dzieje, o czem ona nie wie?
Dotąd była zupełnie pewną, że on jest synem radczyni, panem tego domu; obecnie pewność jej się zachwiała.
A więc to nie on?
Krótki dzień grudniowy ciągnie się bez końca. Pod wieczór na drodze ukazał się stróż wiozący furę drzewa na opał, wjechał w podwórze i zaczął zrzucać szczapy.
— Ingrydo, woła wzburzonym głosem pani radczyni, biegnij szybko na podwórko i każ Andersowi czemprędzej odprowadzić konie do stajni. Prędzej, prędzej biegnij!
Dziewczyna zbiegła ze schodów i wyszła na ganek, — polecenia pani radczyni jednak nie wykonała.
Przy wozie z drzewem stał wysoki mężczyzna, odziany w kożuch barani, i workiem na plecach. Zginając nizko swą wysoką postać, raz po raz kłaniał się szkapom.
— Co to... co to jest? przycisnęła ręce do czoła, — jak to rozumieć? dlaczego pani radczyni jest tak wzburzona? dlaczego stróż tak spiesznie odprowadza konie i jednocześnie tak nizko kłania się „kozłowi“, jaki jest jego stosunek do tego domu?
Czyżby to był młody dziedzic, i jego dziś oczekiwano? więc to nie on ją tu wprowadził? więc to tylko rojenie jej dziecinnej wyobraźni?
Jak smutno; jak smutno!
Czyżby ją tu tak dobrze przyjęto, dlatego, że wyrażała się przychylnie o biednym warjacie?
W nocy, śniąc na swem wspaniałem łóżku pod baldachimem, gdzie amor podtrzymuje wzorzyste zasłony, — dziewczyna płacze i wyrzeka.
— To nie ty wróciłeś do domu!
— Naturalnie, że to ja — odpowiada student.
I we śnie — ona mu wierzy.




ROZDZIAŁ VII.

W niedzielę po Bożem Narodzeniu Ingryda siedzi pod oknem w bawialni i haftuje. Pani radczyni robi pończoszkę, siedząc jak zwykle na kanapie.
Panuje zupełna cisza.
Przed chwilą wyszła z pokoju imość Stawa, która przyszła oznajmić, że młody pan układa swój tłomok, nieomylny znak, że wybiera się w drogę.
— Jeszcze wcześniej, niż zwykle odchodzi, — dodała z wyrzutem, patrząc na Ingrydę.
Dziewczyna rozumie, czego od niej żądają, a ona nie może nic uczynić. Haftuje w dalszym ciągu z pochyloną głową. Zapada jakby w odrętwienie, a smutne jej myśli układają się w fantastyczny obrazy.
Zdaje się jej, że chodzi po pokojach górnego piętra domu. Mija długi szereg salonów z meblami w pokrowcach, a obrazy, żyrandole i lustra zakryte są muślinem. Na posadzkach ściele się gruba warstwa pyłu. Wreszcie wchodzi do pokoju, w którym dotąd nigdy nie była. Pokój maleńki, wybity ciemnem suknem. Przy bliższem obejrzeniu widzi, że ani sufit, ani ściany nie są obite ciemnem suknem, a pokryte gęsto — nietoperzami. Pokój ten jest gniazdem nietoperzy.
W jednem z okien wybita jest szyba, zapewnie tędy zwierzątka te dostały się tu w takiej dużej ilości. Wisiały w zimowem odrętwieniu i ani jeden nie poruszył się, gdy dziewczyna weszła. Każdy jak płaszczem otulony był rozpostartemi skrzydłami i wisiał zaczepiony o ścianę jednym pazurem.
— Czy też imość Stawa wie o tem, że nietoperze zajęły cały pokój?
— Naturalnie, że wiem. Jest to ich pokój, panno Ingrydo. Pani o tem jeszcze nie wie, że w każdym starym dworze oddają jeden pokój dla nietoperzy?
— Nigdy o tem nie słyszałam.
— Jak pożyjesz tak długo, jak ja, to się przekonasz, że mówię prawdę.
— Nie rozumiem dlaczego tak się dzieje?
— Tak trzeba. Nietoperze, to ptaki kumy Troski, — ona każe je przyjąć.
Ingryda spojrzała w okno i zobaczyła, jak przed ganek zajechały obszerne czarne sanie, zaprzężone w karę konie.
Imość Stawa wyszła pośpiesznie na ganek i zgięła się w głębokiem ukłonie.
Z sań wysunęła się staruszka w długiej szarej pelerynie z mnóstwem fałd na plecach.
— Ingrydo, przyjechała kuma Troska, słyszałam dzwonki jej sań. Zauważyłaś zapewnie, że jej sanie nie mają dzwonków, tylko kołatki, malutkie kołatki, ale słychać ich — oj, słychać dobrze, zejdź i przywitaj ją.
Gdy Ingryda zeszła na ganek kuma Troska rozmawiała z imość Stawą.
Przyglądając się starej pani, zauważyła, że płaszcz jej składał się ze skrzydeł nietoperzy. Chciała przyjrzeć się jej twarzy, ale kuma Troska stała odwrócona od niej plecami. Udało się jej tylko zobaczyć rękę, którą podała imość Stawie; jeden z jej palców był dłuższy i zakończony krzywym pazurem.
— Czy u was wszystko po staremu? — zapytała kuma Troska.
— Tak jest, szanowna pani!
— Nie zasiewano pól, nie obcinano drzew, nie naprawiono mostu, nie wyczyszczono alei?
— Tak, łaskawa pani!
— Dobrze, tak być musi. Nie pozwalam również kopać rudy, ani oczyszczać pól z zarośli.
— Tak pani!
— Nie czyszczono studni?
— Nie, nie czyszczono!
— Dobrze, podoba mi się. Dobre tu miejsce. Widzę, że za lat kilka ptaki moje zajmą tu cały dom. A jak przeszły święta Bożego Narodzenia?
— Święta Bożego Narodzenia? Pani radczyni cały dzień robiła pończochę i myślała o swoim synie. Wieczór Bożego Narodzenia przeszedł u nas jak inne wieczory. Ani choinki, ani podarunków. Nie jeździliśmy do kościoła i nie było świątecznego obiadu.
— Pani radczyni zapomina o Synie Bożym, sądząc, że On zapomniał o jej synie... Cóż jej syn, zapewnie teraz w domu? A może mu lepiej?
— Nie, nie lepiej, wciąż taki bojaźliwy.
— Czy ubiera się po chłopsku, i nie wchodzi do pokoju?
— Tak.
— Je w kuchni i śpi w drwalni?
— Tak.
— I wy nie wiecie, jak go uleczyć?
— Nie wiemy nic, nie rozumiemy nic.
Kuma Troska milczy przez chwilę i znów zaczyna mówić jeszcze ostrzejszym tonem.
— To się może jeszcze zmienić; a pomimo wszystko nie jestem z was zadowoloną.
Odwróciła się od imość Stawy i uporczywie zaczęła wpatrywać się w Ingrydę, która cofnęła się wstecz przerażona.
Kuma Troska miała małą zmarszczoną twarz, zęby, brwi i ciemna cera czyniły ją łudząco podobną do nietoperza.
— Gdy ta dziewczyna tu przyszła, myślalyście, że sam Bóg ją tu przystał. Po oczach jej poznać można, że może uleczyć chorego. I cóż zrobiła?
— Nic nie zrobiła!
— To moja sprawa, rzekła kuma Troska. Umyślnie jej nie powiedziałam, dlaczego ją tu zatrzymano. Gdyby o tem wiedziała, nie marzyłaby o przybyciu tu swego ukochanego. A gdyby nie żywiła tej nadziei, nie doznała by rozczarowania. Rozczarowanie pozbawiło ją energji i dlatego nie była w stanie nic zrobić dla warjata. Nawet na niego nie spojrzała. Nienawidzi go dla tego, że nie jest tym, którego oczekiwała. To dzieło rąk moich, imość Stawo!
— Tak pani, gdy ty się bierzesz do dzieła, zawsze cel osiągniesz.
Kuma Troska wyjęła szarą koronkową chustkę i wytarła zaczerwienione oczy.
— Nie staraj się okazywać lepszą, niż jesteś, imość Stawo. Wiem, że wam nie podoba się, iż moje ptaki zajęły tu pokój. Wy i wasza pani myślicie tylko o tem, aby mnie oszukać. Ale teraz to już wasz koniec nadchodzi.
— Tak, teraz może szanowna pani być zupełnie spokojną, — teraz już koniec. Młody pan zapakował już swój tłomok — odchodzi. To, o czem pani radczyni marzyła przez całe lato i jesień — skończone. Myślałyśmy, że jej się uda zatrzymać go w domu, a ona nie zwracając uwagi na naszą dobroć, — nic dla niego nie zrobiła.
— Tak. Ona mogła być doskonałą dla was pomocnicą — a teraz powinna pójść stąd precz. Właśnie o tem chciałam pomówić z jej wielmożnością.
Kuma Troska zaczęła wchodzić na schody, za każdym krokiem skrzydła się unosiły, jakby do fruwania.
Ingryda bezwolnie szła za nią, czuła się pod jej władzą.
Gdy weszła do bawialni, kuma Troska siedziała na kanapie obok radczyni i szeptała z nią, jak z przyjaciółką.
— Nie jesteś jeszcze zdecydowaną, czy masz ją zatrzymać, a w twoim ogrodzie nie rośnie ani jeden kwiatek, czy młoda dziewczyna może żyć w takim domu? Młodość wnosi ze sobą choć nieco wesela i radości, a tobie ich nie trzeba. Postaraj się o miejsce dla niej w innym domu, a tu jej nie trzymaj, — to chciałam ci powiedzieć. A jak ci się wogóle powodzi?
— Noże i nożyce krają dzień cały serce moje, — odezwała się pani radczyni. Żyję tylko nim, a jemu jest gorzej, znacznie gorzej; już mi brak sił, wytrzymać trudno.
Ingryda drgnęła na odgłos dzwonka — i przebudziła się. Tak plastyczne było jej widzenie, że oglądała się wokoło, szukając kumy Troski i jej ponurego zaprzęgu przed gankiem.
Jej wielmożność zadzwoniła na imość Stawę, a gdy ta nie przychodziła, posłała po nią Ingrydę.
W niebieskim pokoju gospodyni nie było nikogo. Ingryda poszła jej szukać do kuchni i zatrzymała się, słysząc głos Gunnara. Zapragnęła go zobaczyć, musi się przezwyciężyć i zrobić coś dla niego. Może się jej uda namówić go do pozostania w domu.
Schyliła się i spojrzała przez dziurkę od klucza.
Służące gawędziły z wariatem, śmiejąc się z jego dziwnych odpowiedzi. Pytały go z kim się ożeni.
Gunnar uśmiechał się, rad był, gdy go o to pytano.
— Ożenię się z „Cmentarną Lilją“, czy o tem nie wiesz?
— A gdzie ona mieszka?
— Nigdzie nie mieszka, ona domu niema, a siedzi w moim worku.
Służące śmiały się i pytały o jej rodzinę.
— Ona niema ani matki, ani ojca, odrzekł Gunnar, delikatna, piękna jest jak kwiat wyrosły w ogrodzie.
Ingryda cofnęła się, nie mogąc słuchać dłużej. Nie może nic uczynić dla niego, jest jej wstrętnym.
Jeszcze nie zdążyła wejść na schody, gdy odezwał się głos sumienia.
— Niewdzięcznicą jesteś! niczem się nie starasz odpłacić za wyświadczone ci tutaj dobro.
Starała się przedstawić sobie Gunnara w lepszem świetle, nie takim prostakiem. Jakby wyglądał, gdyby zmienił ubranie i odrzucił włosy z czoła? zamknęła oczy, chcąc mu się lepiej przyjrzeć. Próba się nie udawała. Nie mogła go sobie wyobrazić innym, niż był.
Natomiast zobaczyła „tamtego“. Ale jakże był zmieniony! nie uśmiechał się, jak zwykle, usta jego drżały, a w oczach legł wyraz dojmującego cierpienia.
Usłyszała niewyraźny szept.
Nie pozwól mi odejść, zatrzymaj mnie!
Ile męki bolesnej taił-ten ledwie dosłyszalny głos!
— Czy to dalszy ciąg mego snu? — pytała siebie Ingryda, ależ nie, ja nie śpię!
A usta „jego“ wciąż poruszały się cichym szeptem.
— Nie pozwól mi odejść!
Było to jakby błaganie konającej duszy o wyswobodzenie jej z mąk piekielnych.
Wargi „jego“ przestały się poruszać, a pozostały na wpół otwarte, nadając twarzy idiotyczny wyraz.
Krzyk przerażenia wyrwał się z piersi dziewczyny, zatoczyła się i spadła ze schodów.
Poznała w wizji uwielbionej — twarz warjata — „kozła“.
Nie... nie, to być nie może! to nie on... to nie on!
Wizja rozwiała się.
Całą godzinę przesiedziała Ingryda w zimnej sieni, płacząc i łamiąc ręce w bezsilnej rozpaczy.
— Jak go uleczyć, jak wyswobodzić z mąk wiecznego strachu?
W małej bawialni pani radczyni rozmawia z imość Stawą.
Niepewnym, przyciszonym głosem, prosi Stawę o skłonienie jej syna do pozostania jeszcze chociażby przez dni kilka.
Imość Stawa trzyma się odpornie.
— Naturalnie, mogę go prosić, lecz wasza wielmożność wie, że jego nikt nie przekona, skoro nie ma ochoty zostać.
— Pieniędzy nam jeszcze starczy na długo, niema potrzeby zarabiać, czy nie możesz mu tego powiedzieć?
Drzwi się otworzyły i weszła Ingryda.
Sunęła bez szelestu, stąpając lekko z błyszczącemi oczami, w zachwyceniu, jakby patrzyła na coś przepięknego, jej oczom tylko widzialnego. Schmurzyły się brwi pani radczyni, własny ból zmusił ją do okrucieństwa.
— Chodź do mnie, Ingrydo, pragnę z tobą pomówić o twojej przyszłości.
— O mojej przyszłości? — dziewczyna ręką potarła białe swe czoło i dodała ze smętnym uśmiechem, — moja przyszłość jest dla mnie jasną!
Podeszła do stolika, stojącego pomiędzy oknami i zabrawszy leżącą na nim gitarę — wyszła z pokoju.
Pani radczyni i imość Stawa spoglądały na nią w najwyższem zdumieniu. Gdy imość Stawa wróciła do swego pokoju, zastała w nim Ingrydę grającą na gitarze, — obok niej stał Gunnar z promie-niejącemi z zachwytu oczami.




ROZDZIAŁ VIII.

Od tej chwili, gdy Ingryda poznała w warjacie studenta, myśl o wyleczeniu go nie opuszczała jej. Niełatwe zadanie dla niedoświadczonej dziewczyny.
Pierwszym wysiłkiem jej było zatrzymanie go w domu. To jej się udało.
Cierpliwie czekał godzinami w pokoju Stawy na nią, aby usłyszeć jej grę.
Do przejścia do innego pokoju nie dał się nakłonić.
Chętnie przebywał w towarzystwie dziewczyny, był jej posłuszny, lecz posłuszeństwo jego było krótkotrwałe.
Dziewczyna prosiła go o włożenie innego ubrania, usłuchał i nosił je przez dzień cały; nazajutrz rano za nic nie chciał je włożyć, i gdy mu schowano jego kożuch, zabrał kożuch stróżowi i odział się w niego, — trzeba było ustąpić i wrócić mu ulubioną szatę.
Pewnego dnia Ingryda przechadzała się z nim po parku i poprosiła go, aby przestał się kłaniać — kotom. Nie prosi o zaprzestanie ukłonów przed koniem lub psem, wie że to za trudne, ale czy można się obawiać tak małego stworzonka, jak kotek?
— Można — bo koty, to kozły.
— Nie może kot być kozłem, bo niema rogów.
Zdawało się, że to rozumowanie przekonało Gunnara.
Następnego dnia przechodząc przez kuchnię spotkał kota imość Stawy.
— Ten kozioł nie ma rogów, rzekł śmiejąc się z zadowoleniem.
Przeszedł śmiało obok kota i usiadł przy grającej Ingrydzie.
Po upływie kilku minut począł się niepokoić, wstał, podszedł do kota — i nisko się przed nim skłonił.
Ingryda wzięła kota na ręce i poczęła go głaskać, — Gunnar opuścił kuchnię i przez cały dzień następny nie pokazał się.
Dziewczyna łamała ręce z rozpaczy.
— Dziecko, dziecko, mówiła jej radczyni, robisz te same próby, które ja dawniej robiłam. Zostaw to, bo skończy się na tem, że się przestraszy i zacznie cię unikać. Zostaw go w spokoju. Już i to dobrze, że zdołałaś go w domu zatrzymać. Niech tylko nie odchodzi.
Nie mogła się z tem pogodzić, aby człowiek tak dobry i miły był skazany na wieczną utratę rozumu.
A jakaż będzie jej przyszłość? czyż jej przeznaczeniem jest śpiewanie piosenek warjatowi? Czyż nie nastąpi już żadna zmiana?
Zmęczona graniem, opowiadała Gunnarowi bajki.
Nieraz pośród opowiadania oczy mu się rozjaśniały i robił zupełnie trafne uwagi.
Były to jednakże tylko błyski krótkotrwałe.




Godzina przedwieczorna. Cisza zupełna panowała nad jeziorem, pokrytem sinym lodem. Drzewa na wyspie stały nieruchomo, tworząc ciemne plamy na tle jasnego nieba, gdzie już paliła się zorza wieczorna.
Ingryda szła w stronę jeziora z łyżwami, przewieszonemi przez ramię. Za nią wlókł się odziany w kożuch Gunnar.
Dziewczyna była bladą, zdawała się być zmęczoną, czy też zniechęconą.
Purpurowa zorza coraz bardziej rozlewająca się po horyzoncie, siała radość w około niej, lecz nie było radości w sercu dziewczyny.
Oto miesiąc już mija, gdy poznała w Gunnarze studenta, a wysiłki jej nad uleczeniem go dotąd są daremne.
Lodowate zimno objęło ją wobec pytania, czy nie zamiera jej miłość? Była blizką zapomnienia studenta dla chorego Gunnara. To, co było radośnego w jej uczuciu, zgasło obecnie, pozostał tylko smutny obowiązek. Była blizką rozpaczy. Nie wiedziała, jak postąpić dalej; miała nieraz ochotę porzucić zbyt trudne zadanie.
Mój Boże! Jak pogodzić się z faktem, że on pozornie tak silny i zdrowy, w rzeczywistości jest tak słaby i nieuleczalnie chory.
Zeszli ku jezioru. Ingryda przypasała łyżwy i zeszła na lód. Pociągnęła także Gunnara, lecz gdy stanął na łyżwach, wnet upadł, dowlókł się do brzegu prawie na czworakach. Usiadł na kamieniu nad brzegiem, a Ingryda pobiegła po szklannej tafli.
Naprzeciwko kamienia, na którem siedział Gunnar, leżała mała wysepka, zarosła brzozami: kontury brzóz rysowały się z niezmierną czystością w świetle niezagasłej zorzy. Cieńkie, bezlistne gałązki drzew wdzięcznie odcinały się na purpurowem tle nieba, widzialny stąd krajobraz był uroczy.
Gunnar siedział nieruchomo i błądził oczyma po koronkowych czubach brzóz, po sinym lodzie i ośnieżonych wzgórzach; doskonale znał ten pejzaż. Nie było miejsca w okolicy, któreby tak dokładnie wyryło się w jego pamięci.
Spokój panował nienaruszony, — ani człowiek, ani poryw wiatru nie mąciły tej błogosławionej ciszy. Wieczna trwoga, dręcząca Gunnara znikła, przyczaiła się; mała wysepka nawiała na niego czarowną swą ciszę.
Tyle lat nie zaznał spokoju; manja prześladowcza kazała mu wciąż być na straży przed niewidzialnym wrogiem, wciąż ukrywać się przed nim. Obecnie dusza jego wypoczywała, — nie myślał o niczem. Znajoma okolica obudziła w nim wspomnienia lat dawnych; automatycznym ruchem wstał, przypasał łyżwy i zeszedł na lód. Ślizgał się doskonale, z wielką swobodą, odsunął się daleko od brzegu, nim wzbudziła się w nim świadomość swego czynu.
— Jaki cudny lód! Dlaczego nie przyszedłem tu w dzień? Wczoraj zadługo się ślizgałem, ale teraz nie przepuszczę ani jednego dnia, dopóki jestem wolny.
Ulubiony sport, któremu dawniej namiętnie się oddawał, obudził w nim wspomnienia z czasów studenckich.
Ostatnie lata życia nie istniały dla niego.
Okrążył jezioro szybkim lotem i dobiegł miejsca, skąd widać było dom, zatrzymał się, jak to zwykł dawniej czynić, aby zobaczyć, czy pali się światło w oknie jadalnego pokoju.
— Matka pewnie czeka mnie z kolacją, — niech jeszcze trochę poczeka, lód dziś taki pyszny!
Przyjemne ciepło, wywołane szybkim ruchem i cudny wieczór, wprawiły go w dobry humor.
— Zawsze będę się ślizgał w księżycowe wieczory. Ta cisza, ten zmierzch wieczorny, — nic piękniejszego nie może być na świecie. Nagle przystanął zdziwiony, nie był sam na lodzie. Szybkim ruchem zbliżała się ku niemu sylwetka młodej kobiety.
Pomimo, że Gunnar nie był pewny, czy ją zna, nie mógł się powstrzymać od rzucenia jej kilku słów o lodzie i cudnym wieczorze dzisiejszym.
Nieznajoma dziewczyna widocznie była nieśmiałą, nie przywykła do towarzystwa; nie odpowiedziała mu nic, a na twarzy jej widoczny był przestrach.
Nie chcąc jej przeszkadzać Gunnar skierował się w inną stronę jeziora; miejsca było dostatecznie dla obojga.
Nieznajomą dziewczyną była Ingryda, która o mało nie krzyknęła z podziwu, gdy obok niej przebiegł zręczny łyżwiarz. Jakże był zmieniony! Ruchy wytworne, włosy odrzucone z czoła, wyrażał się językiem człowieka cywilizowanego, niezgrabny chłop dalekarlijski, przepadł bez śladu.
Ingryda zorientowała się szybko. Pobiegła na brzeg, zdjęła łyżwy i puściła się pędem do domu.
Zadyszana wbiegła do kuchni; z radości nie wiedziała, jakiemi słowy wyrazić dobrą nowinę.
— Imość Stawa, młody pan przyszedł!
W kuchni nie było nikogo, w pokoiku gospodyni również.
Ingryda obleciała cały dom, nie przestając wołać:
Młody pan przyszedł!
W bawialni nareszcie znalazła panią radczynię i imość Stawę. Ze wzruszenia nie mogła znaleźć innych słów, powtórzyła raz jeszcze „młody pan przyszedł“!
Zrozumiano ją. Kobiety stały jak porażone, drżały im usta i ręce. Patrzały na siebie w osłupieniu, nie wiedząc, co czynić im wypada.
Najprzód oprzytomniała matka i cichym głosem wydała kilka rozporządzeń.
— Zapalić świece w pokoju młodego pana. Rozniecić ogień na kominku, przygotować ubranie!
Pomimo, że nie była to pora odpowiednia, imość Stawa nie straciła okazji okazania swej wyższości.
— Na kominku młodego pana ogień nigdy nie zagasa, — rzekła, a ubranie przygotowane czeka jego przybycia.
Ingryda stanęła przy oknie, starając się opanować łkanie, które ją dusiło. Niecierpliwie ocierała oczy z łez, chcąc widzieć, co dzieje się na śnieżnej polanie jeziora.
Nie będzie płakała, a ta cudna noc księżycowa nic przed nią nie skryje.
Otóż on nadchodzi.
— Tam, tam, idzie, patrzcie jak szybko idzie, biegnie prawie, patrzcie!...
Pani radczyni siedzi przy kominku. Nie pragnie widzieć, chce słyszeć. Ruchem ręki nakazuje milczenie Ingrydzie, pragnie usłyszeć dokąd syn jej skieruje kroki. Zgięta naprzód, cała zamienia się w słuch.
Idzie. — Czy zajdzie znów do kuchni? Nie! skrzypią schody pod jego stopami; idzie szybko, przeskakuje odrazu po trzy, cztery stopnie. Czy słyszysz matko? Idzie śmiało, lekko, nie ociężałym, chłopskim chodem. Stuknęły drzwi, — wszedł do swego pokoju.
Pani radczyni osunęła się na oparcie fotelu i zamknęła oczy, rękę wyciągnęła ku Ingrydzie i przycisnęła ją do siebie.
— Moje dziecko, moje dziecko! — powtarzała. Siądź tu koło mnie, musimy być zupełnie spokojne, gdy on tu przyjdzie...
Na stole była przygotowana herbata. Po upływie półgodziny Gunnar wszedł. Z chłopa nie zostało w nim ani śladu, ubranie i ruchy zmieniły go zupełnie; nie okazywał żadnego wzruszenia.
Pani radczyni i Ingryda ścisnęły się mocno za ręce, radość przepełniała ich serca.
— Przyszedłem tylko, rzekł Gunnar, powiedzieć ci dobranoc, kochana mamo, strasznie mnie boli głowa, mam zamiar zaraz położyć się spać.
Pani radczyni nic nie odpowiedziała.
— Czy dasz mi szklankę herbaty? — ciągnął dalej Gunnar, zdziwiony milczeniem matki.
Pani radczyni podeszła do stołu i starając się zapanować nad wzruszeniem, zaczęła rozlewać herbatę.
— Czy płakałaś, mamo, dlaczego jesteś taka smutna?
— Rozmawiałyśmy z moją młodą przyjaciółką o pewnym smutnym wypadku, odpowiedziała matka, wskazując na Ingrydę.
— Ach, przepraszam, nie wiedziałem, że masz gościa, skłonił się przed nią ceremonialnie, widocznie nie wiedząc, kogo ma przed sobą.
— Widziałem dziś panią na lodzie, rzekł.
Przeszłość dla niego nie istniała, był pewien, że Ingrydę widzi dziś poraz pierwszy.




ROZDZIAŁ IX.

Nastąpiły szczęśliwe czasy. Gunnar był na najlepszej drodze do wyzdrowienia.
Dziwnym wydawał się stan jego otaczającym. Nie czytał nic, nie pisał. Tak ukochanych dawniej skrzypiec nie dotykał się wcale.
W każdym razie zaszła w nim olbrzymia zmiana. Wyrażał się poprawnie i maniery miał człowieka cywilizowanego.
Długie lata choroby jakby dla niego nie istniały, zupełnie o nich nie wiedział. Całe dnie przepędzał w towarzystwie matki i Ingrydy, rozmawiał o rzeczach potocznych, łatwych, nie wymagających natężenia umysłu. Używał też dużo ruchu. Wraz z Ingrydą odbywał dalekie przechadzki, ślizgali się godzinami po jeziorze. Dla swej towarzyszki był bardzo uprzejmy, ale bynajmniej nie wyglądał na zakochanego. Pewnego dnia przypomniał sobie swą narzeczoną i zapytał matki, czy nie ma od niej listu.
Brakiem wiadomości jednak się nie zmartwił, nieświadomie odsuwał od siebie przykrości.
Ingryda przeczuwała, że stan podobny nie może zawsze trwać, i że nadejdzie chwila, gdy zmuszony będzie zdać sobie sprawę co do swego stanu. Tymczasem niech wypoczywa, niech nabiera sił. Jeżeli ją pokocha, może uczucie to przyczyni się do jego odrodzenia. Po tylu latach smutku, trochę szczęścia spłynęło na dom w Münkshütte, ach, jakże ono było potrzebne.!




W tym czasie zdarzyło się, że w domu pastora, gdzie wychowywała się Ingryda, umarło dziecko. Stróż cmentarny kopał mu grób, obok mogiły, gdzie w roku zeszłym pochowano Ingrydę.
Gdy wykopał już kilka stóp ziemi, natrafił na róg sosnowej trumny Ingrydy. Przypomniał sobie gadki, które krążyły o zjawieniu się dziewczyny w domu pastora, w sam dzień pogrzebu. Żona pastora nie cieszyła się sympatją, zapewnie ktoś z parafian przez zemstę ją nastraszył.
— Trzeba będzie opowiedzieć ludziom, jak nieboszczka mocno śpi, pomyślał sobie stróż uderzając łopatą w róg trumny.
Wieko trumny było nieco usunięte, brakowało jednej śrubki. Stróż przestał kopać, i zaczął gwizdać marsza pułku wermlandskiego, w którym niegdyś służył. Dodawszy sobie w ten sposób odwagi postanowił zbadać rzecz gruntownie. Grabarzowi nie wolno mieć wątpliwości co do śmierci nieboszczyka. A nuż zjawi się taki w ciemną noc jesienną! Odkopał pośpiesznie większą część trumny i uderzył w nią łopatą. Trumna dała wyraźną odpowiedź, że jest pustą.
Stróż rzucił łopatę i pobiegł do pastora.
Zaczęto snuć domysły i przypuszczenia.
A więc dziewczyna naprawdę wyszła z trumny i zjawiła się w kuchni pastora? lecz dokąd poszła, gdzie się podziała?
Anna Stine stała przy piecu w kuchni i pilnowała wypieku chleba.
Przysłuchiwała się rozmowie, nie biorąc w niej udziału.
Pilnowała pieca, sadzała i wyjmowała bochenki, nawet dojść do niej było niebezpiecznie, z powodu długiej łopaty.
Dopiero, gdy skończyła swą pracę, zdjęła fartuch, wytarła twarz z sadzy, znalazła się w pokoju pana pastora wpierw, nim sobie z tego zdała sprawę.
Nic więc dziwnego, że pewnego pogodnego dnia marcowego, przed gankiem dworu w Münkshüte zatrzymały się piękne sanie pana pastora, malowane w zielone tulipany.
Ingryda naturalnie musiała z nim pojechać do przybranej matki skoro pan pastor po nią przyjechał.
Nie mówił dużo, jednak znać po nim było, że rad jest wielce, widząc dziewczynę żywą i źle obchodzono się z sierotą i zadowolony był, że będzie jej to mógł obecnie wynagrodzić.
Młoda dziewczyna rozumiała, że powinna wracać do domu pastora i tem dać dowód, że nie ma żalu do swych przybranych rodziców.
Była to rzecz tak naturalna, że nie stawiono jej przeszkód.
Ona zaś z całej duszy pragnęła zostać.
Siadając do sań wciąż jeszcze spodziewała się, że pani radczyni, lub Stawa podejdą do niej, każą wysiąść i zaprowadzą z powrotem do miłej bawialni. Zapewnie przez życzliwość nie zatrzymują jej. Sądzą, że jej młodość pożąda zmiany, może znudzona jest czuwaniem nad warjatem? Wyciągnęła ręce ku lejcom, pragnęła zawrócić konie. Zdawało się, że błąka się pośród wielkiego lasu, śród martwej ciszy, w około niema nikogo, nie poradzi jej nikt, ani wiewiórki skaczące po sośnie, ani puszczyk, hukający ponury swój refren.




Ingrydzie obecnie nie robiło różnicy, jak się z nią obchodzono w domu pastora. Traktowano ją bardzo dobrze, lecz gdyby znalazła się w złotym zamku wśród zaczarowanego ogrodu, byłoby to jej również obojętnem. Żadne łóżko nie jest wygodne, gdy się jest chorym.
Po dwóch tygodniach pobytu, gdy przycichła radość przybranej matki i rodzeństwa, Ingryda prosiła o odesłanie jej do Münkshütte. Wywołała tem ogólny protest. Czy jej tu źle? a przytem drogi się popsuły, ani myśleć o podróży, nim ziemia dobrze odtaje.
Chęć wyjazdu wywołała gniew ojca, matki i wszystkich parafjan.
Nie wolno dążyć w świat, gdy się żyje w Roklandzie!
Zrozumiała, że najlepiej będzie nie mówić o wyjeździe.
Zachowywała się więc cicho, szyjąc, haftując i snując bez końca nić swych marzeń.
Czyż można wyjechać przed chrzcinami nowonarodzonej córeczki pastorowej? a czy godzi się nie zaczekać na wesele Kariny Landsberg, swej najlepszej przyjaciółki? Trzeba więc czekać i wyciągać błagalnie ręce do wiosennego słonka: pełnij jasne słonko swoją powinność, rzuć swe złote strzały w głąb mrocznego lasu, top śnieg pomiędzy ponurymi świerkami i osuszaj drogi. Kochane, dobre słonko! mniejsza już o śniegi w dolinie, osuszaj stoki gór i wąskie ścieżyny leśne. Gdy pastuchy wrócą do swoich szałasów, wskażą leśne przejścia dwa razy bliższe od bitej drogi. Ingryda zna kogoś, komu nie trzeba koni, ni powozu, kogoś, co nie poprosi o pieniądze na drogę, a czeka tylko z upragnieniem, aż nieco przeschną leśne ścieżyny.
Wiedziała, kto wówczas wyjdzie z domu pastora w jasną noc księżycową, nie pytając o pozwolenie.
Ingryda zawsze z upragnieniem wyglądała wiosny. Któż jej nie czeka? obecnie poznała co znaczy oczekiwać z tęsknotą.
Dawniej czekała pierwszych pączków na krzewach, pierwiosnków, śpiewu skowronka, i kukania kukułki.
Takie tęsknoty dziecinne.
Nie ten tęskni za wiosną, kto widzi tylko jej piękno. Inna rzecz, gdy całować pragniesz ziemię oswobodzoną z pod śniegu, — sparzyć rękę pierwszą zerwaną pokrzywą, tylko dla przekonania się, że to już wiosna, wiosna przyszła!
Myśl powrotu do Münkshütte nie opuszczała Ingrydy.
— Nie mogę zrozumieć, rzekła jej pewnego razu Karina Landsberg, dlaczego pragniesz wyjechać, czy chcesz być nadal pielęgniarką warjata?
— Ona już nie myśli o wyjeździe, odpowiedziała za nią pani pastorowa.
Ingryda milczała, nie podnosząc oczu z nad kołnierzyka, który haftowała.
— Mówią, paplała Karina, że ty się w nim zakochałaś, skoro tylko trochę oprzytomniał...
— Nie, nie wtedy, Karino, — Ingryda tłumi śmiech, — jakie zabawne są domysły przyjaciółki!
— W każdym razie Gede nie należy do tych, którzy się mogą żenić. Mówiliśmy o tem z ojcem, i on jest zdania, że najlepiej dla ciebie, gdy zostaniesz u nas.
— Bardzo to ładnie z waszej strony, że chcecie mnie zatrzymać. Ingryda rozczulona jest dobrocią swych opiekunów.
— A zresztą, gdyby ktoś za tobą tęsknił, to napisanoby po ciebie, — dowodziła przybrana matka.
Dziewczyna znów uczula ochotę do śmiechu. Z zaczarowanego zamku ma przyjść list? Czy królewicz będzie prosił o powrót swą poddankę? A wieści od niego jej nie brak. Nocą, gdy uśnie, zjawia się, wyciąga błagalnie ręce i prosi:
— Wróć do mnie, ginę bez ciebie, znów jestem chory!
Wiedziała, że ponownie był bliski utraty rozumu, że powinna być przy nim.
Promienne jej oczy — gwiazdy coraz dłużej spoglądały w dal, coraz uporczywiej starały się przebić zasłonę przestrzeni.
Tęskniła dusza dziewczyny i pełna była lęku.
Radość błyszczała w jej oczach tylko wówczas, gdy patrzyła na strumyki wybiegające z lasu, bystre wody wiosenne, kochane wody, które jej drogę oczyszczą.
Gwarzy Ingryda z Kariną — opowiada jej w jaki sposób upływały jej dnie w Münkshütte.
Karina się przeraża. Jak można tak żyć samotnie?
Współczucie Kariny szybko mija; zmienia; temat rozmowy, wogóle jest obecnie w stanie nowie tylko o sobie i o swoim Olafie.
Przypomina sobie, że jej narzeczony kiedyś opowiedział jej śmieszną historję o „koźle“. Może to Ingrydę przekona?
Na ostatnim jesiennym jarmarku, ktoś utrzymywał, że „kozioł“ jest zdrowy, tylko udaje wariata, bo przez to ludzie więcej u niego kupują.
Olaf był przeciwnego zdania i podjął się dowieść, że ma słuszność.
Wyszedł na targ, kupił koźlątko, ukrył je pod płaszczem i wrócił do sklepu, gdzie przekupień właśnie rozłożył swoje kosy i inne towary.
Niespodzianie postawił przed Gunnarem koźlę, dalekarlijczyk uciekł, pozostawiając w sklepie swój worek i towary.
Śmiano się bardzo z ucieczki i strachu przekupnia.
Czy Ingryda może kochać człowieka tak dalece pozbawionego rozumu, że boi się małego koźlątka?
— A ty możesz iść za mąż za człowieka tak złego, który mógł tak okrutnie postąpić z biedakiem? — odparła Ingryda z groźną zmarszczką pomiędzy brwiami. Lepiej stokrotnie wyjść za samego „kozła“.
Wygłosiła swoje zdanie tak stanowczo, że Karina zdrętwiała ze strachu.
Jeszcze przez kilka następnych dni Karyna wciąż się zastanawiała nad tem, czy jej Olaf jest takim doskonałym człowiekiem, za jakiego go dotąd uważała.
Zatrute życie miała, tak się tem dręczyła, aż wreszcie postanowiła zwierzyć się narzeczonemu.
Olaf był taki miły, nic dziwnego, że szybko rozproszył jej obawy.




Niełatwo w Wermlandzie doczekać się wiosny.

Niekiedy pod wieczór można rozkoszować się słońcem i ciepłem, a nazajutrz ujrzeć znów ziemię, pokrytą śnieżnym obrusem. Krzewy agrestowe i łąki już się zielenią, a lasy brzozowe ani myślą jeszcze o pączkowaniu.
Nareszcie wiosna zjawiła się w dolinie, lecz modły Ingrydy jeszcze nie zostały wysłuchane. Ani jedna kałuża, ani jedna bajora w lesie nie wyschły.
W Zielone Świątki Ingryda z matką wybrały się do kościoła. Z powodu tak uroczystego święta wybrano się powozem.
Dawniej Ingryda bardzo lubiła zajechać na plac przed kościołem, stojący pod murem cmentarnym, parafjanie zdejmowali czapki, kobiety kłaniały się.
Obecnie to jej nie bawiło, „Troska pozbawia różę zapachu, a księżyc blasku“ — powiada przysłowie.
Modlitwa wlała otuchę w serce dziewczyny.
Z ufnością słuchała kazania na temat, jak Jezus pamiętał o tych, którzy zapominali o sobie w żalu po Nim.
W czasie nabożeństwa na plac przed kościołem zaszedł ubrany w kożuch, wysoki dalekarlijczyk, dźwigając na plecach ciężki tłomok.
Nie wszedł do kościoła; ominął przesuwając się bojaźliwie zaprzęgi, stojące na placu, i wszedł na cmentarz.
Lud niebawem zaczął wychodzić z kościoła. Jednym z pierwszych był Olaf, narzeczony Karyny Landsberg.
Szukając swej narzeczonej Olaf zaszedł na cmentarz, i spotkał przekupnia.
Powodowany ciekawością, a może i innem uczuciem, zagadnął go.
Pragnął się przekonać, czy prawdą jest, co opowiadano, że człowiek ten wyzdrowiał, a następnie znów rozum stracił.
Niestety było to prawdą.
Bez wstępu dalekarlijczyk opowiedział Olafowi, że czeka tu na swą narzeczoną. Nazywa się „Lilja Cmentarna“. Obiecała mi przyjść i zagrać na skrzypcach. Gdy ona gra, gwiazdy zawodzą chórem, a słońce tańczy.
Olaf go zapewnił, że ta, na którą czeka, jest na placyku przed kościołem. Radzi mu tam iść na spotkanie jej.
Pani pastorowa wraz z Ingrydą zamierzały wsiąść do powozu, gdy je spostrzegł wysoki dalekarlijczyk. Biegł ile mu sił starczyło, nie zwracając uwagi na szkapy, ani ludzi.
Śmiał się z radości i kłaniał już zdaleka młodej dziewczynie.
Ingryda, jakby w ziemię wrosła od wrażenia. Nie wiedziała, czy cieszy ją jego widok, czy smuci zaszła w nim zmiana. Nie wstydziła się obecnych, widziała tylko nieszczęśliwego, którego piękną duszę tak ukochała.
Tłum przyglądał się im w uroczystem milczeniu.
Oczy Ingrydy rozpromieniały, jakby ku niej zbliżał się królewicz z bajki, a nie nieszczęśliwy warjat.
Ciągnęły ku sobie dwie dusze, złączone niewidzialną dla oczu ludzkich — nicią.
Już tylko dwa kroki rozdzielały Gunnara od Ingrydy, gdy pani pastorowa, chcąc uniknąć spotkania, objęła dziewczynę wpół i wraz z nią padła na poduszki powozu.
Konie ruszyły żywo z miejsca przynaglone biczem woźnicy.
Za niemi rozległ się krzyk rozpaczliwy, — a pani pastorowa dziękowała Bogu, że udało jej się uciec.
Po obiedzie, do pana pastora przyszło dwóch parafjan na naradę. Opowiedzieli, że po odjeździe Ingrydy warjat, zwykle tak spokojny, wpadł w szał, zmuszeni byli go związać. Obecnie jest zamknięty pod dobrą strażą, u jednego z włościan.
Jak pan pastor radzi z nim postąpić?
Pan pastor radził odesłać warjata pod dobrą strażą do matki, powiedział parafjanom jego nazwisko i miejsce zamieszkania.
Wieczorem tegoż dnia pan pastor opowiedział Ingrydzie co się stało, i radził jej zawsze kierować się rozumem.
Gdy nastąpiła noc, Ingryda zrozumiała, że nie pora czekać wiosny. Trzeba się wybrać w drogę.
Biedactwo poszło główną drogą, pomimo, że ta była dwa razy dłuższą, niż przejścia leśne.




ROZDZIAŁ X.

Na drugi dzień, w samo południe, Ingryda szła po błotnistej drodze. Brzozowe gaje, kwitnące czeremchy i kaliny przerywały monotonję rozległych pól. W rowach przydrożnych płynęła ze szmerem przezroczysta woda, po przez którą błyszczały czysto wymyte krzemienie.
Dziewczyna szła powoli, buciki jej przemokły, głodną była i znużoną śmiertelnie; zdawało się jej, że nigdy nie dojdzie do celu swej podróży. Münksbütte usuwała się w zamgloną, niewidoczną dal, brała ją pokusa zawrócić.
Obecnie, gdy Gunnar ponownie rozum stracił, co ona może dla niego uczynić?
Gdy chęć powrotu ją opanowała, w tej samej chwili uczuła posuwającego się obok niej Gunnara. Chodził obok niej, krok w krok, a oczy jego wołały jej pomocy. Wówczas wstępowała w nią znów energja i pewność, że może mu być użyteczną.
W jednej z takich chwil Ingryda podniosła opuszczone zwykle oczy i ujrzała zbliżający się ku niej dziwny zaprzęg. Maleńki konik ciągnął mały wózek. Na wózku siedziała pełna, przystojna kobiecina, a obok wózka szedł chudy, wysoki staruch.
Malutki wózek był starannie osłonięty i nikt nie przypuszczał zapewnie, że ukryty w nim był teatr marionetek, przybory do sztuk magicznych, akrobatycznych i t. p.
Któżby odgadł, że tłuściocha siedząca na wózku, z pozoru zamożna mieszczka, nazywała się niegdyś Viola i skakała przez obręcze w cyrku? I że mężczyzna, o wyglądzie wysłużonego żołnierza, był tym samym Blomgrenem, który dawniej urozmaicał sobie podróż, fikając od czasu do czasu koziołki przez grzbiet małego konika?
Konik miał swoje kaprysy. Służył niegdyś do kręcenia karuzeli i nie ruszał się z miejsca, nim nie rozległa się muzyka.
W tym celu siedząca na wózku pani Blomgren przez cały czas zmuszoną była grać na harmonijce.
Gdy spotykano miejscowego wieśniaka, chowała harmonijkę. W tej okolicy artyści nie cieszyli się uznaniem.
W ten sposób artystyczna para posuwała się naprzód nie zbyt śpiesznie, a zresztą, co prawda, nie było dokąd się śpieszyć.
Do towarzystwa należał jeszcze ślepy grajek, prowadzony przez psiaka, którego trzymał na sznurku.
Obecnie towarzystwo wybrało się na zwykły objazd wiosenny. Blomgrenowie zarabiali nieźle i mogli ze swych dochodów żyć w mieście, lecz z nastąpieniem wiosny tęsknota ciągnęła ich na wieś, na łono natury.
Nic dziwnego, wszakże byli artystami duszą i ciałem: nęciła ich swobodna włóczęga, nęciła zmiana miejsca.
Nie poznali Ingrydy, gdy ta się zrównała z nimi, ona zaś minęła ich w obawie, że będzie zatrzymaną. Lecz gdy uszła kilka kroków, wstyd ogarnął ją za brak serca i wdzięczności dla swoich byłych opiekunów i zwróciła się do nich z powitaniem.
Zachwyt staruszków był bez granic. Zawiązała się żywa rozmowa, tak, że mały konik raz po raz odwracał głowę, aby zobaczyć, co też tak ożywiło karuzelę.
Najwięcej materiału do opowiadania miała Ingryda.
Starzy spostrzegli odrazu jej zapłakane oczy i zmusili ją do wyznania przyczyny jej łez, a tem samem do opowiedzenia historji lat ostatnich.
Opowiadała chętnie. Staruszkowie tak żywo się przejmowali jej losem, klaskali w dłonie, gdy była mowa o wyjściu z grobu i nastraszeniu pani pastorowej, całowali i pieścili za ucieczkę z jej domu.
Nie lubili smutnych stron życia, starali się zawsze znaleźć powód do radości i nigdy nie tracili nadziei.
Surowych stron życia nie odczuwali, nie widzieli smutnych barw rzeczywistości.
Z przeżyć własnych i cudzych układano pantominy, sztuki dla marionetek. Włączono także dla większego efektu epizody tragiczne, ale kończyło się wszystko zawsze bardzo dobrze.
Blomgrenowie nakarmili Ingrydę, pocieszali ją, każąc wierzyć w pomyślny obrót jej losu. Wiara ich podziałała kojąco na dziewczynę i nabrała nieco otuchy.
Okazali jej też starzy akrobaci istotną przysługę.
Dowiedziała się od nich, że w gospodzie w Torsöker, gdzie godzinę temu jedli obiad zatrzymało się kilku włościan, którzy wieźli skrępowanego sznurami warjata. Pani Blomgren ogromnie się boi warjatów, więc opuściła czemprędzej gospodę, a jej mąż podążył za nią.
Prawdopodobnie był to Gunnar.
A gdy Ingryda chciała czemprędzej biedź do tej gospody, pan Blomgren zapytał swą żonę ze zwykłym sobie patosem, czy jej to nie zrobi różnicy, że zmienią kierunek podróży.
A pani Blomgren z niemniejszym patosem odpowiedziała, czy jej mąż naprawdę sądzi, że ona porzuci wśród drogi swą ukochaną dzieweczkę, zamiast pomódz jej dostać się do zaczarowanego ogrodu, gdzie kwitnie jej szczęście?
Karuzelowego konika zawrócono więc nazad. Rozmowa uległa pewnym utrudnieniom, bo pani Blomgrenowa musiała dmuchać w harmonijkę, a gdy miała ochotę porozmawiać z Ingrydą, harmonijka przechodziła do ust jej męża, który znów wracał jej instrument, gdy miał coś do powiedzenia. A mądry konik stawał za każdym razem, gdy harmonijka przechodziła z ust do ust. W ten sposób podróżowano kilka godzin.
Blomgrenowie starali się w rozmaity sposób pocieszyć Ingrydę. Opowiadali jej bajki o „Śpiącej i Królewnie“ i „Kopciuszku“, o różnych szczęśliwych rozwiązaniach smutnych losów dziewczęcych.
A gdy dzięki ich staraniom iskry nadziei zaświeciły w oczach dziewczyny, artystyczne małżeństwo wołało z zachwytem:
Ach, co za oczy, czy możliwe nie być artystką z takiemi oczami!
Posuwano się bardzo wolno naprzód. Ingryda obawiała się, czy jeszcze zastaną Gunnara w gospodzie.
Obawy jej okazały się płonne.
Po przyjeździe do gospody, chłopi roklandscy związali Gunnarowi mocniej ręce na plecach i zamknęli w oddzielnym pokoju. Wyprzągnięto konie, należało się posilić i koniom również dać odpocząć.
Gunnarowi udało się wyswobodzić ręce z więzów, i gdy uchylono drzwi jego pokoju, aby mu zanieść posiłek, chwycił krzesło i groził zabiciem każdemu, kto się do niego zbliży. Biedak zapewnie sądził, że znów zamierzają go związać. Spiesznie zatrzaśnięto drzwi, zasunięto mocny rygiel. Wiozący go postanowili zaczekać na powrót właściciela gospody i jego parobka, aby z ich pomocą obezwładnić szaleńca.
Ingryda zastała roklanczyków spożywających obiad. Poprosiła ich, aby ją wpuszczono do pokoju Gunnara, była pewną, że jej nic złego nie zrobi, odmówiono jej, powtarzając groźby warjata. Nie było sposobu ich przekonać.
Ingryda odszukała Blomgrenów siedzących w ogródku za gospodą. Pani Blomgren nie chciała wejść do gospody, obawiając się warjata.
Biedne dziewczę zamyśliło się głęboko, szukając sposobu ukojenia szalejącego Gunnara, była pewna, że sposób jest, tylko jaki?
Spojrzała w około siebie, na Blomgrenów — i uśmiechnęła się radośnie. Tak, znalazła sposób niezawodny.
Gunnar poraz pierwszy odzyskał przytomność, dzięki zbudzonym wspomnieniom z lat studenckich, a gdyby tę próbę powtórzyć raz jeszcze?
Podeszła do pani Blomgren i całując ją tkliwie, prosiła o spełnienie jej życzenia.
Tak dawno nie widziała jej tańczącej, chciałaby mieć tę przyjemność, aby tylko dla niej dali jedno ze swych przedstawień. Przypomni jej to czasy dziecinne, gdy z niemi wędrowała.
Staruszkowie nie mogli niczego odmówić pieszczotce swej. Rozesłano więc dywanik, wyciągnięty z wózka, wyjęto kostjumy, ślepy grajek nastroił skrzypce, zagrał walca, stara para akrobatów zaczęła krążyć rytmicznie na małej przestrzeni dywanika. Miejsce na przedstawienie Ingryda wybrała pod oknem pokoju, w którym był zamknięty Gunnar.
Przeczucie nie zawiodło.
Po pierwszych dźwiękach skrzypiec okno gwałtownie otwarło się i stanął w niem Gunnar.
Ingryda podniosła głowę i całą siłą swych błyszczących oczu wpatrzyła się w niego. Gunnar bez namysłu stanął na parapecie okna i skoczył do ogrodu. Podszedł do ślepego grajka i wyciągnął rękę ku jego skrzypcom. Ingryda odebrała skrzypce ślepemu i jak przed laty podała je Gunnarowi, mówiąc:
— Zagraj walca „Brata Myśliwego“.
Pani Blomgren w pierwszej chwili chciała uciec, uspokoiła się jednak spojrzawszy na Gunnara.
Młody człowiek tak łagodnie wyglądał, uśmiechał się i białą ręką odgarniał włosy z czoła. Był bez tużurka, ale porządnie ubrany.
— Jaki traf szczęśliwy! więc dlatego Ingryda prosiła o przedstawienie! — domyśliła się pani Blomgren.




Gunnar szybkim krokiem przemierzał pokój, w którym został zamknięty.
Wzburzony był do tego stopnia, że rzuciłby się na każdego, ktoby odważył się wejść. W tem doszły go dźwięki skrzypiec. Wyjrzał oknem i zobaczył ślepego grajka i parę akrobatów. Obraz wydał mu się znany. Zapragnął grać, — i przypomniał sobie, że — Olin zabrał mu skrzypce.
Jaki niedorzeczny pomysł, taki jest wzburzony; muzyka przyniosłaby mu ulgę niezawodnie, ach, żeby to mieć smyczek w dłoni. Trzeba pożyczyć od tego grajka podwórzowego skrzypiec!
Zdaje mu się, że stoi pod oknem obrośniętem winogradem swego pokoju studenckiego w Upsali i gra do tańca akrobatom. Czemu akrobaci przestali tańczyć? Spojrzał pytająco na Ingrydę. Oczy dziewczyny jaśniały przejmującym blaskiem i tak wymownie o coś prosiły, że Gunnar zapatrzył się w nie długą chwilę, przestał grać i oddalił się w głąb ogrodu rozwiązać pytanie, o co proszą te świetliste oczy?
Obejrzał się, ogród wydał mu się nieznany, powoli budziła się w nim świadomość, że nie jest w Upsali i że to już wiele lat minęło od tego pamiętnego poranka, gdy Olin zabrał mu ukochane skrzypce. Zdawało mu się, że wiek cały nie miał smyczka w dłoni — dobrze, że teraz ma choć te nędzne skrzypce!
Usiadł na kamiennej ławie, oparł skrzypce o podbródek i zaczął grać. Uczuł pewną sztywność w palcach, mógł grać tylko utwory łatwe. Trzeba będzie zacząć naukę od abecadła, rzekł uśmiechając się, i zagrał stary menuecik — pierwszy utwór, który grał mając lat siedem. Ojciec zawsze grał dla niego ten menuet, a on dobrawszy się pewnego dnia do skrzypiec tatusia, zagrał go bez zarzutu, ze słuchu jedynie.
Jak żywa stanęła przed nim ta scena i postać ojca.
Po menuecie zagrał kilka łatwych tańców, grał je niegdyś znajomym panienkom podczas lekcji tańców.
Widział dziewczynki kręcące się w około wielkiej sali i nauczycielkę wybijającą takt nogą.
Sztywność palców ustępowała, szło mu już znacznie łatwiej. Zagrał partję pierwszych skrzypiec w kwartecie Mozarta.
Uczył się tego kwartetu, będąc w ostatniej klasie gimnazjalnej w Falunie.
Wraz z kilku amatorami miał odegrać ten utwór na koncercie dobroczynnym. Jakiż on był dumny z tego występu! Grając te łatwe rzeczy, miał jedynie na celu pozbycie się sztywności ręki, a podczas gry czuł wyraźnie, że jednocześnie dzieje się z nim coś niezwykłego. Ożyły w nim wspomnienia lat dziecinnych, młodzieńczych, a gdy chce sięgnąć pamięcią dalej, napotyka jakąś gęstą zasłonę, mrok nieprzenikniony.
Gdy gra — mrok, pokrywający jego myśli rozstępuje się, gdy chce się zastanowić, znów go otacza zasłoną. Będzie więc grał, a ukochana sztuka niechaj go wyprowadza z tego labiryntu.
I wyprowadziła.
Po każdym odegranym utworze ciemna zasłona staje się przezroczystą. Rok za rokiem przesuwa się w jego pamięci. Ożyły wspomnienia lat uniwersyteckich, wspólnych zabaw z kolegami. Mroczna ściana cofała się wstecz, gdy podchodził do niej zbrojny w swój smyczek. Nadeszła kolej na utwory skrzypcowe z towarzyszeniem fortepjanu. Zobaczył siebie grającego je razem ze swą narzeczoną.
Niedługo zatrzymywał się nad tym obrazem — tyle drogi jest przed nim.
Zabrzmiał śpiew kościelny. Słyszał ten śpiew w niedzielny poranek, siedząc na cmentarzu. Jakże ciężkie i smutne było życie jego, gdy chodził od wsi do wsi z workiem towarów na plecach.
Szybko przesuwał się smyczek po strunach i oderwał znów kawał mgły od mrocznej ściany.
Oto dziesięciomilowy las, — zawieja śnieżna, pełno mogiłek przyprószonych śniegiem, z pod których sterczą kopyta i rogi. A ten przejmujący bek setek zwierząt ginących, wzywających daremnie ratunku!
Podróż do narzeczonej — smutna droga!
Gunnar przyglądał się uważnie obrazom ze swego życia, nie smuciły go, ani radowały — on szukał mozolnie zgubionego związku pomiędzy dniem wczorajszym a dzisiejszym.
Wtem smyczek się zatrzymał, obrazy znikły, gęsta ściana mroku znów stanęła przed nim.
Gunnar próbował zmusić smyczek do uległości, — zabrzmiały struny prostą wiejską piosenką.
Skąd to? nie znał tej pieśni!
Mroczna ściana nie ustępowała.
Razem z temi piosnkami padł na Gunnara strach, niewymowny, niewypowiedziany lęk, prześladujący duszę człowieka, który utracił rozum.
Gunnar przestał grać.
Nad siły jego było to uczucie. Skąd się to wzięło w pieśniach?
Podczas gry Gunnar miał oczy zamknięte, teraz otworzył je i ujrzał dziewczynę, słuchającą go w milczeniu.
Trzeba przeniknąć ten otaczający go mrok, za wszelką cenę!
Bezwiednie zapytał nieznajomej:
— Powiedz, kiedy ja to grałem?
Ingryda, słuchając gry, odczuła stan jego duszy. Trzeba się zdecydować. Czas, aby się prawdy dowiedział.
— Grałeś to po raz ostatni w domu, w Münkshütte.
Znów nowa zagadka.
Dlaczego ta dziewczyna mówi mu ty? Kto ona? nie jest chłopką, uczesana jak pani, suknię zaś nosi z płótna, utkanego w domu, lecz na szyi ma koronkowy kołnierzyk. Ręce ma maleńkie i białe, gładką cerę.
Wiejskie dziewczęta nie mają tak delikatnych rysów twarzy i tak wymownych oczu!
Skąd ona mnie zna i wie, gdzie mój dom?
— Jak się nazywasz i kto ty jesteś? — zapytał.
— Jestem Ingryda, widziałeś mnie poraz pierwszy kilka lat temu w Upsali i pocieszałeś wtedy rozpaczające dziecko, mówiąc, ze można żyć, nie umiejąc chodzić po linie.
Tak, pamiętam to zdarzenie.
— Jak wyrosłaś od tego czasu, rzekł, wypiękniałaś, ładnie jesteś ubraną i śliczną masz broszkę!
Broszka emaljowana, wysadzana perełkami wydawała się Gunnarowi dobrze znaną, taką samą nosiła jego matka.
— Broszkę tę otrzymałam od twojej matki, odpowiedziała Ingryda.
Gunnar podszedł do niej zupełnie blizko i rzucił jej niecierpliwie pytanie:
— Dlaczego matka moja dała ci tę broszkę, i czemu ja nie wiem, że ona ciebie zna?
Ingryda zbladła.
Przeczuła nadchodzącą burzę.
— Odpowiedz! powiedz mi także, gdzie jestem i czemu ja nie wiem skąd tu przybyłem!
Powiedz!
Gunnar pochwycił Ingrydę za ręce, ścisnął je silnie i wołał na ociągającą się:
— Mów! dlaczego ja tego nie wiem?
Oczy jego dziko i groźnie patrzały.
Dziewczyna drżała ze wzruszenia. Jak powiedzieć człowiekowi, że był wariatem?
Trudne zadanie, trudniejsze, niż sobie wyobrażała! zupełnie niemożliwe do wykonania.
— Powiedz, nastawał Gunnar tak wzburzony, że gotów był ją zabić jeśli nie usłyszy od niej tego, czego już, niestety, zaczynał się domyślać.
Zbierając odwagę, i mając w oczach odblask swoich uczuć dla niego, Ingryda wpatrzyła się przeciągle w Gunnara i rzekła:
— Byłeś — przez jakiś czas, — niezupełnie przytomny.
— Jak długo?
Nie wiem dokładnie... trzy... może cztery lata.
Byłem zupełnym warjatem?
— Nie, nie, wszakże chodziłeś jako przekupień z towarem po wsiach!
— Z jakiej przyczyny straciłem rozum?
— Z obawy...
— Czego?
— Zwierząt...
— Kóz?
— Tak.
Przez cały czas tej rozmowy Gunnar stał obok Ingrydy i trzymał jej ręce w swoich. Teraz odtrącił ją, odwrócił się ze wstrętem od niej, jak gdyby ona go spotwarzyła.
To wrażenie ustąpiło wnet drugiemu, jeszcze boleśniejszemu. Ujrzał przed sobą, tak wyraźnie, jak na obrazie, wysokiego dalejkarlijczyka, zgiętego pod ciężarem dźwiganego worka.
Ma zamiar wejść do chłopskiej chaty. Wtem rzuca się na niego mała, nędzna psina, — a on staje przed nią pokorny, kłania się nizko, nie śmie przestąpić progu, dopóki nie wyjdzie kto z chaty i odpędzi psiaka.
Ten obraz nawiał na Gunnara uczucie strachu, bezmiernej obawy ludzi chorych na umyśle.
Widzenie znikło. Natomiast rozległ się gwar głosów różnych. Krzyki, śmiech, żartują sobie i kpią z niego.
Piskliwe głosy dziecięce trzymają prym i brzmi jeden wyraz, wciąż się powtarza, wyrzucony ze świstem, piskiem, drapieżne słowo, razi boleśnie jego duszę: „kozioł“ — „kozioł“!
Tak go przezywano, tak nim poniewierano, wyśmiewano jego, — jego Gunnara Gede!
Przeżywał ponownie tę mękę, i — znów ten okropny lęk! Tylko, że teraz bał się nie innych, a samego siebie.
— To ja, — to byłem ja, rzekł łamiąc ręce.
Rzucił się na ziemię, oparł głowę o kamienną ławkę, i gorzko zapłakał.
— To byłem ja, powtarzał szlochając — to byłem ja.
— Jak żyć teraz z tą świadomością, że ten nędzny warjat, pośmiewisko ogółu — to byłem ja? lepiej znów rozum stracić! rzekł bijąc głową o kamienie ławki, nie wytrzymam tego!
Odetchnął głęboko. Mrok zbliżał się ku niemu, jako oswobodziciel wzywany. Uczuł jak rysy jego twarzy nieruchomieją, stają się znów bezmyślne, a oczy — obłąkane.
Dobrze tak — nie może być inaczej.
Nie może być wytykany palcami i mieć świadomość swego stanu.
Po co wracać do życia? Każdy usunie się od niego ze wstrętem.
Pierwsze, lekkie ciemne płatki mroku, wirując padały na niego.
Ingryda stojąc obok niego, odczuwała i przeżywała wraz z nim stan jego duszy.
Przeczuła, że jeśli on się podda, za chwilę obłęd znów nim owładnie. Za chwilę wszystko będzie stracone.
Zgasło jej męstwo, — ma tylko jedno życzenie; pragnie się z nim pożegnać. Z nim, ze swoim szczęściem. Opuściła się na kolana obok niego. Objęła go ramionami i przycisnęła swój mokry od łez policzek do jego twarzy.
— Czy to możliwe! młoda, przystojna panna nie wstydzi się całować jego, śmiesznego warjata?
Gunnar podniósł opuszczoną głowę i otworzył oczy. W otaczającej go ciemności rozległ się lekki świst, rozsunęła się gęsta zasłona, ostatnie strzępy mgieł nakształt syczących żmij próbowały go kąsać.
— Nie poddawaj się, mój jedyny, nie poddawaj się — błagała go dziewczyna. Chciej być zdrowym, a wszyscy zapomną o tem co było.
— Nie mogę znieść myśli, jakim ja byłem przez te lata ubiegłe, nie wytrzymam!
— Wytrzymasz.
— Ty mnie całujesz z litości, chcesz, abym znów rozumu nie stracił?
— Nie z litości, ja ciebie kocham!
— Czy to możliwe! kto może kochać śmiesznego warjata! warjata, który się kłaniał psom i kotom. Słyszę jak wołają za mną i widzę siebie samego uciekającego tchórzliwie. Ohydne! wolę nie czuć tego, wolę niech mnie znów obłęd pochwyci.
Wyczerpała się cierpliwość dziewczyny.
— Tak, źle ci jest, to prawda, ale myślisz tylko o sobie. Trać rozum, będziesz miał spokój.
Nie myślisz ani o matce, ani o mnie.
Nie myślisz o tej, która całe życie poświęciła tobie i tonie we łzach, wyglądając ciebie. Gdybyś kochał kogo, oprócz siebie, starałbyś się walczyć i zwyciężyć swój ból. Ale ty nikogo nie kochasz. Umiesz tak rzewnie prosić o pomoc, gdy się zjawiasz komuś we śnie, a w rzeczywistości nie chcesz pomocy.
Myślisz o swoim bólu, a nie myślisz o cierpieniu innych.
Gunnar wciąż patrzał w oczy dziewczyny.
W tej chwil nie była wcale piękną.
Łzy spływały jej gradem po twarzy, usta drżały i krzywiły się bólem.
Gunnarowi jednakże wydawała się prześliczną w swej rozpaczy serdecznej.
Uczuł wdzięczność niezmierną dla jej starań.
W chwili poniżenia znalazł tę cudną podporę, uwierzył w szczerość jej uczuć. Tak przemawiać mogła tylko miłość prawdziwa.
Gdy on skarżył się na opuszczenie — miłość stała obok niego i pukała do serca jego, prosząc o wstęp. Może teraz wróci do życia, pomiędzy ludzi. Kto odważy się lżyć go, gdy zyskał miłość takiej dziewczyny?
Surowe były słowa Ingrydy, ale litość i miłość bezbrzeżna brzmiały w jej głosie. Zdawało mu się, że ona trony i królestwa kładzie u jego stóp.
Pocałunek dziewczyny jak lek cudowny wlał w chorą jego duszę odwagę do życia.
Uwierzył, że nietylko litość nią powodowała, uwierzył, że może być kochany.
Opowiedziała mu, jak to on obudził ją ze śmiertelnego snu i stał się jej obrońcą i przewodnikiem w ciężkich chwilach życia.
I przed tem wielkiem szczęściem upadły mu do stóp, rozwiały się ostatnie mgły mroku. Rozemknęły się jak ciężkie zasłony i Gunnar ujrzał to państwo mroku i lęku, w którym tak długo żył. Nie czuł już żalu. W tym smutnym świecie potrzebny był. Tam wyjął z trumny Ingrydę i siedząc na progu domku w lesie, grał jej, okrywał przed chłodem i dzielił się z nią czerstwą kromką chleba. W tym smutnym świecie ona go pokochała i uleczyła. Serce jego napełniło się gorącem uczuciem. Wyciągnął do niej ręce jak wówczas, gdy zobaczył ją na placyku przed kościołem.
W państwie lęku, w pustyni mrocznej wyrósł kwiat, potężny urokiem i wonią. Przenieść ten kwiat w ogród swego życia, pielęgnować i zachwycać się nim pragnie!
Uczuł się wyswobodzonym, wiedział, że czyhający na niego mrok znalazł teraz potężnego przeciwnika. Ingryda zamilkła. Ogarnęło ją wyczerpanie, jak po dokonaniu ciężkiego zadania, a zarazem i błogi spokój. Wierzyła w zwycięstwo.
Gunnar pierwszy przerwał milczenie.
— Kocham cię, Ingrydo i chcę żyć dla ciebie, — rzekł.
Gunnar Gede czuł, że miłości swojej nie zdoła wypowiedzieć słowami.
Dzień po dniu, przez długie lata, będzie się starał wykazać miłość i wdzięczność tej, która go wyswobodziła z państwa mroku i lęku, — swej uroczej „Lilji Cmentarnej“.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: anonimowy.