Strona:Selma Lagerlöf - Cmentarna lilja.djvu/80

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Najprzód oprzytomniała matka i cichym głosem wydała kilka rozporządzeń.
— Zapalić świece w pokoju młodego pana. Rozniecić ogień na kominku, przygotować ubranie!
Pomimo, że nie była to pora odpowiednia, imość Stawa nie straciła okazji okazania swej wyższości.
— Na kominku młodego pana ogień nigdy nie zagasa, — rzekła, a ubranie przygotowane czeka jego przybycia.
Ingryda stanęła przy oknie, starając się opanować łkanie, które ją dusiło. Niecierpliwie ocierała oczy z łez, chcąc widzieć, co dzieje się na śnieżnej polanie jeziora.
Nie będzie płakała, a ta cudna noc księżycowa nic przed nią nie skryje.
Otóż on nadchodzi.
— Tam, tam, idzie, patrzcie jak szybko idzie, biegnie prawie, patrzcie!...
Pani radczyni siedzi przy kominku. Nie pragnie widzieć, chce słyszeć. Ruchem ręki nakazuje milczenie Ingrydzie, pragnie usłyszeć dokąd syn jej skieruje kroki. Zgięta naprzód, cała zamienia się w słuch.
Idzie. — Czy zajdzie znów do kuchni? Nie! skrzypią schody pod jego stopami; idzie szybko, przeskakuje odrazu po trzy, cztery stopnie. Czy słyszysz matko? Idzie śmiało, lekko, nie ociężałym, chłopskim chodem. Stuknęły drzwi, — wszedł do swego pokoju.
Pani radczyni osunęła się na oparcie fotelu