Strona:Selma Lagerlöf - Cmentarna lilja.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


no na naukę, cóż, kiedy niema ani iskry talentu. Ucz ją pan szyć, ale nie ucz jej stać na głowie.
Jej uśmiech ludziom głowy zawraca, dodała pani Blomgrenowa, są rodziny, które ją chcą adoptować — z racji jej oczu i uśmiechu. Mogłaby żyć w bogatym domu, gdyby się zdecydowała opuścić swego dziadka.
A pocóż jej te oczy i uśmiech czarujący, gdy nie chce wleźć na trapez, ani na grzbiet konia?
— Znamy artystów, rzekła pani Blomgren, którzy podejmują dzieci z ulicy, uczą swego rzemiosła i następnie korzystają z ich pracy. Niejednemu uda się wyhodować gwiazdę, i ciągnąć z niej duże dochody. My tego nie pragniemy bynajmniej, marzymy tylko o tem, aby dożyć czasu i zobaczyć jak Ingryda błyszcząc cekinami i klejnotami, skakać będzie przez obręcze, z konia na koń, a cyrk będzie drżeć od oklasków. To byłoby koroną naszego życia. Kochamy tę małą, żyć bez niej nie możemy. Dla niej tylko trzymamy jej dziadka, nie jest to artysta wcale, tylko dla niej, dajemy mu przytułek. A ona jest niewdzięczną; czyż nie powinna się wstydzić, że dotąd nie nauczyła się naszej sztuki.
Gunnar spojrzał na dziewczynę. Wyraz dojmującego cierpienia wykrzywił jej rysy; widocznie biedactwo wierzyło w to, że człowiek nie umiejący chodzić po linie, godzien jest najwyższej pogardy.
W tej chwili weszli na nowe podwórze, lecz, nim artystyczne małżeństwo rozpoczęło swoje produkcje, Gunnar siadł na przewróconą taczkę i przemówił do nich w obronie Ingrydy.