Strona:Selma Lagerlöf - Cmentarna lilja.djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tego majątku. Zawsze o tej porze roku nas odwiedza, dokończyła, wzdychając jakoś tajemniczo.
— Pani radczyni nigdy nie wspomina, że ma syna.
— Nie trzeba o tem mówić, pani radczyni zabroniła.
Gospodnyi śpiesznie odchodzi, jakby w obawie dalszych pytań. Ingryda bynajmniej nie jest ciekawą, wprost obawia się rzeczywistości. Chroni swoje sny i piękne marzenia, bojąc się, aby w zetknięciu z rzeczywistością nie straciły barw. Po tej rozmowie on już jej nie odstępuje, towarzyszy stale. Tak jest nim zajęta, że zaledwie starczy czasu na rozmowę z innymi.
Pewnego dnia aleję, prowadzącą do dworu, oczyszczono ze śniegu. Pani radczyni siadła w oknie i patrzy na drogę.
— Czy wiesz, moje dziecko, mówi, kogo ja dziś oczekuję?
Młoda dziewczyna zadrżała i nie pewna swego głosu, skinęła potakująco głową.
— Czy mówiła ci imość Stawa, że mój syn jest nieco dziwny?
Ingryda spojrzała pytająco na radczynię.
— Nawet bardzo dziwny, — on jest... nie! Ja o tem mówić nie mogę... nie mogę, zobaczysz sama.
Ból dźwięczący w głosie matki ścisnął jej serce.
Czemu w tym domu wszystko jest takie dziwne? co tu się dzieje, o czem ona nie wie?