Strona:Selma Lagerlöf - Cmentarna lilja.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


działa, jak postąpić dalej; miała nieraz ochotę porzucić zbyt trudne zadanie.
Mój Boże! Jak pogodzić się z faktem, że on pozornie tak silny i zdrowy, w rzeczywistości jest tak słaby i nieuleczalnie chory.
Zeszli ku jezioru. Ingryda przypasała łyżwy i zeszła na lód. Pociągnęła także Gunnara, lecz gdy stanął na łyżwach, wnet upadł, dowlókł się do brzegu prawie na czworakach. Usiadł na kamieniu nad brzegiem, a Ingryda pobiegła po szklannej tafli.
Naprzeciwko kamienia, na którem siedział Gunnar, leżała mała wysepka, zarosła brzozami: kontury brzóz rysowały się z niezmierną czystością w świetle niezagasłej zorzy. Cieńkie, bezlistne gałązki drzew wdzięcznie odcinały się na purpurowem tle nieba, widzialny stąd krajobraz był uroczy.
Gunnar siedział nieruchomo i błądził oczyma po koronkowych czubach brzóz, po sinym lodzie i ośnieżonych wzgórzach; doskonale znał ten pejzaż. Nie było miejsca w okolicy, któreby tak dokładnie wyryło się w jego pamięci.
Spokój panował nienaruszony, — ani człowiek, ani poryw wiatru nie mąciły tej błogosławionej ciszy. Wieczna trwoga, dręcząca Gunnara znikła, przyczaiła się; mała wysepka nawiała na niego czarowną swą ciszę.
Tyle lat nie zaznał spokoju; manja prześladowcza kazała mu wciąż być na straży przed niewidzialnym wrogiem, wciąż ukrywać się przed nim. Obecnie dusza jego wypoczywała, — nie my-