Strona:Selma Lagerlöf - Cmentarna lilja.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ślał o niczem. Znajoma okolica obudziła w nim wspomnienia lat dawnych; automatycznym ruchem wstał, przypasał łyżwy i zeszedł na lód. Ślizgał się doskonale, z wielką swobodą, odsunął się daleko od brzegu, nim wzbudziła się w nim świadomość swego czynu.
— Jaki cudny lód! Dlaczego nie przyszedłem tu w dzień? Wczoraj zadługo się ślizgałem, ale teraz nie przepuszczę ani jednego dnia, dopóki jestem wolny.
Ulubiony sport, któremu dawniej namiętnie się oddawał, obudził w nim wspomnienia z czasów studenckich.
Ostatnie lata życia nie istniały dla niego.
Okrążył jezioro szybkim lotem i dobiegł miejsca, skąd widać było dom, zatrzymał się, jak to zwykł dawniej czynić, aby zobaczyć, czy pali się światło w oknie jadalnego pokoju.
— Matka pewnie czeka mnie z kolacją, — niech jeszcze trochę poczeka, lód dziś taki pyszny!
Przyjemne ciepło, wywołane szybkim ruchem i cudny wieczór, wprawiły go w dobry humor.
— Zawsze będę się ślizgał w księżycowe wieczory. Ta cisza, ten zmierzch wieczorny, — nic piękniejszego nie może być na świecie. Nagle przystanął zdziwiony, nie był sam na lodzie. Szybkim ruchem zbliżała się ku niemu sylwetka młodej kobiety.
Pomimo, że Gunnar nie był pewny, czy ją zna, nie mógł się powstrzymać od rzucenia jej kilku słów o lodzie i cudnym wieczorze dzisiejszym.