Strona:Selma Lagerlöf - Cmentarna lilja.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Obecnie towarzystwo wybrało się na zwykły objazd wiosenny. Blomgrenowie zarabiali nieźle i mogli ze swych dochodów żyć w mieście, lecz z nastąpieniem wiosny tęsknota ciągnęła ich na wieś, na łono natury.
Nic dziwnego, wszakże byli artystami duszą i ciałem: nęciła ich swobodna włóczęga, nęciła zmiana miejsca.
Nie poznali Ingrydy, gdy ta się zrównała z nimi, ona zaś minęła ich w obawie, że będzie zatrzymaną. Lecz gdy uszła kilka kroków, wstyd ogarnął ją za brak serca i wdzięczności dla swoich byłych opiekunów i zwróciła się do nich z powitaniem.
Zachwyt staruszków był bez granic. Zawiązała się żywa rozmowa, tak, że mały konik raz po raz odwracał głowę, aby zobaczyć, co też tak ożywiło karuzelę.
Najwięcej materiału do opowadania miała Ingryda.
Starzy spostrzegli odrazu jej zapłakane oczy i zmusili ją do wyznania przyczyny jej łez, a tem samem do opowiedzenia historji lat ostatnich.
Opowiadała chętnie. Staruszkowie tak żywo się przejmowali jej losem, klaskali w dłonie, gdy była mowa o wyjściu z grobu i nastraszeniu pani pastorowej, całowali i pieścili za ucieczkę z jej domu.
Nie lubili smutnych stron życia, starali się zawsze znaleźć powód do radości i nigdy nie tracili nadziei.