Strona:Selma Lagerlöf - Cmentarna lilja.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Uczucie to zrozumieć może tylko ten, w czyjej duszy zamieszkał strach.
Ciężkie to brzemię i ciężko żyć dźwigając je.
Dziwnym trafem Gunnarowi jednakże się udało przejść mimo koni. Ostatni kawałek drogi przebiegł prawie, wpadł na cmentarz, zatrzasnął furtkę i kułakiem pogroził szkapom.
— Przeklęte, wstrętne kozły! W ten sposób wymyślał wszystkim zwierzętom, nazywając je nie inaczej, jak kozłami. Z tej przyczyny obdarzono go przezwiskiem kozła, co go mocno irytowało.
Gunnar przechadzał się wolnym krokiem po cmentarzu, i kłaniając się każdemu nagrobkowi, cieszył się ze spotkania dawnych przyjaciół. Nagrobki były te same, co dawniej, tego był pewien. Pięknie tu jest! nie pasie się tu żadne bydlę, nie ma ludzi, którzy go dręczą. Dużo jest pięknych zakątków w gajach i na łąkach, ale nigdzie Gunnar nie czuł się tak dobrze, niż tu. W lesie także jest pięknie, ale w lesie czuł się samotnym, tu zaś pod każdym nagrobkiem ktoś spał. Miał więc towarzystwo, ciche i spokojne, takie właśnie, jakie lubił.
Poszedł wprost do otwartego grobu, poznać się z nowym lokatorem cmentarza. Zrzucił z pleców swój ciężki wór, zdjął kożuch i, westchnąwszy z ulgą, usiadł nad samą mogiłą i badawczo zajrzał do wnętrza.
Nie zawadzi być ostrożnym, a nuż i tu jest zasadzka? Nie, w grobie panuje cisza bezwzględna.
Dalekarlijczyk ostatecznie się uspokoił i się-