Strona:Selma Lagerlöf - Cmentarna lilja.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Natomiast zobaczyła „tamtego“. Ale jakże był zmieniony! nie uśmiechał się, jak zwykle, usta jego drżały, a w oczach legł wyraz dojmującego cierpienia.
Usłyszała niewyraźny szept.
Nie pozwól mi odejść, zatrzymaj mnie!
Ile męki bolesnej taił-ten ledwie dosłyszalny głos!
— Czy to dalszy ciąg mego snu? — pytała siebie Ingryda, ależ nie, ja nie śpię!
A usta „jego“ wciąż poruszały się cichym szeptem.
— Nie pozwól mi odejść!
Było to jakby błaganie konającej duszy o wyswobodzenie jej z mąk piekielnych.
Wargi „jego“ przestały się poruszać, a pozostały na wpół otwarte, nadając twarzy idiotyczny wyraz.
Krzyk przerażenia wyrwał się z piersi dziewczyny, zatoczyła się i spadła ze schodów.
Poznała w wizji uwielbionej — twarz warjata — „kozła“.
Nie... nie, to być nie może! to nie on... to nie on!
Wizja rozwiała się.
Całą godzinę przesiedziała Ingryda w zimnej sieni, płacząc i łamiąc ręce w bezsilnej rozpaczy.
— Jak go uleczyć, jak wyswobodzić z mąk wiecznego strachu?
W małej bawialni pani radczyni rozmawia z imość Stawą.
Niepewnym, przyciszonym głosem, prosi Sta-