Strona:Selma Lagerlöf - Cmentarna lilja.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Las ciągnął się bez końca, — pomocy znikąd nie można się było spodziewać, a kozy kładły się jedna za drugą wdłuż drogi. Padający bez przerwy śnieg nakrywał je białym całunem, — a gdy Gunnar oglądał się wstecz, widział szereg białych kopców, z pod których sterczały kopytka lub rogi nieszczęsnych zwierząt. Widok ten plątał mu myśli.
Próbował poganiać kozy, świszcząc nad niemi długim biczem, bił je nawet, lecz one już nie miały sił dźwignąć się. Brał je za rogi i ciągnął — wstawały wówczas, lecz nie postąpiły ani kroku. Gdy brał je za rogi lizały mu ręce, prosząc o pomoc. Przejścia te tak silnie działały na wrażliwe usposobienie młodzieńca, że myśli jego plątały się coraz bardziej. Niewiadomo jakby się to wszystko skończyło, gdyby Gunnar po tej katastrofie nie był pojechał do narzeczonej. Pragnął ją widzieć, doznać ukojenia, poradzić się.
Ze ślubem, wobec poniesionej straty, należało jakiś czas poczekać. Chciał się przekonać, czy ona go kocha i gotowa czekać, aż się znów dorobi pieniędzy.
Spodziewał się, że obecność narzeczonej zatrze w nim wspomnienie przejść doznanych w lesie.
I dziewczynie niezawodnie by się to udało, gdyby zechciała. Lecz ona nie chciała. Gniewało już ją dawno, że Gunnar przebrał się w chłopski strój i został wędrownym przekupniem. A gdy jej oznajmił, że z powodu poniesionej straty trzeba termin ślubu odłożyć, kto wie, czy nie na lata ca-