Strona:Selma Lagerlöf - Cmentarna lilja.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Surowe były słowa Ingrydy, ale litość i miłość bezbrzeżna brzmiały w jej głosie. Zdawało mu się, że ona trony i królestwa kładzie u jego stóp.
Pocałunek dziewczyny jak lek cudowny wlał w chorą jego duszę odwagę do życia.
Uwierzył, że nietylko litość nią powodowała, uwierzył, że może być kochany.
Opowiedziała mu, jak to on obudził ją ze śmiertelnego snu i stał się jej obrońcą i przewodnikiem w ciężkich chwilach życia.
I przed tem wielkiem szczęściem upadły mu do stóp, rozwiały się ostatnie mgły mroku. Rozemknęły się jak ciężkie zasłony i Gunnar ujrzał to państwo mroku i lęku, w którym tak długo żył. Nie czuł już żalu. W tym smutnym świecie potrzebny był. Tam wyjął z trumny Ingrydę i siedząc na progu domku w lesie, grał jej, okrywał przed chłodem i dzielił się z nią czerstwą kromką chleba. W tym smutnym świecie ona go pokochała i uleczyła. Serce jego napełniło się gorącem uczuciem. Wyciągnął do niej ręce jak wówczas, gdy zobaczył ją na placyku przed kościołem.
W państwie lęku, w pustyni mrocznej wyrósł kwiat, potężny urokiem i wonią. Przenieść ten kwiat w ogród swego życia, pielęgnować i zachwycać się nim pragnie!
Uczuł się wyswobodzonym, wiedział, że czyhający na niego mrok znalazł teraz potężnego przeciwnika. Ingryda zamilkła. Ogarnęło ją wyczerpa-