Strona:Selma Lagerlöf - Cmentarna lilja.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pierwsze, lekkie ciemne płatki mroku, wirując padały na niego.
Ingryda stojąc obok niego, odczuwała i przeżywała wraz z nim stan jego duszy.
Przeczuła, że jeśli on się podda, za chwilę obłęd znów nim owładnie. Za chwilę wszystko będzie stracone.
Zgasło jej męstwo, — ma tylko jedno życzenie; pragnie się z nim pożegnać. Z nim, ze swoim szczęściem. Opuściła się na kolana obok niego. Objęła go ramionami i przycisnęła swój mokry od łez policzek do jego twarzy.
— Czy to możliwe! młoda, przystojna panna nie wstydzi się całować jego, śmiesznego warjata?
Gunnar podniósł opuszczoną głowę i otworzył oczy. W otaczającej go ciemności rozległ się lekki świst, rozsunęła się gęsta zasłona, ostatnie strzępy mgieł nakształt syczących żmij próbowały go kąsać.
— Nie poddawaj się, mój jedyny, nie poddawaj się — błagała go dziewczyna. Chciej być zdrowym, a wszyscy zapomną o tem co było.
— Nie mogę znieść myśli, jakim ja byłem przez te lata ubiegłe, nie wytrzymam!
— Wytrzymasz.
— Ty mnie całujesz z litości, chcesz, abym znów rozumu nie stracił?
— Nie z litości, ja ciebie kocham!
— Czy to możliwe! kto może kochać śmiesznego warjata! warjata, który się kłaniał psom i kotom. Słyszę jak wołają za mną i widzę siebie