Strona:Selma Lagerlöf - Cmentarna lilja.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


blami w pokrowcach, a obrazy, żyrandole i lustra zakryte są muślinem. Na posadzkach ściele się gruba warstwa pyłu. Wreszcie wchodzi do pokoju, w którym dotąd nigdy nie była. Pokój maleńki, wybity ciemnem suknem. Przy bliższem obejrzeniu widzi, że ani sufit, ani ściany nie są obite ciemnem suknem, a pokryte gęsto — nietoperzami. Pokój ten jest gniazdem nietoperzy.
W jednem z okien wybita jest szyba, zapewnie tędy zwierzątka te dostały się tu w takiej dużej ilości. Wisiały w zimowem odrętwieniu i ani jeden nie poruszył się, gdy dziewczyna weszła. Każdy jak płaszczem otulony był rozpostartemi skrzydłami i wisiał zaczepiony o ścianę jednym pazurem.
— Czy też imość Stawa wie o tem, że nietoperze zajęły cały pokój?
— Naturalnie, że wiem. Jest to ich pokój, panno Ingrydo. Pani o tem jeszcze nie wie, że w każdym starym dworze oddają jeden pokój dla nietoperzy?
— Nigdy o tem nie słyszałam.
— Jak pożyjesz tak długo, jak ja, to się przekonasz, że mówię prawdę.
— Nie rozumiem dlaczego tak się dzieje?
— Tak trzeba. Nietoperze, to ptaki kumy Troski, — ona każe je przyjąć.
Ingryda spojrzała w okno i zobaczyła, jak przed ganek zajechały obszerne czarne sanie, zaprzężone w karę konie.