Strona:Selma Lagerlöf - Cmentarna lilja.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zbierając odwagę, i mając w oczach odblask swoich uczuć dla niego, Ingryda wpatrzyła się przeciągle w Gunnara i rzekła:
— Byłeś — przez jakiś czas, — niezupełnie przytomny.
— Jak długo?
Nie wiem dokładnie... trzy... może cztery lata.
Byłem zupełnym warjatem?
— Nie, nie, wszakże chodziłeś jako przekupień z towarem po wsiach!
— Z jakiej przyczyny straciłem rozum?
— Z obawy...
— Czego?
— Zwierząt...
— Kóz?
— Tak.
Przez cały czas tej rozmowy Gunnar stał obok Ingrydy i trzymał jej ręce w swoich. Teraz odtrącił ją, odwrócił się ze wstrętem od niej, jak gdyby ona go spotwarzyła.
To wrażenie ustąpiło wnet drugiemu, jeszcze boleśniejszemu. Ujrzał przed sobą, tak wyraźnie, jak na obrazie, wysokiego dalejkarlijczyka, zgiętego pod ciężarem dźwiganego worka.
Ma zamiar wejść do chłopskiej chaty. Wtem rzuca się na niego mała, nędzna psina, — a on staje przed nią pokorny, kłania się nizko, nie śmie przestąpić progu, dopóki nie wyjdzie kto z chaty i odpędzi psiaka.
Ten obraz nawiał na Gunnara uczucie strachu, bezmiernej obawy ludzi chorych na umyśle.