Strona:Selma Lagerlöf - Cmentarna lilja.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wsi o tym wypadku, — chciała skłonić Lizę do zwierzeń. Służąca, chytra wieśniaczka, udawała, że nie rozumie, czego od niej żądają.
Mięszała coś w kotle, wreszcie zdecydowała się przemówić.
— Mnie się zdaje, że, gdy się ma opiekunkę, która jak rodzona matka troszczy się o to, aby ktoś miał co mu potrzeba, i jeść poddostatkiem i rzeczy w porządku, to należy ją kochać i być posłuszną. Należy być wdzięczną za chleb tym, którzy cię przytulili i pozwalają żyć w porządnym domu, pośród porządnych ludzi, a nie chodzić zamyśloną, niewiadomo o czem, jak z rozumu obraną.
Gdyby nie łaska pani, co ją z ulicy podjęła, włóczyłoby się to z akrobatami, jak żebraczka, lub włóczęga jaka.
W tej chwili przez uchylone drzwi wszedł do kuchni przekupień ze swym workiem na plecach i stanął pokornie w pobliżu drzwi. Gospodyni i służąca nie zwracali na niego uwagi, pochłonięte swą gawędą. Pani pastorowej poglądy Lizy sprawiły ulgę.
— A może lepiej, że jej już niema, rzekła.
— Napewno lepiej, ja myślę, że i pan pastor jest tego samego zdania, z przekonaniem mówiła sługa, i zobaczy pani, że teraz w domu zapanuje spokój.
— Pewnie, ona zawsze nas różniła, musiałam go powstrzymywać od nierozsądnych wydatków.