Strona:Selma Lagerlöf - Cmentarna lilja.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Widzenie znikło. Natomiast rozległ się gwar głosów różnych. Krzyki, śmiech, żartują sobie i kpią z niego.
Piskliwe głosy dziecięce trzymają prym i brzmi jeden wyraz, wciąż się powtarza, wyrzucony ze świstem, piskiem, drapieżne słowo, razi boleśnie jego duszę: „kozioł“ — „kozioł“!
Tak go przezywano, tak nim poniewierano, wyśmiewano jego, — jego Gunnara Gede!
Przeżywał ponownie tę mękę, i — znów ten okropny lęk! Tylko, że teraz bał się nie innych, a samego siebie.
— To ja, — to byłem ja, rzekł łamiąc ręce.
Rzucił się na ziemię, oparł głowę o kamienną ławkę, i gorzko zapłakał.
— To byłem ja, powtarzał szlochając — to byłem ja.
— Jak żyć teraz z tą świadomością, że ten nędzny warjat, pośmiewisko ogółu — to byłem ja? lepiej znów rozum stracić! rzekł bijąc głową o kamienie ławki, nie wytrzymam tego!
Odetchnął głęboko. Mrok zbliżał się ku niemu, jako oswobodziciel wzywany. Uczuł jak rysy jego twarzy nieruchomieją, stają się znów bezmyślne, a oczy — obłąkane.
Dobrze tak — nie może być inaczej.
Nie może być wytykany palcami i mieć świadomość swego stanu.
Po co wracać do życia? Każdy usunie się od niego ze wstrętem.