Strona:Selma Lagerlöf - Cmentarna lilja.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wersyteckich, wspólnych zabaw z kolegami. Mroczna ściana cofała się wstecz, gdy podchodził do niej zbrojny w swój smyczek. Nadeszła kolej na utwory skrzypcowe z towarzyszeniem fortepjanu. Zobaczył siebie grającego je razem ze swą narzeczoną.
Niedługo zatrzymywał się nad tym obrazem — tyle drogi jest przed nim.
Zabrzmiał śpiew kościelny. Słyszał ten śpiew w niedzielny poranek, siedząc na cmentarzu. Jakże ciężkie i smutne było życie jego, gdy chodził od wsi do wsi z workiem towarów na plecach.
Szybko przesuwał się smyczek po strunach i oderwał znów kawał mgły od mrocznej ściany.
Oto dziesięciomilowy las, — zawieja śnieżna, pełno mogiłek przyprószonych śniegiem, z pod których sterczą kopyta i rogi. A ten przejmujący bek setek zwierząt ginących, wzywających daremnie ratunku!
Podróż do narzeczonej — smutna droga!
Gunnar przyglądał się uważnie obrazom ze swego życia, nie smuciły go, ani radowały — on szukał mozolnie zgubionego związku pomiędzy dniem wczarajszym a dzisiejszym.
Wtem smyczek się zatrzymał, obrazy znikły, gęsta ściana mroku znów stanęła przed nim.
Gunnar próbował zmusić smyczek do uległości, — zabrzmiały struny prostą wiejską piosenką.
Skąd to? nie znał tej pieśni!
Mroczna ściana nie ustępowała.