Strona:Selma Lagerlöf - Cmentarna lilja.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bie długi, biały owczy kożuch, a na plecach dźwigał skórzany wór z towarem. Szedł już od kilku godzin, nie odczuwając upału, lecz gdy wszedł na placyk, odrazu zdjął czapkę i jął obcierać pot z czoła.
Stał przez chwilę z odkrytą głową. Czoło miał białe i wysokie, między brwiami zmarszczkę, którą wyżłobiły snadź bolesne myśli. Postać silna i zarazem gibka, twarz piękna z inteligentnym wyrazem. Uderzał w nim niezwykle trwożny wyraz oczu, nie zatrzymujących się dłużej na żadnym przedmiocie, a błądzących niezdecydowanie w przestrzeni.
Zapewne nie miał klepek w porządku, jeżeli w dzień świąteczny wlókł się ze swoim towarem; trud to był daremny, powinien był wiedzieć, że dnia tego nic nie sprzeda. Żaden przekupień nie pracował w niedzielę, a szedł do kościoła wraz z całą ludnością wiejską.
Biedaczysko nie zdawał sobie widocznie sprawy, że to dzień świąteczny, stanął na środku placyku i patrzał na kościół, skąd rozlegał się śpiew psalmów. Tyle tylko zrozumiał, że niema nikogo, ktoby u niego coś kupił i zadał sobie pytanie, co robić z resztą dnia. Przez długą chwilę stał zatopiony w myślach. Gdy rzeczy szły zwykłą koleją, wiedział, jak postąpić, chodził przez cały tydzień od dworu do dworu handlując. Niedziele wytrącały go z kolei, napadał go wówczas smutek; do kościoła nie odważył się wejść. Nie z obawy przed