Rozmyślania (Lange)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Antoni Lange
Tytuł Rozmyślania
Data wydania 1906
Wydawnictwo Wacław Wiediger
Druk Drukarnia W. L. Anczyca i S-ki
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
ROZMYŚLANIA

I

Gdziekolwiek jesteś, chciałbyś odejść precz,
Aby gdzieindziej być tej samej chwili,
Rojąc, że w jutrznię los twój się przechyli
Na innem miejscu... To codzienna rzecz!...

Gdziekolwiek jesteś, chciałbyś odejść w dal,
Bo wiesz, że nigdzie nie jest miejsce twoje —
I płyniesz, zawsze rozdarty na dwoje,
Bo płyniesz zawsze do nie swoich fal.

Gdziekolwiek jesteś, chciałbyś iść gdziebądź,
Gdzie ciebie niema, bo gdzie ciebie niema,
Niema twych smutków — i twa rozpacz niema
Już cię nie trwoży... Dalej, wiosło trąć!

Gdziekolwiek jesteś, wiecznie dążysz tam,
Gdzie cię już nigdy i nigdzie nie będzie,
Boś tam u siebie — i zawsze — i wszędzie,
Boś tam u siebie — u wieczności bram.



II

Ze wszystkich rzeczy, które są w naturze,
Śmierć mię dziś jedna swym urokiem nęci:
Bo ma uśmiechów najpiękniejsze róże,
Szelest najcichszy w swoich skrzydeł piórze —
Jak kołysanka wiecznej niepamięci.

Śmierć jest to podróż nad wszystkie podróże,
Co nam ukwieci byt i rozdyamenci,
Gdzie życia czarne toczą się kałuże
Ze wszystkich rzeczy.

Z chaosu życia rwiemy się ku górze,
Lecz duch się wiecznie na nizinach smęci —
I błądzim, niby na krzyżach rozpięci!
O śmierci, gdy się w łonie twem zanurzę,
Ty ład mi wlejesz w przeźroczyste kruże
Ze wszystkich rzeczy.



III

Obozowiskiem koczuję po ziemi:
I nie mam nigdzie spoczynku dla głowy —
zawsze smutno mi i wszędzie źle mi
czekam, rychłoż zmilknie gwar bojowy.

Niedługo zwinąć przyjdzie mi namioty —
I z żalem patrzę wstecz, w ubiegłe noce:
Jak wiele pracy — jak wiele tęsknoty,
Jak wielkie trudy — jak liche owoce!

I tylko czasem w kradzione godziny,
Kiedy przycichnie ta walka jałowa:
Duch mój ulata w pieśniowe krainy,
Trwożny, czy spełni swych przeznaczeń słowa.



IV

Potrącona życia falą
Dusza moja łka:
Łzy się palą — łzy krysztalą —
Wokół szara mgła.
Błędne było życie moje,
Błędny jego kres:
Marzeń roje — niepokoje
I krynice łez.
Siebie-m winił i nikogo:
Nieszczęśliwa gra!
Inną drogą płynąć błogo —
Moja ścieżka zła.
Wirem złote sny rozwiane
Otoczyły mnie:
Zapomniane, opłakane
Widzę bogi w śnie.



V

Próżno wstrzymywać dni przemijające,
Próżno po marach płakać bezpowrotnych,
Raz tylko jeden lśni młodości słońce,
Raz dusza wzlata na skrzydłach polotnych;
Raz tylko w sercu święta brzmi muzyka,
Zwierz mi niedobry — zegar cyka — cyka...

Nad moją głową cyka zegar stary,
I przypomina umarłe godziny,
I przypomina bezpowrotne mary,
I młodej duszy z wiosną zaślubiny...
Liście padają... Żal serce przenika —
Niedobry zwierz mi zegar cyka — cyka...

Stary mi zegar — niby puls człowieka —
Upływające sekundy wydzwania...
Sekunda każda jest jak gwóźdź do wieka
Mych sekund-pulsów wolnego konania...
Żyć jest to konać. Czas idzie i znika...
Zwierz mi niedobry zegar cyka — cyka...



VI

Chaosem ciemnym bez rozumnej osi
Zda ci się twoja na ziemi robota:
Moc tajemnicza w dale cię unosi,
Cel tajemniczy we mgle ci migota.

Nowy codziennie grom przypadku wali —
W mózg twój i serce — w nogi twe i ręce:
Wiesz-li, na jakiej staniesz jutro fali,
I z jakich cierni wić będziesz swe wieńce?

I wiesz-li, jaka twej męki istota?
Jaki pożytek z twego płaczu będzie?
I w co przepalą iskry losu młota
Nietrwałe dni twych narzędzie?

Znużony padasz codziennie wieczorem,
Wołając w próżnię: czemu? dokąd? poco?
Za jakiemś słońcem, które jest pozorem,
Dni twe niepewne — jako ćmy — łopocą.

Bo nigdy żywym nie będzie czytelny
Hieroglif, który ci plącze te nicie:
Lecz kir mogiły i całun śmiertelny
W logiczną całość powiążą ci życie.


Wszystko, co zdało ci się bezrozumne
I bezcelowe — i straszne — i sprzeczne —
Pojmiesz, przeszedłszy w zaświaty za trumnę,
Że mieści jakieś tajniki przedwieczne.

Śmierć to sens życia — to osierdzie bytu —
Jego przyczyna — i cel — i zasada:
Lecz pókiś jeszcze nie doszedł jej świtu —
Duch twój chaosu nie zbada.



VII

Nie jestem liryk. We mnie biją wody
Jakichś tragicznych bezdeni posępnych:
W poświstach wichru, gromach niepogody,
Ku lodom pustyń dążę niedostępnych.

Jeśli gdzie dzwonią jakie pieśni sielskie —
Wiem — nie mej duszy pieśń ta towarzyszy;
Mnie ominęły jej skrzydła anielskie,
I tylko tęsknię do tych skrzydeł ciszy.

Burza jest moim wieczystym żywiołem,
Ale to burza niewidzialna ducha:
Kto na mnie patrzy, roi, że usnąłem,
A we mnie wicher za wichrem wybucha.

Czy nigdy, nigdy nie ustaną burze?
Więc rzekłem: Kwiaty niech mam ku ozdobie!
Róże chowałem i zakwitły róże,
Lecz róże czarne, jak kiry na grobie.



VIII

Coś mnie wzywa, coś mnie woła
Z niewidzialnych kresów bytu:
Głos to piekieł czy anioła?
Głos to mroku czyli świtu?

Coś mi szepcze, coś mię nęci:
»Do mnie, do mnie płyń tu w ciszę,
W srebrną ciszę niepamięci!...«
Coś mię pieści, coś kołysze.

Kołysanka jakaś cicha
Z ponad Lety czy Kocytu:
Coś mi szemrze, coś mi wzdycha
Z niewidzialnych kresów bytu.



IX

Mam jedno dziwne, prawie dziecinne marzenie —
Wysnute, zda się, z bajań o godzinie szarej:
Są ludzie, którzy mają podwójne widzenie
I nieraz zoczą innym niedojrzane mary.

Tajemnych krain bytu misterni pający
Tak subtelnie swą lotną snują pajęczynę —
Że w nieziemskim fluidzie jej — umierający
Czasem cień swój wysyła w daleką krainę — —

I tym, kogo ukochał, widmem się ukaże,
I na chwilę przed nimi, jako żywy stanie — —
I tak po raz ostatni spojrzy na ich twarze
I niemo im ostatnie złoży pożegnanie!

Obym w godzinie śmierci mógł rozpleść swe ciało,
I, nim ono w proch pójdzie, nim dusza uleci —
Niech ten cień — eterową strojny szatą białą,
Ani duch, ani ciało, jakiś żywioł trzeci —

Niechaj ten cień popłynie przez góry i rzeki,
Niechaj się jej ukaże i niech ją pozdrowi...
Gdziekolwiek ona będzie!... Niech, chociaż daleki,
Zaświadczy, żem był zawsze wierny jej duchowi.


Że zawsze byłem przy niej i że ona we mnie
Żyła wciąż bezcielesnem nadziemskiem zjawieniem.
Obym w godzinie śmierci przeniknął te ciemnie
I uleciał, pozdrowił, pożegnał ją cieniem.



X

Kocham to swoje ciche marzenie cmentarne,
Jak anioł białoskrzydły śmierć mi się uśmiecha:
W jej promienności róże kraśnieją mi czarne,
I zdali słyszę ciche sielskiej pieśni echa.

Jeślim bardzo samotny pośród ludzkich duchów,
Choć może najupiorniej zjednoczenia głodny:
O tem wiem, że na łoże mych mogilnych puchów
Spłyną łzy i uśmiechy tkliwości pogodnej.

Ci, co mię omijali niemo, obojętni,
Nie widząc żywej treści w czynów mych bezładzie:
Przyjdą, i oto dziwnie duch się im rozświętni,
I ujrzą, jak im światło na oczy się kładzie.

Kocham sen mój cmentarny, bo z mojej mogiły
Nowe promienie życia wypłyną błękitnie:
I kiedy moje ciało rozpadnie się w pyły,
Tajemniczy miłości duch nad nią zakwitnie.



XI

Nieraz po ziemi błądzę, jak gdyby umarły,
I zda się, że oglądam świat z tamtego brzega:
Ziemia gdzieś — jakąś oddal — w oku mem zalega,
A ludzie gdzieś podemną błądzą niby karły.

Roję, że mi zaświaty nagle się otwarły —
I nagle w jasnowidztwie dusza ma spostrzega,
Czem jest byt, czem jest bytu alfa i omega —
Aż mi człowiecze sprawy na proch się zatarły!

Jak w odwróconem lustrze, codzienne zjawiska
Migają mi przed okiem, by nikłe atomy —
I dalekiem mi zda się to, co leży z blizka —

I w ekstazie umarłych sfery niewiadomej
Blizkie — nieskończoności są mi dziś ogromy —
Skąd spojrzenia na ziemię oko moje ciska.



XII

O Lillo moja, jeśli tam u Boga
Pomiędzy srebrne wstąpiłaś anioły —
I patrzysz na mnie z niebieskiego proga —
To widzisz wszystkie rojeń mych popioły!

Patrz, jak me skrzydła obwisły zwinięte,
Jak pod ciężarem omdlały ramiona —
Patrz, jako myśli moje rozpierzchnięte —
Jak dusza moja ku ziemi schylona!

Jeżeli jeszcze w twej nieziemskiej duszy
Są jakie ziemskich uczuć blade cienie —
Niechaj tęsknica moja cię poruszy —
Użal się, użal na moje wspomnienie.

Uproś u Tego, pod czyim ty tronem
Stoisz w przeczystej odrodzin bieliźnie,
By zapanował spokój nad mem łonem
I dał mym czuciom pulsa twoim bliźnie.

Uproś u Niego, niechaj mi rozwinie
Złamane skrzydła; niech barki podniesie,
Niech mię ku niebios porywa krainie,
Niech myśl mi w jasnym roztoczy zakresie.


Proś, o wybrana! On ciebie wysłucha —
Tyś mu tak blizka — On wysłucha ciebie —
Niech z życiowego zwolni mię łańcucha —
Niech u stóp twoich mię pomieści w niebie.



XIII

Za wiele jest na ziemi nienawiści —
I zbyt ogromna rozczarowań rzeka —
Im dalej idziesz, tem ci płonie mgliściej
Światło edeńskie, które tam z daleka
Na umęczone twoje nogi czeka.

Słyszycie poszum spadających liści?
Jesień ordzawia marzenia człowieka...
Zórz nam za wiele wróżyli psalmiści —
Za wiele!

Krwią nienawiści pierś nam wciąż ocieka.
Kiedyż zestąpią owi promieniści,
Których istotę miłość przyobleka?
Za wieleż czasów, gdy świat się oczyści,
Królestwo Boże tu się na nim ziści —
Za wiele?



XIV

Dzień mi dzisiejszy stał się jak widziadło,
W którego istność duch mój już nie wierzy;
Omijam skały, któremi się jeży
Zewnętrznej rzeki nieczyste zwierciadło;
A choć mię dręczy swą barwą pobladłą,
Wybiegam poza kres jego rubieży —

W dalekie jutro... Tutaj, dzika wrzawa
Głos boży, z niebios idący, zagłusza...
Tu w mroku chaos jakiś się porusza,
Tu mi się kłamstwem cały byt wydawa,
Czemś, czego niema... Więc tam, gdzie się stawa
Z tego nicestwa — Coś, płynie ma dusza.

Pod tym zewnętrznym życia fal potokiem
Dostrzegam głębsze, niewidzialne fale:
Tam prawda w czystym jawi się krysztale,
Tam rzeczywistość ujrzysz jasnem okiem,
A dzień dzisiejszy w tem morzu głębokiem —
Jako widziadło rozwiewa się w dale!



XV

Nic tak nie boli jako śmierć marzenia,
W grób składasz serca najdroższe Sezamy,
Które nam życie całunem ocienia,
I już nie mamy ich — i nic nie mamy!

Ból jeden został, głuchy a jałowy:
Próżno chcesz śmiechem zobojętnić duszę,
Próżno mądremi ją biczujesz słowy,
Próżno ją kalasz w szałów zawierusze.

Serce ci pękło, ale jeszcze boli,
A może więcej, niźli gdyby żyło...
Marzenie twoje — w mogił aureoli —
Ściga cię wiecznie żywe za mogiłą.

Tak było piękne jak promienie tęczy,
Tylu kwiatami jego zorza drgała...
I oto w nicość woń ich się rozcieńczy —
Barwy pobladły, tęcza się rozwiała...

A ono przecież jeszcze żyje we mnie —
I wciąż mię ściga i za mną się wlecze.
Piękniejsze było — szepcze mi tajemnie —
Nad wszystkie dzieła człowiecze!



XVI

A jednak mimo pomarszczone skronie,
Pomimo łzami przesiąkłe źrenice,
Pomimo drżące, załamane dłonie,
Pomimo żale, pomimo tęsknice:

Pod rozczarowań cmentarzyskiem smutnem,
Co twarz mi w wieczną przyodziały bladość,
Pod snów umarłych całunowem płótnem —
Na dnie mej duszy drga tajemna radość.

Na dnie najgłębszem, pod zgliszczem tysiąca
Bólów kamiennych — niby kwiat zdeptany —
Napół umarła, lecz jeszcze drgająca
Radość tkwi we mnie — atom niedojrzany.

Jak gdyby sama siebie się wstydziła,
Że jeszcze może kwitnąć w mojej duszy:
Czasem mi tylko echo swe zasyła,
Jak kroplę rosy śród spieki i suszy.

Czasem na mgnienie lub krócej od mgnienia
Niespodziewany czar ją wywoływa,
I naraz radość moja wypromienia
I wstaje czysta, ogromna i żywa.


I wszystkie mroki rozpędza; ruiny
Odchyla naraz, i cmentarne zwłoki
Ożywia! Iście źródło, co w wyżyny
Tryska z podziemnej gdzieś fali głębokiej.

Przebudza naraz młodych lat szlachetność,
Przywraca światło i piękność i wiarę:
I w barw tęczowych przyodziewa świetność,
Co się zdawało zniknione i szare.

Przenika wszystko — niby kwiatów wonie,
Które moc swoich ożywczych nektarów
W spragnionem wiosny rozlewają łonie:
Lecz dusza mało napotyka czarów.



XVII

Możem cię nigdy nie kochał tak szczerze,
Jak dziś, gdy jestem od ciebie daleki,
Kiedy nas dzielą i góry i rzeki...
W sercu mem bóstwo jakieś ciebie strzeże.

Jeżeli ludzie mogą się z oddali
Porozumiewać — a wierzę, że mogą
I że do ciebie powietrznianą drogą
Dochodzi głos mój, co się niemo żali:

To ty mnie słyszysz... Słyszysz moje skargi,
Przeczuwasz boleść, co mą duszę tłoczy —
I wiesz, jak głodne twych oczu me oczy
I wiesz, jak głodne twoich warg me wargi.

Oczekiwałem na dobra bezcenne
I dla nich wszystkie znosiłem ciężary;
Lecz nie ujrzałem wcielenia swej mary,
Ujrzałem wydmy i głazy kamienne.

Po złotych zorzach moje serce płacze —
I słyszę ciebie — z oddalenia słyszę —
I rzucam okrzyk w tę przestworną ciszę:
Przebaczę wszystkim — sobie nie przebaczę!


Jesteś mi jako bóstwo niewidzialne,
W którego istność duch pobożny wierzy,
Ale go z ziemskich nie dojrzy wybrzeży,
Chyba na jakieś mgnienie pożegnalne.



XVIII

Czasami roję, że w złotej godzinie,
Gdy nieświadomie duch się rwie na bory —
Pójdę, jak senny, po jakiejś ścieżynie
Pomiędzy klony, pomiędzy jawory —

W nieznany pójdę bór jakiś zaklęty,
Którego drzewa, ozłocone słońcem,
Rozśpiewanemi wciąż dzwonią ptaszęty,
Gdzie łąki kwiatów barwią się tysiącem;

Gdzie śród zapachu ziemi i żywicy,
Jakieś powiewy przebiegają tajne;
Gdzie wszystko pełne dziwnej tajemnicy,
Gdzie wszystko nowe, inne, niezwyczajne.

Pójdę — i oto leśnych ptaków szczebiot
Hymnem nadziei troski me powita:
A na murawach, z konwalii i z lebiod,
Jakiś aromat szczęścia mi zaświta.

Szeptem aniołów cały rozszeptany,
Wróżyć mi pocznie stary bór zaklęty;
Niespodziewany i oczekiwany
Cud się tu stanie jakiś niepojęty.


Oto półsenny błądzę w starym lesie,
Tak pewny cudu, jakbym już był w niebie:
Aż-ci tajemna siła mię uniesie
Na kres nieznany — i tam spotkam ciebie!



XIX

Najboleśniejsze są pewnie te bole,
O których milczy dusza uznojona:
Choć wieczną chmurą osiadły na czole
I cisną — niby polipów ramiona.

Szczęśliwe dziecię, że mu płakać wolno —
Ze łzami bowiem spływają boleści —
I dalej może kwitnąć różą polną,
Która się rosą niby łzami pieści.

Lecz kiedy lata przetrawią nam ducha,
Im przenikliwszy ból w piersi kołata:
Tem bardziej nieme usta, bardziej sucha
Źrenica, bardziej twarz jest lodowata!



XX

Każda pieśń — to pieśń bez końca,
Każdy ruch jest bezgraniczny;
Fala, którą wietrzyk trąca,
Drga po bezmiar eteryczny.

Każdy dźwięk się w dal rozszerza
Poza kresy sfer widzialnych;
Rozlewa się, rozeterza
W kręgi planet idealnych.

Każde słowo dzwoni echem
Rozszeptanem po błękitach:
Każdy uśmiech jest uśmiechem,
Co wieczyście drży w zenitach.

Lecz nie skruszy dusza duszy:
Każda własną głąb’ zawiera.
Żadna łza się nie osuszy,
Żaden ból w nas nie umiera.

Myśl napróżno myśl wybija,
Prawda łamie prawdy sprzeczne:
Nigdy żaden ból nie mija;
Wszystko — żywe, wszystko — wieczne.


A choć nieraz nić się zrywa
I nie sięgnie duch do słońca;
W bezmiar plączą się ogniwa,
Każda pieśń — to pieśń bez końca.

Śmierć się zmienia w nieśmiertelność —
Życie — w śmierci doskonałość:
W trwanie — przemian niepodzielność,
A najtrwalszą jest nietrwałość.

Wszędzie kres, początek wszędzie:
Wszędzie — życie i mogiła.
To co było w to co będzie
Wciąż przemienia bytu siła.

Wszystko splata się, zaplata,
Wszystko osią jest wszystkiego.
Dzień stworzenia, koniec świata
W jednej chwili punkt się zbiegą.



XXI

Czarna jak noc gondola — w noc ciemną i czarną,
Niby sen po bazaltach kanałowych sunie:
Jej sedia — rzekłbyś — w czarnym zasnuta całunie,
Zda się kryć jakąś zbrodnię słodką a bezkarną.

Dwoje ludzi w gondoli, tam! Ogniowe błyski
Lśnią im w oczach... Tu cały świat dla nich zamknięty...
Tu jest niebo. I cóż im mroki i odmęty?
Słychać pocałowania, szepty i uściski.

Niewidzialni dla ludzkich jadowitych oczu!
W obłąkanej się łodzi kryje ludzi dwoje —
I z ust swych wzajem czerpią najsłodsze napoje:
Noc czarna im się w srebrnem rozlewa przeźroczu.

I tylko jeden niemy świadek — barcajuolo
Wie, co znaczy to czarne ukryte widziadło,
Płynące przez kanału szerokie zwierciadło —
I wizye ironiczne w głowie mu swywolą.

O ślepi kochankowie z sercem rozpalonem,
Ta woda — to wiodący w zagrobowe pola
Styks: mogiłą zaś wasza miłosna gondola
I łódką Charonową, a jam jest Charonem!



XXII

A kto te oczy widział — zapomnieć nie może!

O fale — skąd wy macie taki blask zielony,
Jak ten, co lśnił w jej oczach — zielonych jak morze?

O fale — skąd wy macie tych iskier miliony —
Jakbyście w sobie złotą rozpryskały zorzę?

O fale — skąd wy macie te ognie promienne,
Któremi się iskrzyły jej oczy płomienne?

A kto te oczy widział — zapomnieć nie może!

Ach, nie! To nie są fale! Nie — to są jej oczy —
Ale tam — ja widziałem niegdyś wielkie morze!

Był to ocean dziwny — bezdenny — przeźroczy —
A w głębi swej krył tajnie — nieskończenie boże —

I miał wichry szalone — i cisze zaklęte —
I wielką przeźroczystość — i zagadki święte.

A kto te oczy widział — zapomnieć nie może!

O fale! czy z jej oczu macie ten zielony
Blask — i te skry ogniowe — jak promienne zorze!


O fale! czy wam o niej śpiewają trytony —
Czy nimfy złote wieńce jej niosą w pokorze?

A kto te oczy widział — zapomnieć nie może!

O fale nieskończone! niezgłębione fale!
Czemu płyniecie w dale — bezpowrotne dale?



XXIII

Duszę naszą uczucia i myśli
Przelatują w błyskawicznem drgnieniu —
Każda chwilę znak płomienny kreśli
I żałujem, gdy zagasa w cieniu.

Przelatują w błyskawicznem drżeniu,
Przepadają niby ptak skrzydlaty — —
I żałujem, gdy zagasa w cieniu:
Jakże duch nasz mógłby być bogaty!

Przepadają — niby ptak skrzydlaty!
Gdyby duch nasz nie był tak rozrzutny,
Jakże duch nasz mógłby być bogaty —
Złotemi się mógłby stroić płótny!

Gdyby duch nasz nie był tak rozrzutny,
Gdyby każdą myśl wiecznie utrwalał:
Złotemi się mógłby stroić płótny,
Na niebiosach-by tęcze zapalał.

Gdyby każdą myśl wiecznie utrwalał —
Jakże duch nasz mógłby być bogaty!
Na niebiosach-by tęcze zapalał —
Lecz my trwonim swe złote dukaty.


Jakże duch nasz mógł-by być bogaty —
Lecz myśl każda błyskawicę kreśli,
Lecz my trwonim te złote dukaty
Duszy naszej — uczucia i myśli.



XXIV

Żem niósł zbyt nieostrożnie swoje serce w świat,
Przetom dziś ukarany... Żem go nie krył ślepy,
Ale żem je wystawiał na ludzkie oszczepy,
Rozbiło mi je życie, jak pszenicę grad.

Jak obłąkaniec piłem każdy życia jad,
I skarb mój roztrzaskałem wszystek na czerepy:
Rozwiałem go na chmury, wichry i wertepy —
I widzę, że sam sobie byłem zawsze kat.

Gdzież serca mego żywy nie pozostał ślad?
Lub jego cień w osłonie tajemniczej krepy?
Jakież mię nie nęciły widma? jakie lepy?

Czy zdołam zebrać szczęty, by ujść nowych zdrad?
Ożywić zeschłe drzewo wiosennemi szczepy,
By w duszy mej się nowy zazielenił sad?



XXV

Im dalej płynę w świata gwar
Tem więcej w sobie się zamykam —
I w świecie własnych żyję mar
I dla człowieczych mar zanikam.

I jak jedwabnik z własnych żył
Wysnuwam siatkę coraz gęstszą —
I nią osnuty mijam pył,
W którym człowiecze ule chrzęszczą.

I nią osnuty płynę w dal —
Jakby po drugiej stronie ziemi —
I nic mi ziemi tej nie żal,
Lecz żal, żem jeszcze tu z obcemi.



XXVI

Powoli zdzieram ze siebie wszystkie pozory,
W które nas przypadkowość ziemska przystraja,
Zdzieram czasu i miejsca kolory
I troski dziwne, któremi duch mój jest chory
I wydobywam treść, co się w mej głębi zataja.
I tak oswobodzony od jeństwa,
Które nas gnębi od żywota świtu,
Do czystego idę człowieczeństwa,
Jakiem jest wiekuiście — poza maską przemian —
I jakiem było u kołyski bytu,
Pokrewne światu nadziemian.
Dusza z tych pęt wyrwana,
W linię się zmienia, w punkt bezprzestrzenny, czysty,
Przez który zda się przełamana —
Drga tajemnica wszechjedni wieczystej.



XXVII

Wciąż roję, żem się oderwał od ziemi,
Że ponad ludzkie uleciałem cieśnie;
I że, skrzydłami szumiący białemi,
Duch mojej gwiazdy w łonie mojem wskrześnie —

Duch pierworodny — czysty — jednolity —
I ostatecznych sięgający kresów —
Z głębi nadirów w najwyższe zenity,
Ze słońc edenów — w księżyce hadesów,

Jak gdyby czasów rozdarłszy granice,
Jakby wyszedłszy poza kres przestworów,
Przystroił w boską niewidzialność lice,
I rozkuł więzy kształtu i kolorów.

A przecież ciągle życie na mnie woła
I nieraz widzę jakieś sny dziecięce,
Co mi śpiewają jak cytry anioła
I wyciągają do mnie białe ręce.

Lub wycie warg spienionych kurczem słyszę,
I chóry łkań rozpaczy spazmatycznych
I zgliszczów jęk, co mi rozdziera ciszę
Lodowców moich krystalicznych.


Te cytr śpiewania i ten rozgwar dziki
Dręczą mą zamyśloną duszę —
I we mnie budzą okrzyki
I na ziemię wracać muszę!



XXVIII

Obywatelem jestem niebios bezgranicznych,
Mieszkam w nieskończoności zapadłym powiecie;
Tysiące we mnie planet błądzi eterycznych.
Skąd jesteście, umarłe gwiazdy? wy nie wiecie.

Nie wiecie, skąd przybyłem i z jakiej przyczyny.
Nie wiecie, dokąd pójdę, gdy rzucę tę ziemię.
Ale ja wiem, żem z innej spłynął tu krainy —
I że ten pobyt tutaj — to kara i brzemię.

Niegdyś żyłem daleko — na jakichś błękitach,
Których pamięć w mej duszy błąka się niejasno;
Na jakichś wyspach złotych, w promienistych świtach,
Gdzie miałem własne bóstwo i świątynię własną.

Tam mi dzwoniły arfy, szumiała zieloność,
Tam się kąpała dusza w jezior fali srebrnej —
Gdzie to było? Czy znajdę swoją nieskończoność,
Gdy znów ulecę z ziemi na ten szlak podniebny?



XXIX

Oderwać się od siebie — wznieść się ponad siebie —
Przestać być sobą — rozlać i rozlotnić ducha
W moc, co w nadosobistem gdzieś bytuje niebie:
Oto pieśń, co męczarnią z piersi mi wybucha.

Rozpłynąć się w żywiołach, zielenieć na łące,
Być wodą, co srebrzysta płynie po siklawach,
I tem żórawi stadem, co krzyczą lecące —
I tym wichru poświstem — i mchem na murawach!

Rozpromienić się w gwiazdach, w chmurach rozobłoczyć,
Ogarnąć wszystko. Wszędzie być i nie być razem:
W niewidzialność się przelać, w bezmiar przeistoczyć,
Skrą, wianiem, pieśnią, kwiatem, wodotryskiem, głazem!

Oderwać się od siebie — i być całym światem —
Być wszystkiem: wszystkie bytu elementa wcielić —
I być ich treści własnej żywym aromatem —
I z niemi zmartwychwstawać, z niemi się popielić...

Oto mój sen męczący — oto sen bezdomny,
Bo nikt zakreślonego nie przestąpi koła!


Przeklęte Ja! Przeklęty nowy świat ogromny,
Który wciąż mnie ku sobie niewolnika woła!

Więc walczę z tym szatanem. Ale on nademną
Włada jak pan. Rozkazy jego, pełny trwogi,
Wykonywam i ciągle patrzę w otchłań ciemną
Jego źrenic, gdzie straszne przesiadują bogi.

Wlokę się z nim, jak ciężkim okuty łańcuchem,
Nigdy się z tej przeklętej nie wyrwę niewoli:
Próżno chcesz być sam z siebie wyzwolonym duchem —
Twój duch od twego ducha ciebie nie wyzwoli.

I choćbyś kłamał sobie, żeś wyłonił z siebie
Treść, co samego siebie jako Bóg przerasta —
Jeszcze jesteś we własnych twoich planet niebie...
Przeklęte Ja!...



XXX

Życie zagadką ci jest, lecz za dni żywota
Żaden ci duch tajemnicy owej nie rozmota,
Bo jakibądź jest ten świat, zbyt go oko w oko
Oglądasz, że zda ci się widmową powłoką.
Roisz więc oto, że śmierć zasłonę odchyli
I powie ci, co niepojęte było w owej chwili.

Lecz nowa cię, któż wie — tam zagadka pochwyci:
Czem jest śmierć? Tajemniczych pełne nici
Otacza cię nieustające w ruchu koło...
I gdy się w prochy już rozpadnie twoje czoło,
Zapomnisz pytać, czem jest życie — i na nowo,
Czem jest śmierć? pytać będziesz równie bezcelowo!



XXXI

W domu jestem a bezdomnie —
Na bezdrożu idąc drogą.
Wiem, że nikt nie przyjdzie do mnie,
I ja nie mam iść do kogo.

Każde płynie po swej linji —
Ja po swojej — świat po swojej —
Świat — gdzie wrzawny lud się roi —
A ja błądzę po pustyni —

Po wertepach mknę bezdomnie —
A świat obcą płynie drogą:
Wiem, że nikt nie przyjdzie do mnie —
I ja nie mam iść do kogo!



XXXII

Śmierci, jam cię we wszystkie przyozdobił wdzięki,
We wszystkie kwiaty marzeń i wszystkie nadzieje...
Czy znajdę w twem królestwie czarowną Eeję,
Gdzie Cyrce niewidzialna leczy duchów jęki?...

Czy znajdę zapomnienie to i ukojenie,
Którego tak potrzeba duchom umęczonym:
Może tam, za tym progiem istnienia zamglonym
Niema nic? Może śmierć — to najwyższe złudzenie —

I kłamstwo niepojęte — mrok i sen kamienny
I próżnia — i zaprzeczeń wieczysta bezlicość —
I zgnilizna bezduszna — i nicość — i nicość! —
Śmierci — a jam cię przybrał w złoty płaszcz bezcenny!



XXXIII

W każdej chwili żywota jesteś w przededniu mogiły,
Jako wieczysty więzień, co kosy czeka śmiertelnej:
Czuwaj! Przygotowany bądź — i wszystkie siły
Zbieraj, byś stanął wobec niej — nieskazitelny.

Jesteś jako skazaniec, co z ołowianych podziemi
Wchodzi na marmurowy Ponte dei Sospiri:
Gdzie cię kat zatrzymuje, byś spojrzeniami ostatniemi
Morze szerokie pożegnał — i marmury — i niebios szafiry.

I ogląda skazaniec, jakie to skarby zatraca
I co mu niegdyś się zdało liche i obojętne —
Teraz ma tajemnicze kolory odświętne
I marzeniem, wspomnieniem, tęsknotą się w oczach wyzłaca.

Tak my ciągle wchodzimy na jakiś most skazańców
I opuszczamy cudowne jakieś weneckie pobrzeża —
I płyniem w nicość jutra do tych krańców,
Gdzie cała przeszłość w złote słońca się rozszerza.



XXXIV

Tak mi jakoś się wydaje,
Jakbym ciebie znał —
Jakbym dawno ciebie znał:
(Jakieś ciche, senne gaje,
Nad jeziorem, w cieniu skał) —
— Tak mi dziwnie się wydaje,
Jakbym ciebie znał!

Gdzie to było? kiedy było?
Nie wiem, nie wiem sam —
I czy było, nie wiem sam:
Czy mi śniło się, roiło,
Czy to było? gdzie to było?
Gdzieś — daleko — tam...

Czy na wschodzie, czy zachodzie?
Czyli w którem z miast,
Z żywych czy umarłych miast?
Czy w niebiańskim gdzieś ogrodzie,
Czy w eterów gdzieś swobodzie,
Czy na której z gwiazd?...

Ten uśmiechu promień złoty, —
Dreszcz i żar i łzy,

Niepokoju słodkie łzy...
Spojrzeń czary, ramion sploty —
Nieskończone senne loty...
(Dni minionych kołowroty —
Czy nieznane jutra dni?)
Mów, gdzie byłaś ty?

Gdzie ty byłaś? gdzie twe raje?
Skąd przybywasz, skąd?
Jaki twój nademną rząd?
Jakie kryły ciebie gaje,
Nad jeziorem pośród skał?...
Tak mi dziwnie się wydaje,
Jakbym dawno ciebie znał...

Tak mi coś się przypomina —
Jakiś inny świat — nie ten!
(I te oczy, niby sen —
I te włosy, niby len —)
Promienista gdzieś dolina,
Innych bytów ukraina,
Zapomniany dziwny sen!...



XXXV

Żem się sto razy rodził, umierał sto razy,
Przetom dziś umęczony życiem tylokrotnem
I śmiercią tylokrotną... A lodowe głazy
Rosły mi wciąż w tych przemian wirze kołowrotnym.

Przetoż za każdem nowem mojem zmartwychwstaniem
Nowy świat oglądałem — i nowe plemiona —
I obce jakieś twarze — i obce otchłanie —
I wiecznie mię tęsknota gryzła nieskończona...

Przeto wszystko mi zda się coraz to odmienne —
I coraz bardziej obce — i bardziej znikome —
Więc wlokę utrudzone moje nogi senne
Między krainy coraz bardziej nieznajome...

I o jeden cud błagam Tajemnicze Moce,
Bym się mógł raz urodzić na świat ostatecznie
I umrzeć ostatecznie... By zwalczyć te noce,
Co w ciemne kołowroty rzucają mnie wiecznie.



XXXVI

Nie śmierć to właśnie,
o czem tak marzysz i śnisz.
Dusza twa rwie się na jaśnie,
rwie się wzwyż,
ale żelazne prawa
spychają ciebie w dół.
Nie jest życiem ta życia jawa,
już to śmierć przez pół...
A nie jest śmiercią owa biało-krwawa
mara, dzierżąca miecz i krzyż:
za wiele w niej brzęku pszczół,
za wiele promieni złocistych,
za wiele dreszczów ...
Chcesz się wyrwać z życia kleszczów,
a przecież nie zginąć,
lecz płynąć i płynąć
do krain czystych,
do wniebowziętych
duchów świętych...
Mniej niżeli śmierć — oto twe marzenie,
a więcej, niźli życie...
Czy są w błękicie
przestrzenie,
gdzie duchy-cienie

żyją takowym żywotem?
Nikt nam nie powie o tem,
ale tęsknim za takim żywiołów uplotem.
Bo w życiu tyle śmierci jest, tyle mogiły,
że w śmierci roim nowe życia przemienienie,
jakiś byt archanielski, czystszy, podobłoczny,
promienniejszy od śmierci, ale nie tak mroczny,
jak to nasze półistnienie
na okręgu ziemskiej bryły.



XXXVII

W sercu mojem się toczy planeta umarła,
Co miała niegdyś wielkie zielone przestwory,
Gdzie kwitła biała Grecya i Roma żelazna,
Gdzie huczały wulkany i brzęczały pszczoły,
Złociły się uśmiechy i promienie zorzy.

I wszystko to zamarło i wszystko zastygło
I stałem się grobowcem, co ma w sobie trupa,
A choć to, co umiera, wyrocznią mogilną
Na śmierć jest przeznaczone, przecież owa głucha
Planeta skamieniała do łez mię porusza.

I chciałbym ją ożywić, by mogła zmartwychwstać
I nieraz dnie i noce nad tą pracą trawię,
By obudzić tę zmarłą i by ją zapytać,
Jakie tam przebiegała tajemnicze dale,
Bo umarli w nieznanej przebywają prawdzie.

I te umarłe prawdy mają życie wieczne
I rządzą naszą duszą — i naszemi słowy
I wszystkie nasze czyny od nich są zależne:
A to jest utajony byt nasz nieświadomy,
Co huczy w nas czasami, jak zaklęte dzwony.



XXXVIII

Z nami i ponad nami i w nas wciąż się wlecze
Cień naszej własnej istoty:
Nieświadomość, co dusze osnuwa człowiecze
W swe sploty...

Wszystko w nas jest jej dziełem. Całe nasze życie
Płynie w jej cieniu...
Sny nasze, mary nasze ona przędzie skrycie —
W milczeniu...

Ona drwi z naszych myśli, bo wie, że te myśli
Nie w naszej rodzą się głowie;
Bo jakiebądź są rzeczy, ona je nam kreśli
W swem słowie...



XXXIX

Kiedy o sobie mówię, nie mówię o sobie,
Bo obcy sobie jestem, jakby rozdwojony:
Ciałem żyję w tym czasie, na tutejszym globie,
Ale duch zamieszkuje odmienne regiony.

Osoba moja własna jest mi obojętna —
I ludzie obojętni mi są i nieznani,
Ale jest we mnie jakaś melodya odświętna,
Co płynie we mnie z owej dalekiej otchłani.

Z tej otchłani mi płyną niewiadome głosy,
Które nieraz powtarzam jako pieśń aniołów,
Pełną gwiezdnej muzyki i niebieskiej rosy:
Głos mój jest głosem owych nieznanych żywiołów.



XL

Nie chciałbym żyć na ziemi, gdzie nie masz cierpienia,
Bo cierpienie jest wielkie, cierpienie jest święte;
Ono imię nadaje rzeczom bez imienia
I w duszy nam Sezamy odkrywa zaklęte.

I gdyby mi otwarto edenowe wrota,
Możebym pełny trwogi znowu je zatrzasnął,
Że nazbyt jest promienną ta promienność złota
I żebym w jej błękitach nazbyt słodko zasnął.

Niech mi duszę głód wieczny ogniem swym rozpala,
Niech u rozwartych niebios stoję wiecznie progu:
Niech mię nieustających ułud pieści fala,
Niechaj nienasycony idę wciąż ku Bogu.

Bo wielką jest cierpienia mądrość nieśmiertelna,
Świętą jest rozczarowań gorzka umiejętność;
Co urasta w bezmiary; głąb nieskazitelna,
W której lśni lodowato boska obojętność.

Jednako obojętnie własne męki znoszę
I cudze — i tak dziwnie do cierpień nawykłem,
Że mi samo cierpienie zmienia się w rozkosze
I że co cierpię — wszystko małem jest i nikłem!



XLI

Najbardziej z moich pieśni kocham owe ciemne
Melodye, które we śnie słyszę jak tajemne
Jakieś fale poza mgłą daleką szumiące
I mnie samemu nigdy niepojęte; drżące,
Jak struna jakąś lekką dłonią potrącona...
Kocham je, chociaż żadna nie wyjdzie złocona
Misterną szatą rymów na ten świat widomy!
Urodzone w bezdennej głębi nieświadomej,
Kwiaty niedotykalne mej duszy roślinnej
Żyją krócej niż jętki; jakoby Erynny
Są im słońca promienie; zamknięta powieka
Żywi je, że śpiewają jak fala daleka —
Ale gdy świt w nie rzuci swoje groty wczesne —
Bezcielesne widziadła w bardziej bezcielesne
Przechodzą — i na wieki, na wieki już giną —
I nigdy w rzeczywistość choćby snów nie spłyną...
Ich piękność — to Milczenie, co w świętość ubiera
Słowa, w które uderza Głos niby siekiera!
Lecz one żyją we mnie jako utajona
Potęga zaświatowa, czysta, wypieszczona.
I nieraz też na jawie szepczą mi do ucha
Jakieś dźwięki z nieznanych toni mego ducha,
Jakieś słowa czarownym głosem wymawiane,
Lecz niepojęte, jakby słyszane przez ścianę —

Jakieś proroctwa ciemne, jakieś wróżby złudne,
Jakieś przeczucia dziwne, ciche, słodkie, cudne!
Lecz one moje życie mimowoli wiodą,
One są mej istoty krwią, mlekiem i wodą. —
I nieraz z ich pobudki walczę, śpiewam, płaczę —
I nie wiem skąd uśmiechy i skąd mam rozpacze!

Tak kwiat, gdzie się niedawno pieściły motyle,
Choć ulecą — on jeszcze kołysze się chwilę,
A nikt się nie domyśla, dlaczego...



XLII

Atlantydy kochałem niegdyś promieniste,
Platońskie, z mgły wysnute, senne Oceanje:
I tak się z niemi zżyłem, że przez czarów trwanie —
Były mi rzeczywiste, nazbyt rzeczywiste.

Lecz, że mię rzeczywistość coraz wrażej pęta,
Mara ta urojona a nazbyt cielesna
Znużyła mię... I nowa, złota, nieokreślna
Porywa mię ku sobie wizya wniebowzięta.

Atlantyda nadziemska i nadwidziadlana,
Co nigdy w rzeczywistość form nie zejdzie sprzecznych —
Lub stanie się w godzinach bytu ostatecznych,
Jako najwyższa gwiazda — cała z snów utkana.



XLIII

Ty, który nowe Słowo masz powiedzieć światu,
Wiele masz okryć wieczną zasłoną Milczenia,
Ażeby ono cieniem swego majestatu
Podniosło blask widomy słowa przeznaczenia.

Lecz mądrość jest znać miarę między temi dwiema,
Tą otchłanią milczenia i otchłanią mowy:
Niechaj więc długo warga twoja milczy niema,
Nim zahuczy płomienna gromami Jehowy.

A biada ci — i jesteś na wieki przeklęty,
Jeśli zamilczysz o tem, co mówić należy,
I jeśli powiesz światu, co ma paść w odmęty
Wieczystego milczenia: w grób wieczyście świeży.



XLIV

Nie na dzień jeden siejesz swoje ziarno,
Ale na jutra czas nieurodzony:
Więc bez wytchnienia kraj tę ziemię czarną,
By od twych pługów garbate zagony —
Zabrzmiały pieśnią zbóż złocistych gwarną!

Choć nieraz wichry i susze wygarną
Twym krwawym potem wydobyte plony;
Wytrwała praca twa nie będzie marną —
Nie na dzień jeden!

Natura kocha swoją pieśń cmentarną,
Niby małżonka pieści akwilony;
Od gniewu Dyany giną Akteony;
Strasznie jest zwalczać moc elementarną,
Lecz siej — pomimo grad i suszę skwarną —
Nie na dzień jeden!



XLV

Hej, gdzie kres
Wichrów, burz?
Gdzie woń róż
Z krwi i łez?

Bodaj zczezł
W ogniu zórz
W zorzy dusz —
Mroku bies!

Pełni żądz —
W blaski słońc,

Po przez mgły —
Gromy — skry —

Idziem, drżąc,
W jutra sny!



XLVI

W najcmentarniejsze dni żywota,
Gdy cały błękit mroczą chmury;
Gdy piewcę głucha żre martwota,
Że milczy mu i grób ponury:

On czasem świata zapomina
I pogrążony w swej żałobie —
Pod tym ciężarem się ugina
I śpiewa żale swe sam sobie.



XLVII

1

Orkany wyły i huczał grom...
Pioruny biły w cichy mój dom.
Oto ponury — stoję śród zgliszcz!

O, słońce! chmury rozpędź i zniszcz
W promieni ruchu, śród złotych drgań!

Cierpiałeś, duchu! a teraz — wstań.


2

Zbudź się, me serce, z drętwych snów,
W życia iskierce — zbudź się znów!
Zbudź się w uśmiechu, w wiosennem echu —
W kwiatów oddechu — i pieśń swą mów!



XLVIII

Na wiekuiście zmiennem łonie fal
Ja żyję wiekuiście zmienny twór —
— Proteusz, bóg wyklęty —
Wiję się, opętany, żądny wiecznie
Swojej formy ostatecznej,
Lecz która wieczną mi jest tajemnicą!
Otom jest żmiją, otom hipogryfem,
Otom białoskrzydłą mewą,
I naraz staję się syreną —
l harpią jestem i gorgoną,
I eumenidą!...
Znów hydrą i likornem i znów lewiatanem,
I sfinksem i chimerą!
I duchem bezcielesnym i materyą żywą,
I czasem i wiecznością!
Akteon i Endymion,
I Meleager i Orest,
Tantal i Syzyf — to ja!
I znów się w bezforemne kruszę elementy —
Jestem wichrem i obłokiem,
I szklanem powietrzem,
Rykiem, poświstem, melodyą,
Tęczą, złotem, światłem,
Czerwienią, zielenią, błękitem,

Smutkiem i rozradowaniem,
Tęsknotą i rozpaczą!
Na wiekuiście zmiennej toni fal
Ja — Proteusz, bóg wyklęty —
Przelewam się w elementy,
W kształty i twory,
W ognie, dźwięki i kolory,
W oddechy, trucizny, potęgi,
W zielonych niw widnokręgi,
W nereidy i w trytony!...
...O, ten szereg przemian nieskończony!...
W nieskończoności się toczę,
Przez niepochwytne uźrocze
Coraz odmienny i nowy...
I nigdy nie zakończę tej wiecznej odnowy,
A każda zmiana — to wieczysty kłam,
Bo Proteusz, bóg wyklęty,
Choć wiecznie inny, jest wiecznie ten sam!



XLIX

Wybudowałem most
I dwa złączyłem brzegi rzeczne,
Iż mogłem wprost
Z tej strony iść w jutro bajeczne...
Zostały za mną kresy ciemne,
Pełne snów i pocałowań
I rozczarowań...
Ale, choć mi ich żal,
Muszę płynąć w dal —
W te krainy niepojemne...
Pragnąłbym iść z powrotem,
Lecz głos mi woła: Spal!
O, chciałbym iść z powrotem
Za młodości słońcem złotem...
Lecz głos mi rzekł:
Zapomnij — i idź w dal —
Idź wprost
Na tamten brzeg!...
...Przeszedłem na tamten brzeg
I podpaliłem most...



L

W morzu ciemności duch mój toczy się bez końca
Po czarnych jakichś falach, spienionych w kędziory;
A blask niewidzialnego — dalekiego słońca
Czasem mrok ułudnymi wyzłaca kolory.

Ale ta kropla złota w przestrzeni hebanach
Znikomą jest — jak ziarno rzucone na piaski:
I duch mój w czarnej nocy wije się tumanach
I napróżno wygląda za promieniem łaski.

Sam raje sobie stwarzam — i sam siebie kuszę,
By zerwać z drzewa wiedzy owoc zakazany —
Sam mieczem archanioła wypędzam swą duszę
Z Edenów — i tak błądzę, z Edenów wygnany.

Cisza jest tam, gdzie niema tego morza mroków,
Lecz nie wiem, czyli dojdę do jego granicy;
Ono jest wszędzie: w śpiewie pól, w ruchu obłoków,
W ryku miast, w szumie borów, w życia tajemnicy.

Ono jest wszędzie — wszędzie ono mię uciska —
Nierozwiązanych pytań węzłem mię okala —
W rzeki bezdenne zmienia mi wszystkie zjawiska,
A w każdej jakaś czarna rozlewa się fala.


A fala każda własne pewnie ma nazwisko,
Lecz ja nazwiska nie znam, choć się czasem łudzę,
Że je znam... Ja tu, pod nią, położony nizko —
Patrząc, łzy czuję w oczach — łzy jakoby cudze.

I tyle naraz w piersi moje fal uderza,
Że jestem, jak rozbitek na bezbrzeżnej dali —
I nie mam żadnej deski — żadnego szkaplerza —
I nie wiem, gdzie się złota moja gwiazda pali.

Wiedzieć? Czy to podobna znać bajeczne słowa
Tych otchłani — tych mroków, w których błądzę wiecznie —
I których treść nieznana — jako śmierć surowa —
Władnie mną, szalejąca, wirująca sprzecznie.

Rąbek ledwie odkryłem jakiejś tajemnicy —
Wnet druga — nie! ta sama powstaje upiorem —
O, gdzie są tego morza trytony — strażnicy
Mrocznych fal — by mi głębia stanęła otworem?

Idźcie precz, wy, zielone, trawą zarośnięte
Ondyny, co tam skarbów strzeżecie zazdrośnie!
Kwitną bzy — młode pączki róży rozwinięte —
Patrzcie — ślą pozdrowienie młodocianej wiośnie.

I suną się przez pola wielkimi oddechy
Jakieś złote widziadła — i zielone bogi, —

Tryskają żywe pieśni, dźwięczą młode śmiechy —
Słońce — miłość — objawień świetlanych dzień błogi.

I we mnie jakieś oko lśni jasnowidzące —
Co przenika w dalekie wschody i zachody;
Widzę promienne gwiazdy, i różane słońce,
I pachnące dąbrowy — i ciche ogrody.

I, rzekłbyś, duch zogromniał w jasnem przemienieniu
I, zda się, bezgraniczne przestworza ogarnia —
Jasno mi! Sam, jak promień, błyszczę na promieniu...
Lecz... Co za wir złowrogi... Ha — grób i męczarnia.

I znów noc — i znów mroki — i znów dusza woła:
Gdzie twoje złote światło — gdzie twa jasna tęcza?
Gdzie serce, objawieniem zmienione w anioła?...
I znów ta noc bez granic, co ducha wycieńcza.

Ty, coś się kąpał w żywych światła oceanach,
Mów, gdzie jest czarodziejska twoja zorza złota?
Rozprysła się w złudzeniach, rozwiała w tumanach,
Raz jeszcze zazgrzytały Edenowe wrota.

I znowu się wygnałem z krainy słonecznej,
Co mi na chwilę błysła w upojeniu sennem —

I nigdy już nie wróci!... Zagasł maj serdeczny —
I toczę się po morzu ciemności bezdennem...

Czy nie wyschnie ta głębia? Krwawy cherubinie,
Czemu z zazdrosnym mieczem stoisz wciąż nademną?
Czemu pędzisz mą duszę na głuche pustynie —
Na to morze przerażeń, na tę otchłań ciemną?



LI

Czasami się w pół nocy budzi przerażony
Duch ludzki. Tajemniczych, bladych widm legiony —
Jawią się w cieniach izby. W grozie bezimiennej
Wyciągają swe dłonie. Zaś ów duch bezsenny —
Jasnowidzący razem — i straszliwej nocy
Ślepotą razem tknięty — śród milczenia nocy
Słyszy to, co mu szepcą zamogilne duchy
W swym powietrznym języku, a razem jest głuchy,
Jak gdyby mocą sennej — przerwanej ekstazy —
Zapomniał już rozumieć — człowiecze wyrazy!
I wszystko mu się miesza w jakiś chaos dziki —
I w mózgu mu wirują splątanymi szyki —
Wszystkie cierpienia duszne, własne i niewłasne —
I zda się, że na boleść piersi są zbyt ciasne —
I zda się, że na jęki pierś zbyt niedołężna —
I zda się, że ta zmora jest taka potężna,
Że się do szpiku kości twa istota lęka,
Że łono ci rozsadza, że czaszka ci pęka!
I zda się, że twa dusza już nawskróś jest chora —
I że nigdy cię — nigdy nie rzuci ta zmora,
Której mózg nie wymyśli — usta nie powiedzą!
Choć świdruje ci serce z taką samowiedzą,
Z tak piekielną jasnością, z takim szałem dzikim,
Żeś niezdolny jej ludzkim wyrazić językiem.

A jak przedtem powieka całe ciało twoje —
Okrywała — jak w całun — w czarne swe zawoje;
Tak teraz się rozszerza nagłą tajemnicą
Twój wzrok — jakbyś się naraz cały stał źrenicą —
I widzisz — niby wielkie, bezgraniczne stepy —
Nieskończoność — i razem jesteś, jako ślepy.



LII

1

— Liściu mój zbłąkany,
 Dokąd wiatr cię niesie?
— Lecę przez tumany,
 Szczęścia szukam w lesie.
— Czego szukasz błędnie
 Na wsze strony świata?
— Nim ma zieleń zwiędnie,
 Szukam liścia brata.
— Brata? Mylnie sądzisz,
 Że się sen twój ziści:
 Próżno szukasz, błądzisz — —
 Niema bratnich liści!


2

Po niebie płynie biały
Obłok samotny.
Wichry mu nie rozwiały
Źrenicy wilgotnej...
O, jedyny, ostatni
Na skwarnem niebie — —

Naprożno chmurki bratniej
Szuka dla siebie...
W błękitną — nieskończoną
Pustynię — —
Sierocy obłok z srebrną na czole zasłoną
W dal płynie...



LIII

Kłamstwem jest obojętność, kłamstwem jest przeczenie,
Kłamstwem jest ów śmiech gorzki, co drwi sam ze siebie;
Kłamstwem nicość, co pożreć ma bytu przestrzenie,
Kłamstwem śmierć, co pod ziemią prochy ludzkie grzebie.

A jednakże jam kłamał, kłamał obojętność;
Kłamałem śmierć i nicość — i szyderczym śmiechem —
Przeczyłem tym, co znali światła umiejętność —
I dzisiaj oko w oko stoję z moim grzechem.

Wobec nierozwikłanych zagadnień człowieka,
Kiedy duch ręce łamie, strwożony niemocą:
Zda się, że go tajemnic ma pochłonąć rzeka,
I wirem — chaotyczne myśli w nim łomocą.

Natom walczył, rozmyślał — natom krzywdził siebie —
Uchodziłem od stołów biesiad i rozkoszy —
By znaleźć tę truciznę w mleku swem i chlebie
I pojąć, że w nicości wszystko się rozproszy!


Łzy i ból człowieczeństwa, jego losy mętne,
Zagadka bytu — wszystko gorycz we mnie rodzi,
I naraz mi się wszystko zda tak obojętne,
Że wołam: nic na świecie, nic mię nie obchodzi.

A wówczas w sercu mojem słyszę tajemniczy
Głos, który się oburza na te słowa chore:
Kłamiesz! boś wiecznie głodny tajemnic goryczy,
Kłamiesz! bo jeszcze w tobie żądza męki gore.

A gdy nadmiarem bólu serce umęczone
Odpocznienia już żąda i grobowej ciszy,
I gdy chwieje się drżące w tę i ową stronę,
Zda mi się, że w niem pulsu nikt już nie dosłyszy.

I wołam: Jam nie kochał! Wyschnięta ma dusza
Pragnęła tylko ciszy bez granic i końca,
I, choć szukałem nieraz dobrego geniusza,
Dumny jestem, że byłem, jako miedź brzęcząca.

Nie kochałem nikogo! tak wołam szalenie,
Bo dusza ma nikogo ukochać nie zdolną — —
A głos mówi mi: Kłamiesz! Kłamstwem jest przeczenie,
Kłamiesz, boś kochał więcej, niźli kochać wolno.



LIV

...W pamięci mojej wieczyście stać będzie
Ten dziwny świat, od świata żywego odmienny,
Świat marmurów tak białych jak pióra łabędzie,
Jako zimowe śniegi, białością promienny.

Przygnębił moją małość ten naród ogromny,
Przywalił moje trwogi ten naród spokojny,
I widzę, jaki we mnie żyje bezpotomny
Duch, rozdwojony w sobie od wewnętrznej wojny.

O, wy ciche — wy białe — wy czyste posągi,
Bohatery świetlane, bogi i boginie,
Wy, coście na tej ziemi królowały ongi,
Wy, z których nam dziś jeszcze promień żywy płynie,

Zejdźcie — zejdźcie raz jeszcze ze swych piedestałów,
Nieśmiertelne wcielenia Hellady i Romy:
I użyczcie nam ducha swojego kryształów
I uczcie, jak wasz spokój zdobyć nieruchomy.

Wasza białość — ta białość łabędziego puchu,
Wszystkie barwy stopiła w głazy marmurowe;
Spokój wasz — to związanie wszystkich ruchów ruchu;
Milczenie wasze streszcza lat tysiąca mowę.


O, martwe wy postaci, a wiecznie żyjące,
Gdy patrzę w wasze białe, nieruchome oczy,
Zda mi się, że w nich widzę źrenice widzące,
Zda mi się pod marmurem, że tam krew się toczy.

Ironiczne potęgi! Czyli wasze twarze
Iście są nieświadome życia dookoła?
O nie, wy pewnie, w ludzkim zasłuchane gwarze,
Znacie wszystko, co płacze, co jęczy, co woła!

Bowiem duch, co osiągnął wszystką samowiedzę —
Żadnej nie łaknie wiedzy i łaknąć nie może:
Jowisz — czyli przestąpi swego nieba miedzę,
Gdy wszędzie jego niebios ściele się przestworze?

I tak — w nieskończoności lazurach płynący,
Jowisz — jak gdyby w sennej pogrąża się toni:
I — nic nie widząc — wszystko widzi... Wszechwidzący
I razem nieświadomy — duch bytu harmonii!

Tak każdy z was! Przeżywszy to, co można przeżyć —
Życie, świadomość, czucie — zaklął w marmur biały,
I nic was już nie może olśnić i uderzyć,
I żyjecie — jak we śnie wiekuistej chwały!

A patrząc, na cóż patrzą wasze białe oczy,
Gdy u stóp waszych czarny, bezkształtny lud żywy,
Olśniony ich potęgą, zmęczony się tłoczy —
I upada omdlały, drżący i trwożliwy?...


Czy widzą te szaleństwa, co w źrenicach płoną?
Czy widzą niepokoje, co w tych piersiach huczą?
Czy widzą, jak te widma koleją szaloną
Gonią — i wszędy brzemię swojej troski włóczą?

Czyli słyszą ich wrzawę, okrzyki i śmiechy?
Czyli słyszą ich modły i bluźniercze ryki?
Czy słyszą ich rozpaczne jęki bez pociechy
I złudzeń nieustannych błądzące ogniki?

Czy pojmują ich żądze krwawe i anielskie,
Ich miłość i nienawiść, ich niebo i piekło?
Upadki i uściski — i rojenia sielskie,
Przeczerwienione walką egoizmów wściekłą?

I ten wrzask dni dzisiejszych? te fabryczne dymy?
Tryumfalny brzęk złota, — głodu jęk ponury,
I mrok — i lód po sercach rozpostartej zimy,
I te wieczyste chmury — te okropne chmury?...

A może nasze życie zda się im bezruchem,
Albo wirem atomów bez celu i myśli?
A to, co my zowiemy naszym żywym duchem —
Dla nich jest cieniem, który cienie w cieniu kreśli.

Może dla nich ta czarna ciżba istot szpetnych,
Są to liche posągi, którym rzeźbiarz lichy —
Społeczność — nie umiała dać rysów szlachetnych
Promiennej Afrodyty, nieskalanej Psychy?


Do spokoju my dążym. Spokój jest w marmurach.
W marmury się przemienić, w granit przelać ducha!
Zamknąć się w nieśmiertelnych liniach i konturach!
Jęki zakuć w milczenie, które wieków słucha;

Otrząsnąć się od gadzin ukąszeń i płazów —
Ujść od jałowej walki; na złudzenia sromy
Zamknąć kamienne oczy... Stać się jednym z głazów,
Co nieruchomo patrzą na ten świat ruchomy:

Zazdrość budzi ta cisza bogów nieprzerwana —
I ta białość łabędzi — i ta białość śniegu!
O, jakże słodką byłaby taka przemiana,
Jak dobrzeby oglądać świat z innego brzegu!

Roma, 1899.



LV

A ty, dusz trucicielu, idź mi precz, Hamlecie!
Bo spowiedź moja nie jest spowiedzią niemocy,
Lecz piekłem, gdzie się w ogniu spiżują prorocy:
Oto nadszedł dzień czynu, co wątpiące zmiecie!

Ofelia już na wieki śpi w głębiach jeziora.
A tam patrz: oto idą groźnemi szeregi
Potężne, zakowane w żelazo Norwegi —
A cień ojca cię wzywa: zbudź się, duszo chora!

Jam nad rozczarowaniem stanął i nadzieją.
Mnie cmentarze śpiewają, mnie się wichry śmieją —
I zjednoczyłem w sobie wszystkie moce sprzeczne.

Prysnął czar, coś mię dotąd pętał nim jak dziecię —
Poznałem, co jest wolne i co jest konieczne,
Co ziemskie i nadziemskie... Idź mi precz, Hamlecie



LVI

W godzinie śmierci niechaj mię otoczy
Rój za żywota ukochanych twarzy —
Niechaj życzliwe na mnie patrzą oczy,
Choćby w postaci ułudnych miraży.
Gdziebądź i jakbądź śmierć się ku mnie zbliży,
Niechaj się zlecą jak gołębi stada:
Niech swym szelestem łagodzą jęk spiży —
Niech zwolna — cicho mrok na mnie upada.
Niech mi przebaczą winy me śmiertelne,
Niechaj dokoła śmiech i pieśni słyszę:
Śniąc, że tu gody opuszczam weselne
Śród ukochanych, gdy sam idę w ciszę.

W godzinie śmierci niechaj mię otoczy
Rój snów młodzieńczych, co mię kołysały —
Jak hesperyjski wid jakiś proroczy,
Świat zmieniający w tęcze i kryształy.
Niechaj się dusze obleką w lazury —
Niechaj ustaną krwawe bojów zgrzyty —
Niechaj na niebie rozpierzchną się chmury —
Niepokalane otwarłszy błękity.
Niech w tem złudzeniu umieram szczęśliwy,
Że tęcza zeszła na ziemskie bezdroże,

Że już zakwitły Hesperyjskie niwy,
Że już królestwo ziściło się boże.

W godzinie śmierci niechaj mię otoczy
Rój jasnych kształtów w myśli mej poczętych,
Rój wyłonionych z niebytu uźroczy —
Własnem mem dłutem w spiż słowa zaklętych.
Niech przyjdą — nie tak zasnowane w cieśnie,
Jak je, wcielając, słaba ręka wciska:
Lecz tak, jak mi się objawiały we śnie,
Nieogarnione — ogromne zjawiska.
Niech w najdźwięczniejszą arfę mi zadzwonią —
Abym w złudzeniu rozśpiewanem konał,
Żem wszystko żywą przyodział harmonią,
Że, com wykonać miał, wszystkom wykonał.





Na przełomie stuleci
(w sylwestrową noc z r. 1900 na 1901)



Stałem na szczycie mej samotnej wieży,
Z tęsknotą patrząc w widnokręgów stropy,
A blask świetlany, co się od nich szerzy,
Zdał mi się rosnąć w lazurów potopy.
Więc duch mój w przyszłość niewiadomą mierzy,
Iżem wytężył, niby teleskopy,
Oczy przestworów głodne nieskończonych
I prawdy świateł w dali zatajonych.

Artemis lśniła swoim złotym rogiem
W gwiazd korowodzie — na wielkim błękicie,
A ziemia wokół drzemała rozłogiem,
W oczekiwania tonąca zachwycie.
A na jej łonie wrzał Goga z Magogiem
Bój nieustanny — bój na śmierć i życie.
Szmerem i gromem wił się po bezdrożach,
Po górach, stepach, po lądach i morzach.

Lecz w dali — w dali — tam cudów godzina —
Jutro nieznane, nadzieją kwitnące,
Mazanderanu bajeczna kraina,
Kędy wcielonych świeci marzeń słońce.
Tam za rubieżą nowy się zaczyna
Świat; nowych kształtów rodzą się tysiące.

O, gdyby przejrzeć! O, gdyby odgadnąć
Kształty nieznane! Ach, jutrem owładnąć!

Więc wytężyłem w nieskończoność oczy,
Więc wytężyłem ku niej słuch. W oddali
Jakaś się jutrznia półświetlana toczy,
Jakaś się tęcza półzaćmiona pali —
Izys w osłonie poprzez światy kroczy,
Jak czysta lilia, z mórz wstająca fali.
Cisza — aż naraz w przeraźliwym zgrzycie
Nowej Godziny usłyszałem bicie.

Moc, zawieszona na Zegarze Czasów,
Naraz zadrgnęła — a wewnętrzne stale,
Od pordzewiałych wstrząśnione zawiasów,
Zgrzytnęły w cichym powietrza krysztale
I, czerpiąc z jęku odwiecznych zapasów,
Jękiem ogromnym w ogromne szły dale!
Cały się wszechświat wydawał być dzwonem,
Hucząc w powietrzu nawskroś rozdzwonionem.

I dreszcz poczułem w duchu, jak prorocy,
Co się na puszczy spowiadają Bogu.
Wiek idzie nowy! Bez czucia i mocy
Leżałem, zda się, u wszechczasu progu.
Wtem przyszedł do mnie o krwawej północy
Duch nieznajomy i rzekł: Astrologu!
Dziw mi, jak zeszedł do mej czatownicy,
A wyglądał jak Numidowie dzicy.


Cały był strojny szatą purpurową,
Czarnemi wkoło przepasany wstęgi,
Oczy mu lśniły jakąś skrą ogniową
I miały stygmat nadludzkiej potęgi.
A krwawe usta gdy rzucały słowo,
To w nieobeszłe głos brzmiał widnokręgi.
A coś w nim było z sępa, coś z tygrysa.
— Ktoś ty? A on mi rzecze: — Masynisa!

Jam po manowcach wodził Irydyona,
Co złote pełnie zapalał przed nowiem.
Jam mu człowiecze pokazał plemiona
I tobie przyszłe zjawienia opowiem.
Irydyon usnął. Jam od jego łona
Odszedł, jak mara. Dzisiaj mu wezgłowiem
Krzyżów i mogił kraina daleka —
Irydyon usnął — i w mogile czeka.

Jam wodził jego w onegdajsze wieki,
A w dni wczorajsze ludów jasne mary
Zmieniałem we krwią buchające rzeki:
Z tęcz rozniecałem ogniste pożary.
Jad w miodonośne rzucałem pasieki
A z nauk mędrców bezrozumne gwary
Snułem w szaleństwie ciżby rozpętanem.
Jam jest odwiecznym historyi szatanem.

Zawołaj: Miłość — ja ci z niej wytłoczę
Szał nienawiści w najdzikszym żywiole;

Zawołaj: Prawda — ja z niej fałsz wytoczę;
Zawołaj: Wolność — stworzę z niej niewolę.
Krzycz: Miłosierdzie — krwią ci je obroczę,
Krzycz: Sprawiedliwość — z zemstą ją zespolę.
Wołaj: Braterstwo — ja z mych sił przewrotnych
Wyłonię rozpacz wszystkich dusz samotnych.

I każdą ducha ludzkiego słoneczność
Przetrawię zwolna w czarnego pająka,
Co daje czuciom ludzkim obosieczność
I na zwierzęce szały je obłąka.
Jam utajona ironia i sprzeczność
Bytu, co jadem w dzieje ludów wsiąka
I wszystko w czarną odwrotność przerzuca. —
Mówił, a śmiechem dyszały mu płuca.

Alem ja wołał: — Idź precz! idź odemnie —
Oto spoglądam w złote Jutro świata,
A od twych mroków jakieś straszne ciemnie
Padają w zorze dalekiego świata:
Patrz, jakaś tęcza błyska mi tajemnie,
Dobrych aniołów jakaś wić skrzydlata.
Przeklęty duchu, giń, a Irydyona
Budź! — Ale on już ujął mię w ramiona.

W oczy mi spojrzał magnetycznym wzrokiem,
W duszę mi sięgnął i tak opanował,
Żem stał pod strasznym szatana urokiem —
I próżno tęskny do niebieskich pował

Wzrok wysyłałem... Ponurym obłokiem
Czarny ów anioł wolę mi skrępował —
I tak od blasku tęcz mię odgraniczy,
Żem stał się pełny żółci i goryczy.

A szatan widząc, że już mię zwyciężył,
Kazał mi spojrzeć w dalekie gościńce —
Człowieczych dziejów szlaki tak wyprężył
I przemienił je na dzikie zwierzyńce.
Kazał mi... Więc jam źrenice wytężył
I wstecz i naprzód... Jakieś barbarzyńce
Szły tłumem... Fale krwi... Trupy a trupy
Wszędzie. Czasami latarniane słupy.

»Zgasiłem gwiazdy na błękitów czole,
Bo wiem, że jesteś z owych czatowników,
Co widzą w gwiazdach anielskie symbole;
Biorą za Boży krzak fosfor ogników,
Mądrość czytają w bezładnym żywiole
Tłumów, co wyją tysiącem języków,
A wyścig ludów, co się we krwi pławią,
Zda się im lotną girlandą żórawią!

Chcę, żebyś patrzył okiem lodowatem
W ciemności jutra. Szlak ujrzysz surowy
Klęsk, co od wieków potrząsały światem,
Walk, co je w ogień barwią purpurowy.
Surowa wiosną, wypalona latem
Myśl nie zakwitnie nigdy w formie nowej.

Za marzeniami marzenia wciąż więdną —
Wiecznie tą samą ruiną bezwzględną!

Grób czeka wszystko. Grób te myśli czeka,
Co porywały niegdyś serca dzieci.
Błahą się zdaje na zamierzchu wieka
Gwiazda, co rankiem promieniście świeci.
Nie znajdziesz miodu, ni wina, ni mleka
W wodach, co karmić miały bieg stuleci.
Wszystko zamarło, nim zakwitło jeszcze,
I próżne były wszystkie pieśni wieszcze.

Wiem, że ci serce przeczerniam goryczą
I że ci wszystkie zamrażam uśmiechy!
Odkądże, powiedz, w przyszłość tajemniczą
Wychwytanemi niby z jutra echy
Pieśniarze wobec gromów, które ryczą,
W promieniach jutra wróżą nam uciechy —
Jakieś czarowne Oceanje bytu —
Pełne zieleni, słońca i błękitu?

Zaprawdę — mówią — nas nękają burze,
Wichry nam świszczą, pioruny nas łamią,
Ale już widać w jutrznianej purpurze
Jakąś tęczową epokę balsamią,
Co wszystkie głogi przeobrazi w róże
Tak, iż się z ziemią nieba utożsamią.
I elizejskie spłyną na nas blaski,
Pełne natchnienia i prawdy, i łaski!


Wiem, astrologu, że w tych iskrach błędnych,
Co tu w przestworzach wśród mroku migocą:
Porwany siłą marzeń nieoszczędnych,
Ormuzda widzisz, co piekło swą mocą
Już opanował. Strach ci prawd bezwzględnych —
Cha, cha, cha! Wierz mi — natura jest Nocą!
W tej czarnej głuszy płoną rzadkie gwiazdy:
Moje to państwo! Nie — Ahuramazdy.

A ty chcesz drobne, zbłąkane ogniki
Połączyć w jedno niezagasłe słońce!
Nie, choćbyś tęsknił do wiecznej muzyki
Świat — to narzędzie ostro zgrzytające.
Choćbyś najmędrsze zesłał Koperniki,
Nigdy nie zmilkną jęki nie milknące.
Nic nie poprawi zgrzytliwej maszyny.
Za godzinami zajękną godziny.

Świat społeczeński — to hydra stugłowa:
Łeb jeden utnij — odrośnie wnet drugi.
Dziś — mówisz — podłość gdzieś w mroku się chowa,
Lecz jutro wyśle swe najdziksze sługi;
Niespodziewana wstanie zbrodnia nowa
I znów obleje świat krwawemi strugi.
Czasami błysną po ziemi latarnie,
Ale wnet gasną i znikają marnie.

A kto bez winy? Kto nie ma na ręku
Śladu krwi cudzej? Kto powie: Jam czysty,

Jam niczyjego nie wywołał jęku?!
Ja świat przemienię na raj przeźroczysty!
Ci, co czystego pragną szukać dźwięku
Dla tej zgrzytliwej muzyki wieczystej —
Głos mają sami bardziej chropowaty.
Im-że to krzywe doskonalić światy?

Chceszli oderwać to piekielne wieko
Grzechu, którego jesteście dziedzice?
Ha, w pokolenia z pokoleń, daleko,
Aż po ostatnie ludzkości granice,
Pójdą te zbrodnie, co się z wami wleką
Jako wieczyste sumień katownice.
Jak ciężar, który wasze barki gniecie,
Klątwa, co płynie z stulecia w stulecie.

O tak — wołacie — my żyjem w boleści,
Jako Syzyfy ciężkie głazy toczym,
Ale ta glina, którą zwolna pieści
Duch-rzeźbiarz, w kształcie już widna proroczym
I naszym synom złote jutro wieści;
A więc się trudzim, więc się we krwi broczym,
Aby czyścowe unicestwić gady
I światu nowe stworzyć Olimpiady.

O, śmiechu godny człowieczy rodzaju!
Do szczęśliwszego jakie ty masz prawo
Losu, niż twoje, wypędzone z raju
Praojce, dolą uznojone krwawą?

Chcesz na lodowcach zielonego maju,
W kopalniach zorzę pragniesz mieć jaskrawą?
Tyś roił, wałczył... I, wszystko zważywszy,
Mów: czyś od ojców swoich był szczęśliwszy?

I nie masz prawa! A zaś twoje syny
Czemu szczęśliwsze mają być od ciebie?
Choćbyś najmędrsze stworzył im maszyny,
Choćby po uszy kąpali się w chlebie,
Znajdą się dla nich nowe łez przyczyny,
Głodna ich dusza zwiędnie w tym Erebie.
Ani tyś od twych szczęśliwszy pradziadów,
Ani twym wnukom nie zabraknie jadów.

Chociażbyś ziemię zdruzgotał na szczęty,
Chociażbyś nowym zburzył ją potopem
I jakiś nowy glob zbudował święty,
Tuż pod błękitu zawieszony stropem,
I wcielił ludzkość w nowe elementy:
Spoglądaj wiecznie ducha teleskopem
W bezmiary jutra — ujrzysz wiecznie burze,
Bo duch jest Nocą — podobny naturze.

Dnia wczorajszego nic ci nie usunie,
Jutro się zawsze rodzić musi z wczora.
Od tych szkieletów, które śpią w całunie,
Dusza żyjących wiecznie błądzi chora.
Choć palim przeszłość w coraz nowej łunie,
Nic jej niestartych śladów nie zaora.

Choć się zmieniają imiona i księstwa,
W duchu trwa jedna nocy wiecznej gęstwa.

Na puszczach błądzą głosy wołające
Słowa miłości, lecz bez echa giną,
Nie słyszą bowiem uszy słuchające
Słów, co nad ziemią nazbyt górnie płyną.
Z daleka świeci promieniste słońce,
Lecz jego blaski, nim wejdą, wnet miną.
Im donośniejszy, tem jest mniej słyszany
Głos, na samotnych pustyniach wołany.

Najszlachetniejsze śpiewaj ludziom słowa,
A wnet w ich duchów nieskończonym mroku
Jakaś z nich wyjdzie bezkształtnie surowa
Karykatura Bożego wyroku
I to, co lśniło jako gwiazda nowa,
Zmieni się w nędzny liczman. O proroku,
Kiedy zobaczysz swe wyrodne ucznie,
Bacz, w jaką nicość zmieniły twą jutrznię.

Myśli promienne są jako sieroty —
Błądzą po ziemi strasznie bezpotomne,
Bo choć na chwilę budzą was z martwoty,
Napróżno świecą wielkie i niezłomne.
W ogarek przejdzie święty ogień złoty,
Tak małe będą, jak były ogromne.
W maleńkie dusze lejąc światło tęczy,
Waż, jak się w nici bezbarwne rozcieńczy.


Bo duch człowieczy jest niezmienną nocą
I kocha własnej nocy swej hebany.
Z rzadka w tym mroku światełka migocą,
Od mroku słabnie każdy błysk świetlany.
Bo myśl promienna jest gwiazdą sierocą,
Dla niej są pustyń samotnych Libany;
A choć niejeden czerpie z jej nauki,
Nie są to dzieci jej, ale bastruki.

Spójrz poza siebie na ostatnią zorzę,
Co się zdawała zapowiadać wiosnę;
Jakie w niej były wielkie ognie Boże,
Jakie z niej hasła szły dalekonośne,
Jakie w niej pieśni grzmiały przy toporze,
Jakie nadzieje szumiały radosne,
Jakie męczeństwa znosiły te duchy
Śród piorunowej czasów zawieruchy.

Jam owe duchy ogarnął swym szałem,
Jam pozapalał ogniste pożary,
I uczyniłem bieg słów krwawem ciałem,
Przepiekielniłem wszystkie jasne mary,
Ze światła mroki potworne wywiałem,
I zbrodni dałem do ręki sztandary,
By — przez skrwawione noże gilotyny —
Wiodła człowieka do nowej godziny.

A to się zwało deklaracyą prawa,
Światłem, wolnością i życiem... I ludy

Szły, gdzie im jutrznia promieniała krwawa,
I niby w bóstwo wierzyły w jej cudy.
Skroniom ich złota przyświecała sława,
Dla jutra straszne przenosili trudy,
Nowe dni orząc śród ruin i zgliszczy,
Ufni, że tworzy, kto stary świat niszczy.

Lecz jam to dzieło ujął swą obręczą,
Moje a twoje — szepcąc im do ucha.
Wszystko wnet nicią stało się pajęczą,
Tylko te słowa miały pełnię ducha.
I od nich dotąd wszystkie serca jęczą,
I od nich nowa idzie zawierucha,
I od nich nowe, niewiadome trwogi,
Nieznane ognie i nieznane bogi.

Nad mogiłami zmarłych bohaterów
Stanęły kupców przezornych fabryki:
Co słońca blaski zbierali z eterów,
Na drutach słali myśl do Ameryki;
Lody z biegunów i lawę z wulkanów
Zmieniali w złoto, jak czarnoksiężniki,
I panowali nad ziemią dokoła,
Mędrcy przed nimi uchylili czoła.

A dla tych wiarą stało się żelazo,
Bo przez nie chcieli przełamać żywioły,
Trawili kruszce ogniem i zarazą
Kwasów zdradzieckich. Codzień setne woły

W ofierze bogom składali z ekstazą,
Jako prawd nowych wielkie apostoły.
Na ziemi drugą chcieli stworzyć ziemię,
Lecz szczęście nie szło z niej na ludzkie plemię.

Syzyfy wieczne, mędrcowie i wieszcze
Sięgali myślą nad zenit niebieski,
I coraz nowe czuli w sobie dreszcze,
Ale napróżno, bo nieraz duch rzeźki
Drżał, gdy go zimne zalewały deszcze.
Na kresie drogi widział jeno deski
Grobowe... Wkońcu na snów białych grobie
Prawd ostatecznych jął szukać sam w sobie.

Rozpacze Faustów i jęki Werterów,
I Kordyanowe ducha rozpętania,
I Manfredowskie nasłuchy poszmerów,
W których się zaświat tajemny odsłania:
Dusze do wątłych podobne ajerów,
Pełne rozpaczy i rozczarowania,
Nic nie dojrzawszy na ziemi i w niebie,
Przestały wkońcu wierzyć same w siebie.

Zwątpienia fala nad rozpaczy falą,
Nuda i przesyt i nienasycony
Głód, na przemiany w człowieku się palą:
Więc senny patrzy w nowych dni eony,
Gdzie mu się wszystkie jeziora krysztalą,
A kwiaty strojne wiecznemi korony

Wiecznie wiosenną promienieją tęczą,
Lecz sen się rozwiał i duchy znów jęczą.

Żywot i praca i chwała im zbrzydnie,
I wszystkie hasła, co im grały we śnie,
Wstaną i poczną migotać bezwstydnie
Fosforycznemi blaski jako pleśnie,
Aż ja tym duchom źrenice rozwidnię,
Aż ja szaloną zaświszczę im pieśnię
Na wszystkich haseł dziurawych orzechach;
Aż wić się będą w konwulsyjnych śmiechach!

I oto Dies irae — dies illa!
Zagrzmi im zdala... I ziewną prochownie
Żądz, które może nasyci Atylla...
Sędzia straszliwy, trzymający głownię
Ognistą, z mroku czasów się wychyla,
By trawę ziemi stratować ponownie...
I oto Bestya tryumfalna czyha,
Śmiertelny taniec ludów w nicość spycha...

Wierzę w podłości tryumf i ciemnoty
I w nędzy wiecznej i głodu królestwa,
I w mękę wiecznej za rajem tęsknoty,
Która się zmienia w tęsknotę nicestwa,
I w wiekuiste nowe zła pomioty,
I w meteory wyższego jestestwa,
Co ludziom czasem błękity odsłania,
Aż do nowego zbrodni zmartwychwstania.


O wieku nowy, na starym zegarze
Zgrzytliwym jękiem świeżo wydzwoniony,
Witaj! Ty nowe będziesz miał miraże,
Nowe pożary i nowe cyklony
I nowe głazy Syzyfów; ołtarze
Bóstw, cały nowy Olimp poroniony,
Nowe podłości tryumfalne wozy,
Nowe zbrodniczych dzieł apoteozy.

A nikt nie wstanie na tę bezsłoneczność
I na ten podmuch ciemnych potęg czarny...
Czekaj mnie jeszcze. Jeszcze całą wieczność
Opowiem tobie — stary kruk cmentarny.
Jam jest historya sama, jam konieczność,
Jam nieśmiertelny i elementarny
Duch — podścielisko człowieczego bytu,
A nikt ci inny nie zejdzie z błękitu«...

Tak mi duch czarny, tak mi duch przeklęty
Krakał nad duszą, a prawdy miał tyle,
Że z niebieskimi zdawał się książęty
Równać potęgą. Jak złamaną lilię
Zdeptał mą duszę... Piekieł regimenty
Wysłały na mnie swojego Atyllę,
Co mi, jak upiór całą krew wysysa,
Przeklęty szatan dziejów, Masynisa.

Upadłem, mocą jego opętany,
Alem się bronić jął od owej zmory,

Wołając — nie wiem kogo! — o niebiany,
Patrzcie, jak duch mój od tej męki chory.
Płakać nie umiem — wewnątrz rozpłakany,
Jak ten, co wszystkie przepłakał wieczory,
I od boleści skamieniał na wieki...
O, choćby jeden drobny błysk daleki!

I przybiegł Anioł jeden nie wzywany,
Co nad otchłanią czuwających słucha,
Duch niewidzialny, a choć niewidziany,
Czułem to pewnie, że był z króla ducha,
A blask miał większy nad inne niebiany,
Iż była wielka świateł zawierucha,
I Masynisę strzałem błyskawicy
Olśniła nagle na mej czatownicy.

Jam jest! — wołało słoneczne zjawienie,
Jam jest! — dzwoniło po przez czarne chmury,
Jam jest! — tryskały świetlane strumienie,
Jam jest! — śpiewała cała treść natury,
Słońca i gwiazdy, tęcze i promienie,
Morza szerokie i lasy i góry,
Jakby echowym Boga manifestem
Wołały: jestem!

Wiedeń, w grudniu 1900.





Deuteronomion
czyli
Powtórzenie



Prolog
Samemu sobie.

Poeta rzuca okiem wstecz
I własne czyny swoje waży —
Czy jeszcze ogień w nim się żarzy,
Czy nie pordzewiał jego miecz?

Czyli wykonał swoją rzecz,
Czy sięgnął w rdzeń swoich miraży?
Czy wiernie stał na duchów straży
I czy już może odejść precz?

Bo jeśli milczał niby głaz —
I stał od świata walk zdaleka,
To nie, że ogień jego zgasł,

Lecz że zamyślił się i czeka,
Czyli nadchodzi nowy czas,
Co zbudzi nową treść człowieka?



I   Płanetniki

Oto błądzą po ziemi senne płanetniki.
Wygnańce. Troska wieczna tkwi w głębi ich oczu,
A każdy inną marę ściga w zaobłoczu —
Sam w siebie zapatrzony, milczący i dziki...

Harmonii snów poszukiwacze, samotniki.
Każdy w swojej płanety zamknięty omroczu —
Czy znajdzie który brata na ziemskiem roztoczu,
Gdy każdy jeno własnej słyszy dźwięk muzyki?

Nieświadomi. Spełniają woli górnej fata —
Czy przejrzą? Czy się kiedy powiążą te duchy
W jedno słońce? Czy ruszą z posad bryłę świata?

Stanie się, co stać musi. Czas płynie. A przeto,
Wy, których Bóg tu zesłał na wielkie posłuchy —
Idźcie w świat — dumni — każdy sam ze swą płanetą!



II   Spowiedź

W pieczarach głuchych pustyń i na szczytach gór —
Kryją się płanetnicze duchy-astrologi,
Bacząc, jakie w ich sercu rozpaczają bogi —
I jaki w nich Erynij syczy wściekły chór.

Serce z bolejącego wydobywszy łona —
Sami w nie kładą ostry badań śledczych nóż,
Aż tryśnie krwawym ogniem purpurowych róż:
Dusza sama przed sobą wstaje obnażona —

I na dwoje rozdarta od upiornych mieczy,
A choć ją furje szarpią — nie cofa się blada —
Lecz, spragniona otchłannych i bezdennych rzeczy —

Oto sama przed sobą siebie opowiada —
Walcząc sama ze sobą, sama sobie przeczy —
I wiąże się w potęgę, co bogami włada.



III   Ul

Niema ta Spowiedź w tłumach brzmi tysiącem ech
I śród ludzi ogromną szerzy się zarazą —
Ludzki Ul sam ku sobie kieruje żelazo,
By złamać w swojej piersi nienawiści grzech.

Ludzki Ul się poznaje, że jest jako łąka,
Na której z braku miodu mrze tysiące pszczół —
Że jest jako młyn, pełny rdzą strawionych kół —
W którym ze zbóż się miele jadowita mąka.

Za spokojem tęskniąca dysze pierś człowieka,
Aby stanąć na skali nadzwierzęcej bytu.
Cudu chleba i cudu słowa ciżba czeka —

A społeczność, spragniona Edenów błękitu —
O jutrze promienistem marzy przecudownie —
A tymczasem w jej łonie huczą już prochownie!



IV   Artemis

A ta bogini lasów i przepastnych jarów
Co śmiercią ukarała niegdyś Akteona,
Że śmiał jej dziewiczego widzieć nagość łona —
W żałości — szuka dzisiaj ukojenia czarów.

Gdy godzina północnych nadchodzi oparów —
Artemis — tajemniczych uścisków spragniona —
Spływa milcząc na wzgórze — do Endymiona,
Budząc go pocałunkiem — pełnym słodkich żarów.

Endymionie! jam niegdyś na swój stos ofiarny
Łanię dała, porwawszy Ifigenię młodą —
Niech się już krew nie leje — niech szeroką wodą

Orest płynie po siostrę przez Hellespont czarny —
Niech krwawe Pelopidy od zabójstw odpoczną —
Niech Artemis w krainę uleci obłoczną!



V   Cor cordium[1]

Ave! Przeczysty ogień na skrzydłach powietrznych
Ulatuje ku słońcu, niosąc tam w wyżyny
Ducha, co widział złote południa godziny
W nieurodzonych czasach Atlantyd słonecznych.

Łuny pożarów, szczęki mieczów obosiecznych,
Gromy i łzy cierpiących — i zgrzyt gilotyny
W duszy tej się złączyły w jakiś hymn jedyny —
Bratni zieleni lasów i gwiazdom dróg mlecznych.

To też wszystkie żywioły natury widomej
I duchy nieśmiertelne, kochające gromy —
Przeistoczone w ciszę — stały nad tym stosem,

Co płonął nad brzegami Śródziemnego morza,
Jako wschodząca złota Missolungów zorza —
I płakały go ludzkim i nadludzkim głosem!



VI   Ewolucya

W indyjskich mędrców świętym rytuale,
Gdzie Prawda rzeką miodową się toczy:
Jest sutra jedna co w wieki jednoczy
Ewolucyjną człowieczeństwa skalę.

Tam Sakya-Muni w swoim wieszczym szale —
W niezapamiętną naprzód zwraca oczy
Przeszłość, a potem przyszłe dni proroczy,
Jak człowiek dąży wciąż ku wyższej chwale.

A jako siedem jest tęczy kolorów —
Jak siedem planet śród nieba przestworów,
Tak siedem stopni przejść ma duch człowieczy:

I od pierwotnej martwoty kamiennej
Ku strefie duchów iść będzie promiennej,
Aż na ich szczycie pozna treść wszechrzeczy.



VII   Logos

Duch ludzki bywa czasem jako wół roboczy —
I zwolna polem stąpa — i ciężko się trudzi —
Aż go naraz płomienna błyskawica zbudzi —
I orłem ulatuje w wyże duch proroczy.

I schodzi między tłumy ze swojej pustelni —
I w wielki Dzwon uderza — wielkie mówi Słowo —
W którem stulecia huczą — i w jedność tęczową
Łączą przeszłość i przyszłość globu. Nieśmiertelni!

Lecz nim to słowo zabrzmi — duch jest pełny lęku —
Bo słowo to już blizko — w niewyraźnym dźwięku
Żyje w nas, między nami, koło nas, w rozgwarze

Przeczuć — i choć to Słowo długo bezimienne —
Jużeśmy w jego mocy — i czynim jak każe —
Bo już powietrze czasu dawno niem brzemienne.



VIII   Nirwana

Są chwile tak ponure i tak bezpromienne,
I tak pełne rozpaczy — i tak pełne grozy —
I takiej zamogilnie stęsknionej newrozy,
Że grób milszy nad turmy życiowej Gehennę.

I śród ponurej mogił tej apoteozy
W mózgi nasze Nicestwa egoizmom lenne
I od trucizny zwątpień wieczystych bezsenne —
Zabijających pytań cisną się połozy.

Po co żyjem? i po co te płomienne globy
Uchodzą w nieskończoność jak kamienne groby
W grozie przed tą chorobą woli — przed istnieniem?

Jak zapomnieć te chwile, co w konwulsyach płyną?
Miłością — wiedzą — pieśnią — narghilem — morfiną,
Apatyą — samobójstwem — czy ubezpłciowieniem?



IX   Arfa

Otchłań ustąpi jeno przed otchłanią. —
— Nieskończoności przyrodnia siostrzyca,
Z łez, które gryzą i bólów, co ranią —
Wytryskająca rozkoszy krynica,

Pieśń — jest najwyższą królową i panią,
Co urągliwie cierpienie przesyca —
W nirwanę pędząc wszech gorycz nirwanią:
Pieśń — upojenie, wiosna, błyskawica.

Im piersi ludzkie boleściwiej jękną
Na widok bytu wciąż czarniejszych larw:

Tem nieśmiertelniej błyska żywe piękno,
Pełne lazurów i tęczowych barw!

Niechże się duchy — rozpaczy nie zlękną:
Potężniej zabrzmi muzyka ich arf!



X   Lilith

Dotąd jeszcze mnie twoje pocałunki palą!
Gra mi krew, gdy uściski twe wspomnę gorące —
I syrenich uśmiechów, utracone słońce —
Do dziś drżę pod twych źrenic niewidzialną stalą.

Widmo, co mi jak upiór krew wysysasz falą —
Niebo mych mąk, rozkoszy moich piekło wrzące,
Źródło żądz, wiekuiście w snach zmartwychwstające:
Po smutkach niepowrotnych noce me się żalą!

Krynico mej potęgi — i razem niemocy,
Córo bogów słonecznych i demonów nocy,
Święta królowo grzechu, łez moich władczyni:

Lękam się cię zapomnieć, lękam się wspominać.
Nie wiem, czy błogosławić czy cię mam przeklinać,
Bo sam skazałem siebie na żywot w pustyni.



XI   Lilla

O, szczęście! Śnie mój złoty, śnie mój bezpowrotny!
Mówiłaś mi w dzień owy o zachodzie słońca,
Kiedyś nad brzegiem rzeki siedziała marząca:
Z tobą ja, duch co błądzi śród toni zawrotnej —

Mówiłaś, żeś szczęśliwa... Lekki wiatr polotny
Kołysał oczerety — a śród fal bez końca
Drobna łódka rybacza sunęła się drżąca...
Cichy, cichy pamiątek bywa żal pieszczotny.

O, gdyby można wrócić dni minionych zorze —
Gdyby można glob ziemski powstrzymać w obiegu, —
Gdyby można!.. Czy prawda, tam — u rzeki brzegu?

Więc nigdy już tą pieśnią serca nie upieszczę?
Szczęśliwa — czy naprawdę? Bądź miłościw, Boże!
O, gdybyś mi to mogła powiedzieć raz jeszcze!



XII   Vaisseau-fantôme[2]

Senna — złocista wyspa. Na niej śród zieleni
Zamek. Na baszcie — jasna królewna — w okienku
Z oddali mię przyzywa białą chustą w ręku —
Pójdź — śpiewa — pójdź! tu ciszę znajdą potępieni.

Lecz morze wokół huczy, lecz morze się pieni.
Okręt mój opętany płynie w dzikim lęku.
Słyszę echa okropne wszechistnienia jęku —
Pędzę w dal, precz od wyspy, we mgły, po bezdeni.

Widma gonię nieznane, kresy bezpromienne.
Królewna mi zniknęła jak marzenie senne —
Którego więc już nigdy — nigdy nie zobaczę!

Okręt mknie: maszty czarne jak krzyże cmentarne,
A żagle ma z purpury niby krew. A gwarne
Szaleją dookoła morskich burz rozpacze.



XIII   Upojenie

A nigdy życia mrok i lód
Nie da ci, łowcze żywych snów,
Takich królewskich zjaw i złud,
Jak te, co idą z winnych krzów.

Jasnowidzenia jest w nich cud —
I cisza wielka jest — i ów
Potęgi nadczłowieczej nów —
I pieszczot ukojony głód.

Nimf niewidzialnych lekki tan,
Stolice pełne białych wież —
Złotem szumiący żyzny łan —

Moc — ponad nędzę ludzkich rzesz:
Da ci ognisty wina dzban,
Da ci perlisty wina kierz!



XIV   Las

Teraz, znużony duchu, porzuć miejskie rynki.
Uchodź! Oko się łzawi pośród ludzkich gwarów.
Lekarką jest ukojność pól i leśnych czarów.
W zieleni tam czekają ciebie odpoczynki.

Tam otoczą cię kołem snów leśnych boginki
I motyle, co z kwietnych sączą miód nektarów —
Tam milczeniem bezkreśnem szemrze cichy parów,
A śród pól już ci pląsem śpiewają dożynki.

Tam waż, jak sosny pachną, jak się chmury gonią,
Jak trzody marzą senne, jak skowronki dzwonią:
Niech jak we śnie — trosk próżny duch ściga marzenia!

Zatrać myśl, pamięć, wszystko. Rozpłyń się w żywioły —
Dzieckiem bądź, a ku tobie zejdą archanioły,
Śpiewając kołysankę raju odpocznienia.



XV   Jezioro

O czyste, przeźroczyste, o srebrzyste wody!
Kryształem w mej pamięci cud się wasz promieni.
Pomnę w borach Płużyńskich gromady jeleni —
I na falach spokojnych rybacze niewody.

Pomnę słońca ognisto-purpurowe wschody
I dzwony miast, drzemiących w głębi tych strumieni
I tanem kołujące pośród trzcin zieleni
W srebrnym księżyca blasku syren korowody.

Pomnę krzyk — pomnę echo — pomnę Świtezianki
Białą chatę u brzegu; pomnę śpiew jej dźwięczny,
Który dzwonił po falach w poświacie miesięcznej.

A nad te krzyki — widma — szumy — kołysanki
Ducha pomnę, co krąży tam wieczyście żywy —
Litewskiej pieśni wieszczy duch...



XVI   Wyrwidąb i Waligóra

Oto wstały duchy dwa mocarne,
Waligóra wstał i Wyrwidąb:
I na gór najwyższy idą zrąb —
Bacząc, żali miną dni cmentarne.

W łonie góry cienie wojów czarne
Śpią, czekając na żywy dźwięk trąb:
Wtedy sennej góry rzucą głąb
I na boje wyruszą pożarne.

A Wyrwidąb z Waligórą wraz
Nasłuchują, czy nie nadszedł czas —
I podchodzą ku tajemnej wancie

I nocami u ogniowych watr
Czujnie siedzą, czy im halny wiatr
Nie przyniesie echa krzyku: Wstańcie!



XVII   Napierski

Z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej
Krzyk przeraźliwy w niebo uderza...
Aż zdruzgotana wali się wieża —
Idzie straszliwy bój, bój ostatni!

Idą mocarze od krwi szkarłatni —
Tam gdzie się życie ze śmiercią zmierza.
Każdy pół boga a wraz pół zwierza,
Co chce się wyrwać z piekielnej matni.

Od ofiar groźny krwawi się stos —
Ku niebu płynie bluźnierczy głos.

I przerażony spogląda Bóg,
Jak się napręża zatruty łuk —

I jak się wali Bastylii zrąb
W czarnej przeszłości bezdenną głąb.



XVIII   Wenedzi

Sromota wieczna i nienagrodzona
Szkoda, Wenedzi! Pomiędzy narody
Wyście przespali wielki dzień pogody —
I sen was ujął w zbyt długie ramiona.

I była wszystka wasza rzecz spóźniona.
Śród was błądziły jako cień rapsody —
I próżno budził się czasem duch młody:
Wszystko pożarła ta przeszłość, co kona.

Ale się w grobach sen życia zataja.
Leszek wam niesie zwiastowanie maja.
Z nieba się patrzy bogini Chrobatów.

Brzmi róg Rolanda. Pęka łono góry.
Drży Palladyna. Słychać ludów chóry:
Wstańcie, Wenedy, w nowej zorzy światów!



XIX   Atylla

Straciłeś, o Atyllo, krwawy miecz Mundżuka.
Loreley cię uwiodła. Jej kuszący tren
Sprawił, żeś go opuścił w szmaragdowy Ren:
Pod strażą bogiń szatan już go nie odszuka.

Słyszysz śmiechy rusałek i krakanie kruka:
Twe wszechkrólestwo ziemi rozwiało się w sen —
Lecz w piersi twej, Atyllo, wciąż duch żywie ten,
Co panuje bez miecza i walczy bez łuka.

Wstań, mocarzu! Zaiste, miecz to był znikomy.
Znikomem jest zniszczenie. Innych trzeba zniszczeń —
Duch przełamuje siebie śród krwawych oczyszczeń.

Samego siebie zniszczyć masz — i nieświadomy
Wyższości swej — odstąpić od zagłady Romy —
I dla nowego miecza odrodzić się ziszczeń.



XX   Godzina

Z minionych dni objawień wieczystej nowiny —
Z marzeń Faustów, co patrzą w bytu kołowroty —
Z Manfredów nieugiętej za śmiercią tęsknoty —
Z upadających zamków gotyckich ruiny;

Z nienawiści, co woła na straszliwe czyny;
Z miłości, co prowadzi na jasne Golgoty;
Z krzyku tłumów, co rwą się w dal ku jutrzni złotej,
Z ognia, tęcz i krwi — płynie duch nowej Godziny.

Ku słońcu idzie łuna stosu Akteona —
Artemis nad kochankiem stoi rozmodlona
I dawne okrucieństwo w litość przeaniela.

Natura ludziom łono odkrywa miłosne
I ziemia się przemienia w wiekuistą wiosnę,
A zaś duch wyzwolony w etery się wciela.



XXI   Śmierć

Najgorętsze moje pienia —
O wielmożna, tajemnicza
Pani święta bez oblicza —
Tobiem składał, gwiazdo cienia!

Ty, aniele bez imienia,
Białoskrzydła mgło dziewicza,
Której szept mię rozsłodycza —
Srebrna rzeko zapomnienia!

Pani czysta, pani smutna —
Nieugięta — absolutna —
Cześć ci za twe białe płótna...

Cześć ci, pani, za tę ciszę,
Która słodko nas kołysze —
U twych stóp w bezmiarach wiszę...



XXII   Palingeneza

Śród piorunów, błysków, drgań
Nowym dysze byt porodem —
Życiem świeżem, życiem młodem:
Stań się, świecie, większy stań!

Mija chaos, mija noc —
Nowe idzie pokolenie —
Niesie kwiaty i promienie —
Winobrania nową moc.

Wszystkie dawne świata bole —
Krwawa siejba złotych dni,
W rozoranej ziemi śpi.

Już runieje nowe pole,
Już ci słońce woła nań:
Stań się, świecie, większy stań!



Epilog
Nieznanemu Bogu

Duszę swą, ciało, szczęście, rozkosz i kochanie
Ofiarowałem Tobie — i w oczekiwanie
Przetopiłem się cały — i ponad otchłanie
Zawiesiłem swą istność, nowych świtów Panie!

Przeczuwany w złocistej nieokreślnej zorzy —
Tajemniczy — nieznany — nowy kształcie boży:
Oto przed twym ołtarzem serce me się korzy,
Oto się już nad nami twoja Moc wielmoży.

Już przepełniona tobą wszystka pierś człowieka —
Już postać twoja blizka, choć jeszcze daleka —
Objawień i błyskawic wszelki żywioł czeka.

Zejdź i mów! Niechaj zagrzmią uroczyste gromy —
Niech runie, co ma runąć! Rozpierzchłe atomy
W jednę potęgę złącz, o Boże niewiadomy!

Kraków, 1902.




Wydawnictwo Wacław Wiediger logo.jpg




NAKŁAD • WACŁAWA • WIE
DIGERA • OZDOBIŁ • TENŻE
ODBITO • W • DRUKARNI • W
L • ANCZYCA • I • SPÓŁKI
W • KRAKOWIE • ROKU • 1906
SKŁADY • KRAKÓW • G • GE
BETHNER • I • SKA • WAR
SZAWA • E • WENDE • I • SKA




KSIAŻKA • NINIEJSZA• WYDANĄ
ZOSTAŁA • W • 147 • EGZEMPLA
RZACH • NUMEROWANYCH • I
WŁASNORĘCZNIE • PODPISA
NYCH • PRZEZ • AUTORA • Z • KTÓ
RYCH • 1 • ODBITO • NA • KRÓLE
WSKIM • WELINIE • JAPOŃSKIM
(N 1) • 1 • NA • PAPIERZE • CHIŃ
SKIM • (N 2) • 5 • NA • BIAŁYM
CZERPANYM • PAPIERZE • HO
LENDERSKIM • KRÓLEWSKIEJ
FABRYKI • VAN • GELDER • ZO
NEN • (N 3—7) • I • 140 • NA • PA
PIERZE • CZERPANYM • (N 8—147)

№17

A. Lange

Antoni Lange - Rozmyślania autograf.jpg



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Cor Cordium — (łac.) „serce serc”. Napis wyryty na grobie Percy’ego Bysshe Shelleya, a później na grobie Bolesława Prusa.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Vaisseau-fantôme (franc.) — statek-widmo.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Antoni Lange.