Strona:PL Antoni Lange - Rozmyślania.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wzrok wysyłałem... Ponurym obłokiem
Czarny ów anioł wolę mi skrępował —
I tak od blasku tęcz mię odgraniczy,
Żem stał się pełny żółci i goryczy.

A szatan widząc, że już mię zwyciężył,
Kazał mi spojrzeć w dalekie gościńce —
Człowieczych dziejów szlaki tak wyprężył
I przemienił je na dzikie zwierzyńce.
Kazał mi... Więc jam źrenice wytężył
I wstecz i naprzód... Jakieś barbarzyńce
Szły tłumem... Fale krwi... Trupy a trupy
Wszędzie. Czasami latarniane słupy.

»Zgasiłem gwiazdy na błękitów czole,
Bo wiem, że jesteś z owych czatowników,
Co widzą w gwiazdach anielskie symbole;
Biorą za Boży krzak fosfor ogników,
Mądrość czytają w bezładnym żywiole
Tłumów, co wyją tysiącem języków,
A wyścig ludów, co się we krwi pławią,
Zda się im lotną girlandą żórawią!

Chcę, żebyś patrzył okiem lodowatem
W ciemności jutra. Szlak ujrzysz surowy
Klęsk, co od wieków potrząsały światem,
Walk, co je w ogień barwią purpurowy.
Surowa wiosną, wypalona latem
Myśl nie zakwitnie nigdy w formie nowej.