Strona:PL Antoni Lange - Rozmyślania.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wiem, astrologu, że w tych iskrach błędnych,
Co tu w przestworzach wśród mroku migocą:
Porwany siłą marzeń nieoszczędnych,
Ormuzda widzisz, co piekło swą mocą
Już opanował. Strach ci prawd bezwzględnych —
Cha, cha, cha! Wierz mi — natura jest Nocą!
W tej czarnej głuszy płoną rzadkie gwiazdy:
Moje to państwo! Nie — Ahuramazdy.

A ty chcesz drobne, zbłąkane ogniki
Połączyć w jedno niezagasłe słońce!
Nie, choćbyś tęsknił do wiecznej muzyki
Świat — to narzędzie ostro zgrzytające.
Choćbyś najmędrsze zesłał Koperniki,
Nigdy nie zmilkną jęki nie milknące.
Nic nie poprawi zgrzytliwej maszyny.
Za godzinami zajękną godziny.

Świat społeczeński — to hydra stugłowa:
Łeb jeden utnij — odrośnie wnet drugi.
Dziś — mówisz — podłość gdzieś w mroku się chowa,
Lecz jutro wyśle swe najdziksze sługi;
Niespodziewana wstanie zbrodnia nowa
I znów obleje świat krwawemi strugi.
Czasami błysną po ziemi latarnie,
Ale wnet gasną i znikają marnie.

A kto bez winy? Kto nie ma na ręku
Śladu krwi cudzej? Kto powie: Jam czysty,