Strona:PL Antoni Lange - Rozmyślania.djvu/099

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Cały był strojny szatą purpurową,
Czarnemi wkoło przepasany wstęgi,
Oczy mu lśniły jakąś skrą ogniową
I miały stygmat nadludzkiej potęgi.
A krwawe usta gdy rzucały słowo,
To w nieobeszłe głos brzmiał widnokręgi.
A coś w nim było z sępa, coś z tygrysa.
— Ktoś ty? A on mi rzecze: — Masynisa!

Jam po manowcach wodził Irydyona,
Co złote pełnie zapalał przed nowiem.
Jam mu człowiecze pokazał plemiona
I tobie przyszłe zjawienia opowiem.
Irydyon usnął. Jam od jego łona
Odszedł, jak mara. Dzisiaj mu wezgłowiem
Krzyżów i mogił kraina daleka —
Irydyon usnął — i w mogile czeka.

Jam wodził jego w onegdajsze wieki,
A w dni wczorajsze ludów jasne mary
Zmieniałem we krwią buchające rzeki:
Z tęcz rozniecałem ogniste pożary.
Jad w miodonośne rzucałem pasieki
A z nauk mędrców bezrozumne gwary
Snułem w szaleństwie ciżby rozpętanem.
Jam jest odwiecznym historyi szatanem.

Zawołaj: Miłość — ja ci z niej wytłoczę
Szał nienawiści w najdzikszym żywiole;