Strona:PL Antoni Lange - Rozmyślania.djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.



Stałem na szczycie mej samotnej wieży,
Z tęsknotą patrząc w widnokręgów stropy,
A blask świetlany, co się od nich szerzy,
Zdał mi się rosnąć w lazurów potopy.
Więc duch mój w przyszłość niewiadomą mierzy,
Iżem wytężył, niby teleskopy,
Oczy przestworów głodne nieskończonych
I prawdy świateł w dali zatajonych.

Artemis lśniła swoim złotym rogiem
W gwiazd korowodzie — na wielkim błękicie,
A ziemia wokół drzemała rozłogiem,
W oczekiwania tonąca zachwycie.
A na jej łonie wrzał Goga z Magogiem
Bój nieustanny — bój na śmierć i życie.
Szmerem i gromem wił się po bezdrożach,
Po górach, stepach, po lądach i morzach.

Lecz w dali — w dali — tam cudów godzina —
Jutro nieznane, nadzieją kwitnące,
Mazanderanu bajeczna kraina,
Kędy wcielonych świeci marzeń słońce.
Tam za rubieżą nowy się zaczyna
Świat; nowych kształtów rodzą się tysiące.