Dworek przy cmentarzu/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Dworek przy cmentarzu
Podtytuł Z niewydanego rękopisu
Redaktor Franciszek Juliusz Granowski
Wydawca Franciszek Juliusz Granowski
Data wydania 1900
Druk Drukarnia A. T. Jezierskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Klemens Junosza.
Klemens Junosza - Dworek przy cmentarzu ornament 007a.png
DWOREK PRZY CMENTARZU.
Z niewydanego rękopisu.
Klemens Junosza - Dworek przy cmentarzu ornament 007b.png
WARSZAWA.
DRUKARNIA
A. T. Jezierskiego
47.   Nowy-Świat   47.




Дозволено Цензурою.
Варшава 25 Ноября 1900 года.








. . . . . . . . . . . . . . . . .

Już się ten dworek zrujnował zupełnie, już go rozebrano, a na jego miejsce postawiono nowy; już na cmentarzu pozapadały się mogiły drogie, poczerniały krzyże, głazy pamiątkowe w ziemię wrosły, a przecież nie tak dawno, jak je położono i łzami żalu oblano.
Nie wiek to temu, a przecież tak się to już dawnem, takiem odległem wydaje.
Widzę te czasy i tych ludzi, widzę ich przez pryzmat pamięci.
O szarej godzinie, w chwili dumań samotnych rysują się one wyraźnie: krajobraz odtwarza się w odległej perspektywie, postacie nabierają życia, mówią, śmieją się, płaczą. I z postaciami temi, które z cmentarzysk wychodzą i dawne napowrót przybierają kształty, powstają zarazem ich ideały, marzenia, troski, życie całe.
Snuje się pasmo wspomnień, nawiązane w dzieciństwie, chropowate, szare, bo nie z jedwabnej przędzy, nie ze złotogłowiu, ale z twardych konopnych włókien uprzędzione.

. . . . . . . . . . . . . . . . .



І.

Niema cię już, dworku przy cmentarzu, ale mógłbym cię odrysować z pamięci.
Wiem, że się z sześciu dużych składałeś pokoi, żeś miał dwa ganki: jeden frontowy, drugi od ogrodu, że w paradnym pokoju były żółte meble, jesionowe, włosienicą czarną kryte, zegar z orłem francuskim pod kloszem; bronzowy Napoleon ze skrzyżowanemi na piersiach rękami i porcelanowa Psyche w objęciach Amora.
Obok Dyana-łowczyni, a przy niej, również z porcelany, pastuszek grający na flecie, pasterka w ponsowych trzewiczkach i bufiastej kanarkowej sukience, pieski większe i mniejsze; bardzo malutkie, kryształowe flakoniki do perfum, czerwony kubeczek z napisem „souvenir.”
Pamiętam te wszystkie drobiazgi. Stały one na komodzie mahoniowej, bronzami suto obitej.
Przy drugiej ścianie znów była szafka, także mahoniowa, oszklona, którą „serwantką” nazywano. Przez szyby można było widzieć jej wnętrze, samemi kosztownościami napełnione. Były tam tace srebrne i kubki i cukiernice i różne przedmioty, a wszystko ciężkie, masywne, wewnątrz złocone.
Zdawało mi się wówczas, że nawet zaklęte skarby z bajek co do bogactwa równać się z tą „serwantką” nie mogą.
I fortepian był w tym pokoju, długi, wązki, na cienkich nóżkach, z pozłacaną lirą pod spodem...
Grywała na nim niekiedy panna Antonina różne melodye smętne i arye sentymentalne, w przyciszonym, niekiedy ledwie dosłyszanym tonie.
Nad fortepianem portret wisiał w ramach czarnych...
Ten doskonale pamiętam.
Figurował on nieraz w moich snach dziecinnych — bałem się go...
Mężczyznę wyobrażał marsowatego, groźnego, z brwiami wyrazistemi, wąsami zakręconemi do góry...
W sąsiednim pokoju rzadko bywałem, gdyż był to pokój samej pani właścicielki dworku — pomnę jednak, że stało tam łóżko, toaleta ogromna, szaf parę i klęcznik, a nad klęcznikiem na ścianie obraz Matki Boskiej, przed którym co sobota dwie żółte świece woskowe zapalano.
Najmilszym w całym dworku był pokój stołowy...
Duży, widny, miał dwa okna weneckie i drzwi oszklone od ogrodu. Tam się gromadzili wszyscy domownicy i tam najczęściej przyjmowano gości.
Latem z ogrodu świeży wietrzyk przez okna do tej stancyi wpadał, z siatkowemi firankami igrał, zapach rezedy, gwoździków i lewkonii przynosił; zimą, gdy okna zamknięto i zalepiono szczelnie, gdy śnieg ziemię przykrył, a zieloność przed mrozem uciekła, zapalano suty ogień na kominku.
Z trzaskiem płonęły smolne szczapy sosnowe, a płomienie migotały, mieniąc się z niebieskawej barwy w czerwoną, czerwieńszą, w krwawą prawie.
W tym pokoju był stół ogromny, krzesłami obstawiony dokoła, a na głównem miejscu stał fotel pani domu, wielki, wolterowski, skórą obity, z ogromnem, wysokiem oparciem.
W tym fotelu prawie cały dzień przepędzała staruszka, gdyż wiekiem i chorobą złamana, chodzić nie mogła. Z pokoju do pokoju, albo latem na ganek, dwie osoby przeprowadzać ją musiały pod ręce. W fotelu więc musiała przepędzać cały dzień, w stołowym pokoju, w którym, jako najobszerniejszym i najdogodniejszym, koncentrowało się całe życie domowe.
Tu kilka panien ubogich, stale rezydujących w dworku, pracowało nad krosienkami, tu się zbierali goście co wieczór na pogawędkę — na debaty różne.
Jak w saloniku portret groźnego pana, tak znowu w jadalnym, na honorowem miejscu wisiał konterfekt damy w białej sukni. Był to portrecik kredkowy i przedstawiał kobietę o ładnych rysach twarzy, z obnażonemi aż do samych ramion rękawami, wydekoltowaną. Włosy miała zebrane na wierzchu głowy i splątane w węzeł misterny — stan króciutki, ściśnięty szarfą, czy wstęgą.
Na ten portrecik właścicielka dworku często oczy zwracała i bardzo chętnie mówiła o damie, którą on przedstawiał.
— Księżna pani, za czasów księżnej pani, u księżnej pani — powtarzało się stale w opowiadaniach staruszki.
Księżna pani była Czartoryską i opowiadania najczęściej dotyczyły Puław.
Ze stołowego pokoju drzwi prowadziły wprost do ogrodu, który latem był istnym rajem dla dzieci.
Krzaki malin, porzeczek czerwonych i białych, agrestu, nęciły do siebie zdaleka, a potem, gdy pora ich przeszła, rumieniły się na gałązkach wielkie wiśnie łutowe, dojrzewały słodziutkie małgorzatki, papierówki nęciły zapachem. Co tydzień, co dwa coś nowego — aż do węgierek przepysznych, szarych ber zimowych, które kończyły sezon i nasze do ogrodu wyprawy. Zbierano owoce z drzew i już nie było czego oglądać w ogrodzie, chyba georginie i malwy.
Ogród otoczony był wysokim parkanem, po za którym ciągnęła się wązka dróżka piaszczysta. Ta dróżka oddzielała terytoryum dworku od cmentarza.
Nieraz przez szparę w parkanie patrzyłem z trwogą na przybytek umarłych. Mieścił się on na niewielkim wzgórku, mur go z cegły czerwonej otaczał, z po za muru widać było kapliczkę niewielką z wieżyczką szpiczastą, a obok kapliczki, przed nią i przy niej po obu stronach krzyże, krzyże i krzyże... las krzyżów!
Brzozy i wierzby na cmentarzu rosły, brzozy płaczące i wierzby płaczące, pod murem zaś kolczaste krzaki były. Innych roślin nie widziałem. Może nie próbowano ich sadzić, a może i sadzono, lecz rosnąć nie mogły w piasku.
Położony przy drodze do cmentarza, w niewielkiej odległości od miasteczka, dworek z obszernym dziedzińcem, ogrodem owocowym i warzywnym oraz zabudowaniami gospodarskiemi, stanowił terytoryum oddzielne, otoczone wysokim parkanem z potężną bramą, zawsze zamkniętą na wielkie sztaby żelazne.
Wchodziło się przez furtkę zaopatrzoną w blok i ciężar na sznurze; prosty ten mechanizm sprawiał, że furtkę trudno było otworzyć i że otwarta zamykała się natychmiast za wchodzącym, z niezmiernym łoskotem, który alarmował dwa wielkie psy podwórzowe.
I te pamiętam.
Biały wabił się „Kurdesz”, czarny „Cygan”; podczas dnia przywiązane na łańcuchach spały, każdy w swej budzie, nocą biegały swobodnie po dziedzińcu.
Usiłowałem zawiązać z temi brytanami stosunki przyjazne, ale nadaremnie. Biały pozwolił się niekiedy pogłaskać, ale „Cygan” był nieprzejednany. Wyszczerzał zęby i warczał ile razy zbliżałem się do budy. Próbowałem go zjednać kawałkiem chleba lub kością, dary te przyjmował łapczywie, ale pogłaskać się nie dał.
Są takie natury psie.
Nad bezpieczeństwem dworku i mieszkających w nim niewiast czuwał kulawy stróż Kajetan, dawny żołnierz; pysznił się tem, że Napoleona widział i parę wyrazów francuskich umiał. Utykał na nogę, bo mu ją pod Lipskiem kula przewierciła — a gdy zaczął opowiadać o okropnościach wojny, to mi się słuchając zimno i gorąco robiło. Gdy sobie podchmielił, co mu się często zdarzało, to śpiewał różne piosenki żołnierskie; gdy był w dobrem usposobieniu, to siadał na kłodzie lub na pieńku przed drwalnią i opowiadał różne historye.
Powtarzał częstokroć te same, ale pstrzył je i ozdabiał rozmaitemi waryantami, a ja słuchałem chciwie i pomimo, że mi znane już były, słuchałem z niezmiernem zajęciem.
Pamiętam tego Kajetana i Józefową, kucharkę, wysoką babę w białym czepcu, której się głowa trzęsła, i Marynkę pokojówkę, z którą się później ożenił stolarz Kieliszek — i te panny, które podówczas rezydowały w dworku i pannę Antoninę, tę, co tak ładnie na fortepianie grywała, i samą panią domu, i tych gości, co u niej prawie codziennie bywali, wszystkich, wszystkich pamiętam...
Gdzie teraz ta gospodyni uprzejma, gdzie jej goście?
Spoczęli w ziemi snem wiecznym, mogiły się nad ich trumnami zapadły, trawa na nich porosła i chwasty. Nowe pokolenia zajęły miejsce tamtych — i w troskach życia, w pogoni za chlebem, za groszem, o poprzednikach swoich zapomniały.
Gdy mi się zdarzy przejeżdżać przez miasteczko X., niegdyś ożywione bardzo i ruchliwe, a dziś podupadłe i zbiedniałe, wstępuję do kościoła i po ścianach kruchty się rozglądam.
Wiszą tam jeszcze blachy żółte i białe z napisami, zatartemi potrosze, ale dającemi się jeszcze odcyfrować.
To już ostatnia po tamtych ludziach pamiątka.




II.

Miasteczko położone było nad rzeką spławną, przy trakcie pocztowym.
Latem po srebrnej fali tratwy płynęły, a na nich oryle zawodzili pieśni przeciągłe i smutne.
Pod miasteczkiem była ich stacya.
Za pomocą kołków, wbijanych w dno rzeki, zatrzymywali tratwy i ścieżką, wijącą się przez łąkę między stogami siana, szli do miasteczka, aby się w żywność na dalszą drogę zaopatrzyć.
Wieczorami rozpalali ogień na tratwach; czerwonawe płomienie rzucały odblask na wodę, mieniącą się, ruchliwą. Śliczny to widok był i pełen nieopisanego uroku, gdy na tratwach ognie zapłonęły, a odblask ich płomieni tysiąckrotnie się w wodzie powtarzał.
Trakt pocztowy dlatego się zapewne traktem pocztowym nazywał, że tamtędy dwa razy na tydzień pocztylion dwukołową, zieloną biedką przejeżdżał, albo że się na nim niekiedy ekstrapoczta lub konna sztafeta pokazała.
W takich razach chrapliwy głos trąbki alarmował mieszkańców, którzy wybiegali przed domy, ciekawi wiedzieć, co za nadzwyczajna wieść przyszła lub jaka znaczna osoba przybyła. Zresztą toczyły się po tym trakcie szlacheckie bryczki i powoziki, wlokły chłopskie wozy z cielętami, jak zwyczajnie na drodze.
Nie była to szosa, lecz tak zwany gościniec, szeroki bardzo, piaszczysty tak, że ślad kół wnim ginął.
Trakt ten niknął w lasach czarnych, gęstych, co się na szerokiej przestrzeni rozrosły i wielką ciemną ramą obejmowały horyzont.
Pamiętam i te lasy piękne, zielone świerki, sosny, jodły, dęby, buki, jesiony, lipy — czego w nich nie było! Rosły tam i jabłka dzikie i gruszki i maliny pachnące, a w barciach gnieździły się pszczoły. Dziś już z tych lasów niema ani śladu; na miejscu, gdzie dęby i buki szumiały, stoją budowle kolonistów, na wykarczowanych polach zboże rośnie.
Samo miasteczko niczem się osobliwem nie odznaczało. Było ono jak wszystkie polskie miasteczka. Kto jedno widział, wszystkie widział, więc opis zbyteczny.
Domy drewniane, ulice błotniste, wielki rynek z czarną kałużą na środku — zupełnie jak dziś — tylko mieszkańcy trochę inaczej wyglądali.
Mieszczanie nosili się jeszcze po staroświecku: ubierali się w długie granatowe kapoty, pasy wełniane czerwone, a na głowach mieli wysokie czapki rogate, białe, granatowe lub zielone, okładane barankiem. Mieszczki imponowały kraciastemi chustkami, jaskrawemi wstążkami u czepców, bogactwem korali lub bursztynowych paciorków.
Żydzi nosili się też staromodnie: w lisich czapkach, atłasowych kapotach i w pantoflach; każdemu z pod czapki wychylały się półłokciowej długości pejsy, zakręcane misternie, jak loki angielskie.
Zaklinali się też na pejsy i brodę...
W sobotę, jako w święto starego zakonu, kiedy cała finansyera miasteczka występowała w szatach odświętnych, można było widzieć suknie staroświeckie z ciężkich materyj jedwabnych, bramowane futrem, bindy perłami wysadzane, szuby osobliwego kroju i barw. Ciężkie materye, aksamity i atłasy lśniły się na żydówkach.
Dziś już tego nie ujrzy. Staroświeckie racimory wyszły z mody, lisie czapki mole zjadły, a pod nożyczkami policyjnemi padły starannie pielęgnowane pejsy.
Prócz żydów i mieszczan, była w miasteczku garstka inteligencyi: doktór, aptekarz, dwaj księża, zakonnicy w klasztorze, kilku urzędników sądowych, burmistrz, poczthalter i paru emerytów.
W domku przy cmentarzu koncentrowało się całe życie towarzyskie miasteczka. Tam był grunt neutralny, wszelkie drobne spory, zawiści musiały tam milknąć, kolizye, chociaż chwilowo, ustawać.
Nigdy ludzie nie gromadzą się tak chętnie, jak wobec ogólnego nieszczęścia, wobec klęsk powszechnych, którym ani siła, ani rozum ludzki zapobiedz nie może, a właśnie takie smutne czasy były podówczas...
Okropna cholera, która zdziesiątkowała ludność, straszne wspomnienia przechowała po sobie. Obawiano się, że powróci.
Prócz tego, domorośli prorocy zapowiadali koniec świata...
Zaraza, którą lud wyobraża sobie w postaci wiedźmy strasznej, czarną płachtą odzianej, przeszła wzdłuż i wszerz cały kraj, mogiłami świeżemi ślady swoje znacząc.
Przeszła, jak straszny anioł śmierci i zniszczenia, zabrawszy tysiące ofiar.
Wyludniła wioski, zdziesiątkowała ludność miast. Powietrze było zatrute, ptaszki pouciekały do lasów, muchy nawet gdzieś się zapodziały.
Mówili, że wiedźma studnie zatruwa, bo nieraz najzdrowszy człowiek, napiwszy się wody, padał na ziemię, wijąc się w boleściach: siniał, czerniał, kurczył się, wyprężał — i pokulony, pogięty, jak gdyby go siła jakaś niewidzialna połamać pragnęła, umierał w strasznych męczarniach.
Trup padał przy trupie, czarna wiedźma miała wielkie żniwo. Zabierała rodziców od dzieci, żony od mężów; były domy, w których nie przepuściła nikomu, od niemowlęcia przy piersiach, aż do zgrzybiałego starca, co z modlitwą na ustach z dnia na dzień śmierci oczekiwał.
Chałupy, z drzwiami otwartemi na oścież, stały puste, żywego ducha w wiosce, żywego stworzenia ani śladu, tylko jedne psy, zbiedzone i zgłodniałe wyły żałośnie.
Doktorzy leczyli i... marli przy chorych; lud do kościołów się zbiegał i u stóp ołtarzy zmiłowania Bożego prosił.
Dzwony jęczały żałośnie i lud z jękiem wołał: „Od powietrza zachowaj, od nagłej niespodziewanej śmierci wybaw nas Panie!”
Zbiegali się ludzie do świątyń, arkady kościelne płaczem wstrząsali, odprawiali modły publiczne, wznosili krzyże na placach, na rozstajnych drogach.
Kapucyni w grubych habitach, przepasani sznurami białemi, biegli do chorych z wiatykiem i modlitwą, a zdrowych krzepili na duchu, wzmacniali słowami wiary i ufności w miłosierdzie boże.
— Nadejdzie czas zmiłowania — wołali — módlcie się!
I stało się tak.
Czarna wiedźma, las krzyżów mogilnych i tłum sierot zostawiwszy po sobie, odeszła wreszcie, syta ofiar.
W zdziesiątkowanych miastach, w wioskach wpółwyludnionych zaczynało się przebudzać życie.
Rolnik raźniej szedł za pługiem i rzucał ziarno w ziemię z nadzieją, że zbioru doczeka, ruch i krzątanina zaczęła się po miastach, wstępowała w ludzi otucha.
Aliści znów wiedźma przyszła. Tym razem gościła krócej, ofiar zabrała mniej, ale ludzie przerażeni pomimowoli zadawali sobie pytanie: czy powróci jeszcze? Czy systematycznie co pewien czas odwiedzać będzie te strony?
Aczkolwiek zaraza ustała, jęk dzwonów żałobnych nie rozlegał się tak często i grabarze mogli odpocząć, ciągle jeszcze o cholerze mówiono.
Nic dziwnego... pozostawiła ona tyle wspomnień bolesnych, tyle żałoby.
Mówili też ludzie o niej ze smutkiem, z przerażeniem, myśleli, że powróci może, a do tych wspomnień bolesnych dołączały się wieści o mających nastąpić wielkich kataklizmach w przyrodzie.
Groźny znak na niebie, rysujący się w nocy wśród gwiazd, przejmował ludzi zabobonną trwogą.
Na takiem to smutnem tle zarysowywa się w pamięci mej dworek przy cmentarzu... jego właścicielka, oraz ten mały światek, który codziennie prawie w gościnnych progach dworku się gromadził.
Musimy się z tymi ludźmi zapoznać, a przedewszystkiem z doktorem Głowackim.
Ze względu na epidemię niedawną i świeże o niej wspomnienie, był to człowiek, o którym najwięcej mówiono. Walczył on z cholerą, nie zawsze skutecznie, ale zawzięcie i odważnie. Nie obawiał się, śpieszył na każde zawołanie, tak do zamożnych, jak i do nędzarzy. Chorych leczył, zdrowym zaś ducha dodawał.
— Nie bać się, przedewszystkiem nie bać się! — powtarzał każdemu — cholera śmiałych, spokojnych, a wstrzemięźliwych nie zaczepia, lecz tchórzów i łakomców sprząta.
Ponieważ w kilku wypadkach przemógł, więc sławę miał ogromną, a zwłaszcza między żydami, gdyż im bardzo mądrego rabina wyleczył.
Ten fakt żyje w pamięci ludności żydowskiej, a dziadkowie wnukom opowiadają o nim. Jaki to był płacz, krzyk, lament, rejwach w całem miasteczku, gdy rabin zasłabł — jaka wesołość, jaka uciecha, gdy wyzdrowiał!
Rabin w nocy zaniemógł; gdy się to stało, w jednej chwili gromada żydów wtargnęła do mieszkania doktora. Z łóżka go porwali i nieubranego na rękach do pacyenta zanieśli, tysiące za powyższą kuracyę obiecując.
Próżno im się wyrywał, próżno wołał, żeby mu się przynajmniej ubrać dali — nic nie pomogło... zanieśli go i nie wypuścili wpierwej, aż się rabinowi trochę lepiej zrobiło.
Chwili spokojnej przez czas epidemii Głowacki nie miał: biegał od domu do domu, przesiadał się z bryczki na bryczkę, nie znał co noc, co odetchnienie. To też, gdy zaraza przeszła, gdy się uspokoiło już cokolwiek, nie bez dumy powtarzał:
— Wypędziliśmy szelmę za dziesiątą granicę!
Czy on ją wypędził, to kwestya, ale że wojował z nią z zapałem, z poświęceniem, z zapomnieniem o sobie, to fakt.
Podziwiano śmiałość jego, spokój i energię. Podziwiano tembardziej, że inni lekarze tchórzyli, że byli tacy, co oglądali chorych przez lufcik, nie wchodząc do mieszkania, i nie mieli nawet tyle odwagi, żeby zbadać puls pacyenta. Byli tacy, co na samą wieść o zbliżającej się epidemii porzucili swe stanowiska i odjechali w inne strony, aby tylko uniknąć zetknięcia się z zarazą.
Głowacki na stanowisku pozostał. Mówili zawistni, że uczynił to przez chciwość, przez miłość grosza, ale fakty temu przeczyły, bo chorych nie wyróżniał i ratował takich nawet nędzarzy, którzy kawałka chleba nie mieli. Mogłaby dużo o nim powiedzieć ludność uboga, którą wspierał, na lekarstwa i żywność z własnej kieszeni dawał.
Gdzież więc chciwość? Zresztą nie potrzebował ubiegać się za groszem, był względnie zamożny, a potrzeby miał skromne. Posiadał dworek w mieście, wioskę, którą w dzierżawę wypuszczał, i kilkanaście tysięcy złotych w listach.
Na owe czasy to była fortuna!
Z właścicielką dworku przy cmentarzu łączył doktora stosunek dawnej znajomości i przyjaźni. Znali się od lat wielu, on ją odwiedzał codzień, on ją swojemi środkami przy życiu utrzymywał.
W jego twarzy, starannie wygolonej, poważnej, o rysach regularnych, przypominających senatorów rzymskich, w oczach, co z po za złotych okularów surowo patrzyły, widziałem powagę wielką i tajemniczą zarazem. Zresztą sam wyraz „doktór” robił na mnie wielkie wrażenie.
Doktór! zdawało mi się, że to człowiek, umiejący wszystko, mędrzec, dla którego niebo, ziemia i woda nie mają żadnych skrytości, jasnowidzący, prorok prawie.
Tak mi się to w dziecinnym umyśle przedstawiało.
Pomnę, raz Głowacki rzekł do mego dziadka:
— Berek umrze; musi umrzeć, bo ma tyfus!
To mi się zimno zrobiło, dreszcz mną wstrząsnął, a doktór wydał mi się sędzią surowym, wydającym na Berka wyrok groźny śmierci, groźny, nieodwołalny, stanowczy.
Stało się, że Berek wyzdrowiał, ale to wiary mojej w nieomylność doktora nie zachwiało. Wyzdrowienie przypisywałem łzom i jękom starej Berkowej, która lamentem swoim zmiękczyła serce Głowackiego.
Wyobrażałem sobie, że doktór żyje wiecznie, a raczej nie byłem w stanie wyobrazić sobie, żeby mógł kiedykolwiek umrzeć — i sierota od bardzo wczesnej młodości — zazdrościłem dzieciom doktora, że im nie groziła utrata ojca.
Głowacki miał nieliczną rodzinę.
Składała się ona z pani doktorowej i trojga dzieci.
Najstarsza córka była to już panienka dorosła, wysmukła, brunetka, o dużych czarnych oczach.
Byłem najmocniej przekonany, że to najpiękniejsza istota na ziemi, przynajmniej w krótkiem mojem życiu nie widziałem piękniejszej. Troszkę niby podobna do niej była święta Katarzyna na obrazie w kościele, cokolwiek Judyta na jakimś sztychu odwiecznym przypominała jej rysy, ale tylko trochę, bardzo mało.
Cóż znaczyła piękność obrazu wobec piękności żywej, uśmiechniętej, z której ślicznych czarnych oczu życie samo tryskało.
Najpiękniejsza istota na ziemi miała dwóch braci. Starszy Józef — był już w szkołach, przyjeżdżał do domu tylko na wakacye i święta. Imponował mi swoją mądrością i mundurem, z czerwonym kołnierzem i srebrnemi guzikami.
Z „суwilusami,” a zwłaszcza tak małemi, jak ja, nie wdawał się zupełnie i traktował ich z góry, jako istoty niższe, nie znające ani koniugacyj łacińskich, ani palanta.
Drugi brat panny Felicyi, dziewięcioletni Sewerynek, bywał towarzyszem moich zabaw, oraz wspólnych wypraw na łąki i do poblizkiego gaju, który się nad rzeką rozciągał.
Kochaliśmy się bardzo i często czubili, co wszakże harmonii pomiędzy nami nie psuło.
Zdawało mi się, że posiadam sympatyę panny Felicyi, na co miałem zresztą wyraźne dowody w postaci: jabłek, orzechów, chleba z powidłami i tym podobnych przysmaków, któremi mnie obdarzała zawsze, gdym do Sewerynka na zabawę przychodził.
Doktór bardzo rzadko z nami malcami rozmawiał i najczęściej nie było go w domu. To na mieście chorych odwiedzał, to na wieś wyjeżdżał, jeżeli zaś miał czas wolny, to się najchętniej w swoim gabinecie zamykał i tam gazety odczytywał.
W małem miasteczku wielka polityka była w modzie; kto żył, a czytać umiał, kto się do gazety mógł dorwać, już kombinował, rozmyślał, przyszłość Europy, nowe jej ukształcenie i podział przepowiadał.
Nieraz, gdy starsi rozprawy na ten temat nigdy niewyczerpany prowadzili, ukryty we framudze okna lub za krzesłem, słuchałem i z podziwu wyjść nie mogłem.
— Zobaczmy-no najpierw, co Anglia myśli — mówił dziadek — posłuchajmy, co Francya powie, a wówczas nie trudno już będzie przewidzieć, co Turcya uczyni i jak postąpi.
To mi dawało wiele do myślenia i widziałem przed sobą cały szereg najdziwaczniejszych, trudnych do rozwiązania zagadek.
Z geografii, której początków uczyłem się już wtedy, wiedziałem, że Anglia, to kraj, ziemia, a raczej dwa kawały ziemi, wodą dokoła oblane. Jakże ziemia może myśleć, a tembardziej mówić i działać?
Zagadnienie to nie dawało mi spać. Raz, zebrawszy się na odwagę, zapytałem dziadka:
— Proszę dziadunia, czy Anglia naprawdę myśli?
— Ma się rozumieć, że myśli.
— A czy mogę wiedzieć o czem?
— O czem? Cóż za głupie zapytanie! O tobie, gapiu, o mnie, o nas Anglia myśli.
Widząc, że dziadek w złym humorze, postanowiłem dalszy ciąg pytań odłożyć do stosowniejszej chwili, a tymczasem musiałem poprzestać na zapewnieniu, że Anglia posiada zdolności myślenia. Cóż ona myśleć może?
Zaciekawiony w wysokim stopniu, zacząłem zwracać baczniejszą uwagę na rozprawy starszych, a nieraz, upatrzywszy sposobną chwilę, dobierałem się do gazety i odczytywałem ją bardzo uważnie, ale bez żadnego rezultatu.
Nie rozumiałem nic a nic.
Na szczęście, gazeta nie była, jak się o tem dowiedziałem później, jedynem źródłem informacyi o stanie politycznym Europy. Istniało inne, nierównie obfitsze, a pewniejsze podobno, a mianowicie żydzi.
— Ci wszystko wiedzą, mówił nieraz dziadek, ich trzeba pytać.
Przypominam sobie kilku znakomitych. Najpoważniejszym był Dawid Pfeferkorn, wspaniały żyd, z białą brodą, w atłasowej kapocie, przepasany pasem jedwabnym. Gruby, jak okseft, bogaty; podobno bardzo mądry.
Dawid handlował drzewem i zbożem i co roku na tratwach z pszenicą i masztowemi sosnami odbywał podróż do Gdańska, zkąd, oprócz talarów, przywoził dla wszystkich panów w miasteczku doskonałe cygara i politykę.
Jeden tylko transport polityki na rok, ale dobry!
Powrót Dawida z Gdańska bywał wypadkiem doniosłego znaczenia. Cała inteligencya miasteczka garnęła się do niego. Zapraszano go wszędzie i do dworku przy cmentarzu także.
Wszyscy skupiali się przy wielkim stole, a Dawid zasiadał na krześle i przyciszonym głosem, z miną tajemniczą i namaszczenia pełną, opowiadał nowiny. Słuchano ich z zajęciem, zaciekawieniem, chciwością.
Przecież powracał z Gdańska, a Gdańsk, jak mówił mój dziadek, to okno, z którego całą Europę widać.
Drugim dostawcą wieści politycznych był Albuś Majstersztik, liwerant, co zboże dla wojska dostarczał i częstokroć do Warszawy jeździł, a ztąd też relacye z większym światem miewał.
Nie używał on tej powagi i miru, co Dawid, nie sadzano go na krześle, ale wieściom, jakie ze świata przynosił, chętnie ucha dawano, bo żyd był bystry, rzutki, chwytał zręcznie nowinki i wiadomości różne, kombinować, zestawiać jedne z drugiemi umiał i w zajmujący sposób opowiadał.
Trzecim był Judko Pik, trochę faktor, trochę spekulant; kupował, sprzedawał, szachrował, po jarmarkach się włóczył. Ten nie miał ani powagi Dawida, ani daru kombinowania Albusia i plótł nieraz trzy po trzy, czego nie dosłyszał, to sobie zmyślił, ale słuchaczów miał także, bo wówczas miał ich każdy, kto chciał mówić, taka była do słuchania ochota i ciekawość.
Gość z Warszawy, lub z dalszych stron, zawsze mile był widziany. Zapraszano go wszędzie, fetowano, raczono — byle tylko mówił: co słychać na świecie, jakie chmury zbierają się na horyzoncie, zkąd prawdopodobnie piorun uderzy.
Trzeba jednak przyznać, że nie wszyscy z jednakowym entuzyazmem zajmowali się losami Europy; panna Feliсуa naprzykład, wymykała się z pokoju podczas najciekawszych rozpraw; pan Kaszycki, młody urzędnik sądowy, chętniej patrzył na pannę Felicyę, niż na gazetę; panna Marya, córka burmistrza, zerkała znów na Kaszyckiego, o co bardzo gniewał się kancelista Bielski.
Widocznie dwie polityki istniały.
Dziadek lubił wieczorami na spacer wychodzić i mnie niekiedy brał z sobą. Czasem rozmawiał ze mną, a niekiedy znów, gdy był smutny lub zamyślony, co mu się nieraz zdarzało, kazał mi naprzód biedz, lub kwiatki zrywać, a sam szedł z pochyloną głową, poruszając ustami, jak gdyby pacierz mówił lub z kimś niewidzialnym rozmowę prowadził.
Jednego razu poszliśmy do gaju nad rzekę. Było to śliczne ustronie, położone wśród łąk; drzewa szumiały, woda niebieskawa, przezroczysta szemrała, tocząc się po kamykach; po drugiej stronie na stromem wybrzeżu widać było wioskę, której chaty wychylały się z pośród sadów wiśniowych.
Dziadek, zmęczony przechadzką, usiadł pod drzewem, ja zbierałem muszle, na brzeg wyrzucone przez wodę.
Od strony miasteczka nadszedł doktór. Na ramionach narzucony miał płaszcz hiszpański, w ręce trzymał trzcinę ze srebrną gałką.
— Dobry wieczór, panie Marcinie dobrodzieju — rzekł, ujrzawszy dziadka...
— Dobry wieczór kochany konsyliarzu, dobry wieczór, na spacerek się wyszło... hę?
— Trochę... Ruchu mi potrzeba, powietrza... potrzeba i mnie i każdemu. Cóż to jegomość dobrodziej przysiadłeś pod drzewem? Chodzić, chodzić jak najwięcej, zawsze to panu powtarzam.
— Powtarzaj konsyliarzu zdrów, jabym tej rady chętnie posłuchał, ale nie mogę. Przeszedłem kawałek drogi i oto już nogi bolą, zadyszałem się... Starość, konsyliarzu, starość, a to taka choroba, na którą najlepsze mikstury nie wiele pomogą.
— A ileż lat pan sobie liczy?
— Siedemdziesiąt z czubem.
— To i cóż, wiek piękny, ale siły jeszcze są. Pani rotmistrzowa starsza i chorowita, a przecież trzyma się.
— Rotmistrzowa! to wyjątek, fenomen, jaka inteligencya, jaka pamięć, jaki zdrowy sąd o rzeczy!.. Statystka, w całem znaczeniu statystka!
— Pytała mnie o jegomości. Ma żal, że dawno nie byłeś u niej w dworku.
— Kiedyż konsyliarz tam był?
— Ja codzień bywam rano, o godzinie dziewiątej punktualnie. Dziś czuła się nie bardzo dobrze.
— O! proszę... chora?
— A kiedyż ona zdrowa była? Krucha to istota, ciało słabe, ale duch dzielny, ten ją trzyma... i trzymał podczas przejść ciężkich i przeciwności losu... Bo trzeba ci wiedzieć, panie Marcinie, że co ta kobieta przecierpiała, co przebolała w swem życiu, tegoby na wołowej skórze nie spisał. Zdawało się, że już nie wytrzyma, że złamie się, że sił nie starczy do dźwigania krzyżów... ale gdzietam! przeboleje, przecierpi, przepłacze i znów jest taka, jak przedtem, cicha, rezygnacyi pełna, wytrwała. Tak, panie Marcinie, tak, niech kto mówi co chce, niech sądzi jak chce, ale ja zawsze powiadam, że wielka miłość, silnie ugruntowane przekonania, to siła ogromna, niespożyta siła.
— Konsyliarz oddawna zna rotmistrzową?
— Od kiedy ją znam? Pan dobrodziej niedawno sprowadziłeś się do naszego miasta, nie jesteś więc tych stosunków świadomy... Ja ją znam tak dawno, jak daleko pamięć moja sięga.
— Ona chyba znacznie od konsyliarza starsza.
— Starsza. Ja już sześćdziesiąt skończyłem, a ona ma teraz zapewne siedemdziesiąt i pięć. Nie wiem dokładnie, ale koło tego. Ja byłem dzieciakiem, a ona już mężatką. Znaliśmy się, bo nawet niejakie powinowactwo nas łączy.
— Tak?
— A tak, powinowactwo. I to podwójne, gdyż i z nią i z samym nieboszczykiem mężem. Jedna jej ciotka była za Głowackim, a nieboszczyk Dębicki, rotmistrz, skuzynowany był ze mną przez matkę.
— Powiedz mi, panie doktorze — spytał dziadek — ponieważ jesteś wtajemniczony w te stosunki, powiedz mi z łaski swojej, dlaczego pani rotmistrzowa nigdy o mężu swoim nie wspomina?
— Istotnie nie mówi nigdy i nie lubi, jak kto pyta. Ma widać przyczyny po temu.
— Nie zdaje mi się, żeby uwłaczały one pamięci rotmistrza, bo trzeba doktorowi wiedzieć, że mnie to nazwisko nie obce. Słyszałem ja jeszcze za czasów, gdym w Warszawie mieszkał, o panu rotmistrzu Dębickim. Dobrze o nim mówiono, miał to być dzielny człowiek.
— Zapewne... zapewne.
— Słyszałem też, że kobiety za nim szalały, ot, może właśnie w tem przyczyna. Zawód w miłości! Jeżeli tak, to trzeba przyznać, że pani rotmistrzowa dobrodziejka długo krzywdy swoje pamięta, skoro gniew aż poza grób rozciąga. Bywają i takie, bywają; białogłowy, jak powiada pewien mędrzec starożytny, są zawzięte i nieubłagane w pewnych razach.
— Mogę pana zapewnić, że nie odgadłeś racyi właściwej.
— A więc niech mi ją doktór wyjaśni. Rotmistrz, o ile wiem, zginął od kuli w czasie wojny, ale nie na wojnie i podobno, bo i o tem coś mi się dało słyszeć, syna po sobie zostawił. Musi to już być dorosły człowiek, co się z nim dzieje?
— Za dużo pan dobrodziej chcesz odrazu wiedzieć — odrzekł Głowacki — są to rzeczy przykre i lepiej ich nie poruszać. Dowiesz się pan kiedyś, może odemnie, a może od samej rotmistrzowej, która pana bardzo polubiła i w pańskiem towarzystwie znajduje wielką przyjemność. Odwiedzaj ją pan jak najczęściej i ona i pan żyliście w świecie, pamiętacie dużo, macie o czem mówić. Gawędźcie więc, grywajcie w maryasza, ale o jej przeszłości, o portrecie, co w salce wisi, nie wspominaj, panie Marcinie, bo zrobisz jej wielką przykrość.
— Ależ naturalnie! dziękuję, że mnie konsyliarz ostrzegłeś. Słówkiem jednem nie wspomnę, skoro to ma być dla niej bolesne.
— Ona dużo cierpiała. Ostatecznie kobieta ze świata, zamożna, przyzwyczajona do gwaru stolicy, porzuciła wszystko i nabywszy dworek przy cmentarzu, osiedliła się tu w tym odludnym, zapuszczonym kącie. Zawsze ma przy sobie kilka panienek, któremi opiekuje się, a później wyposaża je i wydaje zamąż, a ile dobrego świadczy ubogim, to zapytaj pan gwardyana, przez którego ręce różne wsparcia przechodzą, zapytaj mnie, co ma szpital od niej i chorzy... To jest prawdziwa matka ubogich. Sama, jak panu wiadomo, wychodzić nie może, ale przez pannę Antoninę o wszelkiej biedzie w miasteczku ma informacye jak najlepsze.
— Panna Antonina jest podobno jej blizką krewną.
— Za taką uchodzi, ale naprawdę krewną jej nie jest. Zachodzi między niemi raczej powinowactwo wspólnych smutków i nieszczęść, ale powiedziałem już panu, że lepiej o tem nie mówić.
Dziadek powstał, opierając się na lasce, i poszedł z doktorem ku miasteczku.
Rozmawiali coś o utrapionej polityce, o Francyi i Anglii, z czego nic a nic nie rozumiałem. Szedłem za nimi powoli, bawiąc się muszelkami, których dużo uzbierałem nad rzeką.
W nocy śnił mi się rotmistrz.
Zdawało mi się, że zeszedł z portretu, że był groźniejszy i bardziej jeszcze marsowaty. Widziałem wyraźnie w sennem marzeniu, jak zbliżył się do mnie i grobowym głosem powiedział:
— Pamiętaj, bębnie, żebyś nie był ciekawy!
Położył palec na ustach i zniknął.
Przebudziłem się ze strachu. Księżyc przez konary drzew do okna zaglądał i srebrnemi smugami do pokoju się wciskał. Zdawało mi się, że po jednej z tych smug bladych, niby po ścieżce zawieszonej w powietrzu, odszedł rotmistrz, że prześliznął się między konarami wielkiej, w połowie uschniętej topoli i poszedł tam, dokąd prowadziła ścieżka promienna, na księżyc.
— Nie bądź ciekawy, bębnie! — brzmiało mi ciągle w uszach.
Pomimo tego ostrzeżenia, a może właśnie dlatego, byłem ciekawy i ciągle o groźnym rotmistrzu myślałem.




III.

Wieczorem, pewnego dnia w lecie, byliśmy z dziadkiem we dworku.
Znajdowało się tam kilka osób starszych. Pani rotmistrzowa siedziała, jak zwykle, w swoim ogromnym fotelu, obok na krześle dziadek, doktór, sędzia i brat Serwacy, kwestarz, z długą kasztanowatą brodą, która mu aż na piersi spadała. Panna Antonina uwijała się po pokoju, domowemi sprawami zajęta.
Wymknąłem się do ogrodu między maliny, tymczasem od strony dziedzińca doleciał mnie gruby i chrapliwy głos:

Jak to na wojence ładnie,
Kiedy żołnierz z konia spadnie;
Przyjaciele nie ratują,
Jeszcze końmi go tratują.

Kajetan podchmielony tak wyśpiewywał.
Pobiegłem do niego.
Był czerwony jak burak, czapkę miał przekręconą na bakier, w ręku trzymał siekierę i łupał drzazgi.
— Jak się macie, Kajetanie? — rzekłem.
— Bóg zapłać. Juści mieć się mam, ale mieć, to nic nie mam, a żyd, psia kość, twardy, gorzałki nie borguje.
Wydobyłem wszystkie kapitały, jakiem posiadał, a było tego aż dziesięć groszy, i dałem Kajetanowi.
— Tak to, ale! — zawołał. — Powiem ja teraz Szmulowi bon jour, aż mu w lewem uchu zadzwoni.
— Dlaczego w lewem?
— A toć żydowi nigdy w prawem nie dzwoni, bez to, że jest niechrzczony i mańkut. Lewą ręką wszystko robi, lewą nogą naprzód stąpa, na lewą stronę pluje...
— Ja nie jestem żydem, a nieraz mi dzwoni w lewem uchu...
— To złe dzwonienie, od takiego dzwonienia trzeba się odżegnać.
— Tak Kajetan mówi z żartów chyba.
— Nie z żartów, ale po prawdzie. Panicz młody jeszcze, to i nie wiele wie; skoro zaś podrośnie, wyedukuje się, to dopiero obaczy, co to jest świat i dowie się, gdzie, kiedy i jak w którym kościele dzwonią.
— A mówiliście, Kajetanie, że jak na wojnie armaty zaczną huczeć, to w obydwóch uszach dzwoni.
— Bo insza rzecz armata, insza wojna, a insza żyd. Żeby tak Szmulowi nad uchem huknęli, toby ze strachu w ziemię wrósł po kolana, albo i po brzuch; czy to panicz nie słyszał jak śpiewają:

„Grzmią okrutnie harmaty“.

Juści niema co mówić, grzmią, niech ręka Boska broni.
— A Kajetan nie bał się?
— Com się miał bać? Z początku trochę mi po plecach mróz chodził, ale później tak się człowiek przyzwyczaił, że mógłby i spać w tym huku. No, paniczu, kładę siekierę i idę powiedzieć Szmulowi bon jour. Niech psia kość zna Kajetana!
— Cóż wam tak pilno, ot, mówcie lepiej o wojnach, ja bardzo lubię słuchać.
— O! ja wiem, takie małe to i ciekawe. Oj paniczu, co się widziało, co się świata przewędrowało, to już i spamiętać trudno. Bywało z nieboszczykiem panem rotmistrzem...
— Więc znaliście rotmistrza?!
Stary spojrzał na mnie podejrzliwie.
— At, ma się rozumieć, żem znał... trudno w wojsku być i nie znać rotmistrzów. Kopami ich było. Co szwadron, to rotmistrz, co pułk, to pułkownik, co brygada, to generał... precz starszyzna, złoto, srebro aż kapie z mundurów. Oczy bolą patrzeć.
— Ale mówiliście o jednym i o nieboszczyku... Może to właśnie...
— Aha, właśnie. Co tam paniczowi do tego. Toż ciekawość! a znaliście? a znaliście? Znałem, ale co mam zaraz gadać. Ciekawość.

„Jak to na wojence ładnie,
„Kiedy żołnierz z konia spadnie...“

Na podwórze wyszła Józefowa, kucharka, wysoka kobieta, w wielkim czepcu, zawsze zagniewana i z trzęsącą się głową.
Usłyszawszy, że Kajetan śpiewa, zaczęła gderać:
— Już, już Kajetan się drze... musieliście dobrze pałkę zalać.
— Moja pałka czy zalana, czy nie — odrzekł Kajetan — mocno siedzi na karku, nie trzęsie się, jak żyd nad wodą.
— Szkoda, że wam tej pałki na wojnie nie urwali, byłoby o jednego wydmikufla, moczygębę mniej na świecie.
— Ej, nie ujadajcie, Józefowo, bo będzie źle. Ja sobie w kaszę dmuchać nie dam, a jak mi będziecie dogryzali, to kulą w łeb i do piechoty. Widzisz ją... baba! Na mnie jenerał nie krzyczał, nie dopiero jakaś stara sekutnica od balii. Do glinianej komendy, do garnków!
— Bo nie trzeba się drzeć, w pokojach słychać... pani się będzie gniewała. Oj! żebym ja była panią, tobym za dziesiątą granicę takiego pijusa przepędziła.
— Nie dał Pan Bóg komuś rogów...
— Dyabłu dał rogi. Co zresztą będę się z wami użerała? Nie drzeć się i już, a drew narąbać, bo nie mam co na komin położyć, wody przynieść.
— Hola, babo! Baczność! Na lewo w tył, do kuchni marsz!
— Co, na lewo? A żeby was!... ja nie jestem żołdak do waszej komendy.
— Na lewo w tył mówię, do kuchni marsz!
— Otóż na złość nie marsz, będę tu stała, choćby do sądnego dnia.
— No to dobrze. Stój babo! równaj się! miotła do nogi — zakomenderował głosem donośnym.
— Niedoczekanie twoje dziadu, żebyś nademną przewodził, właśnie pójdę!
— Na lewo zwrot, marsz!
— Nie na lewo, ale na prawo, a dlatego na prawo, bo mi się na lewo nie podoba, a jak Kajetan będzie mi dojadał, to poskarżę przed panią i już. Zobaczy Kajetan, co pani powie.
To rzekłszy, weszła do kuchni i trzasnęła drzwiami za sobą.
— Sekutnica — rzekł Kajetan — całkiem mi humor popsuła. Niech ją kule biją.
— Co Kajetan będzie zważał, oto lepiej powiedzcie mi co o rotmistrzu, mój Kajetanie kochany, mój złoty Kajetanie.
— Może kiedyś powiem, dziś nie mogę. Pójdę do Szmula, bo przez tę sekutnicę wszystka żółć i złość zapiekła się we mnie i mógłbym kolek dostać. Niech ją marność, życie mi zatruwa bestya jedna.
Rzucił siekierę, czapkę nasunął na bakier i odszedł.
Wróciłem do ogrodu.
Tego dnia we dworku było więcej gości, niż zazwyczaj, a panna Antonina miała z tego powodu bardzo dużo zajęcia. Biegała też nieustannie od kuchni do śpiżarni, od śpiżarni do kredensu i krzątała się ciągle, jak to zresztą było jej zwyczajem.
Zajrzałem do pokoju. Dziadek, doktór, pani rotmistrzowa i jeszcze kilka pań i panów rozmawiali o tej u trapionej polityce, której nie mogłem zrozumieć. Dzieci nie było, wyszedłem więc do ogrodu i włóczyłem się, patrząc bezmyślnie na drzewa.
Wtem usłyszałem jakiś szmer od strony cmentarza i zdawało mi się, że przy parkanie ktoś rozmawia. Ponieważ pani rotmistrzowa, a bardziej jeszcze panna Antonina, uskarżały się, że złodzieje zakradają się często do ogrodu i robią szkody, przyszło mi na myśl, że nikt, tylko oni, są sprawcami owego szmeru.
Postanowiłem ich wytropić i przyłapać na gorącym uczynku.
Jeżeli złodziej — myślałem sobie — jest mały, a przynajmniej niewiele większy odemnie, to rzucę się na niego, obezwładnię i z tryumfem przyprowadzę do dworku — jeżeli duży, narobię krzyku i przepłoszę go.
Na wszelki wypadek wziąłem w rękę trochę ziemi, bo słyszałem, jak raz Józefowa mówiła, że najlepiej jest złodziejowi lub zbójcy piaskiem oczy zasypać, to go pozbawi możności obrony; prócz tego wziąłem w drugą rękę kamień.
Uzbrojony w ten sposób, posuwałem się ku miejscu, zkąd szmer dolatywał. Szedłem, dech w sobie tamując, i starałem się, aby najmniejszego nie robić szelestu.
Zasłaniały mnie wielkie, okropnie kolące krzaki zdziczałego agrestu, które pod samym parkanem rosły.
Posuwając się schylony, pomaleńku, coraz bliżej ku mniemanym złodziejom, usłyszałem przyciszone głosy.
Zimno mi się zrobiło, widocznie bowiem złoczyńców było co najmniej dwóch. Dalej mogłem już głosy i wyrazy rozróżniać. Jeden złodziej miał głos dość gruby, drugi jakby dziecinny. Zdawało mi się, że ten drugi płacze.
Byłem coraz bliżej, przez krzaki nie mogłem dostrzedz osób, lecz widziałem coś jakby cienie.
— Idź już, idź — mówił cienki głosik — mogą nas zauważyć.
— Jakbyś wiedział, łotrze — pomyślałem.
— Jeszcze chwilkę — szeptał drugi.
— Idź, błagam cię.
— A kiedy przyjdziesz?
— Nie wiem... może pojutrze, za dwa dni, kiedy będzie można... Idź, błagam cię...
Jeden cień odszedł w stronę cmentarza i zniknął między drzewami.
Zdawało mi się, że nadeszła chwila stanowcza... Zacisnąwszy w jednej ręce grudkę ziemi, w drugiej kamień, tem śmielej, że już z jednym nieprzyjacielem mam mieć do czynienia, wyskoczyłem z za krzaka i zamierzywszy się kamieniem, zawołałem:
— Co tu chcesz? czego szukasz, złodzieju?
— Ach!
Zmieszałem się i opuściłem ręce; przedemną stała panna Felicya przestraszona, zdziwiona, a w oczach jej błyszczały łzy.
Nie miałem pojęcia, żeby osoba dorosła mogła się tak bać... Drżała na całem ciele, zbladła, a chwyciwszy mnie gwałtownie za rękę, że o mało nie krzyknąłem z bólu, spytała prawie szeptem:
— Tyś tu był?...
— Byłem... — wyjąkałem — byłem, proszę pani... bo... bo... ja myślałem... mnie się zdawało... zdawało mi się...
— I słyszałeś? Powiedz, coś słyszał?
— Słyszałem, proszę pani.
— O ja nieszczęśliwa!... Moje dziecko, mój drogi, przecież wiesz, że ja byłam zawsze dobra dla ciebie, żem cię tak lubiła.
— Prawda, proszę pani.
— I zdaje mi się, że i ty mnie lubisz. Powiedz, lubisz ty mnie choć trochę?
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, przestępowałem tylko z nogi na nogę.
— No powiedz, lubisz mnie? lubisz? — powtarzała.
— Bardzo panią lubię.
— I nie chciałbyś, żeby mi się co złego stało?
— O nie!
— Mój drogi, mój jedyny, jeżeli mi co dobrego życzysz, jeżeli dziadka kochasz, na pamięć twych rodziców, na wszystko cię zaklinam, nie mów nikomu, żeś tu kogo widział, żeś co słyszał. Przyrzekasz mi to?
Objęła mnie ręką za szyję i zaczęła całować. Nie wiem dlaczego, rozpłakałem się wtedy.
Obtarła mi oczy swoją chusteczką, wzięła za rękę i poprowadziła do ławki, stojącej w samym kącie ogrodu, pod wielkiem, w połowie uschniętem drzewem.
— Przyjdziesz jutro do Sewerynka? — spytała.
— Przyjdę.
— Przyjdź, moje dziecko, będziecie się bawili i dostaniecie konfitur. Tylko pamiętaj, nic nie mów! Gdybyś słówko pisnął, byłabym zgubioną, umarłabym. O! ty nie wiesz, jaka ja jestem nieszczęśliwa... I on także jest bardzo, bardzo nieszczęśliwy.
— Kto? — zapytałem.
— On... ten, którego widziałeś.
— Kiedy ja, proszę pani, nikogo nie widziałem.
— Со? со ty mówisz! — spytała z wyrazem wielkiej radości.
— Mówię, żem nikogo nie widział i nie wiem wcale, o kim pani mówi.
— Słuchaj mały — rzekła, marszcząc brwi — proszę cię, nie kłam i nie żartuj sobie ze mnie, bo to jest bardzo nieładnie i ja przestanę cię kochać; nie będę do ciebie mówiła, zabronię ci bawić się z Sewerynkiem i znienawidzę cię, jako fałszywego i przewrotnego malca.
Małom się nie rozpłakał.
— Nie wiem, za co się pani gniewa — odrzekłem — cóż pani złego zrobiłem?
Widocznie w oczach moich wyczytała wielki smutek, gdyż zaraz zmieniła ton i gładząc mnie po twarzy, rzekła:
— Powiedzże mi więc wszystko po kolei, jak było.
Opowiedziałem ze wszelkiemi szczegółami moją wyprawę na mniemanych złodziei, nie zapomniawszy dodać o kamieniu podjętym w celu obrony i o piasku do zasypania łotrom oczu. Powiedziałem, że kryjąc się pod krzakami, nie widziałem nikogo, że szedłem tylko za głosem, że ten ktoś, co ku cmentarzowi odszedł, tylko mignął się przedemną, jak cień i że ani twarzy jego, ani figury dojrzeć nie mogłem, tembardziej, że był z drugiej strony parkanu.
Wysłuchawszy tej relacyi, panna Felicya stała się bardzo wesołą, śmiała się i przywróciła mnie napowrót do łaski. Nie mogło mi się zmieścić w małej głowinie, zkąd takie nagłe przemiany: dopiero mówiła, że jest nieszczęśliwa i wspomniała o śmierci, teraz znów śmieje się i cieszy.
— Swoją drogą — rzekła — chociaż nic nie widziałeś, pamiętaj, żebyś nie mówił nikomu ani słóweczka.
— Przyrzekam to pani i dotrzymam.
— Zobaczymy... przekonam się, czy jesteś słowny kawaler; ale — dodała po chwili — może ciekawy jesteś dowiedzieć się, kto to był.
— Jak mi pani powie...
— To, widzisz moje dziecko, nieszczęśliwy i biedny człowiek.
— Dziad zapewne...
— Dziad? dlaczegóż dziad?
— Bo biedny.
— Masz racyę... tak, to był człowiek bardzo biedny... wspieram go niekiedy, ale nie życzę sobie, żeby kto wiedział o tem. Chodźmy teraz do pokoju, a pamiętaj — sekret!
Byłem bardzo szczęśliwy i dumny zarazem, że posiadam zaufanie panny Felicyi, że znam sekret, ważną tajemnicę, najpiękniejszej istoty na świecie. Tej tajemnicy, która, właściwie mówiąc, była także i dla mnie tajemnicą, ponieważ nie rozumiałem wcale, o co chodzi, postanowiłem strzedz, jak najdroższego skarbu i nie wydać jej nigdy, choćby mnie brano na męki.
Czytałem w tym czasie „Don Kiszota” i miałem głowę nabitą przygodami rycerskiemi; zdawało mi się, że i ja, chociaż mały i nie rycerz, powinienem mieć damę, którejbym wiernie służył. Byłem dzieckiem wątłem, rozmarzonem, lubiącem śnić na jawie, wysnuwać najfantastyczniejsze obrazy na tle tego, com przeczytał z książek dorywczo, na tle baśni i legend, których zawsze chciwie słuchałem. W danej chwili głowa moja napełniona była Don Kiszotem, błędnem rycerstwem, bohaterskiemi przygodami. Myślałem ciągle o tem, gdzieby znaleźć damę mych myśli, gdy właśnie wypadek, wyprawa na złodziei mniemanych, otworzyła mi oczy. Moją damą będzie najpiękniejsza na świecie istota, panna Felicya, pomyślałem, i jej służby swoje ofiaruję.
Gdy powstała z ławki i mieliśmy już iść, rzekłem nieśmiało:
— Pani się boi, żebym nie powiedział, a ja... ja ciągle tylko myślę o pani... ja chciałbym być...
— Czem?
— Chciałbym być pani wiernym rycerzem, narażać się na niebezpieczeństwa, walczyć z dzikiemi potworami, za panią tylko i dla pani.
— Powtórz-no, coś powiedział, bo chyba się przesłyszałam.
Powtórzyłem.
— No, no, proszę, a czy wiesz, co to znaczy?
— Wiem — odrzekłem rezolutnie. — Pani będzie moją damą; dla pani będę walczył, będę pokonywał wroga, będę...
Rozśmiała się na cały głos:
— Mój ty rycerzu! — rzekła — mój waleczny — i znów wybuchnęła śmiechem. Po chwili przestała się śmiać i gładząc mnie po głowie, rzekła poważnie:
— Za mały jeszcze jesteś na rycerza, a ja za duża na damę dla ciebie, ale jeżeli chcesz, możesz być moim paziem, każdy rycerz od tego zaczynał. Cóż o tem myślisz?
Podskoczyłem z radości.
— Dobrze — zawołałem — będę!
— I będziesz mi służył wiernie?
— Niech pani rozkazuje.
— A więc jesteś od tej chwili moim paziem. Kto wie, może kiedy będę potrzebowała twej usługi.
Ucałowałem rączkę mojej damy i zdawało mi się, żem ogromnie urósł w tej chwili.
— Będziesz paziem milczącym — szepnęła — gdyśmy się zbliżali do dworku.
Panna Felicya zaczęła rozmawiać z panną Antoniną, a ja stanąłem za krzesłem dziadka i patrzyłem ciągle w stronę mojej damy, ażeby być gotowym na każde jej skinienie.
Nie przeszkadzało mi to słuchać opowiadania brata Serwacego, który, gładząc długą brodę swoją, mówił:
— Co się tyczy końca świata, o którym na wszystkie strony słyszę, to niema o czem mówić, doprawdy.
— Jednak astronomowie, ludzie uczeni — odezwał się aptekarz — przecież się na tem znają.
— Panie dobrodzieju — przerwał kwestarz — ja się na astronomii nie znam, jestem ubogi sługa Boży, Kapucyn, ale to wiem, że koniec świata może być tak dobrze w tym roku, jak za tysiąc lat, jak i tej godziny nawet. Wyraźnie mówi do nas Jezus Chrystus przez Ewangelię świętą: „Czuwajcie i módlcie się, bo nie wiecie ani dnia, ani godziny.” Dla nas, chrześcian, powinno to wystarczyć. Żyć uczciwie, być w każdej chwili gotowym na sąd Boży, oto cała mądrość.
— To jest teorya księża — rzekł aptekarz — która niczego nie dowodzi.
— A, panie łaskawy — odezwała się rotmistrzowa — nie należy tak mówić.
— Nasz aptekarz jest mały Voltaire — odezwał się doktór.
— Dlaczego mały? Taki ja jestem dobry tutaj, jak on niegdyś we Francyi i wcale nie widzę powodu, żebym miał być nazywany małym.
— No, zapewne; ale przyznasz pan, że tamten był bardzo wielki.
— Istotnie — wtrącił dziadek — tamten był genialny!
— Co też panowie mówicie? — odezwała się rotmistrzowa — czy można nazywać wielkim człowieka, który buntował się przeciwko temu, co najświętsze, i innych do buntu nakłaniał, który krzewił niewiarę i najgorsze zasady, który...
— Wszystko to prawda, pani dobrodziejko — rzekł doktór — ale nikt nie zaprzeczy, że to był geniusz.
— Szatan jest także genialny — szepnął brat Serwacy.
Aptekarz roześmiał się na cały głos.
— Szatan, szatan! — zawołał — ciągle mi o nim mówicie, ale go jeszcze jako żywo nikt nie widział. Pokażcie mi go przecie, niech go choć raz zobaczę.
— Czy pan aptekarz ma serce? — zapytał z uniżonością zakonnik.
— Serce?! jak to rozumieć? Czy to aluzya, przymówienie się, żeby wam co dać... Nie wymawiając, daję przecież co mogę, a gdy kto u was chory w klasztorze, nie biorę ani grosza za lekarstwa.
— Pamiętamy o tem i modlimy się za naszego dobrodzieja... co się zaś tyczy zapytania, jakie śmiałem mu zadać, to rozumieć je należy wprost, bez aluzyi. Pytałem o to serce, które każdy człowiek ma pod piątem żebrem z lewej strony... o to, które kołacze się w piersi nieustannie i puka dotąd, dopóki Stwórca wszechrzeczy na to pozwala...
— Jakżebym nie miał? Każdy człowiek je ma, to rzecz wiadoma z anatomii.
— A przecież nie widział pan swego serca nigdy własnemi oczami i nie zobaczy podobno...
— Rozumiem, rozumiem, co brat Serwacy chce powiedzieć... Księże dowodzenie! Ponieważ mam serce, którego nie widzę, ergo istnieje szatan! W taki sposób możnaby dowieść, że księżyc ma nos i zażywa tabakę, że planetę Jowisza boli żołądek, lub że Wenus osłania się od słońca parasolką. Prostaczków bałamućcie, ale nie mnie!
— Właśnie temi słowy dowiódł pan dobrodziej najdokumentniej, że szatan istnieje, że w panu mieszka i przez pańskie usta przemawia...
Aptekarz rzucił się na krześle.
— Proszę! — zawołał — może jegomość zechcesz mnie egzorcyzmować.
— Wartoby, warto — mówił spokojnie Kapucyn. — Należałoby go wypędzić, niechby sobie poszedł na bory i na lasy, a kochanemu panu i dobrodziejowi naszego konwentu psot nie czynił, umysłu światłego nie bałamucił, duszy potępienia wiekuistego nie gotował. Ja prosty jestem mnich, kwestarz, w zawiłe dysputy nie wchodzę, ale życzyłbym panu dobrodziejowi odbyć konferencyę z naszymi uczonymi.
— Uczonymi... no, proszę, któryż to u was taki bardzo uczony?
— Jest, panie dobrodzieju, kilku, naprzykład ojciec Bonawentura, kaznodzieja, teolog biegły, w filozofii znany, a i świeckim naukom też nie obcy; ojciec Damian, który przed laty gwardyanem był, kanonów wielki znawca i prawa; ojciec Euzebiusz, zakonnik nabożności wielkiej, asceta.
— Ho! ho! czysta Sorbona w habitach, sami uczeni!
— Są, panie dobrodzieju, są... i warto, ażeby pan z nimi pomówił, oni skuteczniej, niż ja, dysputować potrafią.
— I egzorcyzmować?
— I to umieją... toć nie na co, jeno na walkę z szatanem, na pokorę i ubóstwo ślubowali, świata się wyrzekli.
Aptekarz chciał zadrwić z braciszka.
— No, bracie Serwacy — rzekł — gotów jestem poddać się egzorcyzmowi, ale z warunkiem, że jegomość sam się tem zajmiesz.
— Mówiłem już panu dobrodziejowi, że biegły w tych sprawach nie jestem.
— Ba! taki sam habit nosisz, jak i tamci. Jeżeli potrafisz wypędzić ze mnie szatana, dam dla konwentu... co chcecie, jeżeli nie... będziesz jegomość u mnie przez trzy dni tłukł w moździerzu takie ingredyencye, od których zapachu tak się nakichasz, że nos ci spuchnie jak dynia.
— Ha, dobrze, poddaję się rygorowi i zapraszam pana dobrodzieja do mej celki.
— A nie, jegomościuniu, przy świadkach... przy świadkach. Chcesz tryumfować nad szatanem, niechże i tryumf będzie widoczny, niech się obecni zbudują...
— Skoro taka jest wola i życzenie pana a dobrodzieja naszego, przeto niech się stanie.
— Ciekawym, jak się weźmiesz do egzorcyzmów?
— Mówiłem panu dobrodziejowi, żem nie teolog, muszę więc działać w sposób prosty... Wezmę ten oto sznur, którym przepasany jestem, sznur gruby, z węzłami, i ująwszy pana dobrodzieja za rękę, zacznę okładać po plecach, mówiąc: „Wynijdź szatanie! wynijdź szatanie, idź precz!” Tuszę, że po jakich sześćdziesięciu uderzeniach zły duch z pana wyjdzie i nie prędko powróci.
Wszyscy śmiechem parsknęli, aptekarz zaczerwienił się jak burak...
— Nie odzywałam się nic — rzekła rotmistrzowa — nie wtrącałam się do dyskursu, wiedząc, że brat Serwacy nie da się w kaszy zjeść...
Kwestarz się nie śmiał, podniósł się z krzesła i stanął ze spuszczonemi oczami, z rękami założonemi na piersiach, jak gdyby rozkazu oczekiwał.
— Jestem gotów, panie dobrodzieju! — rzekł.
— Dajżeż jegomość pokój! głupstwa się trzymają jegomości, choć już broda siwieje, także koncept!...
— Słowo się rzekło...
— Tak, rzekło się, rzekło — dorzucił doktór. — Brat Serwacy do egzorcyzmu gotowy, a przecież sam pan tego żądałeś.
— Ja dysputowałem o kwestyi, a on mi z postronkiem wyjeżdża!
— Czem chata bogata... tem rada.
— Dziękuję, bardzo dziękuję... nie jestem usposobiony do konceptów.
— Dobry żart tynfa wart! — rzekł dziadek.
— Obrazić nie chciałem — odezwał się pokornie brat Serwacy — wywołany byłem, lecz nie wywołujący, a jeżeli pan dobrodziej do serca to bierze, z największą pokorą przeprosić jestem gotów.
— Niepotrzebnie panowie wszczynacie takie dyskusye — rzekła pani rotmistrzowa — po co to? Jestem przekonana, że pan aptekarz w głębi serca ma takie zasady, jak my wszyscy, a mówi inaczej, ot, tak tylko, byle się przekomarzać.
— Zkąd pani może wiedzieć, co się w głębi mego serca mieści?
— Stara już jestem, panie, dużo ludzi znałam i ztąd też mam niejakie doświadczenie. Znałam takich, którzy wszystkiemu przeczyli, wszystko podawali w wątpliwość. Nieraz aż mrowie przechodziło po mnie, gdym słuchała tego, co mówili. W duszy mieli zwątpienie, na ustach szyderstwo, a jednak z czasem, gdy przeszli szkołę nieszczęść, gdy los ich osmagał, przeciwności zgnębiły, wejrzeli w siebie i zaczęli szukać pociechy w tych wierzeniach właśnie, które przedtem obrali sobie za stały przedmiot szyderstwa.
Zdanie rotmistrzowej podtrzymał dziadek i wywiązała się dyskusya ogólna o życiu przyszłem, o nieśmiertelności.
Niewiele z tego zrozumieć mogłem i pocichutku wysunąłem się z pokoju.
Poszedłem na podwórze.
Był już wieczór, na niebie pokazywały się gwiazdy i księżyc pełny, jasny, wychylił się z po za kościoła.
Na kłodzie siedział Kajetan, łokcie na kolanach wsparł, głowę rękami objął, można było sądzić, że drzemie. Zbliżywszy się do niego, usłyszałem, że płacze.
— Co to wam, Kajetanie? — spytałem ze współczuciem — co wam się zrobiło?
Nic nie odrzekł.
Musiałem powtórzyć pytanie.
Podniósł głowę i oczy przetarł, jak gdyby ze snu zbudzony.
— Co wam?
— Co? a zaraz co? Ciekawość! Nic... co ma być?...
— Zdawało mi się, żeście płakali.
— Możem i płakał... a choćby! alboż płakać nie wolno? Żem się trochę napił, taka była moja wola, a paniczowa dziesiątka, a że Szmul jeszcze za dwie dziesiątki przyborgował, to od tego on Szmul, żeby mu lewe oko spuchło. Kawalerskie prawo łyknąć, kiedy w gardle zasycha, a żydowskie prawo borgować, skoro kawaler każe. Panicz powiada, żem płakał? Dziecko! co ty rozumiesz? pies zapłakałby na taki los, nie tylko człowiek! Panicz myśli, że Kajetan zawsze był taki Kajetan kulawy, jak dziś, że zawsze w sukmanie chodził, zawsze nim baby trzęsigłowy pomiatały? Tfy! podoficerem Kajetan był, na karym koniu jeździł, szablę miał Kajetan, pistolety w olstrach, ostrogi u butów. Prosty był Kajetan, jak świeca, błyszczał w mundurze, a bywało jak zagrali, zatrąbili, jak się wzięło pałasz do garści, jak się sparło karego ostrogami... Boże miłosierny! ziemia dudniła pod kopytami, wicher koło uszów świstał. Waliła się wiara, jak piorun, na kara-bataliony, na baterye... Pluli na nas kulami, jak psom w ślepie, waliły się nasze chłopy precz z koni, ale bajki! Jedna połowa padła, a druga het wszystko rozniosła... a nieboszczyk rotmistrz parł przed szwadronem, kule brzęczały koło niego, jak pszczoły... a jemu nic! śmiał się... Psi los, paniczu, teraz oto babie posługiwać, za popychadło być, psy na łańcuch wiązać co rano. Tfy! żeby nieboszczyk rotmistrz żył, inaczej jabym śpiewał dziś!...
— Biedny rotmistrz! — rzekłem, aby coś powiedzieć...
Starego rozczuliło moje westchnienie.
— Oj, że biedny, to biedny, panie świeć nad jego duszą! Tyle świata przewędrował, w tylu bataliach był, kule go mijały i przyszło mu zginąć marnie.
— Zabito go?
— A zabił, zabił taki, co munduru nie nosił, co nawet pistoletu w garści trzymać nie umiał... Zabił odrazu, na miejscu, w samo serce trafił... Dyabeł mu pomagał, siła nieczysta, czary!
— Ale za co? — spytałem.
Kajetan, choć pijany, spostrzegł, że powiedział za dużo i cofać się zaczął.
— Za co? toż panicz pyta! Przecie się ludzie nie zabijają z kochania, ale w złości jeden na drugiego nastaje.
— Pojedynek?
— Zkąd tam panicz może wiedzieć, co pojedynek?
— W książkach opisują, czytałem.
— No, kiedy panicz czytał, to niechże będzie pojedynek. Dość, że go zabili! Na tem skutek... Przepadło na amen... w samo serce go trafił i taki marny, blady, trzy grosze za niego niktby nie dał... a przecież zabił.
— Musiała pani rotmistrzowa bardzo płakać?
— Jaka rotmistrzowa?
— A nasza! — odparłem, wskazując na dworek.
— Co się paniczowi w głowie roi? co? albo ja mówię o tym rotmistrzu? Nie, nie, pani go nawet nie znała, to wcale inny był, z trzeciego szwadronu... czy z drugiego. Nie ten, nie ten, ani do tamtego podobny. To ja tak sobie powiedziałem z żałości, a wszystko przez tę babę trzęsigłowę, sekutnicę... Paniczu — dodał, zniżając głos i chcąc rozmowę na inny przedmiot zwrócić — chciałby panicz mieć młodą sowę, z takim wielkim łbem, jak u kota?
— Chciałbym...
— Wypatrzyłem gniazdo w starej lipie.
— Gdzie?
— A tam za cmentarzem. Jutro pójdę i jednę zabiorę, będzie sobie panicz w klatce sowę trzymał... Tylko o rotmistrzu, broń Boże, nie wspominać, bo przyśni się w nocy, przyjdzie, będzie straszył.
— Dlaczego?
Nie usłyszałem odpowiedzi, gdyż panna Antonina zawołała mnie na herbatę. Musiałem być posłuszny i poszedłem.
Siedziałem przy stole na szarym końcu i patrzyłem na pannę Felicyę. Była bardzo ożywiona i wesoła. Na twarzy jej kwitły rumieńce. Nie mogłem się domyśleć, co ją tak cieszy, gdyż rozmowa toczyła się o przedmiotach dość obojętnych i dla mnie wówczas mało zrozumiałych.
Po herbacie, na prośbę doktora, panna Antonina udała się do sali, aby zagrać na fortepianie. Poszedłem za nią i usiadłem na małym taborecie pod oknem, nawprost portretu rotmistrza.
Pokój oświetlały dwie duże świece woskowe, żółte, domowej roboty, takie, jakie dziś tylko w kościołach widzieć można. Nad drgającemi ich płomykami, chwiejącemi się od podmuchów łagodnego wietrzyku, co przez okna otwarte wpadał, wiły się dwie niteczki dymu, skręcały się w powietrzu i wyginały jak małe czarne żmijki, a za każdem nachyleniem płomyków cienie padały na portret i twarz rotmistrza wydawała się w nich jeszcze bardziej groźna i surowa.
Zdawało mi się, że na lewej stronie piersi człowiek ten ma ranę otwartą, z której sączy się krew...
Panna Antonina grała dziwne jakieś melodye.
W przyciszonych tonach słychać było żale i skargi, to znów oderwała się nuta jednej z tych piosenek, jakie Kajetan wyśpiewywał, i znów żal, modlitwa...
Podczas gdy panna Antonina grała, w sąsiednim pokoju było cichuteńko, nikt nie rozmawiał, nikt ani słówkiem nie przerywał.
Widziałem przez drzwi otwarte, że pani rotmistrzowa ociera oczy, brat Serwacy siedzi w zadumaniu, a dziadek mój rusza brwiami, co zwykle czynił, gdy był wzruszony lub smutny.
I znów w dziecinnej głowie powstał cały szereg pytań: czemu ci starzy posmutnieli tak nagle? Czemu przestali mówić, czemu pochylają głowy na piersi? Co jest w tych dźwiękach? Dlaczego one i mnie rozmarzają, bo i ja także czuję, że mi się na płacz zbiera.
Gdy ostatnie tony umilkły, pocichu, na palcach, wsunąłem się do stołowego pokoju i stanąłem za krzesłem brata Serwacego.
— Ojcze! — spytałem go szeptem — dlaczego panna Antonina grywa tak smutno?
— Bo smutno na świecie, moje dziecko — odrzekł, gładząc mnie po głowie i westchnął.
— Czas już — odezwał się dziadek — późno, chodźmy do domu.
— Ależ posiedźcie jeszcze, cóż pilnego? — prosiła rotmistrzowa.
— Pójdziemy — odezwał się doktór — pani nie może długo siadywać, ja nie pozwalam.
— Despotyczny pan jesteś... i nadużywasz praw swoich! A gdybym się też uparła i powiedziała veto!...
— To musiałaby pani dobrodziejka jutro od rana po mnie posyłać, leżeć cały dzień w łóżku i brać jaką miksturę lub pigułki.
— Racya słuszna! — rzekł dziadek i ucałował rotmistrzową w rękę.
Za przykładem dziadka ruszyło całe towarzystwo.
Wyszliśmy.
Noc była cudowna, ciepła, pachnąca. Ktoś zaproponował spacer. Udaliśmy się całą kompanią za kościół, na drogę wysadzoną lipami. Starsi gwarzyli, ja dreptałem obok panny Felicyi rozmarzony i senny.
— Cóż mój młody paziu — szepnęła — chciałbyś już spać?
— O! nie... — odrzekłem — zawsze jestem na pani rozkazy.
— Na rozkazy!... zabawny dzieciak, cóż ja ci mogę rozkazywać?
— Co pani chce...
— A więc dobrze! Nieś moją parasolkę.
Wziąłem podany mi przedmiot i niosłem z wielką ostentacyą. Chciałem rozmawiać z moją damą, chciałem ją bawić, tembardziej, że starsi szli powoli, ale nie wiedziałem, o czem mówić, jaki przedmiot zajmujący wynaleźć. Nareszcie błysnęła mi myśl genialna.
— Proszę pani — rzekłem nieśmiało.
— Cóż powiesz, mój paziu?
— Ja chciałbym pani dać prezent.
— Ty mnie? cóż to nowego?!
— Niech się pani nie gniewa, śliczny prezent, bardzo ładny, co najważniejsza, rzadki. Byłbym szczęśliwy, gdyby go pani chciała przyjąć.
— Dziwne miewasz czasami koncepty, mój kochany.
— Dlaczego dziwne? Czyż to co złego zrobić komu podarunek? Niechże mi pani powie.
— Złego niema nic, ale nie przyjętem jest, żeby dzieci dawały osobom dorosłym podarunki. Żebym ja cię obdarzyła jaką drobnostką, to co innego.
— Przepraszam, ale to, co ja chcę pani ofiarować, nie jest bagatelką.
— Zaciekawiasz mnie doprawdy. Powiedz więc, czemże zamierzasz mnie uszczęśliwić?
— To jest... ja tego jeszcze nie mam, ale Kajetan przyrzekł, że mi da.
— Jaki Kajetan? co?
— Obiecał mi dać młodą sowę, a ja... chcę ją ofiarować pani.
— Sowę!? — zawołała panna Felicya, wybuchając głośnym śmiechem.
— Tak! — odrzekłem trochę nadąsany. — Nie mam nic droższego i piękniejszego na świecie, a pani śmieje się ze mnie.
— Wiesz co, że gdybym przyjęła ten dar, to chyba dlatego, żeby przypominał mi ciebie, twoje włosy nastroszone i wielkie oczy...
Obraziłem się i umilkłem.
— No, mały! — rzekła, gładząc mnie po głowie — nie gniewaj się, żartowałam. Bądź grzeczny, ucz się, nie czytuj książek, które rozbudzają twoją młodziutką wyobraźnię. Przyjdź jutro do Sewerynka, baw się z nim, graj w piłkę, biegaj dużo, to dla ciebie najwłaściwsza rozrywka. Sowy nie trzymaj i nie męcz jej, a najlepiej puść ją w świat. Na starej lipie lub na kościelnej wieży będzie jej lepiej, niż u ciebie w niewoli.




IV.

Niedaleko od miasteczka, może o milę drogi, może więcej, była wieś Dębianka. Leżała ona w okolicy lesistej, smutnej, nad brzegami ogromnego jeziora.
Pamiętam dobrze i wieś i jezioro, niby nieruchome i ciche, a przecież pieniące się ciągle przy brzegach i wyrzucające swą pianę białą na piasek i na trawę. Brzegi miejscami były przystępne, miejscami porosłe wysoko trzciną, o kitach aksamitnych, czarnych.
I to pamiętam, że nad jeziorem była chatka, a w niej mieszkał rybak Mateusz, główny dostawca ryb w zimie, a raków podczas lata.
Mateusza tego znano w całem miasteczku, wszyscy go poważali i lubili.
Umiał on przepowiadać pogodę i zmiany powietrza, wiedział, czy zima będzie lekka, czy mroźna, lato dżdżyste, czy suche.
Gospodarze i to nietylko chłopi, ale i panowie z dużych majątków, rad Mateusza słuchali i gdy zalecił śpieszyć ze żniwem — śpieszyli, gdy kazał siew opóźnić — opóźniali i nigdy nikt źle na tem nie wyszedł.
W owej Dębiance, we dworze, który tem tylko od wiejskich chałup się różnił, że miał ganek na słupach i nieco większe okna, mieszkał szlachcic, niejaki pan Piotr.
Jak się nazywał, nie pomnę, i nie należy to zresztą do rzeczy, ale postać jego żywo mi stoi w pamięci.
W owej epoce panowie mieli twarze wygolone zupełnie, jak księża, rzadko kto nosił faworyty, wąsów prawie nikt — ten pan Piotr zaś miał ogromne wąsiska i bardzo długą, prawie do pasa spadającą brodę, w części białą, a w części barwy nici konopnych.
Wzrostu był wysokiego, tuszy dobrej, miał głowę łysą, oczy czarne, przenikliwe, nad któremi sterczały wielkie, nastroszone brwi, jak dwa krzaki.
Ujrzawszy go pierwszy raz, można się było przestraszyć, taki miał pozór marsowaty i groźny; można się było przerazić, gdy krzyknął głosem tubalnym i z pod brwi surowe rzucił spojrzenie. Poznawszy go bliżej, podziwiać trzeba było jego łagodność. Umiał on pieszczotliwie przemówić i po głowie pogłaskać, a dzieci lubił niezmiernie.
Jako myśliwy słynął na całą okolicę z celnych strzałów i niesłychanej siły i odwagi.
Lasy były ogromne, zwierzyny grubej obfitość, bo miała się gdzie gnieździć w kniejach niedostępnych i łoskot siekier jej nie płoszył.
Legendy opowiadano o tym panu Piotrze.
Mówiono, że na dzika nie chodził inaczej, jak z kordelasem, a dla bezpieczeństwa zatkniętą miewał za pasem ciężką i ostrą siekierę, którą mógł niby piórkiem wywijać.
Tak uzbrojony, nie lękał się nawet ranionego odyńca, któremu, jak wiadomo, nie bardzo kto dostoi. Psy trzymał potężne, brytany specyalnie ułożone do takich polowań ryzykownych. Dość było, aby przez minut kilka, pochwyciwszy dzika za uszy, przytrzymały go na miejscu. Pan Piotr zdążył zawsze wbić mu kordelas w samo serce, lub też potężnem uderzeniem siekiery rozpłatać czerep na dwoje.
Na taką wyprawę palnej broni nie brał z sobą nigdy, uważając ją za zupełnie zbyteczną.
— Śrót na zające i ptaki, loftki na lisa i wilka, kula na kozła, a na dzika lub niedźwiedzia broń biała.
Niedźwiedzi w okolicy nie było, ale dzików mnóstwo z jego ręki ginęło, a pan Piotr z rozpraw tych wychodził cało. Raz tylko dziwnym wypadkiem odyniec kłem go zawadził, ale nie bardzo, ciapnął go w nogę, z dołu w górę, od kolana do uda prawie; arteryi nie uszkodził, kości nie pogruchotał, delikatnie się obszedł.
Po tem potrąceniu przeleżał pan Piotr w łóżku przez cztery tygodnie. Doktór Głowacki do Dębianki przyjechał, nogę tam jakoś po swojemu załatał, maściami różnemi zakleił — no i wygoiło się ostatecznie tak, że brodaty myśliwiec znów na wyprawy się puszczał.
Przez całe cztery tygodnie doktór przyjeżdżał, sam ranę opatrywał, sam ją przemywał, felczerowi dotknąć nawet nie pozwolił...
Bo też to była przyjaźń, przyjaźń dawna, wypróbowana i może dlatego, że taka serdeczna i gorąca, później się w straszną zamieniła nienawiść.
O tej przyjaźni dużo swego czasu w okolicy i w miasteczku mówiono, jeszcze kiedy panowała święta zgoda, a później o nienawiści mówiono więcej jeszcze, niż o przyjaźni, tak dalece, że utworzono przysłowie: „Kochają się, jak doktór z panem Piotrem.”
Gdy pan Piotr wjeżdżał do miasteczka, doktór zamykał się w swoim gabinecie na klucz; gdy doktorowi droga koło Dębianki wypadała, a pan Piotr na polu był, wtenczas to kładł się w bruzdę jak długi i patrzył w niebo, byle tylko antagonisty swego nie widzieć.
Długo nie wiedziałem, o co tym ludziom chodzi, aż kiedyś dziadek mi tę historyę szczegółowo opowiedział.
Dziadek, gdy bywał w dobrym humorze, co zresztą z powodu starości i cierpień reumatycznych, jakim podlegał, nie zdarzało się zbyt często, lubił gawędzić.
Zasiadał wtedy w fotelu, zapalał fajkę i popijał herbatę, którą wówczas kupowano w aptece i używano jako lekarstwo rozgrzewające i mające własność zapobiegania rozmaitym chorobom.
Było to w porze zimowej, na kominku płonął ogień, dziadek czytał gazetę, a ja robiłem tak zwane „fidybusy.” Dziś mało kto rozumie, co ten wyraz oznacza. Były to paski papieru, składane wzdłuż i mające służyć do zapalania fajki. Zapałkami wtedy nie szafowano tak jak dziś; chłop obywał się krzesiwem i hubką, baba przechowywała ogień na kominie od dnia do dnia, niby święty Znicz, zapałek zaś, zwłaszcza „salonowych” (pachnących straszliwie), używali tylko państwo i to w sposób bardzo umiarkowany.
Dziadek odłożył gazetę, okulary zsunął na czoło, kazał sobie podać świeżą fajkę i rzekł, jakby sam do siebie:
— Alianci, alianci; licha warte wszystkie te ich alianse.
— Co to znaczy alianse? — zapytałem.
— Alians znaczy przymierze — odrzekł — alianci sprzymierzeńcy, czyli ludzie, którzy zjednoczyli się w jakimś wspólnym celu i przyrzekli sobie wzajemną pomoc. To jest alians. W polityce praktykują się takie związki kilku krajów w celu zaczepki lub obrony od wspólnego nieprzyjaciela. Rządy krajów sprzymierzonych zawierają z sobą traktaty, czyli umowy i są niby w przyjacielskich stosunkach... ale ta przyjaźń najczęściej niewiele wartą bywa, bo każdy tylko o swoich interesach myśli, o sprzymierzeńca nie dba, a nawet przy sposobności gotów się na niego rzucić. Niby to stosunki przyjazne, niby zgoda, niby jedność, a w rzeczywistości „kochają się, jak doktór z panem Piotrem.”
Roześmiałem się głośno, dziadek również się śmiał.
— Proszę dziadzi dobrodzieja — odezwałem się nieśmiało — widzę z tego, że pan doktór i pan Piotr musieli kiedyś mieć alians.
— Domysł nie głupi, wcale nie spodziewałem się go po twojej dość tępej głowinie. Przypuszczasz więc, że byli w aliansie. Jakbyś wiedział, kochali się bardzo. Jak którego tygodnia pan Piotr nie pokazał się w mieście, to doktór rady sobie dać nie mógł i jechał zaraz do niego w odwiedziny. Pan Piotr z synem bywał u doktora, doktór ze swoją rodziną u pana Piotra, coś nawet przebąkiwali, że panna Felicya...
— Panna Felicya? — spytałem zaniepokojony.
— No, mówię wyraźnie, panna Felicya. Cóżeś tak oczy wytrzeszczył?
— Ja zawsze tak patrzę...
— To staraj się patrzeć inaczej, bo głupią masz minę z takiem spojrzeniem. Owoż mówiono, że panna Felicya wychodzi za mąż za syna pana Piotra, Stanisława. To było przed kilku laty... nagle stosunki zostały zerwane. Pan Piotr nie zna doktora ani jego rodziny, doktór najsurowiej zakazał wspominać o panu Piotrze. Widzisz, słusznie mówią ludzie mądrzy i uczeni, że z wielkich sentymentów bywają wielkie i nieprzejednane nienawiści. Dlatego też, jak kto chce dobrze określić nienawiść, to mówi: „kochają się jak pan Piotr z doktorem.”
— Ciekawy jednak bardzo jestem, o co się poróżnili.
— Tyś bo zawsze ciekawy! No, ale skoro znasz skutek, poznaj przyczynę, o ile potrafisz ją zrozumieć. Pan Piotr jest polityk i doktór także, bo wiedzieć ci trzeba, że polityka, to bardzo ważna rzecz i że każdy umysł wyższy powinien się nią zajmować. Ale... dobrze, żem sobie przypomniał!... kupisz librę papieru, sporządzisz kilka kajetów i od jutra codziennie dla wprawy w styl i dla obznajmienia się z wyrazami politycznemi, przepisywać będziesz całemi ustępami „Gazetę Warszawską.” Wiedzieć powinieneś o tem, że piękny, potoczysty styl, to ozdoba młodzieńca. Pamiętaj-że o seksternie i o „Gazecie Warszawskiej,” rozumiesz?
Nie bardzo mi się to podobało, ale że dziadek nie znosił najmniejszego oporu i wymagał bezwarunkowego posłuszeństwa, więc odrzekłem:
— Słucham, dziś jeszcze pożyczę od Małgorzaty igły i zszyję kajet...
— To dobre a pożyteczne dla ciebie, ani będziesz wiedział, kiedy się nauczysz pisać jasno i ozdobnie. Ja za czasów młodości przepisywałem kazania Skargi, dyaryusze sejmowe, to też, nie chwaląc się, słynąłem swego czasu z ozdobności pióra, a i dziś jeszcze potrafię porządnie listy układać; ale wracam do rzeczy. Jak powiedziałem, obadwaj przyjaciele lubili politykę i zajmowali się nią bardzo, lecz quod capita tot sensus, czyli co głowa, to rozum! Jeden miał takie zdanie, drugi inne. Posprzeczali się nieraz, pogodzili i znów posprzeczali. Ale jednego razu przyszło do bardzo burzliwej dysputy, a stało się to właśnie w dworku u pani rotmistrzowej, przy dość licznem zgromadzeniu. Doktór dowodził, że jeden jest na świecie naród szlachetny, bohaterski, a tym narodem jest Francya, na co pan Piotr odrzekł: że Francuzi, to zgraja samych wartogłowów, ludzi lekkomyślnych, niepewnych. — Co, powiada, można się spodziewać po takich, którzy sami u siebie porządku utrzymywać nie umieją, robią rewolucye, zmieniają rządy, rżną się między sobą, jak mordercy i wyrabiają hece, jak kuglarze... Co można na takich ludzi liczyć? Gdy pan Piotr to powiedział, zrobiła się cisza, taka cisza, że przelatującą muchę można było usłyszeć.
— Dlaczego zrobiła się taka cisza? — spytałem.
— Dlatego, że zdanie było zbyt śmiałe, że się różniło z przekonaniem powszechnem. Od kilku już pokoleń mieliśmy słabość do tego narodu: kto tylko mógł, uczył się po francusku, przyswajaliśmy sobie ich strój, ich obyczaje, a kiedy armie wielkiego Napoleona szły z nieustannym tryumfem od piramid egipskich, bracia nasi mieli sobie za honor walczyć w ich szeregach.
— Więc pan Piotr powiedział źle?
— Źle i za śmiało. Francuzów lekceważyć nie można, to naród dzielny, bohaterski, nieraz tego dawał dowody. Cywilizacya ich stoi wysoko, ich język używany jest w stosunkach dyplomatycznych, rządy prowadzą w nim korespondencyę międzynarodową, nauka w Paryżu kwitnie, wynalazki francuskie zdumiewają świat, a francuskie książki obiegają Europę i Amerykę, dostają się wszędzie, gdzie się w większym lub mniejszym stopniu cywilizacya dostać zdążyła... Czytywane są pod zwrotnikiem i na Podlasiu, w Nowym Yorku i koło Kocka. Wiadoma rzecz, że Francya zawsze była przewodniczką i mistrzynią narodów, że wydała z siebie mężów, których imiona są i pozostaną na zawsze nieśmiertelne.
Otóż nic dziwnego, że zrobiła się cisza, a wszyscy rozumieli, że burza po niej wybuchnie. Doktór powstał z krzesła i zmierzył pana Piotra oczami, a potem zapytał głosem, w którym drgała tłumiona wściekłość:
— Tak? jakiż więc naród zdaniem pańskiem powinien cieszyć się naszą sympatyą?
— Anglicy!
— Anglicy? i za cóż, jeżeli spytać wolno?
— Bo to są ludzie poważni, silni, pewni. Kto na nich liczy, zawodu nie dozna, kto im zawierzy, dobrze zrobi... Napoleon I-szy przelał rzeki krwi ludzkiej, był genialny rozbójnik, ale więcej nad to nic! Z kim tylko miał stosunek, każdego wyzyskał i oszukał.
— Pan to śmiesz mówić? — zawołał doktór, czerwony z oburzenia, a pan Piotr odpowiedział bardzo spokojnie:
— Śmiem, nie cofam i sto razy powtórzę.
— W takim razie jesteś...
— Panie Głowacki! — rzekł na to Piotr — obecność szanownej gospodyni domu, oraz miejsce, w którem się znajdujemy, nie pozwala mi wpakować ci tego wyrazu do gardła... fakt, żeś mi życie ocalił, zabrania mi wpakować kuli pod żebro... odchodzę i zrywam z panem wszelkie stosunki. — Skłonił się pani rotmistrzowej i wyszedł. Od tej pory datuje się wzajemna nienawiść, od tej pory przestali do siebie mówić, patrzeć nawet na siebie. Ma się rozumieć i małżeństwo syna Piotra z panną Felicyą rozchwiało się, na czem, o ile mogę wnosić, doktór dobrze nie wyjdzie.
— Jak to rozumieć? — spytałem.
— Bardzo prosto. Panna Felicya do tej pory w domu. Trafiało jej się kilka partyj i nawet dobrych. Ojciec namawiał, prosił, perswadował, krzyczał, nawet i groził, lecz to wszystko nic nie pomogło. Panna się uparła, że nigdy zamąż nie wyjdzie i do tej pory przynajmniej dotrzymuje słowa. Otóż powiedziałem ci, dlaczego doktór z panem Piotrem są jak pies z kotem.
— Z takiej bagatelnej przyczyny...
— Wyobrażasz sobie, że to bagatelna przyczyna, smyku jakiś! Ta bagatelna przyczyna, to kwestya zasad. Nie odzywaj się na drugi raz z takiem zdaniem, gdyż będę zmuszony wziąć rzemień i wypiszę ci na plecach obszerny traktat o tem, co znaczy bagatela. Widzisz go! bęben, bech, berbeć, od ziemi nie odrósł, a już będzie sądził i krytykował postępowanie ludzi starszych. Trzeba ci o tem wiedzieć, że pan Piotr nietylko doktora, ale i wielu innych sobie naraził, bo większość tak samo myśli, jak doktór... większość. Czy rozumiesz, co to znaczy? Większość wierzy w to, w co doktór wierzy, a kto wierzy inaczej, ten jest... w błędzie... Pamiętaj o tem na przyszłość!
Widząc, że dziadek zapala się i z obawy, żeby pogróżki co do rzemienia w czyn nie wprowadził, wymknąłem się do drugiego pokoju i zabrałem się niby do nauki, lecz zamiast o geografii, o pannie Felicyi myślałem.
Zrobiło mi się jasno w głowie i zrozumiałem nareszcie, jaki to nieszczęśliwy żebrak rozmawiał wówczas z panną Felicyą przez parkan ogrodu, otaczający dworek.
Pana Piotra z Dębianki widywałem dość często, przyjeżdżał on do miasteczka czasem małą bryczką, czasem konno, kupił, co mu było potrzeba i odjeżdżał zaraz, nie zatrzymując się dłużej, nie rozmawiając z nikim.
Ludzie go unikali, on też nie narzucał się im i żył odosobniony i samotny. Za co? Za to, że nie lubił Francuzów! Co za głupia rzecz, myślałem, ta polityka utrapiona! Żal mi było pana Piotra i znienawidziłem Francuzów, ale nie zdradziłem się nigdy z tą antypatyą; panu Piotrowi za taką śmiałość przestano się kłaniać, ze mną mogłoby być gorzej, bo dziadek żartować nie lubił i byłby mi tę obowiązkową miłość dla bohaterów z nad Sekwany rzemieniem napędził. Wolałem więc milczeć i nie ściągać na siebie gniewu dziadka. Swoją drogą myśl o Francuzach nie dawała mi spokoju i zastanawiałem się bardzo często nad tem, za co ich dziadek tak uwielbia i wogóle, co mu z tej polityki i odczytywania gazet, pisanych dziwnym, dla mnie niezrozumiałym językiem, pełnych wyrażeń obcych, dziwnych.
Jednego dnia pan Piotr z synem przyjechał, przypatrzyłem mu się uważnie. Był to bardzo ładny mężczyzna, z jasnemi włosami, zgrabny, wysmukły, blond włosy, zakręcone figlarnie do góry, nadawały mu pozór pewnej zuchwałości. Wyglądał, jak rycerz z obrazka. Brakowało mu tylko zbroi i miecza.
Tego dnia zamówiłem się po coś do Sewerynka, a zastawszy pannę Felicyę samą, szepnąłem z miną tajemniczą:
— Wie pani, ja dziś widziałem kogoś.
— Kogoż? — zapytała.
— Tego pana z dużą brodą z Dębianki.
— Cicho bądź! — rzekła — nie mów o tem... nie potrzeba o tym panu opowiadać.
— Ja też mówię tylko pani jednej pod sekretem i to jeszcze pani powiem, że ten pan nie był sam... przyjechali we dwóch i ja pytałem ludzi, co to za jeden ten drugi i powiedzieli mi, że to pana Piotra syn...
Zamknęła mi usta białą i miękką rączką.
— Czy ty przestaniesz dziś pleść trzy po trzy?! — rzekła z gniewem.
— O co się pani gniewa? — odrzekłem — pani myśli, że ja mały, to już o niczem nie wiem, ja wiem...
— Właśnie to źle, że za dużo wiesz i mieszasz się w nieswoje rzeczy. Nie rób tego na przyszłość, bo wyrośniesz na plotkarza i ludzie będą się tobą brzydzili, będą się wystrzegali ciebie, jak złego i szkodliwego stworzenia.
Łzy mi się zakręciły w oczach.
— Proszę pani! — rzekłem — ja nie jestem plotkarz... ja nikomu a nikomu słóweczka o tem nie pisnąłem, tylko pani jednej, bo myślałem... zdawało mi się, że pani się o to nie rozgniewa... myślałem, że zrobię pani przyjemność, przecież jestem pani paziem, ale kiedy się pani gniewa, kiedy mnie pani nazywa plotkarzem, to ja już więcej w życiu nic a nic nie powiem, ani jednego słówka, i nie będę tu wcale przychodził i wyrzeknę się zabawy z Sewerynkiem i będę płakał w kącie, żeby mnie nikt nie widział... Nie chcę nic...
— Patrzcie, jakie to obraźliwe stworzenie — rzekła z uśmiechem. — Nie sądziłam, że jesteś taki ambitny...
Pogłaskała mnie po głowie.
Któżby się mógł długo gniewać na pannę Felicyę? Ja nie mogłem. Rozbroiła mnie zaraz łagodnem słówkiem i uśmiechem, w kwadrans zapomniałem o gniewie i byliśmy, jak dawniej, w najlepszej komitywie.
— Czy pani lubi Francuzów? — zapytałem.
Zarumieniła się mocno.
— Dlaczego o to pytasz? Kto ci powiedział? Kto cię wtajemniczył w sprawy, o których wiedzieć nie powinieneś?
— Kiedyindziej powiem, a teraz niech mi pani przyzna się szczerze... Czy pani ich lubi?
— Nie!
— To bardzo dobrze, bo ja ich nie cierpię; nienawidzę! ale w największym sekrecie... boję się dziadka. Ja zemszczę się na nich.
— Ty? chyba jak dorośniesz!
— To swoją drogą, a teraz swoją drogą.
— Kiedy u nas niema Francuzów.
— Aha, niema? a guwernantka z Woli, ta z długim nosem, czy nie Francuzica?
— Panna Deville?
— Ja nie wiem, jak się ona nazywa, Francuzica i dość. Nie cierpię jej.
— Na niej chcesz się mścić? Co ty możesz jej zrobić?
— Już wiem; przyczepię jej indyczą nogę do sukni, niech paraduje przed kościołem, niech ją palcami wytykają. Niech cierpi za pana Piotra, za jego syna, za panią.
— Cicho, bój się Boga! — szepnęła — ojciec idzie.
Rzeczywiście do pokoju wszedł doktór. Ukłoniłem się i pocałowałem go w rękę.
— Jak się masz! — rzekł — do Sewerynka przyszedłeś?
— Tak, panie doktorze, właśnie czekam na niego.
— Dobrze, a cóż tam twój dziadzio? zdrów? co robi?
— Zdrów, a robi to, co i zawsze... gazety czyta. Dziadzio bardzo lubi czytać gazety.
— Spodziewam się, każdy rozumny człowiek pragnie wiedzieć, co się dzieje na świecie. Przypuszczam, że i ty jak dorośniesz, nabierzesz zamiłowania do poważnej literatury, gdy już dość bąków nazbijasz, piłek nagubisz i latawców napuszczasz z Sewerynkiem. No, baw się, baw, pókiś jeszcze dzieciak, wyrabiaj w sobie siły, żwawe ruchy, śmiałość. Dziadkowi kłaniaj się odemnie i proś, żeby wieczorem do pani rotmistrzowej przyszedł... będzie tam gość z Warszawy. Pamiętajże, powtórz, że z Warszawy.
— Powtórzę, panie doktorze. A jeżeli dziadzio zapyta, jaki gość, co mam powiedzieć?
— Powiesz, że przyjechał kapucyn, ten, co niedawno był w Rzymie.




V.

Tego wieczoru dziadek wystroił się jak na galę. Włosy zaczesał na skronie, okulary wziął złote (na codzień mosiężnych używał), faworyty wyfiksatuarował hojnie, na szyi miał kołnierzyki stojące, z dziobami, które pod same uszy zachodziły, czarną chustkę mantynową z fontaziem, w który wpiął kosztowną szpilkę z brylantem, podobno dawny klejnot rodzinny; kamizelka biała w złote palmy, oraz granatowy tużurek dopełniały stroju. A tużurek był modny, z klapką, z wąziutkiemi rękawami, otwarty na przodzie o tyle, że pozwalał podziwiać złote palmy kamizelki, oraz łańcuszek od zegarka z mnóstwem breloków. Z tylnej kieszeni tużurka zwieszał się koniec chustki fularowej, czerwonej, w jasne kwiaty.
Nawet tabakierkę na ten wieczór wziął najparadniejszą i najdroższą, jaką miał w swoim zbiorze. Była ona srebrna, rzeźbiona po wierzchu misternie, a wewnątrz wyzłacana grubo. Napełnił ją tabaką francuską, zaprawną różnemi wonnościami.
I mnie również kazał się ubrać paradnie.
— A pamiętaj — mówił — pilnuj się, zachowuj grzecznie, cicho, nie odzywaj się wcale, chyba jeżeli będziesz zapytany. Ubrania nie poplam, wstydu mi nie zrób, bo będzie źle, pamiętaj.
Przyrzekłem, że nie zapomnę przestróg, i ubrałem się co prędzej. Paliła mnie ciekawość, jak wygląda ksiądz, co w Rzymie niedawno był. Wyobrażałem sobie, że ujrzę dygnitarza w fioletach, z krzyżem złotym, w piusce.
We dworku zastaliśmy dużo osób. Panowie wszyscy postrojeni byli mniej więcej tak samo, jak dziadek, jeden tylko burmistrz przybył w mundurze z kołnierzem czerwonym i ze szpadą. Proboszcz, słuszny i okazały mężczyzna, kanonik, wystąpił w rewerendzie atłasowej z łańcuchem na piersiach, z ogromnym pierścieniem na palcu.
Pani rotmistrzowa ubrana była w jedwabie, panna Antonina w sukni kosztownej, jasno-popielatej, panie z miasta, jak na Wielkanoc, a wśród nich zawsze najpiękniejsza i najurodziwsza panna Felicya w niebieskiej sukni, jak w obłoku.
Nawet stara kucharka na ten dzień przywdziała czepiec niepomiernie wysoki, ukrochmalony strasznie i nakładła na siebie tyle spódnic, że ledwie przez drzwi mogła się przecisnąć.
My, zwykli goście, weszliśmy, jak zazwyczaj, przez kuchnię wprost do jadalnego pokoju, ale dla gościa otwarto drzwi paradne.
Przy furtce oczekiwał Kajetan, dość trzeźwy, opięty, wyprostowany jak struna, wyczerniony, w starym mundurze, który ledwie mógł zapiąć, w furażerce na głowie.
Widząc takie przygotowania i taką paradę, drżałem z niecierpliwości, żeby jak najprędzej gościa owego zobaczyć i kilkakrotnie wybiegałem do furtki.
— Cóż, Kajetanie, nie widać? — pytałem dziada.
— Nie, paniczu, jeszcze.
— Przyjedzie on, czy przyjdzie?
— Nie wiem!
— A jak wam się zdaje?
— Ha, najpewniej, jeżeli nie przyjedzie, to przyjdzie!
Filut dziad, widocznie żartował.
Westchnąwszy, wróciłem do pokoju i stanąłem za krzesłem panny Felicyi. Nareszcie ruch się zrobił w pokoju.
— Idzie, idzie — wołano.
Jak kula wybiegłem na ganek... ale żadnego dygnitarza nie dostrzegłem.
Przez furtkę, którą otworzył Kajetan, weszli na dziedziniec trzej kapucyni, w grubych habitach, z brodami.
Dwóch poznałem, byli to: ojciec gwardyan, bardzo serdeczny i łagodny staruszek, drugi ojciec Wenanty, surowy i poważny, którego bałem się, jak ognia, chociaż mi nigdy nic złego nie wyrządził.
Trzeci zakonnik był obcy, widziałem go po raz pierwszy dopiero. Człowiek lat średnich, szczupły, o twarzy bladej, ascetycznej, oczach przenikliwych i bystrych. Broda rzadka, szpakowata miejscami, spadała mu na piersi.
Gdy stanęli na ganku, ten obcy głowę pochylił i łagodnym głosem rzekł:
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, pokój temu domowi.
Wszyscy zbliżali się do niego z wielkiem uszanowaniem, a ja szepnąłem do panny Felieyi:
— Proszę pani, a gdzież ten z Rzymu?
— Nie widzisz?...
— Ten? ależ pani, przecież to kapucyn.
Chciała mi odpowiedzieć, lecz dziadek skinął na mnie, przybiegłem...
— Ojcze dobrodzieju — rzekł — oto mój wnuki!
Pocałowałem zakonnika w rękę, on pogładził mnie po głowie.
— Niech cię Bóg błogosławi. Ucz się i pracuj!
— Sierota po moim synu — dorzucił dziadek.
— Niema sierot, panie — rzekł łagodnie — bo nad wszystkimi czuwa Bóg Ojciec Przedwieczny.
Dziadek trochę się zmieszał, a zakonnik odezwał się do mnie:
— Słyszałeś, chłopczyku, com powiedział?
— Słyszałem.
— Zawsze o tem pamiętaj, a sił i starań dokładaj, żebyś na łaskę Ojca sierot zasłużył. Strzeż się złego jak ognia, a Bóg cię nie opuści.
Pogłaskał mnie jeszcze raz po głowie i do starszych się zwrócił. Pani rotmistrzowa, ujrzawszy go, koniecznie usiłowała powstać na powitanie, zbliżył się do niej szybkim ruchem i rzekł:
— A dobrodziejko! co znów... niechże się pani nie rusza.
Przywitali się, jak dawni znajomi.
— Jakże — pytał — ze zdrowiem?
— Trzyma mnie Pan Bóg przy życiu — odrzekła — pomimo lat starych i cierpień. Wola Jego, choć nieraz pragnęłabym już odpocząć. Fizyczne moje dolegliwości łagodzi kochany nasz doktór, a moralne modlitwa.
— Tak, pani, wiara daje siłę, wiarę mieć potrzeba...
Aptekarz odchrząknął i tabaki zażył. Może miał ochotę spór wszcząć, ale rozmyślił się, za wielu przeciwników widząc.
Rozmowa dotykała różnych przedmiotów, a dziadek, doktór, z dziesięć razy zatrącali o Rzym, chcąc ją na inne tory sprowadzić, gość jednak mówił mało i każde słowo ważył.
Nie uszło to bacznego oka rotmistrzowej.
— My tu — rzekła — żyjemy spokojnie i cicho, jak na partykularzu, a wszyscy na mnie starą i chorą łaskawi, tworzą jakby jednę rodzinę, jednakowo myślą i czują... Antosiu — dodała, zwracając się do kuzynki — poproś młodzież i dzieci do sali, może zagrasz im co...
Panna Antonina pośpieszyła spełnić żądanie.
Pobiegłem, aby otworzyć stary fortepian, lubiłem bowiem te przyciszone, a zawsze prawie smutne melodye, bo też i panna Antonina zawsze była smutna i nie słyszałem nigdy, żeby się śmiała.
Stanąłem niedaleko fortepianu tak, że przez drzwi nachylone widzieć mogłem pozostałe w drugim pokoju towarzystwo.
Wszyscy przysunęli się bliżej do stołu i słuchali z największą uwagą. Gość opowiadał coś spokojnie, poważnie, bez gestykulacyi.
Nie doleciał mnie jednak ani jeden wyraz, bo mówiący głos zniżył i dźwięki fortepianu przeszkadzały słyszeć, uważałem jednak, że coś bardzo ciekawego mówi.
Malowało się to na twarzach słuchaczów. Dziadek mój okulary na czoło zsunął, doktór głową kiwał, a aptekarz co chwila zacierał ręce, jakby mu się zimno robiło.
Stanąłem za krzesłem panny Felicyi i szepnąłem jej do ucha:
— Ciekawym, o czem tam oni mówią?
— O, ja wiem, żeś ty zawsze ciekawy... co za szkoda, że nie jesteś dziewczyną.
— Pewnie, że szkoda — odrzekłem.
— Tak?
— A tak! żebym był dziewczyną, nie wyśmiewałbym tych, którzy by mnie kochali.
— Proszę! a ponieważ jesteś chłopcem, więc zapewne kochasz i jesteś za to wyśmiewany.
— Jakby pani wiedziała.
— Kogoż to kochasz i kto jest względem ciebie taki okrutny?
— Panią kocham — odrzekłem poważnie.
Panna Felicya podniosła rękę, zapewne z zamiarem dania mi porządnego klapsa, a ja zapytałem:
— Co pani widzi w tem złego? Com ja winien, żem panią pokochał, że zazdroszczę Sewerynkowi jego szczęścia. Czemuż pani nie jest moją siostrą? Ach, jakby to było dobrze! Bo, widzi pani, u nas w domu bardzo smutno. Dziadzio rzadko kiedy w dobrym humorze; odezwać się niema do kogo. Gdyby pani była moją siostrą, toby mnie pani uczyła, a jabym zawsze pani trzymał bawełnę do zwijania, czytywał książki, chodzilibyśmy na spacer. Byłoby mi dobrze na świecie... i gdybym pani powiedział, że panią kocham, toby się pani nie wyśmiewała tak, jak dziś, bo brat powinien siostrę kochać, a siostra brata także.
Widocznie te proste słowa wzruszyły ją, bo przyciągnęła mnie do siebie, pocałowała w czoło i rzekła:
— Dobrze! od tej chwili jestem twoją siostrą, mój sierotko, i wiedz, że cię bardzo kocham.
Nigdy w życiu nie byłem tak szczęśliwy, nie mogłem powstrzymać łez radości.
— Uspokójże się — rzekła — proszę cię! Dziwny z ciebie dzieciak, ty chyba chory jesteś, że najmniejsza rzecz do łez cię pobudza. Wybiegnij przed dom lub do ogrodu, pochodź... Ja o twojem usposobieniu ojcu powiem, niech cię leczy.
— Alboż ja jestem chory?
— Nie wiem, ale zdaje mi się... pomówię z ojcem, a teraz idź, proszę cię, mój braciszku.
Chciałem odejść, lecz zatrzymałem się w progu. Zwróciła moją uwagę wielka cisza, jaka nagle w sąsiednim pokoju zapanowała.
Wszyscy pospuszczali głowy, a gość mówił:
— Przecież chyba się jasno tłómaczę. Pytam o mego dobrego znajomego i przyjaciela, pana Piotra, który niedaleko ztąd ma wioseczkę, zdaje się, Dębiankę. Niepodobna, żebyście go państwo nie znali.
— To jest... — rzekła pani rotmistrzowa — znaliśmy go.
— Jakto! więc pan Piotr nie żyje? — rzekł ksiądz, z odcieniem żalu w głosie. — Modlić się nie przestanę za jego piękną duszę i wam — dodał, zwracając się do zakonników — ojcowie kochani, ją polecam.
— Pan Piotr — odezwał się gwardyan.
— Pan Piotr — przerwał doktór — fizycznie żyje dotychczas i w Dębiance podobno mieszka jak dawniej.
— Ach! więc umarł moralnie — rzekł zakonnik. — Wybaczy pan doktór dobrodziej, ale chociaż mi wiadomo, że człowiek ułomny jest i w błędy wpada, ale ja w śmierć moralną pana Piotra nie wierzę i nie uwierzę, chyba przekonany dowodami.
Znów zrobiła się cisza, dla całego towarzystwa przykra.
Tuż za mną zaszeleściło coś; to panna Felicya pocichutku zbliżyła się do drzwi wpół otwartych, oparta rękę na mojem ramieniu i cofnęła mnie w ten sposób, że jedno skrzydło drzwi zasłaniało nas zupełnie.
Mogliśmy więc niewidzialni być świadkami, a raczej słuchaczami rozmowy. Panna Felicya wstrzymywała oddech, słyszałem wyraźnie uderzenia jej serca.
Przerwała milczenie pani rotmistrzowa.
— Widzi ksiądz dobrodziej — rzekła nieśmiało — zaszła sprzeczka, spór, którego byłam świadkiem.
— O cóż to?
— O zasady — wtrącił doktór — o zasady! Pan Piotr wypowiadał takie herezye, że wszyscy musieli odwrócić się od niego. Dziś nikt go nie zna i nikt nie podaje mu ręki.
— Czy nie mógłbym poznać treści sporu?
— Niech doktór powie! — rzekła pani rotmistrzowa.
— Wybaczy pani, nie mogę... w sporze byłem stroną.
Uproszono mego dziadka, który kontent, że może się popisać wymową, przedstawił całe zajście, nie żałując sentencyj ze starożytnych mędrców i pisarzy.
Gość słuchał relacyi uważnie, nie przerywając ani jednem słowem, dopiero, gdy dziadek skończył, zapytał:
— Więc to jest całe przestępstwo?
— Tak — odrzekł dziadek.
— A więcej nad to ów człowiek nie popełnił nic?
— Alboż mało? — zawołał zaperzony doktór.
— Stanowczo zamało, ażeby człowieka uczciwego, prawego i zacnego pozbawić szacunku i czci, na które całem swojem życiem zarobił, stanowczo zamało, aby obrzucić go błotem i sponiewierać... O! jakże skorzy jesteście do kamieniowania bliźnich, jak porywczy i zapalczywi w sądach! A modlimy się przecież codzień, aby nam Sędzia Najwyższy występki przebaczył i za winy nas nie karał, a powtarzamy wyrazy: „jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”, a ten nawet winowajcą nie jest, ten potępiony niesłusznie i skrzywdzony. Czego żądacie? Marzycie o swobodzie ducha, stawiacie ją na wyżynach waszych ideałów, a zarazem chcecie zamknąć usta, które wypowiadają inne zdanie. Cóż to, ostracyzm pogański wskrzesać chcecie? A przecież jeżeli wy go potępiacie za zdanie, on was za wasze także może potępić z równą niesłusznością. Źle, źle... panowie!.. szafujecie obelżywemi tytułami za hojnie, niesprawiedliwie, bez zasady.
— Słuchaj! słuchaj! — szepnęła do mnie panna Felicya, a gość, opowiedziawszy w krótkich słowach przeszłość pana Piotra, rzekł:
— Naprawcie zło, wynagrodźcie krzywdę, o przebaczenie go proście, bo inaczej grzech ciężki obarczy wasze sumienia.
Nikt odezwać się nie śmiał.
— Ojcze gwardyanie! — zapytał ksiądz — dalekoż ztąd do Dębianki?
— Nie bardzo, mila drogi.
— Każcie też, drogi ojcze, jutro po mszy kwestarskie szkapy zaprządz. Pojedziemy pokrzywdzonego odwiedzić i pocieszyć. Widzę z boleścią, że słowa moje nie trafiają państwu do przekonania, że zatwardziliście serca w gniewie i oburzeniu niesprawiedliwem i niesłusznem. O! czemuż nie mam dość wymowy, abym przekonać was mógł, jak wielką człowiekowi prawemu wyrządzacie krzywdę i zarazem jaki ciężki grzech bierzecie na sumienie!
Broniąc pana Piotra, zakonnik unosił się, na twarz jego ascetyczną i bladą wystąpiły rumieńce, wychudłą rękę wzniósł do góry i wypowiedział wzruszającą mowę o niezgodzie wszystko burzącej, o tej hydrze, przeciwko której ongi piorunował złotousty Skarga, przeciw której powstawali najznakomitsi obywatele i pisarze.
Zdawało się mówcy, że na kazalnicy jest i że ma tłumy przed sobą. Głos jego, cichy z początku i łagodny, brzmiący jakby ojcowską wymówką, nabierał siły i jędrności, wzmagał się, potężniał, groził i gromił.
Wstrzymałem oddech w piersiach, żeby ani jednego wyrazu nie stracić, słuchałem i jednocześnie przejmowała mnie trwoga.
Zdawało mi się, że to który z proroków biblijnych powstał i lud zbłąkany nawraca.
Wszyscy pochylili głowy w milczeniu, wszyscy byli do głębi wzruszeni, a kiedy zakonnik, kończąc przemówienie, wzniósł ręce do góry i zawołał:
— Wytęp, o Panie zastępów! waśni braterskie i natchnij wszystkie serca duchem miłości i zgody! — wszyscy jednogłośnie odezwali się:
— Amen!
Pani rotmistrzowa, ocierając łzami zaszłe oczy, rzekła:
— Ja pierwsza wyciągnę do niego rękę, ja pierwsza go przeproszę, bo chociaż nie obraziłam go słowem, ale myśl miałam dla niego nieprzychylną. Zresztą w moim domu krzywda mu się stała, więc poczuwam się do obowiązku złe naprawić, przeproszę go pierwsza.
— I ja! i ja! — odezwały się liczne głosy.
Doktór milczał.
— Panie doktorze! — odezwała się rotmistrzowa — wszak pojednasz się z nim?
Nie słyszałem, co doktór odpowiedział, gdyż do pokoju wsunął się Kajetan i przy drzwiach stanąwszy, gwardyauowi znaki jakieś dawał.
Gwardyan powstał i wyszedł za wiarusem, a po chwili wrócił zaniepokojony.
— Co się stało, ojcze? — zapytał gość.
Gwardyan szepnął mu kilka słów do ucha, gość zerwał się pośpiesznie, powiedział coś pani rotmistrzowej, skłonił się wszystkim i z obydwoma zakonnikami wyszedł zaraz. Widocznem było, że stał się jakiś wypadek nadzwyczajny, który wszystkich poruszył i zelektryzował.
W całem towarzystwie zrobiło się zamieszanie; dziadek mój, kanonik, doktór Głowacki szeptali coś między sobą, naradzali się, nareszcie doktór rzekł głośno:
— Niema co zwłóczyć! ja jadę natychmiast. Co będzie można, zrobię — i wybiegł, nie żegnając się z nikim.
— Co się stało? — szepnęła do mnie panna Felicya — mój drogi, dowiedz się koniecznie.
— Chyba Kajetana zapytam — odrzekłem i pobiegłem go szukać.
Stał na podwórzu zamyślony, oparty o płot.
— Mój Kajetanie! — rzekłem — co wyście powiedzieli księdzu gwardyanowi?
— Ciekawość! — odburknął szorstko.
— A Kajetan zawsze się złości nie wiadomo czego!
— Nie złoszczę się, ale mi markotno, zmartwienie mam i cała rzecz. Ludzie giną, jak muchy, chociaż i wojny niema.
— Któż zginął, mój Kajetanie kochany? Powiedzcie mi, proszę, a patrzcie, mam nowiutką dziesiątkę, dziadzio mi dał. Miałem sobie wiśni kupić, ale już nie kupię, wolę wam dać. Powiedzcie mi, kto zginął i kiedy?
Dziad się zaraz udobruchał.
— Dziesiątkę wezmę — rzekł — bo właśnie w zmartwieniu się przyda, a paniczowi powiem: zginąć, to on jeszcze nie zginął, ale krucha nadzieja, bo skoro po księdza posłali, to pewnie zginie.
— Po księdza, dla kogo?
— Był młody pan z Dębianki, sam jedną bryczką popędził doktorów szukać, a drugą tu zostawił z człowiekiem, żeby duchem księdza przywiózł, bo stary pan w Dębiance bardzo zasłabł.
Człowiek poleciał na probostwo, powiedzieli mu, że kanonik u nas. Człowiek do nas, ja stałem przy furtce; powiada: tak i tak, a ja mówię, kapucyni tu są, zaraz który pojedzie, no i jak panicz widział, poszedłem do pokoju i szepnąłem parę słów księdzu gwardyanowi i wie panicz, co się stało? Nie gwardyan pojechał, ale ten ksiądz z Rzymu. Nawet do klasztoru nie wchodził, tylko ot! tu do fary wbiegł. Kościół był otwarty, ksiądz Wiatyk wziął i pojechał do Dębianki, co konie mogły wyskoczyć. Teraz już panicz wszystko wie.
— Ach, mój Boże, biedny pan Piotr!
— A juści, że biedny, to biedny. Nawet nie miałem czasu spytać człowieka, czy się przygoda jaka zła stała, czy tak ze starości zachorzał.
Pobiegłem co żywo z raportem do panny Felicyi. Wszyscy byli smutni i powarzeni, rozmowa nie kleiła się. Groźne słowa gościa brzmiały wszystkim w uszach, a wobec wiadomości o blizkiej śmierci pana Piotra, krzywda, jaką mu wyrządzono, tem widoczniejszą się stawała.
— Ja nieraz o tem myślałam — mówiła pani rotmistrzowa — nieraz zastanawiałam się nad tem, czy nie postąpiono z nim za porywczo i za ostro.
— Pani dobrodziejko! — odezwał się mój dziadek — doktór miał też swoje racye.
— A przecież pojechał do niego.
— Fakt, że pojechał, ale nie dowód, że od zdania odstąpił. Lekarz jest, więc dowiedziawszy się o niebezpiecznej chorobie, jedzie. Pan Piotr za śmiało zdanie swoje wygłosił i był z tem zdaniem odosobniony, przeciw wszystkim szedł, przeciw prądowi. Wiadomo pani dobrodziejce, że silne ramiona musi mieć ten, kto pod wodę chce płynąć, tak samo silne racye mieć musi, kto chce ze zdaniem opinii, z przekonaniem całego ogółu walczyć. Powrócimy jeszcze kiedy do tej materyi i obszerniej postaram się zdanie swoje wyłożyć. Dziś, jak sądzę, nie pora na to. Umierający może właśnie w tej chwili przed Boskim sądem staje, więc my, słabi ludzie, z wyrokiem nie spieszmy.
— Ma pan dobrodziej słuszność w tym ostatnim punkcie. Nie sądzić go, ale modlić się za niego należy, aby zdrowie odzyskał, a może sam się obroni.
Wieczór, na który pani rotmistrzowa przygotowywała się, który pannę Antoninę tyle trudu kosztował, nie udał się.
Goście rozeszli się, przygnębieni i smutni.
Ponieważ panna Felicya nie miała z kim wracać, przeto my z dziadkiem odprowadziliśmy ją do domu.
Dziadek z galanteryą starodawną podał jej rękę, a ja dreptałem obok. Gdyśmy już byli przed domem doktora, panna Felicya podziękowała dziadkowi za odprowadzenie, a do mnie rzekła cicho:
— Pamiętajże, przyjdź jutro do Sewerynka, będziesz mi bardzo potrzebny, mój paziu.
— Przyjdę! — odrzekłem — jeżeli dziadzio pozwoli.
— A czyż ci kiedy bronię? — odezwał się staruszek.




VI.

Ciężkie sny miałem tej nocy. Zawsze skłonny do marzycielstwa, z bojaźliwą ciekawością zaglądający w świat fantazyi, nie mogłem usnąć odrazu pod wpływem wrażeń rozmaitych.
Przyszły mi na myśl trumny w podziemiach kościelnych, groźna postać rotmistrza, chodząca po księżycowym promieniu, jak po ścieżce, zawieszonej w powietrzu. Pan Piotr, zagrożony śmiercią, wstępujący na próg zagrobowego życia w krainę cieniów i duchów, tajemnic pełną, załzawione oczy panny Felicyi, wstrząsająca mowa zakonnika i jakaś straszna postać opinii, miażdżącej ludzi, którzy jej pokornymi sługami być nie chcą.
Wszystko to przesuwało się przed mojemi oczyma, niby w panoramie fantastycznej, której przyświecało trwogą przejmujące zjawisko niebieskie, kometa. Widziałem ją codzień wieczorem od niejakiego czasu, świeciła jasno ta gwiazda, a za nią wlókł się ogon świetlny, niby ognista rózga, na postrach ludziom niewidzialną a potężną ręką na sklepieniu niebieskiem zawieszona.
Patrzyłem na nią z trwogą nie ja tylko, bo wszystkich ona przejmowała strachem, a ludzie za przepowiednię wielkich nieszczęść, za wróżbę końca świata ją uważali.
Rano byłem mizerny i blady.
— Co ci jest? — zapytał dziadek — czyś nie chory?
— Nie, dziadziu.
— Więc dlaczego wyglądasz jak zmokła kura i krzywisz się, jak środa na piątek?
— Spałem źle, dziadziu.
— A to co nowego? Za moich czasów dzieci sypiały, jak kamienie.
— Być może, dziadziu, ale wtedy nie było komety.
— Ach, więc i ty także?
— Co, dziadziu?
— Komety się lękasz?
— Bardzo, tyle o niej mówią.
— A wiesz-że przynajmniej, co to jest kometa?
— Nie wiem i może właśnie dlatego się boję.
— Racya. Kometa jest to ciało niebieskie, gwiazda.
— Dlaczegoż ma ogon ognisty, kiedy inne gwiazdy...
— To nie jest ogon, to światło. Ona tak szybko przebiega ta gwiazda, że ślad świetlany pozostawia po sobie i nam się zdaje Bóg wie co.
— Więc końca świata nie będzie?
— Będzie, ale nie kometa świat zniszczy.
— Więc dlaczego, mój dziadziu, ludzie takie przepowiednie robią?
— Któż to może wytłómaczyć? Już w naturze swojej człowiek ma skłonność do przesądów. Sam bezsilny i słaby, drobnym pyłkiem się czuje wobec tych światów wielkich, niezmierzonych, które się w przestworzu nad nim unoszą. Wyobraża sobie, że mają one wpływ na jego losy, z ich biegu i układu usiłuje odgadnąć przyszłość ludzi i nawet całych narodów, jak to czynili wieszczbiarze starożytni i astrologowie średniowieczni. Według ich mniemania, znaki zodyaku, pod jakiemi człowiek na świat przychodzi, byłyby jakoby nieomylną wskazówką dalszych jego losów. Wierzono i jeszcze wierzą niektórzy, że każdy człowiek ma swoją gwiazdę, że gwiazdy spadające są nieomylnem proroctwem śmierci tych, którym one jakoby wyłącznie miały przyświecać. Jeżeli więc do zwyczajnych zjawisk na niebie skłonni jesteśmy przypisywać takie wielkie znaczenie, cóż dopiero, gdy się ukaże światło nadzwyczajne, niezwykłe, gdy chwilowo zajaśnieje wspaniały meteor, albo, jak teraz, gdy ta kometa co noc ukazuje się na horyzoncie, grożąc niby ludziom potężną rózgą ognistą! Nie ma się czego dziwić, ludzie dużo złego broją i nie zawsze miewają czyste sumienie, więc taki znak widomy na niebie wydaje im się ostrzeżeniem niejako i groźbą, że Bóg karać będzie surowo, że ześle na świat klęski w postaci krwawych wojen, ciężkich chorób i innych nieszczęść powszechnych.
Przerwałem dziadkowi zapytaniem:
— Mówią o końcu świata. Zkądże to ludziom na myśl przyszło?
Dziadek uśmiechnął się:
— To widzisz — rzekł — jakiś Niemiec niby uczony obliczył, że kometa spotka na swej drodze naszą kulę ziemską, że o nią uderzy, i naturalnie, rozbije ją na proszek.
— Czy to być może? — zawołałem. — Cóżby się w takim razie stało z naszym domkiem, z dworkiem przy cmentarzu, z panią rotmistrzową, z panną Felicyą, z panem Piotrem z Dębianki?
— Ha! — odpowiedział staruszek z uśmiechem — zrobiłaby się z nich tabaka.
— To niepodobna.
Dziadek chciał jeszcze coś dodać, lecz w tej chwili wszedł do pokoju rudy żyd, Pinkus Lederlich, główny golarz miasteczka, który regularnie trzy razy w tygodniu przychodził do dziadka.
Ukłonił się i zaczął rozkładać swoje przybory, uśmiechając się przy tem znacząco.
— Jakoś w dobrym humorze jesteś, Pinkus! — rzekł dziadek.
— Za przeproszeniem wielmożnego pana, ja nie jestem ani w dobrym humorze, ani w złym humorze. Jestem tak sobie, jak codzień. Dziękuję panu Bogu, że mi daje paru panów do ogolenia, trochę chorych pod bańki i pijawki, a czasem zepsuty ząb do wyrwania, człowiek ma z czego żyć!
— Dopóki świat stoi — wtrącił dziadek.
— Nu, a dlaczego on nie ma stać?
— Różnie mówią. Powiedz mi jednak, Pinkus, co wy o tem myślicie?
— Jakto, my?
— No, wy, żydzi.
— Proszę wielmożnego pana! — odrzekł, gładząc długie, rude pejsy — nasi uczeni powiedzieli o tym interesie, że to może być prawda, może być i nieprawda.
— No, to niewiele powiedzieli!
— Jakto niewiele? Oni powiedzieli bardzo dużo, tyle akurat, ile można o takiej rzeczy powiedzieć; po pierwsze, może być nieprawda, bo u nas stoi w księgach, że świat nie będzie popsuty aż do sześciu tysięcy lat, ale tego terminu ani my, ani nasze dzieci, ani nasze wnuki nie doczekają; po drugie, może też i prawda, bo ludzie robią coraz więcej gałgaństwa, więc może się stać zato jaki paskudny i niepotrzebny przypadek. Takim sposobem nasi uczeni, mówiąc, że będzie albo tak, albo nie tak, powiedzieli wielką prawdę.
— Ależ... — przerwał dziadek.
— Za pozwoleniem wielmożnego pana, to jest dopiero początek, ale co będzie dalej?
— Cóż ma być?
— Aj waj! wielmożny panie, jakto, co ma być? przypadek może być? Ja myślę, że świat się nie skończy i drugie nasze żydki myślą też, że się nie skończy, ale są i tacy ludzie, co mówią, że się skończy. Dajmy na to, że człowiek mieszka w domu, zwyczajnie sobie, jak w domu. Ma kawałek dachu nad głową, deszcz mu na nos nie cieknie, ma ciepło i całkiem dobrze. No, i dom, to jest dom. Zdaje się, że stoi mocno, nie przewróci się, że jest zrobiony z porządnego drzewa, jak się należy, że... nic mu złego nie będzie.
— A ogień?
— Właśnie pan dobrodziej trafił, gdzie potrzeba, ja sam chciałem powiedzieć: ogień. Co to jest ogień? Jest nieszczęście, przypadek. Człowiek potrzebuje się chronić od przypadku i dlatego pilnuje, żeby z gołą świeczką na strych nie chodzić, żeby komin był dobry... żeby była ostrożność jak się należy. A na przypadek jakiego przypadku stara się o takie sposoby, żeby dom swój ratować. Rozumie teraz pan dobrodziej, do czego ja to wszystko powiadam.
— Nie rozumiem — odrzekł dziadek.
— Pan zrozumie zaraz! Koniec świata jest też przypadek, trzeba się od niego zabezpieczyć...
— Ale jak?
— Właśnie na to są mądrzy ludzie, żeby wiedzieli, jak na złe poradzić. Myśmy szukali takich mądrych ludzi i myśmy znaleźli!
— Ciekawy jestem gdzie? — spytał dziadek.
— Oj, oj! wielmożny panie, są, czy wielmożnemu panu nie wiadomo? cudowniki, oni wiedzą, czego my nie wiemy i potrafią, czego my nie potrafimy, i słyszeli o interesach, o jakich my nigdy nie będziemy słyszeli.
— Pewnie rabin — odrzekł dziadek.
— Nu, a któż? Wiadomo, że jak kto z naszych starozakonnych ma zmartwienie, jak mu źle, albo jak zrobi się taka rzecz, co nie potrzeba, żeby się zrobiła, to idzie do rabina, żeby go rabin ratował, a teraz, jak wszystkim żydkom strach i wszystkim się może zrobić niedobry interes, to rabini sami z siebie, bez proszenia, puszczają głowy w ruch, żeby radę jakąś obmyśleć i żeby żydowski naród nie zginął.
— Więc cóż obmyślili?
Pinkus uśmiechnął się.
— Co oni obmyślili? co oni obmyślili? mądrze obmyślili, jak zawsze.
— Ale co?
— Kazali postawić na rynku beczki z wodą, kto tylko miał jaką pustą beczkę, to ją przytoczył na rynek i nalał wodą. Już teraz stoi więcej niż sto beczek i żydki są daleko spokojniejsi. Nie boją się już, to jest oni się jeszcze trochę boją, znajdzie się nawet niejeden taki, co się bardzo boi, ale zawsze już nie tak, jak pierwej.
Ja sam, przyznam się wielmożnemu panu, dopiero teraz jestem cokolwiek spokojniejszy...
— Ciekawy jestem, w jaki sposób woda ma pomódz?
— W jaki? w taki, jak zawsze. Czem gasić ogień? ma się rozumieć, wodą... przecież ta gwiazda, ten komet, jest z ognia, cały ogon ma z ognia, powiadają, że jednego dnia ma uderzyć tym ogonem w ziemię... Nu, niech-no on sprobuje. Jeżeli trafi, broń Boże, w nasze miasteczko, w sam rynek, to padnie na wodę i zgaśnie. Ha, słyszy wielmożny pan, jaki sposób! Ten komet, póki suchy, może ludzi straszyć, ale jak sobie ogon zmoczy... to będzie tyle wart, co wystrzelnięta dubeltówka.
Gdy Pinkus opowiadanie swoje kończył, przyszedł odwiedzić dziadka brat Serwacy.
Dowiedziawszy się o takim skutecznym na koniec świata sposobie, kwestarz śmiał się i żartował z żyda.
— Nu, nu, niech ksiądz kwestarz nie śmieje się — rzekł Pinkus — bo chociaż na świecie nie zawsze dobrze jest, ale lepiej, jak się świat trzyma kupy, gorzejby było, żeby się przewrócił. Fe! niech nasze oczy nie widzą takiego interesu, na co on nam potrzebny?
— Masz racyę — wtrącił brat Serwacy, zażyj zato tabaki.
— Aj waj, dlaczego nie? jak na to, jak na lato, a taką tabakę, jak wielmożni panowie Kapucyni mają, zażywałbym w największe święto, bo to jest bardzo smakowity posiłek.
— Jakto posiłek? — spytał dziadek.
— Ma się rozumieć, że posiłek, bo on daje siłę na oczy. Największe panowie i największe rabiny lubią tabakę zażywać.
Gdy Pinkus wyszedł, dziadek kazał podać przekąskę. Zasiedli z bratem Serwacym przy stole i spożywali śniadanie.
Ja, wziąwszy swoją porcyę chleba z powidłami, ulokowałem się w kąciku przy oknie.
— Jakże tam, ojczulku — zapytał dziadek — co nowego?
— Niewiele.
— A gość nasz kiedy odjeżdża.
— Nie wiadomo. Upodobał sobie u nas, więc siedzi, jak w domu. Bo i tak jest, ten klasztor, czy ów, zawsze to dom dla zakonnika, bo nie mury rzecz stanowią, lecz reguła. Przytem, o ile wiem teraz, duże zatrudnienie ma. Księgę jakąś pisze i upodobał sobie nasz klasztor. W bibliotece cały dzień przepędza, a wiadomo panu dobrodziejowi, jaka tam cisza zwykle bywa. Okna na ogród wychodzą, chyba tylko muszka niekiedy zabrzęczy, lub gałązka, przez wiatr poruszona w szybę trąci. Widać mu ojciec gwardyan i ojciec kaznodzieja dopomagają w pracy, bo często z niemi konferencye miewa i wspólnie ogromne księgi całemi godzinami czytują.
— Ciekawym, co to za dzieło?
— Teologiczne zapewne, przeznaczone do druku, a co w niem będzie, nie wiem, nie uczonym bowiem i w takich sprawach nie biegły. Chwalę Stwórcę mego, jak umiem, i czynię, со mі przełożeni każą, kwestować — kwestuję, rybek nałowię, jak mam czas, to bratu ogrodnikowi pomagam i tak oto z łaski Najwyższego dzionek za dzionkiem biegnie, jak paciorek za paciorkiem w Różańcu, dopóki ostatni się nie zsunie.
— Bardzo mnie to cieszy — rzekł dziadek — że praca nad owem dziełem przez dłuższy czas u nas go zatrzyma. Światły to człowiek, rozmowa z nim prawdziwą przyjemność sprawia.
— O ile domyśleć się mogę — odrzekł brat Serwacy — jeszcze jeden powód go u nas zatrzyma.
— Jaki powód?
— Pan Piotr. On go nie opuści... chyba wrazie śmierci, broń Boże, ale jeśli zdrowie wracać zacznie, to dwaj przyjaciele nie rozłączą się tak prędko. On pana Piotra nawet z doktorem pogodzi.
— Wątpię.
— A ja nie. On jest jedyny do tego. Wielkie zawziętości i waśnie ludzkie on godził, a zna naturę człowieczą na wylot, w duszach, jak w książce, czyta.
— Czy się w klasztorze tej sztuki nauczył?
Kwestarz się roześmiał.
— Panie dobrodzieju! — rzekł — uczą się ludzie i w szkole i w klasztorze, ale podobno najwięcej w życiu, w biedzie, w tułaczce, w poniewierce. Podobno niema lepszej szkoły, natabene, jeśli się z niej korzystać potrafi.
— A kiedyż on, mój bracie, tę szkołę i poniewierki przechodził.
— Dobrodzieju, właśnie pana Piotra trzebaby o to zapytać. On właśnie mógłby dużo o tem powiedzieć.
— Pan Piotr! No, proszę, nowe rzeczy opowiadasz mi, bracie Serwacy.
— Tak jest, pan dobrodziej nie zbyt dawno między nami, więc niejednej historyi tutejszej nie zna. Do nas, do klasztoru, często ze świata odgłosy dochodzą, no, a ja, biedny sługa Boży, od wsi do wsi, od dworku do dworku za kwestą jeżdżąc, z ludźmi różnej kondycyi przestając, to i owo usłyszę i wiem.
— Ale to mnie jednak zastanawia, jaki stosunek mógł ich łączyć. Pan Piotr bardziej mi na starego wiarusa, aniżeli na eks-mnicha wygląda, wątpię więc, żeby kiedy razem pacierze w chórze odmawiali. Nawet, co ja mówię, wątpię! wątpliwości żadnej nie masz i być nie może, przecież pan Piotr syna dorosłego ma, ergo i żonę musiał zamłodu mieć, więc...
— Tak, panie dobrodzieju, tak, ale i nasz gość nie w poranku życia swego zakonnikiem został. Dziś habit nosi i sandały drewniane, ale niegdyś czem innem nagość swą przyodziewał.
— Rozumiem.
— Nawet znać po nim i teraz dawne rzemiosło; ruch ma osobliwy, żołnierski, chód równy, jakby mierzony i w spojrzeniu coś rozkazującego, bystrego. Dawne to czasy i wiem od naszego furtyana, niegdyś także żołnierza, jak to bywało. Wielki kawał świata przeszli, los rzucał nimi, jak piłką, a potem jeden poszedł rolę uprawiać i zwierza ścigać po lasach, a drugi świata się wyrzekł i Bogu służyć ślubował, odbył ciężki nowicyat, mnichem został. Jakim jest zakonnikiem, opowiadać panu dobrodziejowi nie mam potrzeby; wiedzą to ludzie. Prawdziwy żołnierz Chrystusowy, zwierzchność go ceni, misye mu ważne poleca. Otóż z panem Piotrem stara i wypróbowana przyjaźń go łączy i, jak panu wiadomo, w obronie swego socyusza stanąć umiał. Bronić on też będzie jego dobrej sławy i skutecznie zwróci panu Piotrowi to, co mu ludzie porywczo i niesłusznie odebrali.
Powiedziawszy to, kwestarz powstał i do odejścia się zabierał, ale dziadek puścić go nie chciał.
— A cóż jegomości tak pilno? — mówił — po ogień przyszedłeś, czy co? Klasztor nie ucieknie, siadaj-no jeszcze, powiedz, co tam nowego de publicis.
— Pan dobrodziej ma gazety?
— Niewielka pociecha z nich; puste są, jakoś z po za mglistych osłon nie wiele można wydobyć. Czasem od żydów prędzej się coś usłyszy, bo ci wiedzą wszystko! Wszystko, powiadam jegomości, wiedzą expedite.
— Oni to — rzekł kwestarz — relacye swoje mają, a że są wszędzie i jeden drugiego podtrzymuje, więc sobie wszelkich wieści udzielają nawzajem. Sprytny naród.
— Zanadto przebiegły i chciwy.
— Prawda to, panie dobrodzieju, święta prawda, ale w niektórych razach wzór z nich brać trzeba. Trzymają się razem, mocno się trzymają, ręka w rękę idą.
Dziadek nie oponował, rozmowa zwróciła się na pole polityki i zaczęły się debaty nad tem, co Francya myśli, co Anglia zrobi, jakie Turcya powzięła zamiary?
Całą Europę przebiegli, wytykali państwom nowe granice, wytwarzali związki, przymierza, koalicye, nareszcie zrobili straszliwą wojnę powszechną, po której dopiero nastąpić miał pokój, zabezpieczający szczęście wszystkich ludów.
Ponieważ nie we wszystkich punktach się zgadzali, więc wybuchały między nimi przelotne sprzeczki; dziadek czerwienił się i głos podnosił, kwestarz odpowiadał spokojnie, ale za brodę się mocno ciągnął, co znaczyło, że jest wzburzony.
Nie rozumiałem z tego nic a nic, nie wiedziałem, o co idzie. Mnóstwo wyrazów cudzoziemskich, któremi rozmowę przeplatali, utrudniało mi poznanie jej treści. Wysunąłem się pocichu z pokoju i wyszedłem na podwórko przypatrywać się gołębiom pocztmistrza, które całemi stadami dach obsiadły.
Były to śliczne ptaki, niektóre białe, jak śnieg, inne szare, ceglaste, nakrapiane, z połyskliwemi szyjami. Marzyłem, żeby choć kilka takich posiadać. Kiedym tak stał i ścigał gołąbki oczami, usłyszałem za sobą głos:
— Paniczu, paniczu!
Obejrzałem się, obok mnie stał Kajetan.
— Co wy tu robicie, Kajetanie?
— Naumyślnie przyszedłem, czy panicza dziadzio jest w domu?
— Jest.
— Niechże panicz powie, jako mnie pani rotmistrzowa przysłała z pokłonem i prosi, żeby, jeżeli pan czasowy, pofatygował się zaraz, bo coś pilnego pani ma powiedzieć.
— Zaraz powiem, ale co się tam stało? czy kto nie zasłabł we dworku?
— Toć paniczowy dziadzio nie doktór. Nikt nie zasłabł, a zresztą, po prawdzie powiedziawszy, nie wiem. Trzęsigłowa przyszła i powiedziała, żebym zaraz szedł do miasta i poprosił paniczowego dziadzia i pana rejenta. Zrobiłem, co mi kazali, i idę.
— Kajetanie!
— Paniczu kochający, czasu nie mam. Pan rejent prawie za miastem mieszka, drogi kawał, a kazali się śpieszyć.
Pobiegłem i powiedziałem dziadkowi, z czem Kajetan przychodził.
Staruszek zaniepokoił się ogromnie.
— Ciekawym, co to może być? — rzekł do brata Serwacego — wzywają mnie i rejenta. Po co?
— Bądź co bądź, iść trzeba. Skoro powiedziano chłopczykowi, że chory nikt nie jest, to widać będzie jakaś narada prawna. Pan dobrodziej, o ile mi wiadomo, jurysta.
— Zęby ja na statutach zjadłem, kochany bracie, i, nie chwaląc się, znam wszelkie artykuły prawa expedite; kodeks, to mój brewiarz.
— A, panie dobrodzieju, ne misceatur...
— No, nie... to porównanie tylko. Coby tam jednak być mogło? jakiej porady pani rotmistrzowa potrzebuje, bo procesów, o ile mi wiadomo, nie prowadzi. Żyje babunia spokojnie, w swoim własnym dworku, jeżeli ma jaki fundusz, to w listach, nie kłóci się z nikim, wody nikomu nie zamąci, zkąd więc i jakaby sprawa być mogła?
— Zapewne coś ważnego jest — rzekł braciszek — ale ja pana dobrodzieja nie zatrzymuję. Niech pan śpieszy... może istotnie sprawa pilna. Chłopczykowi pozwoli pan ze mną?... rybki dziś łowić będziemy.
— A i owszem, niech idzie.
Ucałowałem rękę dziadka i z bratem Serwacym poszedłem ku klasztorowi, którego mury czerwone widać było zdaleka. Uciecha to dla mnie była ogromna taka wyprawa na ryby. Zapominałem o całym świecie, gdy mi pozwolono wziąć w niej udział.
Siadywałem na przodzie wielkiej krypy i rozkoszowałem się widokiem bystrej rzeki, po której modrych falach płynęliśmy na połów. Gdyśmy już byli blizko klasztoru, przypomniałem sobie zlecenie panny Felicyi.
Wyraźnie kazała mi przyjść, a cóżbym ja był za paź, gdybym zlecenia mojej damy nie spełnił. Zapytałem brata Serwacego, czy nie mógłbym jeszcze na godzinę do Sewerynka zajrzeć, bo mam do niego bardzo pilny interes.
— A idź, moje dziecko — rzekł zakonnik — nim ja się z parobkami wyguzdram, to z pewnością z półtorej godziny upłynie. Masz więc czas, ale swoją drogą, pilnuj się, żebyśmy cię nie odjechali.
— O! zawołałem — stawię się na czas.
Co tchu w piersiach starczyło, pobiegłem do dworku doktora.
Pannę Felicyę zastałem samą. Matka jej zajęta była w kuchni, Sewerynek, chory trochę, położył się i zasnął.
— Czekam na ciebie — rzekła, gdym do pokoju wszedł.
— Co pani każe?
— Moje dziecko, ja nie każę nic, prosić cię tylko mogę. Niespokojna jestem w najwyższym stopniu, nie wiem, co się tam dzieje.
— W Dębiance? — spytałem.
— Tak jest, w Dębiance, czy byś nie mógł dowiedzieć się.
— Ale jak?
— Ach, Boże! gdybym wiedziała, nie czekałabym na ciebie.
— Dobrze — odrzekłem — wkrótce pani przyniosę wiadomości.
— Wkrótce?
— Tak, gdyż nie mam dziś dużo czasu.
— Ty czasu nie masz?
— Nie mam, proszę pani, za godzinę wyjeżdżam.
— Dokąd?
— Z bratem Serwacym na ryby. Niechże pani poczeka, idę i zaraz powrócę, może się dowiem.
Pobiegłem na rynek, gdzie zwykle w dniu targowym gromadzą się wozy włościan okolicznych. Tego dnia targ był duży, rynek zapchany wozami, przeciskałem się z trudnością wśród zgiełkliwego tłumu przekupniów, dopytując, czy nie ma kogo z Dębianki.
Nareszcie ujrzałem znajomego człowieka.
Był to stary chłop, przy lesie pod samą Dębianką mieszkający, rybak, myśliwy, znachor, leczący ziołami.
Miał on u pana Piotra wielkie względy, towarzyszył mu na polowania, czasem do dozoru robotników w polu był używany.
Człowiek ten za jakieś zasługi dostał od pana Piotra chatkę i ziemi kawałek pod lasem, był niezależny zupełnie, pańszczyzny nie robił, nawet gospodarstwem się nie trudnił, lecz zdał je zupełnie na dzieci, a sam całe dnie w lesie, na jeziorze, lub nad rzeką przepędzał.
W miasteczku znano go dobrze, gdyż często przywoził na targ okazałe szczupaki, tłuste węgorze, raki, a grzybów i rydzów co najlepszych bez liku.
Ujrzawszy rybaka z Dębianki, pobiegłem uradowany do niego; właśnie towar swój już sprzedał i do odjazdu się zabierał, zatrzymałem go, prosząc, aby mi powiedział, czy dawno widział pana Piotra i co się z nim dzieje?
Chłop nie był gadatliwy, popatrzył na mnie przez chwilę, podrapał się w głowę i rzekł flegmatycznie:
— Albo co?
— Bo widzicie, tu wszyscy są niespokojni i radziby wiedzieć, jak zdrowie waszego pana, czy mu lepiej?
— Hm... — mruknął — może lepiej, może gorzej, kto to może wiedzieć.
— Bywacie tam przecież.
— A dyć, chodzi się — i dziś byłem.
— Zdrowy? przytomny?
— Nie bardzo.
— Doktór nasz tam jest przecie.
Chłop ręką machnął.
— A juści — rzekł — siedzi, siedzi, jednem okiem na pana patrzy, drugiem gazetę czyta... ale co z tego?
— Więc mówicie, że ciągle źle.
— Nic nie mówię, jeno powiadam, że doktór nic nie pomoże i nie doktorska głowa na taką słabość...
— Więc jakże?
— Będzie jak Bóg da, wola Jego święta. Ja zaniosłem panu trochę jednego ziela, co dobre jest na łamanie i drugiego ziela, co jeszcze lepsze, sam zagotowałem, sam podałem do ręki. Ulżyło mu odrobinkę — usnął.
— Więc lepiej mu?
— W mocy Boskiej, paniczu, w mocy Boskiej. Da Bóg — będzie zdrów, nie da — pójdzie na mogiłki, a tam źle nie jest, człek sobie leży, odpoczywa.
Nic więcej, oprócz tych ogólników niejasnych, z chłopa wydobyć nie mogłem, ale i ta wiadomość pocieszyła pannę Felicyę, pocałowała mnie w czoło i nazwała zuchem. Dlaczego zuchem, do tej pory wytłómaczyć sobie nie mogę.
Kiedy przybiegłem do klasztoru, już brat Serwacy na wóz się gramolił, pojechaliśmy też zaraz drożyną, co się między łąkami wiła, nad brzeg rzeki bystrej, przezroczystej, błyszczącej wśród łąk i zarośli.
Ludzie z sieciami oczekiwali już. Wsiedliśmy w łódź i rozpoczął się połów.
— Małą siecią dziś łowimy — rzekł zakonnik — bo i niewiele potrzeba, ale w zimie tobyś dopiero zobaczył połów co się zowie, ledwie sieć można wyciągnąć, jak dobrze pójdzie.
— Czy — zapytałem — brat Serwacy zawsze rybołówstwem zarządza?
— Co ty pleciesz, dzieciaku — odrzekł mnich, brodę głaszcząc — czem kapucyński braciszek może zarządzać? Robi, co mu każą, i dość na tem, każą po kweście jeździć — jeździ, ryby łowić — łowi, a gdyby korytarze kazali zamiatać, toby zamiatał. U nas, moje dziecko, posłuszeństwo przedewszystkiem, posłuszeństwo, ubóstwo, pokora, ale — dodał, zmieniając przedmiot rozmowy — gdzieżeś ty bywał przez ten cały czas, gdyśmy się wybierali na ryby?
— U Sewerynka, ale nie widziałem go, gdyż chory jest, usnął.
— O proszę, chory... no, ale ma ojca lekarza, to go przecież poratuje.
— Pan Głowacki w Dębiance jest obecnie. A jak się bratu zdaje, czy pan Piotr wyzdrowieje?
— Któż to wiedzieć może, moje dziecko.
— Ja widziałem rybaka z Dębianki; mówił, że trochę lepiej.
Zakonnik wiosłował zawzięcie.
— Może, może — rzekł — dałby to Bóg, ale słyszałem, że niemoc bardzo ciężka.
— Czy oni się też pogodzą? — spytałem.
— Kto?
— Doktór z panem Piotrem.
— Czy się pogodzą? Zapewne... grzeszną jest rzeczą zawziętość, dlaczego mieliby urazę tak długo w sercach chować.
Ludzie zaczęli sieci wyciągać, rozmowa się przerwała. Połów był nadspodziewanie obfity, wróciliśmy do domu z tryumfem.
Brat Serwacy dał mi dwa duże szczupaki i rzekł:
— Zanieś-że te rybki dziadzi i pokłoń się pięknie odemnie.
Pobiegłem do domu, ale dziadka jeszcze nie było i nie widziałem się z nim tego dnia, powrócił bowiem późno z dworku przy cmentarzu, kiedy ja już spałem.
Miał on tam dużo zajęcia.




VII.

Co się stało w dworku przy cmentarzu, w jakiej przygodzie rotmistrzowa rady prawników potrzebowała — opowiem słowami dziadka.
Dowiedziałem się od niego wszystkich szczegółów dopiero w kilka lat później, kiedy już mnie, jako starszego trochę, dziadek do pewnej konfidencyi przypuszczał i o różnych przedmiotach ze mną gawędził.
Zdarzyła się okazya, żeśmy o dworku rozmawiali, dziadek westchnął i rzekł:
— Może ty tego nie wiesz, mój kochany, że raz wzywany byłem do pani rotmistrzowej na konsultacyę prawną.
— Pamiętam — odrzekłem — bo tego dnia był u nas brat Serwacy i dziadzio pozwolił mi pojechać z nim na ryby.
— Prawda i ja pamiętam! Owoż poszedłem. Zastałem rotmistrzową bardzo zmienioną i bladą, po twarzy jej spływały łzy duże, jak ziarnka grochu. Płakała cicho, bez jęku, bez skargi.
Panna Antonina wyglądała tak, jak gdyby ją do trumny włożyć miano, chwiała się na nogach biedaczka, zastałem już tam dwóch panów: rejenta Kolasińskiego i podsędka Medekszę. Siedzieli przy dużym stole, na którym nie było ani akt, ani papierów, tylko jeden list, bardzo krótki, w kilkunastu wyrazach. Rejent i podsędek mieli twarze zasępione, miny zakłopotane; gdy wszedłem, ledwie głowami kiwnęli. Ucałowałem rękę rotmistrzowej i spojrzałem na nią pytająco. Wtenczas ona chciała się podnieść z fotelu, ale nie mogła... sił brakło. Wskazała mi krzesło, abym usiadł i dopiero po dłuższej chwili milczenia, z trudnością wstrzymując łzy, rzekła:
— Ot, panie dobrodzieju, list z Paryża, chciej go pan odczytać i zakomunikować obecnym tym panom, co w sobie zawiera.

Włożyłem okulary, spojrzałem na list. Pisany on był po francusku, widocznie przez osobę zupełnie rotmistrzowej obcą, bo donosiła matce o śmierci syna tak ozięble i sucho, jak o najpospolitszym wypadku.
„Mam honor szanowną panią zawiadomić — brzmiał list — że syn jej Henryk, który pracował od lat kilku w naszym domu handlowym, po krótkiej chorobie żyć przestał. Pochowaliśmy go na cmentarzu... tym a tym... i oczekujemy dyspozycyi, w jaki sposób postąpić z niewielkim funduszem, jaki po nim, po opłaceniu kosztów kuracyi i pogrzebu pozostał. Rachunek funduszu i kosztów załączamy. Przyjmij pani wyrazy współubolewania naszego i szacunku...”

— Więc pani rotmistrzowa miała syna? — zapytałem zdziwiony.
— Pokazuje się, że tak, ja także nie wiedziałem o tem i pierwsze pytanie, jakie jej zadałem, było:
— Pani dobrodziejko, do kogo pisany jest ten list?...
— Do mnie — odrzekła sucho. — Jak panowie widzicie, pękło ostatnie ogniwo łączące mnie ze światem, zniknął ostatni promień nadziei. Proszę Boga o śmierć, nie mam już żyć po co, ani dla kogo. Dwie istoty zostały dotknięte tym ciosem: ja i panna Antonina. Antosiu — dodała — zamknij drzwi i powiedz, żeby tu nie wpuszczano nikogo.
Panna Antonina wypełniła polecenie, a zamknąwszy drzwi, usiadła nie obok nas przy stole, lecz, jak zwykle, na ulubionem swem miejscu, koło okna. Nawet wzięła do rąk robótkę, lecz kłębek wypadł jej z rąk i potoczył się na podłogę. Rotmistrzowa westchnęła, otarła łzy i zupełnie spokojnie, z rezygnacyą mówiła tak:
— Zaprosiłam was, moi panowie, ażeby zasięgnąć waszej rady i mam nadzieję, że mi jej nie odmówicie. Chodzi tu nie o mnie, bom stara, ze światem nic już mnie nie wiąże, modlę się tylko o to, ażeby Bóg conajrychlej mnie ztąd zabrał. Idzie mi głównie o nią.
To mówiąc, wskazała pannę Antoninę, która, pogrążona w smutnych myślach, nie słyszała zapewne, że o niej mowa.
— Cóż pani dobrodziejka rozkaże? — zapytałem — co mamy robić?
Odrzekła na to:
— Zanim do tego przystąpię, muszę panów przedtem w moje stosunki rodzinne wtajemniczyć. Nie wiecie wszystkiego, bo ja o sobie mówić nie lubię i nie zwierzałam się nigdy przed nikim; jeden doktór Głowacki zna dzieje życia mego bliżej, lecz on dyskretny jest i małomówny.
Tu rotmistrzowa opowiedziała nam w krótkości, że pożycie jej z mężem nie było szczęśliwe, że nieboszczyk rotmistrz obraził ją ciężko, wdawszy się w romans z kobietą płochą, że omało z tej przyczyny do rozwodu nie przyszło.
Rotmistrz drogo zapłacił za swe motylkowate usposobienie. Wyzwany na pojedynek, padł, ugodzony kulą w samo serce.
Sekundanci utrzymywali, że to był ślepy traf. Rotmistrzowa, dowiedziawszy się o szczegółach, widziała w nich zasłużoną karę Bożą. Faktem jest, że przeciwnik rotmistrza, zawołanego rębacza i strzelca, jakich mało, poraz pierwszy w życiu trzymał w ręce pistolet.
— Tak — dodał dziadek z westchnieniem — słusznie mówi przysłowie, że człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi; któż wie, czyja wola kierowała tym kawałkiem ołowiu; wszak w dawnych czasach pojedynki zwano sądami Bożemi.
Rotmistrzowa po śmierci męża wyłącznie zajęła się wychowaniem syna, w nim widząc jedyny cel życia, przyszłe szczęście i pociechę na stare lata. Zawiedziona w marzeniach, jej własnej dotyczących osoby, pokrzywdzona przez los, zapragnęła pocieszyć się szczęściem dziecka, marzyła o wnukach... ale tego doczekać jej nie dano.
Syn wyrósł na pięknego młodzieńca, zdobył już sobie pewne stanowisko i miał się żenić z osobą, którą rotmistrzowa jak własną ukochała córkę, już dzień ślubu był naznaczony, ale wszystkie te plany rozchwiały się i upadły.
Czasy były burzliwe, los rzucił młodego człowieka na obczyznę, daleko, a matka i narzeczona czekały jego powrotu, z cierpliwością anielską, z rezygnacyą chrześciańską.
Pani rotmistrzowa wszystkie prawie dochody swe oddawała na cele dobroczynne, była prawdziwą matką ubogich w miasteczku i w okolicy, a panna Antonina dopomagała jej w tem, wyszukując biedaków, szyjąc bieliznę i ubranie dla sierot, śpiesząc z datkiem i pociechą do tych siedzib, w których nędzarze zmiłowania Bożego czekali. Obie te kobiety czekały, czekały na swe szczęście i nie doczekały się go. Starsza zgrzybiała, młodsza zwiędła, a szczęście nie przyszło. Wreszcie ów list fatalny wszelkim nadziejom koniec położył.
I ten ostateczny cios zniosły.
Rotmistrzowa, wezwawszy prawników do siebie i opowiedziawszy im w krótkości całą życia swego historyę, oświadczyła, że nic ją już do życia nie wiąże i że pozostaje jej tylko porobić rozporządzenia majątkowe i czekać, aż ją Bóg do siebie powoła.
Podsędek Medeksza, dziadek mój, burmistrz i dawny wojskowy, Turobojski, z uwagą słuchali rozporządzeń rotmistrzowej, które rejent Kolasiński pilnie notował, aby je we właściwą formę prawną ubrać.
Dziadek mój, prawnik doświadczony i lubiący się znajomością kodeksów popisać, opowiadał mi nieraz o tym testamencie.
— Bo ty wyobrażenia nie masz, co to jest testament, zwłaszcza, gdy w nim znajdują się na ogólne cele zapisy, a dalecy krewni ostrzą sobie zęby na majątek. Lada najmniejsza niezgodność z prawem, uchylenie drobnej formalności może stać się powodem niewykonania woli testatora i przejścia jego mienia w chciwe ręce. Mogło stać się podobnie z legatami rotmistrzowej, ale ja tam byłem, dopilnowałem Kolasińskiego, nie dałem mu strzelić bąka i sporządziliśmy testament murowany, że go ani ugryźć. Wiedzieć też trzeba, że majątek był znaczny i było czem rozporządzać.
Dworek przy cmentarzu i kapitał dość znaczny przeznaczyła rotmistrzowa dla panny Antoniny, pozostałą zaś część fortuny zapisała na kościół, na ubogich, na sieroty... pamiątkę po sobie zostawiła prześliczną, wiecznotrwałą, powiedziałbym, że tym zapisem zasadziła niejako drzewo, z którego owoc po wieczne czasy, rokrocznie będzie strapionych i opuszczonych posilał. Gdy rejent testament czytał, panna Antonina słuchała obojętnie, cóż jej było po majątku!...
Skończyła się nasza czynność; rotmistrzowa podziękowała nam serdecznie i dała do zrozumienia, że chce sama z myślami i żalem swoim pozostać.
— Wyszliśmy — mówił dalej dziadek — smutni i przygnębieni. Od tego pamiętnego dnia staruszka w oczach prawie niknęła. Siedziała w fotelu nieruchoma i milcząca, aż jednego dnia posłała do klasztoru po gwardyana, ażeby z wiatykiem przyszedł.
Spowiedź trwała długo, potem staruszka zwołała domowników i kazała pannie Antoninie modlitwy za konających czytać. Pożegnała się ze wszystkimi, rozporządziła w którem miejscu na cmentarzu, pod jakiem drzewem ma być pochowana, modliła się, wreszcie usnęła bez cierpień snem wiecznym, nieprzerwanym.
Utuliła ją śmierć w swych objęciach cicho i łagodnie, jak sen.
Pamiętam pogrzeb zacnej matrony. Cała okolica się zjechała, całe miasteczko wyległo, ubodzy opłakiwali śmierć swej opiekunki. Długim sznurem ciągnęła się pogrzebowa procesya, którą krzyż, godło miłości, cierpienia i rezygnacyi poprzedzał.
Wiatr powiewał czarną chorągwią żałobną, setki świec migały płomykami, za bractwem postępował szereg zakonników, zakapturzonych, brodatych.
Na barkach przyjaciół spoczywała czarna trumna, a za nią tłoczyli się ludzie bogaci i biedni, starzy i dzieci, chrześcianie, a nawet i żydzi, bo i tych dobroczynność zmarłej nie mijała w potrzebie.
Na trzeci dzień po pogrzebie rotmistrzowej, panna Antonina przyszła do mego dziadka. Była załzawiona, blada, ubrana w grubej żałobie.
— Panie dobrodzieju — rzekła złamanym głosem, przychodzę cię prosić o jedną jedynę łaskę.
— Rozkazuj pani — odpowiedział staruszek — w czem ci pomocnym być mogę?
— Sprzedałam już dworek.
— Słyszałem i co prawda nie mogę zrozumieć przyczyny pośpiechu.
— O, panie, ja się bardzo spieszę, dziś odjeżdżam.
— Dokąd? po co? Zostań pani z nami.
— Postanowienie moje jest stanowcze. Proszę pana, oto pieniądze za sprzedany dworek, oto suma z zapisu mej drogiej opiekunki. Uczyń mi pan tę łaskę, weź i rozporządź niemi na cel ogólny, wedle swego uznania, na przytułek dla sierot, na co chcesz.
— A pani? cóż dla pani? z czego żyć będziesz?
— Ja znajdę sobie schronienie.
— Do klasztoru wstąpisz?
— Nie, panie. Nie czuję powołania, nie mogłabym zamknąć się w murach klasztornych, żyć zdala od ludzi, którzy cierpią, a może więcej niż ja. Postanowiłam zostać siostrą miłosierdzia.
Usiłował dziadek perswadować, namawiał, żeby poczekała — zastanowiła się — nic nie pomogło. Wtedy staruszek pocałował ją w czoło i rzekł:
— Idź więc i niech Bóg przyjmie twą ofiarę.
Od tej pory nie widziano już jej nigdy w miasteczku, a natomiast w ogromnym szpitalu w stolicy, tysiące chorych błogosławiło siostrę Antoninę.
Dziadek wiele miał kłopotów z powodu polecenia, jakiem go panna Antonina obarczyła. Pieniądze odwiózł do banku, pisał podania, składał je osobiście do władz i spełnił najdokładniej polecenie szarytki.

. . . . . . . . . . . . . . . . .

Niema cię już, niema zaciszny dworku przy cmentarzu, ani tych ludzi, którzy się gromadzili w twych ścianach. Już i groby ich pozapadały się dawno.
Tyle grobów!... Dziadek, gwardyan, brat Serwacy, pan Piotr, doktór, rejent Kolasiński, burmistrz, podsędek... tyle!... Kajetan, stara kucharka, co jej się głowa trzęsła, siwobrody rybak z Dębianki. Jedna tylko panna Felicya podobno jeszcze żyje i może czyta te wspomnienia dawnego swego pazia.
Ostatni raz widziałem pannę Felicyę w rok po śmierci rotmistrzowej.
W białej sukni, w przejrzystym długim welonie, w mirtowym wianku na głowie wyglądała jak zaklęta królewna z bajki, jak jakie nadzwyczajne zjawisko; nic podobnego nie widziały dziecinne oczy moje.
Obok niej na stopniach ołtarza oświetlonego wspaniale stał pan Stanisław, ten sam, którego niegdyś o kradzież w ogrodzie rotmistrzowej posądziłem, a dalej mnóstwo pań w atłasowych sukniach, panów w granatowych frakach, w białych chustkach na szyi. Ja, wierny zawsze paź miałem u boku bukiecik, własną rączką panny Felicyi przypięty, i znajdowałem się do samego rana na weselu.
Zakonnik słowa dotrzymał, pogodził pana Piotra z doktorem i dawna przyjaźń pomiędzy nimi odżyła.
W wiele lat później, w Warszawie ujrzałem na ulicy handlarza, niosącego stary obraz na sprzedaż. Był to portret w czarnych ramach, przedstawiający mężczyznę z brwiami wyrazistemi, z wąsami zakręconemi do góry — tego samego, którego widziałem nieraz we śnie, jak szedł do mnie po księżycowym promieniu, niby po srebrnej ścieżce, zawieszonej w powietrzu, jak się prześlizgiwał pomiędzy konarami wielkiej, w połowie uschniętej topoli i groził ciekawemu malcowi.
Był to portret rotmistrza, zniszczony już strasznie.
Chciałem go wykupić z niewoli i dać mu miejsce spokojne w mem mieszkaniu, lecz zanim myśl ta mi przyszła, handlarz z portretem zniknął w tłumie, jak kropla deszczu w jeziorze i już nie spotkałem go nigdy.


KONIEC.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.