Zygmuntowskie czasy/Tom II/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Zygmuntowskie czasy
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
ZYGMUNTOWSKIE CZASY
POWIEŚĆ
z roku 1572
PRZEZ
J. I. Kraszewskiego.

Wydanie nowe, przejrzane i poprawione przez Autora.

Tom II.

LWÓW.
W księgarni Gubrynowicza i Schmidta
przy placu św. Ducha I. 10.
1873.

WARSZAWA.
W księgarni Michała Glücksberga.

Nakładem Rogosza, Pillera i Gubrynowicza & Schmidta.
Drukiem Kornela Pillera.





I.
GANEK PLEBANJI.

Pogodny ranek późnej jesieni świecił nad Proszowicką okolicą. Słońce przebiwszy sine i białawe chmury pędzące z zachodo-północy na wschód, blado jaśniało na niebieskawem tle oczyszczonego sklepienia. Wiatr unosił żółte i brunatne liście drzew, i kręcił tumanami piasku, świszcząc żałośnie między drzewami i budowlami. Długie nici pajęcze osnuły łodygi zeschłych kwiatów, gałęzie drzew, i powiewały unosząc się w powietrzu. Z daleka siniały góry, żółciały łąki, ciemniały stłuczone ścierniska, a drzewa odarte z zieloności, resztą sukienek żółtych i czerwonych odbijały na szarych przestrzeniach.
I ptastwo świergotliwe umilkło.
Wróble tylko bawiły się ćwierkając pod strzechami domostw, kruki i kawki kracząc pędziły z gajów na łąki, z łąk na posiane pola, zieloną wesołą runią okryte.
Piękny ten dzień jesieni był jak wesoły dzionek starości rzeźwej, zdrowej, ale niemniej jednak starej. Pomimo przygrzewającego słońca, chłód był w powiewie wiatru, trawy zmarłe szeleściały dziko pod nogami, liście krzyczały nadeptane, wołając: Jutro zima. I kruki krakały: Zima, i wróbel ćwiergotał o mrozach.
A ludziom podobała się przedłużona jesień i ciepło: bo wieśniacy przewracali ziemię, wytrząsali nawozy, a miło im też być musiało siąść na progu chaty spocząć i obejrzeć się. Wesela i skrzypki brzmiały do koła, ślub się spotkał ze ślubem, i nowożeńcy wzajem błogosławili.
W dolinie leżała wioska otoczona sadami, teraz już czerniejącemi tylko, rzędem jeden za drugim bielały kominy, wznosiły się dachy — dwór kędyś dalej bo go nie widać, tylko w górnym końcu wsi kupa gęsta drzew starych otoczyła bielejący kościołek z wystrzeloną wieżyczką i czarnym krzyżykiem.
Kościołek to stary, z boku podparł się na szkarpach, które go jak kule starca podtrzymują — czoło trójkątne ząbkowane z owalnem głęboko wsuniętem oknem świeci czerwonemi i polewanemi cegiełkami. W dwóch wyżłobieniach stoją dwaj święci pańscy, biskupi z mitrami na głowie, z pastorałami w ręku, księgami otwartemi na kolanach. Poznasz starą budowę, bo ją ziemia do koła zasunęła i wchodząc do środka troje schodków przebyć musisz; a mur gruby jak dawniej tylko stawiano, a od czoła w nim, jak czarne oczy, czarne strzelnice widne z dala. Po nad dachem śpiczastym wznosi się wycinana kopułka czarna ze dzwonkiem i krzyżykiem, z której wywieszają w czasie czterdziesto-godzinnego nabożeństwa chorągiewkę czerwoną.
Obok kościołka dzwonica, tak stara jak on, nie tynkowana, z dachem stromym, z krzyżem żelaznym, z sześcią różnej wielkości dzwonami. — Do koła domu Bożego toczy się gruby mur we framugi, z bramą warowną, a na węgłach dwie kośnice stoją. — W jednej katafalk stary i kości kupa, a w drugiej skład kamieni i gruzu, mieszkanie sów i wróbli, przytulisko jaskółek. W rząd przy murze stare lipy, wychyliły głowy na świat ze cmentarza i patrzą w okolicę, szumiąc coś do siebie, rozmawiają tajemniczo nad grobami. A gdy wicher zawyje — mowa ich namiętna i gniewliwa, gdy niebo pogodne — milczą i drzemią. Zieloną darnią porósł cmentarz przy kościołku. Dwie ścieżki żółte suną się przez ciemną darń: jedna do bramy kościoła, druga od kościoła do dzwonicy, wydeptana trawa zieleni się jednak na drożynie do kośnicy. A po cmentarzu wypukło podnoszą się stare mogiły zarosłe i wypuklej jeszcze żółte nowe usypy. Na jednych krzyżyk drewniany, na drugich wątła brzózka, czarny świerk, gdzieindziej kamień, głęboko zapadły, piorunem strzaskany a mchami porosły, pokrzywy pozginały się nad nim, zewsząd zakryły go oczom ludzkim mchy zarosły w głoskach napisu. Na framugach muru cmentarnego zblakły malowania i napisy, połupały się kamienie grobowe, i widać tylko w płomieniach dusze zmarłe wyciągające ręce do góry i żebrzące litości, widać tylko szare okruchy głazów, pocięte niewyraźnemi już głoskami.
W tyle cmentarza nie wielka bramka otwiera się na wysadzoną lipami młodszemi uliczkę, wiodącą do plebanji otoczonej drzewy, opasanej murkami i płotami. — Na dziedzińczyku obrosłym dziką różą, bzem i czeremchą, — stoi domek maleńki o kilku oknach wązkich, o ganku na słupkach z ławkami, o dachu słomianym, kominach pierzastych. — Przed nim sadzaweczka pełna kaczek i gęsi, chodzą w podwórku jędyki, trzepioczą się kury, leży ogromny spasły wieprz ryjem do góry. Z po za plebanji wysuwają się wiśniowe i śliwkowe drzewa owocowego ogródka. Na prawo duży trochę pusto wyglądający murowany budynek o jednym kominie, jednych drzwiach i trojgu okien. Ale okna pozalepiane, tynki poobrywane i drzwi na jednej tylko wiszą zawiasie. Jeszcze dalej, to stajenka, to chlewki, to szopki i brogi księdza plebana.
Na ganku, na ławkach dębowych, siedzi naprzód stary dziad w szarej opończy, krzyżem sinym naznaczonej, skórzanym pasem ściągniętej, na siwej głowie czapeczka z uszami, z pod niej poorane wygląda czoło, blady kościsty nos zwisły na wargi i szara broda, to dzwonnik kościelny, stary Grzegorz.
Obok niego dziwaczna postać Klechy organisty, długiego, chudego, ze śpiczastą jak dach kościelny głową krótko ostrzyżoną i najeżonym włosem do góry. Twarz jego siwo-czerwona, nos czerwono-siny, usta sine, czoło czerwone, policzki pomarańczowe. Broda dawno niegolona powychodziła grubemi czarno-szpakowatemi włosy na wierzch, niżej szyja podobna jędyczej z pomarszczoną brunatną skórą nagą, wystaje z zapiętej sukni: kilka dorodnych brodawek zdobi tę twarz w barwy bogatą, a strzegą jej dwie wieże, dwoje uszu kosmatych, odstających, zwisłych. To Klecha organista.
Dalej rozposiadł się na ławie i sparł o ścianę w giermaku ciemnym, Rektor szkoły, alias Magister, trochę otyły, zupełnie łysy, blady, nalany, z troistym podbródkiem, oczyma małemi, policzki wiszącemi, brwią namarszczoną. — Postać ta groźna nawet gdy się uśmiecha, a tak nawykła do surowości, że jej się czoło łyse za lada słówkiem fałduje, usta nadymają jakby do łajania, nozdrza rozpierają sapiąc.
Za Magistrem usiadł Albertus klecha. O! i ta pocieszna zaiste figura, bo pół klesza, pół żołnierska. Germak ci to na nim łatany, ale kusy, ale spięty; czapczyna na ucho przewalona, nogę na nogę założył i poświstuje. Wąs mu się kręci koło nosa, a pod szyją coś by broda.
Twarz chuda, kości z niej powyskakiwały, aż skórę pomarszczyły na policzkach, na skroniach, koło oczów. A marszczki Albertusowej twarzy nie groźne są, ani smutne, wszystkie się śmieją, chichoczą, wszystkie stworzył uśmiech, każdą wyryła radość i naznaczyła piętnem swojem. Siwe oczki mają się ochotę przymrużać, usta szerokie same się rozchodzą, nos drga cały i skakać się zdaje z radości. I kto pojmie patrząc na strój odarty, łatany, zaplamiony, czego się on u licha tak cieszy? Choć goło, ale wesoło! to prawidło życia Albertusowego, wszakże go zapewne znacie?
Na ostatek jeszcze jedna, jeszcze jedna osoba, co ją widzicie na progu, należy do zgromadzenia i czynny bierze udział w rozmowie. To Magda, księża gospodyni, lub pospoliciej kucharka, krakowianka rodem, herod-baba. Dość spojrzeć aby się na niej poznać.
Nie otyła i nie chuda, raczej jednak koścista i żylasta niż mięsista, pani Magda doszła już może lat pięćdziesięciu, ale się krzepko trzyma. Pomarszczona twarz rumiana jeszcze i świecąca, oczy siwe żyją i latają w źrenicach, tylko brwi nadto już odrosłe trochę je osłaniać poczęły zbyteczną wegetacją nie najwdzięczniejszego koloru. Bo w tych włosach, zapewne pod różnemi wpływy i w różnych epokach wyrosłych, są i ciemnawe, są i cienkie, są i olbrzymiej grubości. Wprawdzie i oczy otoczyły się już różową obwódką, ale to im tylko wyrazu dodaje. Mówiliśmy o rumianych i błyszczących policzkach, które żółty meszek obsiadł zwłaszcza na brodzie i koło nosa. Nos dawniej miławo-zadarty, dziś się otworzył do zbytku i rozszerzył zdradziecko. Usta wklęsły i usunęły w głąb po stracie zębów, z których jeden tylko wytrzymalszy na przodzie, cytrynową powleczony barwą i jeden czarny trochę wyszczerbiony, na świadectwo o przeszłości pozostali. Broda wprawdzie wyskoczyła zbytecznie na świat, ale wszystko czas swój mieć musi, i broda też świata skosztować potrzebuje. Teraz na nią najpierwszą kapie z łyżki strawa. — I sprawiedliwie. Włosy pani Magdy są tego niepewnego koloru, któren z pomięszania siwych i blond powstaje, ale nie jest bez wdzięku, zwłaszcza gdy go zdobi pierze i pył.
Otoż i wizerunek gospodyni, ale martwy i bez życia, bo mu braknie wyrazu odwagi, pewności siebie, energii, jaki zdobi Magdę. Podpasana fartuchem, z głową chustką obwiązaną, z warzechą w ręku, kluczem za pas zatkniętym, woreczkiem skórzanym z jednej strony a koronką z drugiej. Magda, wesoło przedrwiwa się z dzwonnika, Wojtaszka, organisty i Magistra.
Z kogo bo się Magda nie śmieje! Sam staruszek ksiądz pleban mięsza się widocznie, gdy Magda puści mu język mimo uszu i dowodzić zacznie czego a obcy, a żacy, a dziadowie truchleją wpadłszy w jej szpony.
Taką jest pani Magda, ale nie zawsze taką była. Życie jej przeszłe pełne niedocieczonych tajemnic; wzdycha wspominając ubiegłe lata, a gdy piwa wypije — a dobrego, czasem nawet wyrwie się jej wielce znaczące słowo, nieraz przez dzwonnika podsłuchane i powtarzane tajemniczo organiście.
— Ej! nie wiecie ktom była!
Kto była? nikt w istocie nie wie. — Już starą przywędrowała na plebanią i z początku pokorna, potulna, usłużna, służby się podjęła, zamiatając prochy przed plebanem, uśmiechając do dzwonnika nawet, kłaniając grzecznie Rektorowi. — Niestety! to był tylko miodowy miesiąc jej służby, póki zaufania wszystkich i wszystkich — wszystkich nie otrzymała kluczów: powoli potem gburować już zaczęła naprzód dzwonnika, potem sarkać na Albertusa, potem wymyślać na żarłoczność organisty, obojętnie poglądać na Rektora, a finalnie pozwoliła sobie nawet verba veritatis delikatnie powiedzieć plebanowi. Ostatecznie i łajać go zdało się jej wkrótce potrzebnem, tak była pewną że się bez niej obejść nie mogą i że do niej przywykli na zawsze. Magda stanęła wkrótce na czele rządów plebanji. Były i usiłowania wybicia się i próby usamowolnienia, ale Magda trzymając w ręku klucze spiżarni, pokonała niemi wewnętrznych nieprzyjaciół, pierwszy Albertus, zważywszy bezsilność swoją, z wroga stał się pochlebcą, zaprosił na piwo i odkrył Magdzie zamachy na nią tajemne i knowania kleszego gminu. Magda ruszyła ramionami i rozśmiała się biorąc w boki.
Albertus do reszty podbity, kazał dać drugą kwartę piwa i ogadał przyjaciela od serca, Rektora. Na dzwonnika dziwne rzeczy pletli wszyscy — dzwonnik ostatni poddał się i do ostatka mruczał, a szanując zapewne w nim tę szlachetną niepodległość, Magda szacowała go więcej podobno nad Albertusa, który ją czasem za kawałek słoniny w ręce całował.
Panowanie Magdy w chwili gdy trafiamy na nią, było już absolutnem i nie znajdowało oporu nigdzie. Lękano się nawet po katach szemrać, gdyż zawsze nazajutrz ktoś niechętnych donosił. Wszyscy się potem klęli, że nic nie mówili, a Magda wiedziała jednak co gadano.
Dzwonnik nigdy w plotki się nie wdawał, ale bardzo otwarcie, nawet w oczy królowej plebanji powiedział, że zawojowała księdza i dwór księży.
Poznajmy się teraz z innemi osobami zgromadzonemi w plebanji na ganku, poczynając od dzwonnika.
Dzwonnik, starzec siwy i zgarbiony, zawsze mruczący, gdy go nikt nie słuchał; milczący, gdy kto z niego słowo chciał wyciągnąć, był rodem z tej wioski, służył dworsko, sterał zdrowie i uczepił się sznura dzwonowego na starość. Kochał poczciwego księdza, oddawał sprawiedliwość Magdzie kucharce, a Albertusa próżniakiem zwał i nic potem. Prawdziwie nabożny, bardzo przesądny, dzielił czas modlitwą, pomrukiwaniem i snem. — Rzadko a rzadko rozgadał się aż do wywnętrzenia z serdecznych tajemnic. Wszak-ci je każdy ma, nawet stery dzwonnik.
Organista, nieoszacowany organista czerwonego lica i pomarszczonej szyi, długi i chudy, miał wiele przymiotów ukrytych i jedną oczewistą wadę. Któż policzy ukryte przymioty? Wadą była żarłoczność, która do rozpaczy przywodziła Magdę, i opilstwo nieznośne księdzu plebanowi. Cienki i chudy jak szczypa, zapewne z niespokoju o ten brak ciała, opychał się niezmiernie ale zawsze napróżno; już — już zdało się że żołądek nieco się wzdyma, nabrzmiewa, podnosi, aliści nazajutrz opadł, chudł i płaszczył znowu. — Nogi i ręce cienkie były i spiczaste, ani nadziei utycia! Słyszał on zapewne, że piwo tuczy i wdał się w ten niebezpieczny trunek, któren go wkrótce potem poznajomił z wódką i przybliżył tęsknem pragnieniem do miodu i wiszniaku. Cóż gdy wzbudzając głód, nalewając ten wiecznie próżny żołądek, trunki organistę nie tuczyły. — Czerwieniał to prawda, zakwitał jak piwonja, wyrastały mu coraz nowe brodawki, ale nic więcej. Rozpacz źle często doradza, i ona to zapewne szepnęła organiście, aby nie porzucał trunku.
Zagrożony utratą pięknego głosu, (chociaż nieco schrzypłego) — nie przestał on pocieszać się kuflem, któren dowcipnie i z łacińska nazywał — Konsolatorem.
Napróżno pleban reflektował, próżno groziła Magda, organista na nic nie zważał. Rano jeszcze — jak rano, szły responsoria jako tako, ale nieszpór często czuć było kuflem, często przerywał się czkawką i mięszał cienkiemi fałszywemi tony. Zapominał partesów, gubił się w wigiljach, od graduału co dzień bardziej się wykręcał, a wszystko to z powodu tej nieszczęsnej chudości, której nic pokonać nie mogło, co go do rozpaczy przywodziła.
Ludzie mówili mu, że czasem ożenienie tuczy — i długo rozmyślając ożenił się nareszcie organista z córką swego współbrata i sąsiada z drugiej parafii. Ale i to nic nie pomogło, gorzej nawet schudł jeszcze podobno, nos mu się spuścił niżej, i gdy żona umarła, po roku pożycia, powiadał na pogrzebie niepocieszony małżonek:
— Gdyby jeszcze rok, byłbym wysechł na wędzonkę.
Tyle o przezacnym organiście, a teraz o Rektorze słowo.
Rektor, czyli Senjor lub Mistrz szkoły przy plebanji utrzymującej się, był dawniej i długo wędrownym Klechą, Rybałtem — pielgrzymem, od kościoła do kościoła, od szkółki do szkółki chodzącym za chlebem, strawą i groszem. W kilku miejscach ofiarowano mu stałą ugodę roczną, ale młodość ma prawa swoje. Naszemu Rybałtowi chciało się światu zobaczyć, chleba z różnych pieców skosztować (jak sam mówił), aby na starość wspomnieć o czem było. Wędrował więc po Krakowskiem, Podgórzu, po Szląsku, w Wielkiej Polsce, na Litwę aż, i nic nie zrobiwszy, siadł nareszcie przy tutejszej szkole dzieci uczyć. Dziwnego to charakteru człowiek, do bójki skłonny, w zwadzie smakujący, pięścią dowodzić skory, kijowych argumentów chwytać się ochoczy, ale w gruncie najlepszy i najpoczciwszy.
Guza nabiwszy, pierwszy do niego żelazo zimne i chustkę w wodzie z octem zmaczaną przykładał; łeb rozpłatawszy, sam go zawiązywał, przepraszał i stante pede do zgody przychodził, która po tej próbie była już wiecznotrwałą. Liczyć bowiem nie możemy chwilowych szturchańców w uniesieniu czasem rzuconych, niejako dla wypróbowania przyjaźni.
Otóż podobno rysy tych wszystkich, których przed chwilą widzieliśmy na ganku. — Należeli oni do tego wielkiego gminu żyjącego przy kościołach w Polsce, któren imieniem Klechów, Rybałtów lub w ostatku Żaków zwano. To nazwisko służyło wszystkim bez wyłączenia sługom kościelnym; Żaków zaś, bardziej uczącym się i młodzieży szkolnej. Chociaż niektórzy wywodzą Klechów od Klechdy, my byśmy raczej widzieli w tem zepsuty wyraz Clericus (Clerc). Co się tycze Rybałta — i to nie naszego pochodzenia nazwanie, przyszło ono do nas z włoskiego, zapewne w XVI wieku, ze znaczeniem takiem, jakie doń we Włoszech, Anglji i Francji przywiązywano, to jest rozpustnika, włóczęgi, urwisa. Początkowo w wiekach średnich, wyrazem Ribaldi oznaczano ciurów, sługi wlokące się za wojskiem „servientes exercitus qui publica lingua dicuntur Ribaldi“, później dopiero w XIII wieku Ribaldus służyć począł za nazwisko Klechom i kleszemu gminowi. Jakim sposobem Rybałt u nas Klechę znaczyć mógł i za synonim jego użyty został? Obyczaje tej klasy tłumaczą.
Klechy dzielili się na dwie klasy: żonatych, nieżonatych (uxorati et adolescentes). Ci ostatni na wyświęconych i świeckich (ordinati et saeculares). Do Klechów liczono dzwonników (camparatores) i organistów (organarii). Przy większych kościołach Klecha starszy, zwany pospolicie Senior, Rektor albo Mistrz (Magister), utrzymywał szkołę, a w niej żaków uczył kantu z partesów (z nót z partytury), Graduału, Chorału, Mszy, Lamentacyj, Psalterium pogrzebowego, Wigilij i t. d., najczęściej bezpłatnie.
Do szkółek takich uczęszczały sieroty i dzieci chłopskie (wątpić żeby ubogiej szlachty?). Klecha od siebie i swoim kosztem utrzymywał dla kościoła i szkółki Kantora. Kantor (zawsze Klecha) niżej stał w hierarchji kleszej; za nim był już immediate dzwonnik. Bardzo było małe myto Klechów, dwanaście do piętnastu groszy i tak zwana od chłopków petycja (proszone) snopkowe, z którego plebani czwarciznę mieli prawo pobierać. Do Klechów należał także czwarty grosz uzbieranej przez dziada jałmużny, czwarta część ofiarnego chleba i t. d. Plebani w święta, w uroczystości, obowiązani im byli dawać obiady. — Oprócz wymienionych kleszego gminu członków, liczyli tu się także Zakrystjani i Kalafaktor szkółki, mający pod swoim zarządom piece, ławy, dyscypliny etc., nazywający się także Sufletą.
Chodzili Klesi za jałmużną po wsiach, także z opłatkami, które roznosili wieśniakom (dawano je bydłu jako prezerwatywę od chorób), święcili domostwa, czytali Ewangelją i t. p. Ubierali się ciemno w giermaki, albo bekiesze długie; w kościele brali na siebie komże. Niekiedy sam Klecha zastępował dzwonnika. Do Kantora z professji należało śpiewanie Psalterjum i wigilij nad umarłemi, w czem niekiedy zastępywały ich baby z pod kościołów. Za śpiewy nad umarłemi gdzieniegdzie wyznaczono myto osobne, a prócz tego zapraszać ich musiano na stypy.
Niewiele tam w nich nauki, trocha łaciny mechanicznie nabranej, którą chętnie się popisywali; wiele za to przesądów i guślarstwa. — Klecha dla gminy był mędrcem i w obliczu jego ton doktoralny przybierał; z jego rąk woda święcona, ziele z wianuszków, wosk od świec, rdza dzwonów, popiół z palmy, były wielkiemi lekarstwy na wszystkie choroby.
Ale zajrzmy do plebanji i plebana.
Na prawo było królestwo Magdy, kuchnia, śpiżarnia, izba jej i alkierzyk z okienkiem na ogródek zasiany zioły lekarskiemi, szałwią, majerankiem, bożem drzewkiem, rutą, miętą i t. d. Za tych to ziół szczyptę, za dziewannę, ślaz, macierzankę, lipowy kwiat, zbierane starannie i suszone na strychu, Magda dostawała na wsi i jaja i kury i osełki masła i gomółki sera i bułkę białą, i co lepiej — flaszę miodu, piwa beczułkę. Magda bowiem była wielką lekarką i uchodziła za skutecznie bardzo doradzającą.
Na lewo mieszkał pleban, w dwóch izbach z alkierzykiem, na księgi i suknie za skład służącym. Stara plebania w ziemię wsiadła o oknach wązkich, ciemna, wilgotna, z sufitem, na którym krzyżowały się ciemne belki dębowe, z kominem wysokim, piecem zielonym kaflowym i podobnym przypieckiem, wcale nie była wygodnem pomieszkaniem.
Czułeś wszedłszy do pierwszej izby, że to było przytulisko doczesne człowieka, któren nie dbał jak mu jest na świecie, bo na nim nie żył, bo z niego uciekał. Szary mrok panował tu w południe nawet, a zakradające się rano i wieczorem słońce, długiemi pasy przerzynało na chwilę tylko jednostajny zmierzch, powiększony jeszcze splecionemi u okien gałęźmi wiśni, bzów i leszczyny.
Ściany były nagie prawie. Na jednej wisiał ciemny obraz Jezusa ukrzyżowanego, na drugiej Matka Boża Bolesna. Na stoliku pod oknem stał krucyfiks biały od much upstrzony, otoczony kilką książkami. — Dalej szafa za szkłem z trochą ksiąg i naczynia. Na kominie dwa niebieskie kielichy miały jeszcze w sobie resztę zesłych kwiatów wiosennych, które w nich zwiędły nie wyrzucone, pochyliły się i poczerniały.
Na drzwiach, nad oknami, białą kredą popisane były krzyże.
W drugiej izbie stało wązkie, prawdziwe mnisze łóżeczko sukienną kołdrą pokryte, z poduszką sianem wypchaną. Nad niem krzyż, palma i gromnica, medal Częstochowski, wianki Bożego Ciała, u głów stoliczek z książkami. Trochę odzienia na kołkach, trochę papierów na półkach i stolikach, niedopalona świeca w lichtarzu i rozpoczęte pisać kazanie.
Nic więcej; nic co by do wygody, co by do uprzyjemnienia życia posłużyć mogło. — Zupełne zaprzanie się siebie widać było zewsząd. Człowiek co to mieszkanie zajmował, nigdy też nie pamiętał o sobie, cały wylany dla ludzi, słaby dla nich i pobłażający, surowy dla siebie i był jednym z tych rzadkich fenomenów, które dowodzą że miłość własna nie jest konieczną osią, na której się życie ludzkie obraca.
Powróciwszy z kościoła, usiadł w pierwszej izbie u okna, położył brewiarz na kolanach i odmawiał szybko pacierze, cały niemi zajęty, przewracał karty troskliwie: niekiedy przyklękał, żegnał się i bił w piersi.
Stary to już był człowiek, starszy twarzą niż wiekiem: bo lice miał blade, chude, wcześnie obrane z świeżości, oczy prawie zgasłe, głowę obnażoną. — A jednak na twarzy błąkał się wyraz łagodności i dobroci, i oczy zdaje się nie umiały by spojrzeć srogo. Złamany na w pół, z nogami pokurczonemi, chylił się ku ziemi. Wszystko w nim zapowiadało i dobroć i zbyteczną słabość charakteru.
Dzieckiem jeszcze, syn bogatych rodziców, wziął suknię duchowną, dla powiększenia dzielnicy braterskiej wyrzekł się bez szemrania świata, majątku, rodziny i całą duszą oddał Bogu. Bóg mu zapłacił wszystkie ofiary.
Zapomniawszy że się urodził i wychował w dostatkach, stał się ubogim i pokornym, nie chełpiąc z tego uczucia obowiązku. Słabość zdrowia nie wymawiała go od najcięższych posług ubóstwu, od najdrobniejszych obrzędowych powinności kapłańskich. Nieraz chory w gorączce machinalnie domawiał kapłańskie swoje pacierze. Nie mając koni piechoto szedł spowiadać, pocieszać i dzielić się ostatnim chleba kawałkiem. Sam też często jeść nie miał czego i Magda surowo go za to burowała, gdy on uśmiechając się łagodnie, odpowiadał tylko:
— Dosyć mi chleba i wody — bardzo dosyć, nawet mi się jeść nie chce.
Nigdy nie chwalił się z tego co czynił; owszem zdawał się jeszcze wymawiać jak z grzechu, z cnót swoich, a pomawiany nigdy nie bronił. — Cierpieć potwarze, nauczył nas Chrystus, mawiał czasem — a cierpieć je milcząc tem większa zasługa.
Ludzie go nie pojmowali, on się o nich nie troszczył, dopełniwszy obowiązków wolne chwile poświęcał modlitwie, a w ostatku czasem moment poufałej rozmowie, w którą wlać umiał naukę. Lecz najwięcej uczył przykładem, któren może dla niepodobieństwa naśladowania niepojęty, mniej był skutecznym.
Domowi panowali nad nim jak im się podobało, bo się domowemi nie zaprzątał sprawami. Magda robiła co chciała, odmawiała jedzenia gdy jej się podobało. Nigdy się nie poskarzył. Cale co innego było w kościele, tam ksiądz pleban odzyskiwał energją, tam panował, strojąc ołtarze, ubierając obrazy, zamiatając sam prawie. A gdy nadchodziło jedne z tych wielkich wesołych świąt naszego kościoła, na które jest zwyczajem stroić dom Boży, swemi rękoma robił wszystko.
Raz spadłszy z rusztowania w wigilją Bożego Ciała, rękę złamał. Ale sam ją związawszy, w leszczotki wziąwszy, nie wydawszy jęku, położył się powtarzając tylko ciągle:
— Nie będę mógł jutro mieć Mszy Świętej! Srogie dla mnie utrapienie!!
Nie dziw że taki człowiek jak nasz ksiądz pleban, niepostrzeżony żył na wsi, i nie wzniósł się wyżej w kościelnych dostojeństwach. Raz jeden pokochany przez Biskupa, który go wyciągnąć pragnął i zbliżyć do siebie, ukląkłszy przed nim, płacząc mu powiedział:
— Będę posłusznym Waszej Pasterskiej Mości, ale łzami mój odjazd ztąd obleję, któż mnie tu u moich biednych zastąpi. Na wyższych stopniach jest wielu zdatniejszych, jam nie do nich stworzony. — Uwolń mnie pasterzu, zostaw tutaj, a całe życie będę ci wdzięcznym.
Biskup nie nalegał więcej i tak pleban pozostał na miejscu.





II.
RYBAŁCI.

Teraz gdyśmy poznali bliżej osoby znajdujące się na ganku plebanji, posłuchajmy ich rozmowy. Łatwo się domyślać, że gromadka Klechów o sobie mówiła, i na swój los wedle zwyczaju narzekała, chociaż tutaj najmniej do tego miała prawa. Pleban nie tylko ich opłacał z własnej kieszeni, karmił, lecz jeszcze dochody kościelne, jałmużny, ofiary pobożnych, po większej części im oddawał. A jednak słysząc dokoła narzekania braci Klechów, i ci na swój los się żalili. Próżniaczy ten gmin, jak zwykli ludzie, którzy czegoś liznęli i sądzą się godni lepszego losu, zawsze mieli się za najnieszczęśliwszych, upokorzonych, uciśnionych.
Jedna Magda, brała stronę księdza plebana, już to przez uczucie mimowolne sprawiedliwości, już dla tego, że w jej rozumieniu pleban był jej stroną.
Właśnie sparta na uszaku drzwi, podniosłszy głowę do góry, perorowała do organisty, który stękał najgłośniej.
— Wam bo zawsze źle a źle — mówiła — choćby wam anioła z niebios sprowadzić i ten by takim próżniakom nie dogodził, co by do góry brzuchem leżeli cały Boży dzień i jeszcze do gęby by im strawę wlać, a potem pyska utrzeć... hę!
— Jak sobie chcecie — odrzekł suchy organista, kręcąc gębą wyschłą z pragnienia — ja taki swoje.
— Pop swoje, czort swoje.
— Jak sobie chcecie, a ja swoje! Próżniaki, powiadacie! próżniaki! A nic że to, że ja co dzień do mszy św. przygrywam i przyśpiewuję, a nieszpór, a inne prace ciężkie. U naszego jegomości spoczynku chwili nie ma.
— Doprawdy? zawołała Magda, już wam źle i z nim? A popatrzcie-no się na sąsiady, gdzie i myto zalega od kilku lat i organista młóci, albo gnój na pole wywozi dla proboszcza.
— Aha! odparł czerwony Klecha, a taki oni tam mniej pracują jak my tu. U nas to prawdziwie dopiero ciężko. Chwili tchnąć nie można, msze śpiewa a śpiewa, nabożeństwa, panie Boże odpuść, sam komponuje co ich nawet ani w kalendarzu, ani w rubrycelli nie znajdziesz. Święta sobie przymyśla, nieszpory inwentuje, aby mu ludzi poczciwych nękać. Bo to nawet i Panu Bogu taka natrętność nie musi być miła, pokoju mu nie daje. I że sam żelazny, myśli że i my kamienni! A tu nie wytrzymać w takiej pracy, mnie w gardle zasycha, głosu braknie.
— Bo pijesz! zawołała Magda rezolutnie, organista z uczuciem obrażonej dumy powstał jak był cienki i długi.
— Bo pijesz! zakrzyczał wznosząc rękę. I to mi za złe mają, że gdy człek pada od znużenia, to się pokrzepi jaką szklanką, aby żył? Dalej, dalej, niech sobie proboszcz gdzie chce szuka organisty, ja nie wytrzymam.
— Tak było i mówić, rzekła Magda, podziękujcie na św. Marcin i ruszajcie z Bogiem, a ja ot i wiem już zastępcę na wasze miejsce.
Organista spojrzał z niechęcią na kucharkę i padł na ławę w rozpaczy.
— Tego byście i chcieli! tego... Ale nie! nic nie będzie z projektu. Kiedym tu głos mój sterał i skaleczał nieustannie becząc, teraz chcecie łupinę precz wyrzucić? O! nie!
Magda się rozśmiała.
— I porzuciłbyś stary bredzić, dodała. Gdzież już lepiej, spokojniej jak u nas. Bogu byś dziękował żeś się tu dostał. Gdybyś u innego plebana pijany responsorja nieszporne mięszał, dawno by cię wypędził.
— A ta mi zawsze pijaństwem w oczy kole! ruszając ramiony rzekł Klecha.
— Spojrzyj na innych, spojrzyj, mówiła dalej Magda. Ot najbliższy wszak ci organistę okłada kijem poczciwie, i dobrze robi, a waści kiwnął choć palcem kiedy nasz poczciwy proboszcz? powiedział złe słowo? Częściej wy na nieboraka pogdyracie, gdy się wam Boga chwalić nie chce, i radzibyście święto w kaszy zjeść, aby tylko nie śpiewać... Porzućcie, porzućcie.
— Już to pozwólcie sobie powiedzieć, przerwał mistrz szkoły marszcząc się swoim zwyczajem, że u naszego dobrodzieja ciężko to ciężko.
— I wy to mówicie?
— I ja! otóż to! bo przynajmniej po ludziach, człek choć goły, ale nic nie robi za to, a tu tak pilnują.
— Żebyście darmo chleba nie jedli.
— Śliczny chleb!
— E! nie grzeszcie.
— Albo to my nie warci lepszego? hę?
— Powroza, dodała cicho kucharka.
Dzwonnik w czasie całej rozprawy milczał, organista sam do siebie obyczajem pijanych, coś prawiąc ręką w powietrzu zamachiwał.
Albertus uśmiechał się.
— Boga chwalić, rzekł nareszcie. — Boga chwalić. Ot co ja to zaznałem prawdziwej biedy i teraz już nie piszczę. W żołnierce to panie.
— No! to przynajmniej człek nie głodny, rzekł organista obie ręce podnosząc.
— A tu kiedyście głodni? spytała kucharka.
— Śliczne jadło! śliczne jadło! żywo wołał Klecha, krupnik, barszcz! nigdy jajecznicy, nigdy nic delikatnego... A piwa! kwarta, dwie, do garnca nigdy nie dochodzi, człek utyć nie może, bo więcej wyekspensuje się śpiewając, niż potem podłata jadłem, i tak go ciągle potrochu ubywa.
To mówiąc rozpaczliwie ręką machnął.
— Gdym służył wojskowo, rzekł Albertus, szliśmy na Wołosz panie... zbliżaliśmy się nad Dniester... otóż...
— Aleście piwo mieli? — rzekł organista.
— Często i wody brakło.
Organista nie dowierzając odwrócił się z pogardą niechcąc słuchać.
— Są tam bracie takie stepy — mówił Albertus — że, jak okiem zajrzysz, ani trawy, ani wody, ani drzewka...
— Ani piwa! mruczał organista.
— Bywało tak że trzy dni żyjemy sucharami, i to szczupło rozdawanemi, pijemy powietrze.
— Głupi napój, serjo spluwając przerwał czerwony Klecha, głupi napój, choćby nawet w czasie słoty.
— W tem ukazują się Tatarzy.
— Na Wołoszczyźnie? rzekł śmiejąc się magister, rozmijacie się bracie Albercie z prawdą.
— I bardzo nie! odparł Albertus, bo Wołosz a Tatarzy to jedna ziemia, nieprzymierzając jak Litwa i Polska, tylko Tatarzy tu ku morzu, a Wołosz.
— A Wołosz co pije? spytał organista, piwo?
— Kto ich tam wie, pewniej wino, bo tam mają winnice.
— Djabeł ich nie brał! rzekł kręcąc głową Klecha.
— A Tatarzy, dodał Albertus piją mleko kobyle, z którego robią mocny napój.
— Może być i niezły kiedy mocny, szepnął do siebie gestykulując organista.
— Tandem często — mówił Albertus znowu — bywało głodni rzucamy się na Tatara, albo na Wołochów...
— Tem też tężej się bijecie, dorzucił mistrz, człowiek głodny zły jak pies.
— Spragniony jeszcze gorszy, sentencjonalnie rzekł organista.
— Cóż kiedy i głodny i spragniony.
— Wściekły! — zawołał Klecha — powiadam wam wściekły!
— To bywało jak weźmiem Tatarów między siebie, kontynuował Albertus, to na miazgę tłuczem, tłuczem, i nawalim trupa, że potem od fetoru zgnilizny na cztery mile powietrze się psuje. Raz tedy, braciszkowie, dwudziestu pięciu Tatar wysłanych za językiem, napadają na mnie, gdym za wodą do krynicy poszedł, krynica była w urwisku jaru, jakich tam jarów w stepie gęsto. Nic nie obawiając się, niedomyślając niczego, idę sobie... aż tu z dolinki wymykają się Tatarzy w dwadzieścia pięć ludzi, a siedemdziesiąt pięć koni, bo trzeba wiedzieć, że każdy wiedzie z sobą parę luźnych.
— A wyż co? spytała Magda, w nogi!
— Gdzie tam, inny byłby uciekał, ale ja tylkom się obejrzał w koło, do szabli wziąłem i dalej na nich... pierwszego co się potknął, ciąłem w łeb, drugiego toż samo.
— A trzeci ciebie.
— Ale nie! ubiłem piętnastu, a dziesięciu uciekło, odarłem trupa.
Dzwonnik głową tylko kiwał w czasie opowiadania.
— Pamiętacie Alberte, rzekł z cicha, jak roku przeszłego był tu wasz towarzysz?
— A! a! pomnę, Zaręba!
— I co o waszem męztwie powiadał? żeście mężnie w krzakach siedzieli i kury po dziedzińcach ganiali.
Magda się rozśmiała szeroko.
Albertus nic nie zważając, mówił dalej.
— To było życie, teraz mi już po tamtem wszystko dobre.
— Życie wojackie prawda ciężkie, rzekł Magister, ale ma swoje wielkości i pociechy, ma dnie swobody i hulanki, a nasze? —
— A nasze to piekło piekielne! zawołał organista. Z rana śpiewaj, w południe śpiewaj, wieczorem śpiewaj, śpiewaj nad umarłym, śpiewaj gdy się żenią, a w gardle sucho.
— Albo jak ja, ucz smarkaczów od rana do wieczora, i w dodatku kościelną służbę sprawuj i fetory wąchaj.
— Mógłbym i ja się poskarzyć, ozwał się milczący dzwonnik, ale dam pokój.
— I lepiej zrobicie, odpowiedziała Magda, pożal się Boże stękać, kiedy nie ma czego. Niech inni Klechowie narzekają nie wy. U innych to proboszczów bieda, gdzie i w polu rób i pierze drzyj i do kuchni posłuż i myta nie dadzą i z petycij czwarciznę odbiorą — i —
— To też Klechowie uciekają, zwycięzko zarzucił organista, a my siedzim.
— I stękacie sami niewiedząc czego.
— Praca jak we młynie, człek dnia nie spocznie.
— Wam bo taki darmo chce się chleb jeść.
Nastąpiła chwilka milczenia, w czasie której Magda rzuciwszy okiem do koła wskazała palcem na drogę. Na gościńcu coś czerniało. Wszyscy się obrócili i każdy idącego ku plebanji, inaczej sobie wytłumaczył.
— Stara kowalowa jaja niesie pewnie, rzekła Magda — to i dobrze, bo mi ich braknie na piątek.
— Któryś to z moich żaków — szepnął Magister.
— Czy nie piwo niesie Grzegorz? — spytał sam siebie organista — dobrze by zrobił. —
— Może jaki żołnieraka — mruknął Albertus.
— Ni to, ni drugie — po chwili przypatrywania się uważnego, rzekła kucharka, jakieś chłopiątko bose, z głową obwiązaną, w mizernej sukienczynie, ku nam kroczy.
— Nowa gęba co nas w objedzie odje, gadał organista, bo jak tylko jaki odartus, to go pewniusieńko proboszcz na objad zaprosi.
Gdy tak wszyscy rozmawiają i zgadują i poglądają, chłopię tymczasem przybliża się do wrót powoli, otwiera fórtkę i bojaźliwie na dziedziniec wchodzi. Dwa psy chwyciły się nań szczekać, ale dzwonnik je zwołał. — Ubogi chłopiec obejrzawszy się postąpił powoli na psy oglądając ku gankowi.
Wszyscy ciekawe nań wytrzeszczyli oczy. Magister czując żaka, marszczył się groźnie, jak na Nauczyciela przystało. Albertus gawronił głupawo, organista rachował wiele go u objadu odje dziecko, dzwonnik litościwie nań spoglądał. Magda także kobiecem uczuciem ruszyła przeciw niemu od proga.
— A zkąd to kochanku? spytała.
— Już go kocha, mruczał organista, a to zaraz i do miski poprosi i jeść nie będzie dla nas czego.
Chłopię podniosło niebieskie oczy, poruszyło ustami i zmięszane nic nie powiedziało.
Magda widząc skrwawioną jego głowę szmatą przewiązaną, żywo powtórzyła:
— A co ci to w głowę, moje dziecko!
I na to jednak chłopię nie umiało odpowiedzieć.
— Ani chybi — niemy, rzekł organista, a każdy niemy, je za dwóch gadających.
Pozwólcie mi spocząć — dobywszy nareszcie głosu, żałośliwie zagadał chłopiec, uciekam z Krakowa, gdzie mnie straszne o mało nie spotkało nieszczęście. Jestem żakiem z Bursy Ś. Grzegorza.
— A cóż ci się stało? spytali wszyscy, co ci się stało?
W tej chwili i głośniejszą słyszeć rozmowę w ganku i jakiś ruch mniej zwyczajny, proboszcz skończywszy pacierze wychyla się, a ujrzawszy chłopaka, żywo na ganek wyszedł.
Na widok jego powstali wszyscy, pozdejmowali czapki, a organista uśmiechać się, udając bardzo trzeźwego począł, jedna Magda nie straciła fantazji.
— Co to za chłopiec? spytał proboszcz.
— Niewiadomo Dobrodzieju, pospieszyła odpowiedzieć kobieta, jakiś biedniaka, tylko co przyszedł gościńcem, prosi odpocząć, coś gada że go jakiś przypadek spotkał w Krakowie i musi być prawda, bo głowę ma zakrwawioną.
Pleban łagodnie przemówiwszy wziął dziecię za rękę i poprowadził z sobą do izby.
— A co nie mówiłem, zaburczał organista, że aby jaki odarty włóczęga się zjawił, to go za największego gościa przyjmie i do miski przypuści, żeby nas odjadał. Już go i do izby wziął.
Wszyscy ciekawie zbliżyli się do drzwi podsłuchiwać i podglądać, ale proboszcz nie myśląc wypytywać chłopięcia, naprzód się wziął do oglądania mu głowy.
— Co ci to w głowę? spytał troskliwie.
— Rozbita, rzekł chłopiec. —
— Uderzyłeś się?
— Uderzony byłem przez złego człowieka.
— Siadaj moje dziecko. — Wody i szmat zawołał pleban — Magdo — ciepłej wody, czystej chusty, a prędzej — nie godzi się żeby chory czekał.
Magda porwała się szybko i pobiegła do kuchni, organista ramionami ruszał.
Ksiądz tymczasem uważnie rozwiązywał zakrwawioną szmatę, która z krwią zapiekłą poprzystawała do jasnych włosów chłopięcia, odwilżono ją, odjęto, i pokazała się rozcięta na czaszce głęboko skóra. Ksiądz ujrzawszy ranę, na którą dziecko nie stękało nawet, wzdrygnął się, ale przemagając uczucie przykrości, jął się zaraz opatrywać, obmywać i zawiązywać.
— Może ci co dać jeść? spytał.
— Kawałek chleba odpowiedział Maciek, bo drugi dzień nie jadłem.
— Drugi dzień! — I ruszył się proboszcz żywo za drzwi, — ale Magda już go uprzedziła do kuchni.
— Mówi że drugi dzień nie jadł! mruknął organista, — żeby miał prawo lepiej od nas koło misy się uwijać. To podle!
— Powiesz mi co cię tu zapędziło, rzekł proboszcz, ale wprzód trzeba abyś zjadł i spoczął. Siedź a nie ruszaj się, ja ci pościelę.
To mówiąc sam poszedł w kącie pierwszej izby robić posłanie.
— Sam ściele, mówił organista pode drzwiami, a nie wie nawet dla kogo. Taki on zawsze, a organisty to mu nie żal i każe śpiewać a śpiewać.
Gdy Klechowie pode drzwi podglądają, gdy Magda przygotowuje jedzenie dla Maćka, a pleban sam ściele mu na ziemi; chłopak ogląda się ciekawie, bojaźliwie i składa ręce, jakby się modlił w duchu.
— Zmiłujcie się, rzekł, nie frasujcie o mnie, ja spocznę i pójdę dalej, spocznę na dworze, gdziekolwiek.
— Tu ci będzie lepiej. A naprzód zjecie co Bóg dał, potem się wyspisz, a nareszcie mi powiesz coś za jeden i co ci się stało.
Pleban część swojej pościeli oddał dziecku i sam poszedł przyśpieszać jedzenie w kuchni, które nareszcie wniosła Magda zamykając drzwi przed Klechami stojącymi w sieni.
Ciekawość przykuła ich do proga; ale widząc że pleban nie myśli się wypytywać przybyłego, aż po nakarmieniu i wypoczynku, pozostali w ganku oczekując opowiadania. Tymczasem zbliżało się południe, słońce coraz lepiej przygrzewało, a dzwonnik musiał odejść wydzwonić dwunastą.
Reszta Klechów zjadłszy obiad w kuchni, usiadła znowu w ganku. Ksiądz czuwał nad dzieckiem, z brewjarzem wieku, modlił się poglądając niekiedy na spiącego, którego rysy twarzy nabrały czerwoności ze znużenia, gorączki po opatrzeniu rany i posilniejszego pokarmu.
Kilka razy pleban odrywał się od modlitwy, mimowolnie wlepiając oczy w chłopię, które go uderzało fizjonomją, niezwykłą pospolitym dzieciom gminu. Płeć nawet mimo opalenia, mimo zżółknienia i chudości, miała w sobie coś delikatnego, żywy rumieniec ją krasił, ale to była czerwoność nie zdrowia — rozdrażnienia, gorączki.
Długo, długo myślał ksiądz o czemś nad posłaniem chłopięcia. Klesi ciągle dowiadywali w ganku, prócz dzwonnika, który do szkoły spać poszedł. Magda zaglądała niekiedy uchylając drzwi, czy się przybyły nie przebudził. Nareszcie Maciek otworzył oczy zdziwione, jaśniejące żywym blaskiem, powiódł niemi do koła i zdał się przypominać gdzie jest, co się z nim stało.
— Nie chcesz pić? spytał go łagodnie proboszcz. Magda już pobiegła za wodą i przyniosła ją aby mieć powód posłuchać, co dziecko mówić będzie.
— Dziękuję, dziękuję, prawie płacząc odpowiedział chłopiec i chwycił rękę proboszcza, którą gwałtem ucałował, pomimo że ją stary wyrywał, a łza kręciła mu się już w oku.
— No, teraz moje dziecko, jeśli cię to nie męczy, powiedz mi co o sobie.
Maciek powstał na posłaniu.
— Boję się, abyście mnie nie wzięli za kłamcę, za oszusta, odpowiedział, tyle się ze mną rzeczy dziwnych działo.
— Mów prawdę, moje dziecko — mów mi wszystko, może ci się przydam na co? Ty jeszcze nie powinieneś nawet umieć kłamać, tak młody!
— I na cóż bym wam miał mówić fałsz? obcy przyszedłem, pójdę — a litości waszej wypraszać nie potrzeba, bo jej i tak tyleście mi już okazali.
I powiódł ręką po czole.
— Któż jesteś? Kto twoi rodzice? spytał proboszcz.
W tej chwili Magda przycisnęła się do ściany ciekawie, jakby się lękała aby ją nie wyprawiono, a Klechowie słysząc głos dziecka skoczyli do drzwi, które nieznacznie roztwarli trochę. Maciek tak mówił:
— Szczerze ojcze, ja nic nie wiem o sobie, ani kto byli moi rodzice, ani gdziem się rodził. Jak zapamiętam dawno, bardzo dawno, było mi bardzo dobrze na świecie.
Jak przez sen przypominam sobie, piękną młodą kobietę, która mnie bardzo kochała, którą nazywałem matką, ona mnie Stasiem. Ale to dawno i nie mogę przypomnieć, czy to jawa, czy marzenie. Mieszkaliśmy w pięknym pałacu. Zdaje się że poznałbym miejsce gdybym na nie trafił. Pałac stał na wysokiem wzgórzu, a u stóp pagórka rozłożone było białe miasteczko, w niem kościołek i cerkwie.
— To na Rusi — rzekł proboszcz do siebie.
— I cerkwie z blaszanemi kopułami. Pośrodku rynku stał murowany ratusz z wieżą. Dalej płynęła rzeka skalistem łożyskiem, dalej czerniały lasy na górach rozsypane. Koło zamku były stare, bardzo stare drzewa, takie same lipy jak tutaj, właśnie spojrzawszy na cmętarz wasz, przypomniałem sobie dzieciństwo. Na pagórku za pałacem był ogród, gdzie mnie niańka moja Agata nosiła. Jak wielkie wschody okryte murawą, ciągnęły się od zamku do rzeki ogrodowe kwatery kondygnacjami. W pośrodku zasadzone były kwiaty piękne, jużem potem nigdy takich kwiatów w życiu nie widział. Wolno mi było je zrywać wszystkie, bawić się niemi. Agata mnie pieściła, a matka kochała bardzo. Nie wiem tylko czemu byliśmy zawsze sami i często ta którą, nazywałem matką, gorżko, długo płakała.
Tak trwało dość długo, nie wiem co się potem stało, dla czego Agata w nocy wyniosła mnie z zamku, oddała jadącym ludziom jakimś, a ci zawieźli daleko. Pamiętam, płakałem całą drogę, i nie prędkom się utulił na miejscu. Tam już nie było matki, był domek mały, lichy, słomą kryty, kilka izb w nim białych, las do koła, sad owocowy smutny, stara jakaś kobieta. Zabroniono mi wspominać o matce, zaczęto mnie nazywać Maćkiem i stara mówiła żem jej syn.
Agata i dawniejsza moja matka często w nocy mnie odwiedzały. To znowu nie wiem jak długo trwać mogło, ciężkom się do nowego życia przyzwyczajał, starej kobiety kochać nie mogłem. Ona pilnowała mnie jednak troskliwie, ale tęskno było za matką, która choć czasem na chwilę skrycie się pokazała, to mi ją nazywać mamą zabraniano i mówić o niej zakazywano. Ona przybywszy płakała zawsze, sadzała mię na kolanach i tuliła do siebie, a gdy przyszło się rozstać, to ją Agata gwałtem prawie odprowadzać musiała.
Jednej nocy wrzawa się zrobiła w domu, stara pochwyciła mnie z łóżeczka, skoczyła ze mną przez okno i ukryła się w sadzie. Słyszałem wołanie do koła, szukanie, chodzenie, i dopiero rano wróciliśmy do domu. W kilka dni Agata wywiozła mnie ztąd. Droga była długa i niewygodna; jechaliśmy wozem prostym, ja w sukmance, ona w siermiędze. Nocowaliśmy po lasach, w lichych budkach, a Agata ciągle się czegoś obawiała. Z pól rozległych i wzgórzystych, dostaliśmy się w lasy bez końca, smutne, czarne, gęste lasy, środkiem których wiła się droga wązka zarzucona kłodami, poprzerzynana strumykami i błotnistemi brody. Czasem przerzadzał się las, widać było pole, lub szeroko rozłożone kępiaste błota, ale za niemi lasy znowu, które zdaje się końca nie miały.
Stanęliśmy nareszcie we wsi jakiejś, otoczonej także borem czarnym, w małym domku, w którym mieszkał stary już ksiądz. U niego zostawiła mnie Agata i tu znowu ucząc się trochę, swobodniej biegając, pobyłem czas jakiś. Lat nie liczyłem, podrosłem, smutno mi jakoś było, Agata nie przybywała.
Przywykałem nareszcie i do nauki, do samotnego życia, gdy znowu ksiądz powiedział, że muszę się z nim rozstać. Powiedział mi, że się nazywam Maciek Skowronek, że jestem ubogich rodziców dziecię, sierota i kazał iść do Krakowa uczyć się. Dali mi trochę pieniędzy na drogę, przewodnika do wielkiego gościńca i po kilka kroć powtórzywszy jak mam iść, co robić, co odpowiadać jeżelibym był pytany, puścili już samego.
— Samego jednego! zawołała Magda.
— Strasznie, to pachnie kłamstwem — dodał z za drzwi organista, a dali mu jeść nierozpytawszy wprzódy. I przepadło.
— Szedłem więc jałmużną żyjąc, po klasztorach i po szlacheckich dworach nocując, biedy kosztując, bardzo długo, sam jeden czasem, czasem w towarzystwie różnych ludzi, aż do Krakowa. Tu mi nieco lepiej być poczęło, ludzie dawali obfitą i nieproszoną często jałmużnę, wpisałem się do szkoły, dziękowałem Bogu, że mnie tu przyprowadził. Ale nie wiem dla czego wiele ludzi, rozpytywali mnie ciekawie, com był za jeden. Szlachcic imieniem Czuryło, żyd jakiś Kampsor bursy, sam senjor pan Pudłowski, chcieli wymódz na mnie abym więcej co powiedział nad to, co zwykle mówiłem; to jest, żem był sierotą i nazywał się Maćkiem.
Tymczasem Agata pod odzieniem żebrackim przybyła do Krakowa.
— Patrzajcie — zawołała Magda — poczciwe kobiecisko.
— Powiedziała, że szlachcic, który raz w raz jałmużny mi dawał, kazał wystrzegać się żyda, co mnie często także ujmował to datkiem, to dobrem słówkiem.
— Patrzajcie niewiernego! — bąknął magister za drzwiami, zbić by gałgana na gorżkie jabłko, bo to nie bez celu!
— Jeden z braci bursarzy, którego zwano pospolicie urwisem, ogromny barczysty chłop, na św. Gaweł wybił mnie pod jakimś pozorem. W parę dni potem gdyśmy wyszli za jałmużną, pochwycił za rękę i powiódł do kościoła Panny Marji. Ja myślałem że do Agaty, która tam siedziała, ale on oddał mię w ręce dziadowi ogromnemu, którego wprzód raz widziałem, bo napastował był Agatę o to, że żebrała, ten pochwyciwszy mnie gwałtem, pociągnął za sobą, nie wiem dokąd. Szczęściem w drodze napotkaliśmy pana Czuryłę, który począł mnie bronić, i kazał dziadowi puścić. Ale Lagus na ramiona mnie porwawszy uciekł. Wszczął się rozruch na ulicy, żacy bracia rozbiegli się mnie szukać. Dziad nie mogąc iść dłużej, schronił się ze mną w podwórko spalonego domostwa i wpadł do piwnicy zawalonej. Tu związawszy mi gębę chustką i przycisnąwszy ręką, abym nie krzyczał, nasłuchując ze strachem, siedział nademną długo; nareszcie począł chwyciwszy mnie za głowę tłuc nią o kamienie.
— O przeklęty zbójca! zawołała Magda, ja go znam tego Lagusa.
Tu dopiero postrzegła się, że niepotrzebnie wymówiła ze znajomością, bo proboszcz ostro spojrzał na nią. Ona dodała ocierając usta fartuchem:
— To jest, jak gdybym go już znała, tego łotra.
— Cóż dalej moje dziecko? odezwał się proboszcz.
— Rozbiwszy mi głowę, gdym zalany krwią upadł na gruzy, dziad wychwycił się z piwnicy, podsłuchał i całkiem wypadłszy, znikł mi z oczu.
Długo leżałem bezprzytomny i jak ogłuszony, nareszcie bojąc się aby po mnie nie wrócił znowu, wyczołgałem się powoli z lochu i szmatą którą miałem ściśnięte usta, przewiązawszy głowę, oddaliłem o kilka kroków na kupę słomy i popiołu. Dalej już iść nie mogłem, a zawsze w strachu, żeby mnie nie znalazł dziad, zanurzyłem się w słomę i popiół, tak że snopek tylko narzucony na głowę, dozwalał mi trochę wolniej oddychać i oglądać się. Nadszedł wieczór, zmierzch, potem noc. Słyszałem krzyki żaków w sąsiednich ulicach, ale nie śmiałem wyjść, aby mnie dziad nie schwytał, a potem i słabo mi było.
Drzemałem, gdy głosy mnie zbudziły, przeląkłem się usłyszawszy Lagusa, który do piwnicy schodził. Z nim był ktoś drugi, żyd podobno, alem go dobrze widzieć nie mógł, bo i ciemno było i jam się coraz głębiej zagrzebywał ze strachu. Rozmowę tylko urywaną słyszałem:
— On tu jest — mówił dziad, w lochu.
— Musiał uciec do tej pory.
— Nie, nie mógł uciec, bom mu głowę dobrze natłukł i podobno rozkrwawił, a tak przybił że się nie ruszy prędko. I gębę ma zawiązaną.
— Lepiej było nogi i ręce.
— Nie było czem.
Lagus zsunął się do zawalonej piwnicy, ale szukał, macał i chodził napróżno, począł kląć. Skrzesali w lochu ognia i rozpalili latarkę, obeszli wszystkie kąty, znaleźli trochę krwi po tynku, gdziem sobie palce ocierał.
— Uciekł, ale nie może być daleko, mówił Lagus, on tu gdzieś się zaszył, ja go znajdę.
Słysząc to struchlałem.
— Okropności, zawołała Magda, aby go tylko nie znalazł!
Klechowie słuchali i nie dowierzając patrzali po sobie.
— Bajkę widzę plecie, a oni wierzą, trzęsąc głową rzekł organista, poszedłbym już na piwo, darmo stoję bredni słuchając.
— Cicho, cicho, idę kiedy chcesz, odparł Magister przytulając się do przemknionych drzwi.
Maciek mówił dalej:
— Lagus wyszedł z lochu, a znalazłszy ślad nóg moich na popiele, w trop niemi poszedł z tym drugim ku mojemu ukryciu. W oczach mi się zaćmiło, dech wstrzymałem, byłem pewny że mnie zobaczą, skurczyłem się i zamknąłem oczy. Ale widać ślady skończyły się u kupy słomy i popalonych snopków zrzuconych z dachu, bo Lagus kręcił się, mruczał, deptał, klął, począł chodzić w prawo i lewo, stąpił kilka razy aż na moją rozbitą głowę, ale żem ja ani stęknął, a słoma się wszędzie pod nogami jednakowo uginała, zszedł nareszcie do budowli, oglądał je długo z latarką, a nic nie znalazłszy nareszcie znowu do oczekującego żyda wrócił.
— A co?
— Nie ma, licho wie co się z nim stało! Ale musi tu gdzieś być niedaleko, bo przybity dobrze, daleko się nie zawlókł. Ja tu się położę i będę czekał do dnia, po dniu jak zaświta, to go znajdę.
Chwilkę jeszcze gadali, potem żyd odszedł, a Lagus został, położył się na słomie obok mnie, skrobał, stękał i nareszcie zasnął. Jak tylko usłyszałem chrapanie jego i upewniłem się, że spał, wywlokłem się mimo bolu i strachu z ukrycia, prześliznąłem mimo, wyrwałem z podwórza i począłem uciekać, co mi tchu stało, padłem na murawie i do dnia leżałem. Jak dzień, bojąc się aby mnie znowu Lagus nie pochwycił, począłem z Krakowa uciekać, sam nie wiem dokąd, dostałem się aż tutaj.
Chłopiec zamilkł, proboszcz, który przez czas opowiadania pilnie się w niego wpatrywał, zdawał się szukać w jego oczach i twarzy dowodów prawdy całej powieści.
— I cóż myślisz począć z sobą? spytał ksiądz.
— Nie wiem, pójdę, rzekł Maciek, pójdę w świat, gdyby Agata wiedziała co się ze mną stało! szepnął.
— Gdzie jest Agata? gdzie ją znaleźć — spytał ksiądz...
— Mówiła mi, że będzie siedzieć pod kościołem Panny Marji.
— A tymczasem zostaniecie u mnie, dodał zamyślony proboszcz, spoczniesz.
— Już go wziął pod opiekę, rzekł organista. Więcej jedną gębą, a obiad obiadem, taki sam jak wczoraj. Nie ma na świecie sprawiedliwości!!





III.
DZIAD.

Nazajutrz bardzo rano, jeszcze na dzień się nie zajmowało, ksiądz proboszcz już wstał i pacierze odmawiał, poszedł zbudzić czeladź na przeciwko i posłał po organistę i dzwonnika.
W szkole spoczywali wszyscy Klechowie i spali jeszcze w najlepsze, gdy kołatać zaczęła do drzwi Magda, wołając:
— Wstawajcie, koguty już piały, ksiądz proboszcz się obudził, każe na pacierze dzwonić, będzie miał rano mszę, bo chce jechać do Krakowa.
Ale napróżno stukała; głębokim snem ujęci, po wieczornej wczorajszej biesiadzie, rybałci zbudzić się nie dawali, i jakby przeczuwając to najście, podparli kołkiem drzwi szkoły wewnątrz.
Od drzwi poszła Magda do okna i kołatać zaczęła znowu. Głuchy dzwonnik przewrócił się na drugi bok, a organista, którego sny niespokojne trapiły, pierwszy się schwycił.
— Wstawajcie, wołała Magda.
— Co? ogień! złodzieje? krzyknął — że nas budzicie po nocy?
— Już dzień, proboszcz wstał.
— Gdzie dzień, gdzie dzień! Wstał! wielka rzecz! ja nie wiem czy on kiedy śpi! Jak on żyje! nic nie je, nie pije piwa — jeno wodę, modlitwą jedną się krzepi, dziwny człowiek. Ależ to noc.
— Zrobiwszy z nocy dzień w karczmie, teraz z dnia chcecie zrobić noc, wstawajcie no. Niechaj dzwonią na pacierze, już szósta na półzegarzu. Organista kułakiem w bok szturchnął dzwonnika.
— Do ciebie piją bracie, idź dzwoń.
Ten się przeciągnął, splunął, ziewnął i znowu położył.
— Wstawajcie, wołała ciągle Magda u okna, do kościoła.
— Do kościoła! po nocy! Jeszczeż nie Roraty, mruczał organista. Dość — że człowiek musi chudnąć, bo się ani naje, ani wyśpie, ani napije.
— A wczoraj słyszę, dobrzeście dokazywali w karczmie.
— Już! dokazywali! powiedźcie to jeszcze proboszczowi! rzekł organista zbliżając się do okna. Ja wam powiem czystą prawdę jak to było.
— A wprzódy pobudźcie waszych.
— Zbudzą się i sami, bo już oto dzwonnik łaje, a kiedy zacznie łajać to i wstanie.
— Jakże to było? spytała Magda, zawsze ciekawa, tuląc się do okna mimo chłodu rannego i lekkiego przyodziewka który miała na sobie.
— Oto tak, całkiem szczera prawda, jakem poczciwy.
— Słucham tedy.
— Ku wieczorowi, po waszej wieczerzy, gdzie taki, (uderzcie się w piersi) bo klusek było omal jak zawsze, a gęba jedna przybyła na nie, poszliśmy z Magistrem tak sobie wsią, Boże uchowaj, bez żadnej myśli, powietrza zachwycić.
— I cóż tedy, coście zachwycili?
— Ot co, posłuchajcie. Spotykamy Bartosza. Czołem, czołem, daj Boże dobry czas. — A jak tam na polu? Gadu, gadu, idziemy. Mnie czegoś zaczyna się w gębie robić sucho, ale sucho jak w piecu, gorąco, piecze, szarpie. E! źle, myślę — choroba. Mówię o tem Bartoszowi, a on na to: Nie ma jak popłókać piwskiem. Właśnie dobre w karczmie. Ja się wymawiam.
— Wy? wy?
— Istotnie, słowo uczciwe, żem się wymawiał, nawet od pokusy chciałem odwrócić, ale Bartosz zawołał: Ja stawię. To już co innego. Dałem się namówić. Garniec na nas trzech, istotnie kropla nie więcej. Idziemy, pijem. Aż tu nadchodzi Strzępa, Brożycki, Janko Zawalidroga, Skuba, Swidrzycki, inni. Poczynają stawiać, każdy prosi i tak zabawiliśmy się wesoło i uczciwie do północka.
— Bez guza? spytała Magda.
— Ja tylko o uszak sobie łba nadbiłem, ale był Rektor, a jak on jest, to nie minie na sucho. To on tam sobie trochę pięści natarł, ale bez wielkiego przypadku obeszło się. Janko Zawalidroga ma oko podbite, pewnie przyjdzie dziś do was po lekarstwo, ot będziecie mieli i jaja na piątek, bom mu nawet powiedział, że jaj potrzebujecie.
Gdy organista spowiada się przed ciekawą Magdą, inni wyciągają i wstają powoli, dzwonnik mruczy, Magister maca się gdzie wczoraj oberwał szturchańca.
— Ot i dzionek, wstawajcie, a do kościoła.
— Otóż to życie nasze! jak świt do kościoła, a wyspać się nie ma kiedy, żeby człowiek nie litował się nad księdzem, to by go dawno porzucił. To mówiąc organista ziewnął i począł wdziewać czarny łatany kubrak, który w nocy służył mu za kołdrę, a we dnie za suknię.
W plebanji palił się już ogień na kominie kuchennym, płonęła świeczka w lichtarzu w księżej izdebce, proboszcz czytał brewiarz, skuliwszy się od chłodu na łóżku, Maciek spał jeszcze.
W tem głos wielkiego dzwonu rozległ się powoli wzywając na pacierze. We wsi coraz gęściej zabłysły światła i dobrze już na dzień wybierać się poczęło, bielało wschodnie niebo, biegały na zachód ściśnięte obłoki.
Jak tylko rozwidniało, ksiądz poszedł do kościoła, z nieukontentowanym organistą, który się za gębę trzymał, stękając na ciężki ból zębów.
— Cóż ci to takiego? pytał proboszcz.
— Nie wiem co mi takiego. — Inflamacja.
— Zbytnie użycie trunku.
— To są potwarze, Reverendissime, potwarze Magdy długojęzycznej. Ale ja cierpię niewinnie i cieszę się z prześladowania, przyjdzie czas że wszystko wyjdzie jak oliwa na wierzch.
Proboszcz nic nie odpowiedział, zbliżali się do zakrystji i wchodzili do kościoła.
Miło było zajrzeć do niego. Stary ten i opuszczony dawniej budynek, teraz jaśniał świeżością, i piękny był nie bogatemi ozdoby, ale starannem utrzymaniem i nieporównaną czystotą. Szara światłość wchodzącego dnia wpadała doń przez długie z szyb maleńkich w ołów oprawnych złożone okna. Podłoga wyłożona siwym kamieniem, wymieciona i zmyta połyskiwała. W pośrodku naprzeciw ołtarza wielki z czterema żelaznemi kółkami kamień grobowy, wskazywał wejście do sklepów. Kilka innych nagrobków, zatartych nogami, widniały tu i owdzie wypuklejszym herbem lub ozdoby otaczającemi. W ścianach także wpuszczone kamienie z postaciami rycerzy w całej zbroi, popiersiami i napisami, zdobiły przysionek i nawę. Sklepienie ostre i śmiałe, z gzymsowanemi kąty, wznosiło się malowniczo nad kościołem i bocznemi kaplicami.
Przez dwa jego otwory spuszczały się na sznurze ozdobnym lampa, gorejąca u ołtarza i wielki bronzowy ze szkłami świecznik.
Wielki ołtarz roboty snycerskiej, zdobiły drewniane, biało pomalowane posążki dwóch świętych Ewangielistów; robione kwiaty stały do koła obrazu i Cymborjum w niebieskich złocistych naczyńkach. Wszędzie czystość i porządek, wszędzie znać było nieustanny dozór księdza. Ściany, podłogi, ołtarze, nagrobki nawet, chór, ambona, połyskiwały, i drzewo ławek świeciło się wytarte niedalej jak wczora. Na chorągwiach nie dojrzałeś pyłu, ani pajęczyn za obrazami, ani kupek śmieci po kątach. Pozapalawszy świece, organista oczekiwał w zakrystji na Albertusa, który zwykle do mszy sługiwał, sam potem mając pójść na chór, gdzie już dzwonnik probując miechów czy nie sapią, kalikować poczynał, gdy drzwi się otwarły i Maciek z obwiązaną głową wsunął się.
Proboszcz się odwrócił i spytał go:
— Czegoś wstał chłopcze tak rano?
— Zadzwoniono na mszę, odpowiedział Maciek.
— U księdza to najlepiej być obcym, mruknął organista, ot temu bębnowi, co się wczoraj daleko prędzej położył, jeszcze wymawia że wstał rano; a mnie posłał budzić!
Maciek narzucił komżę, wziął mszał i stanął we drzwiach zakrystji, trzymając za sznurek od sygnaturki. Ksiądz nic już nie powiedział, tylko szepnął chłopcu cicho:
— Msza Święta na twoją intencję.
Wyszli, zabrzmiał organ, nabożeństwo się rozpoczęło. Oprócz Magdy, dzwonnika i Albertusa, który się przywlókł na Sanctus, nikogo nie było w kościółku.
Dwa kubki mleka już oczekiwały na proboszcza i Maćka, gdy powrócili; organista który je napatrzył w kuchni zżymał się, widząc że będzie musiał czekać na ogólne śniadanie.
— Obcemu zawsze lepiej. Nie ma i nie ma taki sprawiedliwości na świecie!
— Powiedźcie dzwonnikowi, niech mi konia do wózka zaprzęże, rzekł ksiądz i poda pod ganek.
— Chwała Bogu, jedzie, szepnął organista, to i dobrze, człek spocznie. W tem proboszcz ku niemu się obrócił.
— Wy zaś pamiętajcie dziś i jutro, jeślibym nie wrócił, o kościele; niech chwała Boża za mojej niebytności nie cierpi. Proszę odegrać i odśpiewać nieszpór, a jutro rano różaniec.
Organista w głowę się poskrobał.
— Jeślibym zaś sam nie był, poproszę po drodze wikarego z Olszowa, aby ze mszą przyjechał.
— Taki i dnia nie da spocząć! ruszając ramionami rzekł Klecha. Cóż z nim począć, uparty i nieprzeparty. Byłbym poszedł na jaki dzień do Leszczy, a tu nie ma sposobu.
Za chwilę wózek stał zaprzężony w ganku.
— Wy zaś Magdo, rzekł Proboszcz wdziewając płaszcz, pilnujcie chłopięcia tego aby miał wygodę do mego powrotu.
To mówiąc wsiadł do wózka i przeżegnawszy się jak zwykle czynił przed każdą drogą, począwszy modlitwę po cichu, zaciął konia z lekka i z bramy probostwa drogą ku Krakowu się posunął.
Na probostwie bezkrólewie, z którego Klechowie radzi byli bardzo, i gdyby ich Magda nie wstrzymywała, pozwolili by sobie wiele. Magister dał żakom pokój i razem z Albertem, organistą i dzwonnikiem posiadali na ganku, stękać po swojemu.
Miało się już ku południowi, gdy im zabrakło przedmiotu do rozmowy, dawno wyczerpanego nieustannemi gderaniami i poczęli wszyscy ozierać się, ziewać, oczekując tylko obiadu, aby się spać położyć, lub ruszyć po wsi za jałmużną zwyczajną. W tem fórta skrzypła, psy zaszczekały i rzuciły się ku niej, wszedł odarty dziad.
Magda na głos psów wyrwała się z kuchni, spojrzała, zbladła, ale szybko dała znak w krąg wszystkim, aby milczeli — poznali Lagusa.
Sama pobiegła do izby i ukryła Maćka w alkierzu, a powróciwszy stanęła w ganku. Olbrzymiego wzrostu, barczysty, zarosły, w pół zgiąwszy się, dla nadania sobie pozoru starości, szedł Lagus, klepiąc pacierz i rzucając na wszystkie strony oczyma, których białka migały dziwnie.
Klechowie domyślili się nieco po znaku Magdy, iż poznała Lagusa, lub wreszcie przeczuła go, spojrzeli po sobie, pokręcili głowami, czekali.
Niech będzie pochwalony — ozwał się dziad stojąc u słupa, oganiając się psom, i szukając oczyma to tu, to owdzie, jakby się co ujrzeć spodziewał.
— A zkąd to Pan Bóg prowadzi? rzekła Magda drżącym głosem.
Lagus podniósł głowę, długo wlepiał w nią oczy, zdawał się dziwić, chcieć coś powiedzieć, potem szepnął:
— Z Krakowa.
— A dokąd?
Gdzie oczy prowadzą. Zwyczajnie dziadowska droga. Magister ścisnął pięść, przypomniawszy sobie wczorajszą przez chłopca opowiadaną historją i czując już w sobie ochotę wojowania.
— Co tam słychać w Krakowie?
— Ah nic, wszystko po staremu.
Milczeli znowu, dziad ciągle się oglądał i westchnął.
Magda mu wyniosła chleba kawałek do torby i powiedziała:
— Idźcie z Bogiem, księdza proboszcza nie ma w domu.
— Pozwólcie mi przynajmniej spocząć.
— Czemuż, czemuż — spocznij sobie, mój kochany, usiądź, posil się. Więcej ci dać nie możemy, bo i nie ma co.
— Już to wiem, rzekł dziad, co plebanja to nie dwór, zwłaszcza kędy Klechów dużo.
Magister ścisnął pięść i zęby razem, chciał już kułakiem w bok poczęstować przybylca, ale spojrzawszy na ramiona jego dał pokój.
— Mógłby oddać, pomyślał, niech go kaduk, zdaje się silniejszy od Janka Zawalidrogi.
Po chwili milczenia, Lagus rozpoczynając westchnieniem, spytał:
— Nie widzieliście tu czasem jakiego chłopaka, sieroty?
Wszyscy spojrzeli po sobie, Lagus który w tej chwili chleb z torby dobywał i oczy miał spuszczone, nie widział tego.
— Kogo? kogo?
— Oh tak chłopięcia, sieroty?
— Jakże on wyglądał?
— A był tu jaki?
— Wczoraj, obojętnie zawołała Magda, ale dziś rano przenocowawszy tu — poszedł dalej. Cóż to za jeden? Nieborak, miał głowę skaleczoną, mówił że się uderzył.
Lagus podniósł oczy szybko, popatrzył i dodał:
— Doprawdy? skaleczył się, biedniaczek! i bardzo?
— Dosyć mocno w głowę.
— Opatrzyliśmy go tutaj, dodał Albertus.
— A dokąd pociągnął?
— Oto wsią przed siebie, nie wiadomo dokąd. Ale czemuż to o niego pytacie?
— Bo to moje dziecko!
— Twoje, rzekł Magister tamując się, aby nie uderzyć Lagusa i miarkując pod spojrzeniem Magdy.
— Juściż! kawał łotra! Uciekł mi z Krakowa, to za nim się wlekę.
— O! dogonicie go rychło, rzekła Magda, bo powoli się wlecze, słaby nieborak.
Lagus, który przed chwilą miał odpoczywać, wstał, pochował co wyjął do torby i zarzuciwszy ją na plecy, rzekł:
— Ot, trzeba mi za nim spieszyć, bądźcie zdrowi, Bóg zapłać. Żaki i po drodze wszyscy mi mówili, że go tu widzieli idącego. Niech będzie pochwalony. —
Odchodząc rzucił okiem na Magdę, która z niespokojnością wyglądała, żeby ruszył, ciągle dając znaki Klechom, aby się czem nie wydali.
Tylko co był za furtą i psy go odprowadziły szczekaniem, a już w ganku po milczeniu chwilowem wrzała rozmowa ożywiona. Lagus spojrzał przez płot, zastanowił się, przyczaił, poszedł kilka kroków aby go widzieli i zawróciwszy na cmentarz, po pod murem przesunął, fórtką ku plebanji wcisnął, między drzewy począł schylony przełazić, aż się dostał naprzeciw ganku, zkąd mógł głosy rozmawiających słyszeć.
Magister wykrzykiwał najgłośniej.
— Patrzcie zuchwalca, i goni za nim.
— Ale bo kto wie, rzekł organista, któremu ciągle tkwiło w myśli, że go sierota będzie odjadał, może to wszystko bajki, co on gadał, a to istotnie wisus jaki i własne jego dziecko?
— Wstydź się, wstydź się, przerwała Magda z oburzeniem, takie rzeczy przypuszczać. Toż mu z oczów prawda patrzy temu dziecku i także pańską ma twarzyczkę. Ja nie wiem.
— A ja wiem, przerwał Klecha, że byleby się gdzie dymiło z komina, to darmojady się znajdują. Radzi jesteście żeście nowego złapali? księdzu w to graj!
— I mnie się zdawało z początku, odezwał się Magister, że to wszystko wierutne bajki, ale teraz zaczynam wierzyć po trochu, bo ten dziadzisko ma zbójecką twarz i wejrzenie takie, że się na widok jego same pięści ściskają.
— Wam to i na widok innych się trafia.
— Człek nie kamień, rzekł Mistrz.
Długo tak rozmawiali, a Magda pobiegła przestraszonemu chłopięciu dać znać że dziad już poszedł, uspokajając je i zalecając aby do okien nie chodził.
Tymczasem Lagus lękając się aby go nie zobaczono, po chwili wysunął się nazad na cmentarz, ze cmentarza na drogę ku wsi i poszedł ku karczmie. Obejrzawszy dobrze położenie plebanji, przejścia, bramki, zamknięcia, usiadł zamyślony na karczemnej przyźbie. Tu dobywszy chleba i słoniny, a potem jakiegoś proszku z gałgana, począł kręcić gałki, pozawijał je w szmatę, schował do torby, a spojrzawszy na słońce, na kupie siana w sieni położył spać.
Jak tylko objad zjedli Klechy, każdy w swoją stronę rozeszli się, ci za niedobranem snopkowem czyli petycją, inni do znajomych, organista nasz do karczmy, jak zwykle niby bez celu z założonemi w tył rękoma, ale w istocie szukając tylko powodu, aby zajrzeć garncowi piwa w oczy.
W tej przechadzce tak się nieznacznie zbliżył pod samą karczmę, drzwi jakoś znalazł otwarte, żyd się z nim przywitał, potem chłodno było na dworze, musiał więc wejść i usiąść na ławie. Na stole właśnie stała kwarta piwa jakby przygotowana. Umoczył usta tylko dla spróbowania, a umoczywszy je, pił żeby się rozsmakować.





IV.
PROBOSZCZ W KRAKOWIE.

Nie będziemy opowiadać, jak ksiądz proboszcz nasz odjechał do Krakowa, jak stanął u K. K. Bernardynów, gdzie go serdecznie przyjęto, jak naprzód do kościoła na modlitwę, potem się udał na miasto.
Biedny ksiądz, który dawno już stolicy nie widział, czuł się w niej bardzo obcym, wytarta jego sutanna każdego innego byłaby wstrzymała, ale on nie wstydził się swojego ubóstwa, nie lękał się niczego, nie był przystępnym śmiechom ludzkim. Po nabożeństwie posunął się wolnym krokiem ku kościołowi Panny Marji, ale zbliżając się, miarkował że nie wie jak dopytać się o Agatę, gdyż może być nie jedna żebraczka tego imienia pod kościołem. Biedził się więc zawcześnie i potrząsając kilką groszakami z kieszeni dobytemi, szukał oczyma twarzy, któraby większą w nim ufność wzbudziła.
Wszyscy żebracy siedzący na cmentarzu (to jest na placyku otaczającym kościół) wyciągnęli razem ręce, widząc zbliżającego się z groszami w ręku księdza.
— Na miłość Bożą, groszyk jałmużny!
— Mój ojcze, miejcie litość nad biedną kaleką!
— Groszyk ślepemu!
— Szeląg mnie, ojcze!
— W imie Najświętszej Panny.
— Na kości Ś. Stanisława.
— Będziemy się modlić za was.
— Niech was Bóg pocieszy.
— Ja mam dziecko i t. p.
Wszyscy swym krzykiem głuszyli biednego proboszcza, który stał, wahał, nie wiedział co począć, dzielił jałmużnę, a widząc że mu nie wystarcza przygotowanego, dobył resztę jaką miał.
— Nie mógłby mi kto z was powiedzieć, odezwał się wreszcie, gdzie tu jest, niejaka Agata, niedawno przybyła?
Wszyscy spojrzeli po sobie, zdziwieni że o ich towarzyszkę pytano.
Musi to być coś w tem! mruczały zazdrośne. Patrzajcie! Agata — już ją znają.
— Agata, rzekła siedząca na rogu babka. Była ona, ale jej nie ma, dziś podobno nie przychodziła. Wszak nie przychodziła?
— Nie, nie, i wczoraj jej nie było, rzekł ktoś z boku.
— Ale na cóż jej potrzebujecie, może to i kto inny potrafi, ojcze?
— Nie, nie, to ja chciałem tak informacji. Więc powiadacie że jej nie było?
— Dziś i wczoraj nawet.
— Ale nie wiecie gdzie mieszka?
— A gdzie ma mieszkać? na bruku jak my. Zresztą kto ją wie, to jakaś wielka pani, bo się drogo do Bractwa wkupiła.
— Może pan pisarz wie, zawołała druga bo oni się dawno znają.
— Jaki pan pisarz?
— A naszego Bractwa. Pielgrzym Groński.
— Gdzież go można znaleźć?
— Zawsze siedzi w gospodzie.
— W jakiej?
— Ot tu, w naszej, i kilka rąk wskazały na dom Bractwa.
Ksiądz pomyślawszy chwilę udał się tam. Zastał Grońskiego nad książką, modlącego się i przebierającego różaniec.
Na widok duchownego powstał stary, ucałował jego rękę i otarłszy ławę, prosił usiąść.
— Dziękuję wam, rzekł ksiądz, alem ja tu do was za interesem. Nie wiecie co się stało z Agatą, żebraczką u P. Marji.
— A cóż się z nią stać miało?
— Gdzie jest?
— Musi być pod kościołem.
— Nie ma jej od dwóch dni. Miałem potrzebę widzieć się z nią.
— Jakto! nie ma, zawołał Groński. Dziwna rzecz, oto temi dniami, jeden z biczowników Bractwa i ona znikli nie wiedzieć gdzie. z
Ksiądz milczał, Groński ozwał się po chwili.
— A wy ojcze, nie o dziecko, którem Agata się opiekuje pytać chcieliście?
— Zkąd-że wy wiecie o niem?
— Ja, rzekł pisarz, znam Agatę dawno i wiem całą dziecięcia historją.
— Wy?
— Jeszcze przed pielgrzymowaniem mojem do Rzymu, leżałem z choroby w domu księżnej, matki dziecięcia.
— Księżnej! mówicie?
— Tak, ruskie to książęta, Sołomereccy; ale jeźli wola i łaska, ja wam wszystko opowiem.
— Bardzo was proszę, rzekł ksiądz siadając, słucham.
Brat Groński usiadł niżej na ławie i począł księdzu opowiadać to co słyszał od Agaty. Powieść jego tak się zgadzała z opowiadaniem dziecka, że proboszcz coraz bardziej zajęty i poruszony, zaledwie dosłuchawszy opowiadania, pożegnał pisarza i udał się rozpytywać Senjora szkoły, Pudłowskiego.
Pudłowski był mu dawno znajomy, nie wahał się więc zabiedz do niego i coś więcej jeżeli można dowiedzieć.
Szkoła była pusta, i proboszcz dwa razy pociągnąć musiał kozią łapkę, nim mu z widoczną niecierpliwością człowieka, oderwanego od pracy, otworzył Senjor. Chwilę popatrzał zmordowanemi oczyma na proboszcza nim go sobie przypomniał: nareszcie opuścił drzwi i uśmiechając się z przymusem do środka poprosił.
— Dawno niewidzianego, dawno, rzekł jąkając i niespokojnie ozierając się na drzwi do drugiej izby. Cóż za szczęśliwy traf sprowadza?
— Rad jestem że was w dobrem zdrowiu zastaję.
— Jakkolwiek, dosyć.
I wskazał na krzesło, z którego zrzucił na ziemię czapkę żydowską. Czapka ta dowodziła, że Hahngold był u Senjora zamknięty w drugiej izbie.
Proboszcz nie mając czasu do stracenia rozpoczął pytania.
— Straciliście jednego z waszych żaczków, rzekł, niedawno.
— A! tak, nie pamiętam, tak! podobno. Jakże się zwał? zaraz! Maciek Skowronek! Wiecie o nim?
— Trochę, rzekł proboszcz, ale wprzód powiedzcie mi co wam o nim wiadomo.
— Prawdziwie, to coś niepojętego, niechętnie odrzekł Pudłowski, już mnie kilka osób o to dziecko pytało. Jednak to plebejus.
Ksiądz się uśmiechnął.
— Nie tak jak myślicie.
— Jak to? Sierota z Rusi?
— Sierota, nie całkiem, a co się tycze plebejuszostwa, princeps non plebejus, ex sangvine procerum Regni.
Pudłowski osłupiał i zerwał się z krzesła, ale ksiądz w tej chwili zwróciwszy oczy na żydowską czapkę, z żółtym aksamitnym wierzchem, położył palec na ustach.
— Jak? co? kto? począł pytać senjor.
— Ktoś tu u was jest?
— To, to, Kampsor nasz, dla spraw Bursy, to najlepszy człowiek.
Ksiądz głową niedowierzając poruszył.
— Dość wam, rzekł, na ten raz wiedzieć, że dziecię to ma nieprzyjaciół, co je zgubić pragną, że tu w Krakowie jest ktoś co nań czyha, że wydane zostało w ręce dziadowi przez niejakiego confratra żaka przezwanego Urwisem. Weźcie go na spytki, każcie zawołać.
Pan Pudłowski zajęty cały nowiną, wybiegł za Urwisem, z małą jednak nadzieją żeby go złapać można, bo żak ten częściej był pod oknami mieszczek, niż w Bursie. Dziwnym przypadkiem zszedł go Senjor na wschodach.
— Chodź tu, zakrzyczał, chodź tu, mam ci coś powiedzieć.
Urwis chciałby był uciekać, bo mu czegoś pilno było, ale nie miał sposobu. Spuściwszy uszy wszedł powoli na górę, przemyślając tylko, za które z niezliczonej liczby przestępstw kara nastąpi; Pudłowski w milczeniu wprowadził go do izby i jakby chciał go bardziej jeszcze przestraszyć, zaryglował drzwi za nim.
— A teraz, rzekł, chceszli wyjść cało, mów prawdę.
Urwis pobladł.
— Ty wydałeś w ręce żebraka Maćka Skowronka?
Zaciął się żak, ale prędko rzekł zbierając na odwagę.
— Ja.
— Za co? i dla czego?
— Chyba nie wiesz żeś go wydał na stracenie? na śmierć? dodał ksiądz.
— Na śmierć? zawołał bursarz załamując ręce — ja! ja!
W tej chwili dał się słyszeć szelest za drzwiami drugiej izby.
Senjor i proboszcz zwrócili oczy, ale prędko je znowu skierowali na żaka, który miał łzy w oczach. Urwis był największym łotrem, ale myśl że wydał na zginienie brata, że popełnił największą w przekonaniu swojem zbrodnią, zdradzając tego kogo bronić był obowiązany, przejęła go tak, że na kolana upadł.
— To być może! zawołał, ja! ja! Ja powiem wam wszystko, całą prawdę.
— Mów, ozwał się Senjor.
— Wieczorem spotkał mnie dziad Lagus i począł pytać o Maćka. Są tu powiada jego krewni, co mu dobrze życzą, przyjdźcie z nim do mnie, ja go im przywiodę. A jeśli się będzie opierał, nic nie zważajcie, choćby płakał, nagrodzą mu się te łzy, bo on nic nie wie jakie go szczęście czeka.
— W istocie czekało go, dodał pleban, porwanie zbójeckie i mało nie śmierć, rozbicie głowy.
Żak uszy sobie zatknął, powstał żywo i krzyknął.
— Zabiję tego psa dziada!
— Dajcie mu pokój, przyjdzie nań kara i bez was.
— Ale gdzie jest Skowronek? kto go ocalił?
— Bądźcie o niego spokojni, a dziękujcie Bogu, że was od ciężkiej zgryzoty sumienia uwalnia.
Pudłowski na skinienie księdza odryglował drzwi w milczeniu, a żak w pół oszalały, wyszedł, raczej poleciał pod kościół szukać Lagusa, którego jednak nigdzie znaleźć nie mógł.
Proboszcz tymczasem pomówiwszy z Senjorem, któremu wszystkiego co wiedział nie widział potrzeby mówić, dawszy jednak do zrozumienia że chłopiec u niego się znajduje, pożegnał go i odszedł.
Ledwie się drzwi za nim przywarły, gdy drugiemi blady, pomięszany wszedł z kryjówki swojej Hahngold.
— Zkąd ten ksiądz? spytał się Pudłowskiego.
— Ztąd nie daleko, z okolicy, gdzieś z pod Proszowic podobno, doprawdy nie pamiętam miejsca.
Hahngold wziął za czapkę.
— Muszę śpieszyć, rzekł, wybaczcie, czas drogi.
— A moje strusie skrzydła?
— Będą, będą! To mówiąc Kampsor łapał za klamkę i spuścił się żywo ze wschodów, tak że odchodzącego powoli proboszcza zastał jeszcze w ulicy. Tu obejrzawszy się do koła, nacisnąwszy na uszy czapkę, nasunąwszy pod brodę płaszcz, posunął się powoli za księdzem.
Proboszcz powracał już do klasztoru, nie mogąc nigdzie wywiedzieć się o Agacie, postanowił powrócić do domu, aby czuwać nad chłopięciem. Dnia tego późno już mu było powracać, chciał więc przenocować u Bernardynów, a nazajutrz rano odjechać.
Żyd poszedł za nim aż do fórty, i widząc księdza wchodzącego do klasztoru, jakby się namyślił, zawrócił w miasto. Na zakręcie ulicy spotkał go zielono ubrany nieznajomy.
— Ja was szukam, zawołał żyd łapiąc.
— Mnie, a cóż?
— Chłopiec jest.
— Gdzie.
— Wiem gdzie, ale nie ma na to rady, bardzo się już sprawa rozmazała. Przyjechał tu ksiądz dowiadywać się o niego. On na wsi u księdza.
— Daleko?
— Koło Proszowic, ale Lagus go znajdzie, bo już poszedł szukać w tę stronę.
Nieznajomy zamyślił się.
— Trzeba kogoś więcej posłać, wyście mi przyrzekli, róbcież.
Kampsor brał się za brodę i głową kiwał.
— Naprzód by wiedzieć miejsce. Aj! aj, co mnie to pracy kosztuje!
— Przynajmniej nie mówcie żeście nie zapłaceni!
Żyd ramionami wstrząsł z pogardą.
— Taka sprawa?
I odszedł. Udał się wprost ztąd do szynkowni Krzaczkowej, którąśmy wyżej opisali. Tu jak zawsze nie brakło pijących i zgromadzenie pod wieczór zwiększone, szumnie się nad kuflami bawiło.
Żyd głowę tylko we drzwi wcisnął, dał jakiś znak i wywiódł za sobą, potężnego młodego chłopca z krzywą ręką. Był to znajomy mu żebrak zwany od swego kalectwa Krzyworączką, siedział on pod kościołem KK. Bernardynów, jadł w klasztorze i sypiał tam, posługując ile mu kalectwo dozwalało. Kampsor znał go, jak znał wszystkich prawie uliczników.
Dobył grosz biały i pokazał go.
— Kto wczoraj zajechał do Bernardynów z księży?
— Proboszcz z pod Proszowic.
— Jak się nazywa?
Żebrak całą rękę wyciągając po datek, powiedział nazwisko, żyd odszedł szybko, a Krzyworączka wrócił do szynkowni uśmiechając się.
Ztąd Aaron pobiegł do swego domu, niedając się już zatrzymywać po drodze.
Nazajutrz rano po mszy, wózek księdza wytaczał się z podwórza OO. Bernardynów i śpieszył w stronę domu. Dzień był chmurny, wilgotny i smutny, proboszcz zamyślony odmawiał pacierze, koń truchtem biegnąc poparskiwał. Na śród drogi poczęła szkapa nakuliwać i ledwie dojechawszy do pierwszej plebanji, z wielkiem zmartwieniem swojem zatrzymać się musiał. Napróżno oglądano kopyto biednej klaczy, nic nie okazywała choroby zatratowania, stłuczenia, a jednak kulała. Nazajutrz wiedli ją do wody, toż samo, zawsze w nadziei ozdrowienia konia, proboszcz się zatrzymywał, aż nareszcie straciwszy ją, wziął kij w rękę i poszedł piechotą.
Nie męczyła go droga, bo był przywykły do podobnych pielgrzymek, ale niespokojny i o dziecko i o kościół i o dom, w którym zwykle po jednym dniu niebytności, dziwnie przewrócony porządek zastawał, śpieszył jak mógł nieborak.
Dobrze zmierzchało gdy ujrzał nareszcie stare lipy otaczające cmentarz i białe mury kościołka.
— Dzięki Bogu, rzekł w duchu.
Dzwon właśnie odzywał się na pacierze, proboszcz się przeżegnał i modlić począł. Tak coraz bardziej zbliżał się ku plebanji, mimowolnie zwracały się jego oczy na ten domek w którym przeżył lat tyle spokojnych i szczęśliwych.
Z biciem serca ludzi przywykłych do swojego kątka, otworzył fórtkę, zajrzał w dziedziniec, psy poczęły się koło niego łasić. W ganku postrzegł swoich Klechów i Magdę.
Ona poznawszy proboszcza, wybiegła przeciw niemu.
— To Dobrodziej! Ale cóż to jest? pieszo.
— Klacz zakulała. Jak się macie? A gdzie mały?
— Mały? powtórzyła kręcąc fartuch w palcach Magda, mały? I zafrasowana nie wiedziała co mówić.
— Mów, mów, co się z nim stało?
— Poszedł, rzekła Magda łykając ślinę i jąkając się, poszedł dalej.
— Dokąd? kiedy poszedł? toście go chyba wypędzili?
— My, nie, to on sam poszedł. Dobrowolnie.
— Ale to być nie może! zawołał proboszcz szybko zmierzając ku domowi, to być nie może!
Wszyscy Klechowie i Magda widocznie byli pomięszani.





V.
WDOWA.

Przenieśmy się teraz ze stolicy daleko w głąb kraju, na Podlasie, do Knyszyna, kędy ostatni z Jagiełłów dokonywa smutnie żywota, otoczony kobietami, pochlebcami, tłumem chciwych i podłych ludzi, bez serca w piersi i wstydu na czole.
Późnym wieczorem jesieni ciągnie się po błocie do miasteczka skórą wybijany rydwan, osłoniony zewsząd firankami skórzanemi, zaprzężony czterema lichemi końmi. Na przodzie jego siedzi żyd woźnica i stary osiwiały ciemno ubrany mężczyzna. W milczeniu zacina konie żyd, spoglądając na cel podróży: miasteczko i zamek.
Stary przy nim siedzący mężczyzna, podparł się na ręku i smutno zadumał namarszczywszy. Niekiedy obejrzy się w tył na rydwan, jakby za firankami kogoś tam siedzącego chciał dojrzeć, to znowu podeprze i zamyśli i wzdycha.
— A jest tu dobra gospoda? spytał stary żyda.
— U! wa! czy to wy koniecznie chcecie w najlepszej stanąć?
— Czemuż by nie, mój Mortchel?
— Wy nigdy w Knyszynie nie bywali?
— Nie, mój kochany.
— To wy nie wiecie, jak to drogo! Kiedy król JM. mieszka, ciągle do niego panowie wielcy jeżdżą, że często wszystkie domy ich końmi, ludźmi i pocztami zajęte, bo na zamku miejsca nie ma. Za kątek dla koni i dla człowieka każą sobie płacić! Jakbyśmy w najlepszej gospodzie stanęli, choćby nawet miejsce znaleźć, nie na długo by nam worka stało.
— I trudnoż Mortchel, naszej pani stanąć nie wiedzieć gdzie.
— Ja to wiem, odpowiedział żyd kiwając głową, jej potrzeba wygody, nu ale za wygodę każą płacić, i dobrze płacić.
— Cóż robić póki jaki grosz mamy!
— Ja bym i swego nie pożałował, odpowiedział żyd cicho. Wy wiecie że ja naszą panią kocham jak wy, jak wszyscy jej ludzie, ale taki nie życzę do wielkiej gospody w rynku zajeżdżać.
— A dokąd-że?
— Hm! to się wam będzie zdawało nic do rzeczy ale posłuchajcie tylko. Ja tu znam krewnego, który ożenił się z siostrzenicą mojej Sory, zajedźmy do niego. Dla naszej pani każę wyczyścić izbę osobną, a konie i wóz w stodółce postawim, choć to dom niepozorny, ale będzie wygodnie — a kosztować nie będzie. Tu i tak zdadzą się pieniądze, by ich najwięcej było.
I Mortchel zaciąwszy konie w kałuży, usiłował różnemi głosy, zachęcić je, aby wśród grzęzawicy zmęczone nie stanęły.
— Uważaj Mortchel jak lepiej, aby tylko pani było wygodnie.
— Zresztą zobaczymy.
W tej chwili pomimo deszczu lejącego o firanki rydwanu, roztwarła się zasłona białą ręką posunięta i ukazała głowa kobieca bladości śmiertelnej, rysów twarzy dziwnie pięknych, oczu zamglonych świeżym płaczem, ale ognistych jeszcze. Kobieta wyglądająca mogła mieć lat trzydzieści kilka, a rysy dowodziły niedawno i nie zupełnie jeszcze znikłej wielkiej piękności; cierpienie jakieś czy choroba wypiętnowały na niej marszczki, odjęły nietylko rumieniec, ale nawet wszelkie krwi ślady. Rzekłbyś że powstała z trumny i otwarła oczy pod całunem. Ręka jej była tak biała jak twarz. Ciemna suknia osłaniała szerokiemi fałdy kibić jej wysmukłą i cienką, ramiona białości marmurowej, kreza stojąca otaczała szyję, głowę wdowi czepiec czarny objął i wychudłą twarz zasłaniał. Nieznajoma spojrzała, przeżegnała się, zadrżała i poczęła modlić. Cichym, miłego dźwięku głosem spytała starego sługi, który się w tej chwili odwrócił:
— To Knyszyn?
— Tak, pani, tak.
I firanka zapuściła się znowu, a żyd z starym sługą szeptać coś poczęli. W powozie było słychać płacz i łkanie tłumione, przerywane jakby rozmową urywaną.
Nie młoda już i skromnie bardzo ubrana kobieta, rysów twarzy grubych, wyrazistych ale tchnących dobrocią, siedziała w powozie obok pierwszej. Ona to starała się ją pocieszyć i utulić rzewnemi łzami płaczącą.
— Pani, pani, czyż łzy pomogą? zbliżamy się do celu, może Bóg da, że król J. M. wymierzy nam sprawiedliwość. Nie ma jeszcze czego rozpaczać!
— A! moja Janowa, czyż utrata dziecięcia, czyż wszystko co przecierpiałam, nie wyciskają łez mimo woli? One same płyną. Mój Staś! Bóg wie gdzie, może go już pochwycili, może. —
— Bóg strzeże sieroty. Agata poszła za nim, pan Czuryło.
— Wszystko ja to sobie mówię, a jednak płaczę mimo woli. Kto wie czy król poznać mnie zechce, czy zechce się ująć za krzywdę.
— Ja nie wątpię.
— Szczęśliwaś moja kochana.
I nieznajoma znowu gorżko płakać zaczęła.
— Zbliżając się do miejsca, w którem ostatnia moja nadzieja, strach za serce ściska. Sama jedna! jak się dostać do niego, jak uprosić, jak mu wytłumaczyć.
— Chyba pani w opiekę Bożą nie wierzysz nad dzieckiem i nad sobą? ozwała się Janowa.
— O! gdybym w nią nie ufała, dawnobym umarła!
— Tyle jej pani moja miałaś dowodów.
— I tyle przeciwności.
— Bóg zsyła krzyże tym których kocha, odpowiedziała Janowa, usiłując jakkolwiek towarzyszkę z płaczu zachodzącą się utulić. Ale nie pomagało, ona płakała a płakała.
Wjechali w miasteczko, którego szerokie ulice ostawionemi lichemi domki, gdzieniegdzie przeciętemi nowszą porządniejszą budową, pełne były błota. Wielka murowana gospoda wznosiła się w pośród rynku otoczonego domostwy żydowskiemi, kramikami drewnianemi otwierającemi się na zewnątrz klapą podpartą na wbitym w ziemię palu. W tych sklepikach lichych wyglądały białe zasłony żydówek siedzących na garnkach z żarem i węglami, czarne płaszcze żydów zgarbionych nad książką modlitwy, wiszące w oknach rozmaite towary, leżące na wystawach naczynia, owoce i t. p. Deszcz lał jak z wiadra miotany silnym wiatrem, drzewa chyliły się resztę liści tracąc porwanych burzą, kilku ludzi z głową przykrytych workami, podkasaną suknią, wywróconym kożuchem, kilka bab w fartuchach zarzuconych na włosy, brodziło zalanemi błotem ścieżkami. Na prawo widać było zamczysko. Nieznajoma spojrzała nań przez firanki, i modlić się znowu zaczęła. Minęli kościół, minęli rynek, Mortchel woźnica kilka razy spotykanych żydów zapytał, i zakręcił w prawo na ciasną uliczkę. Ale tu ciężko było rydwanowi przejechać. Ta część mieściny miała jeszcze smutniejszy i biedniejszy pozór. Sciśnięte domki żydowskie i mieszczańskie, przegrodzone rzadko płotkami, najczęściej przypierające prawie do siebie, stykały się dachami, ścianami; wystawały na ulicę gankami; wysokie żerdzie na których zawieszony był sznur łączący pokrewne domy żydowskie wznosiły się tu i owdzie. Studnie, błotniste, głębokie kałuże, kupy śmieci, gnojów, drew, materjału budowlowego, przerzynały w poprzek czarny ten zaułek. Karoca niekiedy wpadła po osie w wodę, grzęzła w błocie rzadkim, to znów krajała miękką i rozlazłą od deszczu ziemię, to wznosiła się na nasypy słomy i gnojów, z których nagle spuszczała w rowczaki wiodące ścieki miejskie do fos zamkowych.
Trzeba było i powolności żydowskich koni i uwagi połączonej żyda i starego sługi, aby bez wywrotu lub zagrzęźnienia przebyć ten piekielny kawałek drogi.
Zatrzymał się żyd u wrot nieco większego domu, któren z wywieszonych skór do koła i zapachu właściwego garbarnią się wydawał. Stał on nad wodą, z jednej strony na ziemi, z drugiej na gęsto nabitych palach oparty; miał wzjazdowe wrota, ganek z galeryjką niezgrabną, kilka okienek w części pęcherzami i szkłem zaciągnionych. Czerwono malowane okiennice z wyciętemi sercami wisiały od wiatru dygocząc na drewnianych z gruba wyrobionych zawiasach.
Widząc zatrzymujący się powóz u drzwi swoich, garbarz z zakasanemi po łokieć rękawy, zawalanemi farbą rękoma, w kaftanie tylko i jarmułce na głowie, wyszedł na ganek. Mortchel ujrzawszy go zlazł, podał rękę, wszedł do izby, całując palce dotknięte do umieszczonego na uszaku hebrajskiego napisu i począł coś mówić z gospodarzem. Stary sługa tymczasem smutnie podparłszy się został na kozłach, z cierpliwością bezprzykładną znosząc bijący deszcz w same oczy.
— A co Paleju?
— A co pani, stojemy, czekamy, żyd poszedł szukać gospody dla nas.
Odpowiedział stary na zapytanie z wnętrza powozu wychodzące.
Widać było gospodarza żywo rozmawiającego z woźnicą czas jakiś, przekonywającego jak by o czemś, potem wychodzącego na ganek i wracającego znowu, koniec końcem zaczęto wymiatać i uprzątać pierwszą izbę, wynosić żydowskie pierzyny do alkierza, żydówki uwijały się, kręciły, a Mortchel podnosząc zasłonę i zdejmując czapkę przystąpił do rydwanu.
— Jasna pani może wysiąść, ugodziłem gospodę, nie będzie bardzo wygodnie, ale żyd nie dokończył i poskrobał się.
— Wszędzie mi będzie dobrze, odpowiedziała nieznajoma.
Trzymaj konie a ja panią wysadzę, przerwał stary, bo po błocku tem nie przejdzie.
I Palej żywo mimo wieku z siedzenia swego skoczywszy, podbiegł ku wysiadającej, wziął ją jak dziecko na ręce i schylając się uważnie, wniósł do izby, za niemi starsza niewiasta powlokła się powoli.
Izba do której weszli, smutną, brudną i nagą miała prawo wydawać się przybyłym, a jednak wszyscy już trochę z biedą i podróżą oswojeni, znaleźli ją wygodną; chociaż kury co chwila wbiegały dowiadywać się z alkierza, choć podłoga czarna była od błota, pułap niski i zasmolony, ściany wylepione gliną, piec garbowaty i okopcony, ławy nizkie i chwiejące, chociaż wiatr chodził od okna do okna wahając pajęczynami, poosnowanemi po kątach.
Na gołym tapczanie usiadła przybyła i pozostała nieruchoma, zamyślona, gdy słudzy krzątali się tymczasem znosząc tłumoki, robiąc posłanie, zatykając dziury i starając się jako tako izbę uprzątnąć.
— Spytajcie o króla, rzekła nareszcie nieznajoma.
Stary sługa, którego zwano Palejem, niegdyś kozak, jak to po części z wąsów zawiesistych, po części z fantazji poznać było można, zafrasował się, poskrobał w głowę i odpowiedział cicho:
— Już ja się pytałem.
— Król jest?
— Jeszcze w Lublinie, mruknął Palej.
Młoda kobieta spojrzała na niego i opuściła ręce.
— Ale prędko przyjedzie, dodał, spodziewają się co chwila. Już słyszę koniuszy odebrał wiadomość i wozy idą.
— A tymczasem spoczniemy, przerwała kobieta, pani potrzebujesz spoczynku.
— Spokojności, nie spoczynku — Janowa, zawołała kobieta, a póki nie będę miała pewności, póki król nie wyrzecze między mną a nieprzyjacielem, póty wszelka myśl spoczynku dla mnie daremna.
W tej chwili ubrany w czarny żupan, podpasany pasem jedwabnym, gospodarz domu podnosząc nieco jarmułkę wszedł do izby.
— Prawda to, że się króla JM. spodziewają? spytała żywo przybyła.
— Lada dzień, rzekł gładząc brodę żyd, Już pan koniuszy miał posłańca. Pan Bisławski starosta nasz czeka na Najjaśniejszego Pana, wozy idą; już Kniaźnik przyjechał.
On dziś albo jutro pewnie będzie.
— Kto to Kniaźnik?
— Jasna pani nie wie? z podziwieniem spytał żyd. Nu! to wielka figura, choć mały człowieczek, przez niego można wszystko zrobić. On, pan podkomorzy i krajczy, a Egid, to co chcą to robią. Kniaźnik to pokojowiec królewski, a teraz jemu i senatorowie kłaniają się, a on im nie jeden raz drzwi przed nosom zamyka.
I żyd z niejaką wzgardą i oburzeniem poruszył ramionami.





VI.
KNYSZYN.

Pomimo błota i deszczu, wszystko co żyło w miasteczku leciało do okien, zaczerniało w gankach, wytoczyło się w uliczki. Długi sznur krytych skórami wozów, koni powodnych, rydwanów jezdnych sunął się do zamku; na którego dziedzińcu, moście zwodzonym, podwórzach, w komnatach, panował ruch niezwykły. Po kominach rozpalano ognie na prędce, wymiatano podłogi, wykadzano izby smółką i wymyślniejszemi kadzidły. Czeladź zamkowa i przybywająca zajęta była uprzątaniem, biegała, wołała i potrącała się znosząc paki, rozwijając tłumoki, wprowadzając przyjeżdżających.
Z królem Zygmuntem Augustem jechali do Knyszyna z panów senatorów: Franciszek Krasiński biskup Krakowski, Mikołaj Krzysztof Radziwiłł marszałek W. Litewski, Stanisław Sędziwój Czarnkowski referendarz koronny. Każdy z nich wiódł przyzwoity stanowi swemu i dostojeństwu dwór, a połączone poczty biskupa, marszałka, referendarski, panów Mikołaja i Jerzego Mniszchów, podkomorzego i krajczego, nareszcie królewski dwór napełniały tak dziedziniec, że się w nim obrócić i przecisnąć przezeń trudno było.
Króla właśnie dworzanie jego Mikorski i Wilkowski z karocy wziąwszy na ręce do komnat byli wnieśli i posadzili w wielkiem złoconą skórą wybijanem krześle, stojącem przed ogniem.
Izba w której spoczywał August, wybita była materją czerwoną w kwiaty złociste wyciskane, w ramach drewnianych brunatnych. Sufit jej, z belek ciemnych złożony, ozdabiały między niemi w kwadratach umieszczone gwiazdy złociste. Podłoga kamienna pokryta była suknem zielonem. Jedne drzwi wiodły do wielkiej sali, drugie do sypialni, w środkowej ścianie wysoki komin z szarego kamienia, z zegarem i zwierciadłem, płonął rozpalonym ogniem; kilka krzeseł bez poręczy, siedzenie dywanem perskim kryte, stolik lakierowany, na którym leżała czapka z futrem i kij okowany z złoconą gałką, składały cały sprzęt tej komnaty. Okna jej, w pół zasłonione firankami z materji podobnej obiciu, wychodziły na stronę miasteczka.
Ostatni z Jagiełłów, wyciągniony w krześle przed kominem, spoczywał. Znużony drogą zdawał się w pół uspiony, oczy miał przemknięte, ręce zwieszone, wysunione nogi, ciało z osłabienia wygięte, piersi wklęsłe. August miał na sobie długą suknią czarną, na wierzch jej narzucone lekkie futerko sobolowe, na głowie myckę fioletową zakrywającą uszy, na rękach rękawice żółte. Wychudłe ciało jego, fałdująca się i opadająca suknia jakby na kościach zawieszona, okrywała długie ręce, guzowate kolana sterczały i łamały futro, ramiona widne były przez kołnierz futrzany, któren się na nich powyginał. Grubo poobwijane nogi od kolan począwszy do stopy, jedwabną czarną materją pokryte, spoczywały na poduszce z złocistą wytartą frendzlą. Przez rękawiczki żółte widać było kości palców wychudłych i kilka pierścieni.
Twarz spoczywającego blada, zielonawej cery, nieco na policzkach samych jaskrawemi wypieczonemi rumieńcami ożywiona, z sinemi usty, długa była, koścista, martwa. Nos pociągły spuszczał się ku wardze dolnej odstawionej, oczy głęboko wnurzone w kość otaczającą, pomarszczona obejmowała powieka. Rzadki ciemny włos wymykał się na skroń z pod mycki, broda rzadka także rozdwojona czarna spływała na piersi, wąs długi i gęsty sprzecznością swej barwy czynił zdali twarz bledszą jeszcze.
Król zostawał w tym stanie dziwnym pół snu, pół jawy, w którym marzenie jak mgła przechodzi po rzeczywistości i mięsza się z nią niepojęcie, swemi barwy krasząc ją, samo ciemniejąc od niej. Czarne ale dawno zagasłe oczy otwierały się czasem na wpół i powolnie przymykały znowu, usta zadrgały czasem i roztwarły, ręce poruszały i ścisnęły; pierś poruszała się często, ciężko, jakby uciśniona, a niekiedy wyparło się z niej westchnienie głębokie.
W całej postawie króla widać było znużenie, wycieńczenie, brak siły, jakieś moralne opadnięcie i niemą prawie rozpacz. Chwilowo otwierające się oczy były prawie osłupiałe.
Niedaleko króla w kącie, na niskim stołeczku, z opartą o mur głową, założonemi rękoma, podkurczonemi nogi, drzemał chłopak lat okołu dwudziestu, bladej twarzy, jasnego włosa rozpuszczonego po skroniach, z sinemi znaki pod oczyma i zeschłemi usty. Siwe jego oczy raz wraz miotały otwierając się wejrzeniem na króla, nos miał zadarty nieco, usta szerokie i grube.
Śmiały, bezwstydny, zepsuty wcześnie, widać było że ten człowiek nie lękał się pana, który bez władzy i znużony leżał o kilka kroków od niego.
Kniaźnik (to było imię pokojowca) przybierał najwygodniejszą do snu postawę, nie troszcząc się wiele o króla, niekiedy szeroko ziewnął, pociągnął się, strząsł i spojrzawszy przelotnie znów drzemał. Na nim była krótka sukienka ciemna, pasek skórzany z klamrą srebrną, łańcuch cienki srebrny na szyi, pończochy czarne, trzewiki takież z wstęgami zielonego koloru.
August odpoczywał, marzył, a marzenie jego i spoczynek przerywały drgania zdradzające boleść ciała czy duszy, doskwierająca chwilami.
Smutno było w tej komnacie, i dochodząca tylko wrzawa z dziedzińca przerywała ciszę, którą syczenie ognia w kominie i chód zegaru ledwie ożywiały nieco.
W sali przytykającej do komnaty, a w pół zapuszczonego okna, stały dwie osoby, mężczyzna i kobieta.
Mężczyzna słusznego wzrostu, czarnego wąsa, z cudzoziemska ubrany i fizionomji obcej, w płaszczyku aksamitnym, z szpadą u boku, łańcuchem z portretem króla na szyi; trzymał on kapelusz z piórami czarnemi w ręku, a drugą poprawiał pukle ciemnych włosów i wymuskany wąsik. Czarne oczy, wysokie wypukłe czoło, ciemne łukiem zgięte brwi, żółtawej barwy cera młodego człowieka, dziwnie odbijały od biało-rumiannej twarzyczki pełnej świeżości, życia i wesela kobiety.
Widać było z jej ubrania że świeżo także przybyła, bo suknia na niej połamana i włosami futra zdjętego tylko co pokryta, kreza biała pomięta, rękawiczki na drobnych ręku, półbuciki na nogach, czółko nad gładkiem wypogodzonem czołem, jeszcze zasłoną białą narzucone. Dziwnej regularności rysy kobiety, ożywione podróżą rumienią się napływającą krwią, która krasi policzki, nozdrza nieco otwarto i usta koralowe.
Postać jej i twarz pełne są wdzięku, oko malarza lubowało by w tych kształtach malowniczych, zaokrąglonych, nieco tylko może zbyt ciałem okrytych. Owal twarzy, oprawa oczów, kształt nosa, wygięcie ust, zachwyciły by snycerza; ale w dziwnej tej piękności fizionomji, gdy tylko z niej zejdzie uśmiech będący na zawołanie, gdy się brwi skupią, gdy gwałtowniejsze uczucie poruszy muskułami wszystkiemi, czytasz coś fałszywego, coś odpychającego.
W jednej chwili pociąga cię uśmiechem i wejrzeniem, i przejmuje strachem i niepewnością, gdy na nią z boku spojrzysz, a ona się twego badania nie spodziewa.
Mężczyzna to podkomorzy koronny, kobieta — to Barbara Giżanka, królewska kochanka, matka dziecięcia Augustowego i niegdy Mikołaja Mniszcha ulubiona, potem przywiedziona do łoża ostatniego z Jagiełłów przez chciwych łupieży dworaków.
Ale nie ta to już anielskiej piękności dziewica, którą Mniszech w klasztorze zamkniętą dla ukrycia oczom młodzieży, pod suknią kobiecą i imieniem siostry Opackiej odwiedzał, którą uwiódł i uwiedzioną frymarczył płacąc łaską królewską za swój występek; nie ta to już Giżanka, na której przyjście stawali ludzie dziwić się wdzięcznej twarzyczce, niewinnemu uśmiechowi, której zda się na anioła — tylko skrzydeł brakło. Dziś ona i starsza i zmieniona bardzo, kibić wysmukła, pogrubiała, twarzy owal nieco się zokrąglił, puszek go okrywa od dołu nieznaczny, rumieniec żywszy, ale białość ciemniejsza. Dziś ona gasi inne kobiety, ale ją by zgasiła piętnastoletnia Basia Giżanka, wyglądająca kracistem oknem klasztoru na przybycie Mniszcha. —
Pewna siebie, śmiała, żywa, Barbara nie spuszcza już oczów jak dawniej, gdy utrapione poczynając życie, płoniła się na każde wejrzenie, krwią zalewała na szepty tajemne dworaków; teraz ona nie lęka się ni wejrzeń, ni obmowy, serce jej nie bije, dłoń chłodna wyciąga się po klucze od królewskiego skarbcu, po klejnoty, po zapisy; ona chce pieniędzy, złota i złota, aby ozłocić swą hańbę, a oto niedaleko w cieniu księżyca mitra czeka na jej skronie zwiędłe i pokryje całą przeszłość. I miłostki klasztorne i powolność dla Augusta i więcej może jeszcze — coś jeszcze.
Oni rozmawiają z sobą.
— Na Boga! panie podkomorzy, woła ściskając go za rękę Giżanka, chwile drogie, korzystać z nich potrzeba, nie mamy czego czekać.
— Zapewne Basiu, zapewne, w pół obojętnie odparł podkomorzy, ale nie widzę czego byś więcej pragnąć mogła.
— Jakto? żywo i coraz zapalając się podchwyciła kobieta. Więc macie mnie za nagrodzoną już? O! dziękiż wam za wspaniałość! Ale choć się to wam tak zdaje, może królowi jegomości zdawać się inaczej.
I odstąpiła na krok rozgniewana nieco.
— Cicho! cicho! Zawsześ w ukropie kąpana. Mało ci? bierz co dają, niech dają, ja ci na drodze nie stoję, nie wyrywam z ręki, ale pomnij potem, aby inni....
— Któż mi to może odebrać, co mam z łaski króla jegomości?
— Kto? kto wie?
I spuścił oczy w ziemię.
— Ale któż przecie?
— Senatorowie szemrzą!
— Niech szemrzą z Bogiem, zapłacę ich kiedy będzie potrzeba. Ja mam przyjaciół, wy także, wy musicie mnie bronić, bo moja sprawa waszą, panie Mikołaju. Ale do tego daleko, a teraz pora nagrody, za którą się dobrze i długo wysługiwało.
Mniszech się uśmiechnął nieznacznie.
— Moja Basiu, rzekł, ja najlepiej wiem, że ci król jegomość dość już zapłacił!
Kobieta zaczerwieniła się cała, zapłonęła i z ściśniętemi usty posunęła się ku podkomorzemu.
— Zaprawdę dosyć! Za to żem młoda, żem poczciwa wstyd i młodość u łoża schorzałego, obrzydłego starca zagrzebała, za dnie nudy śmiertelnej, za spodlenie, za sromotę.
— Ale powiedz mi, czegoż więcej żądać możesz? król cię uszlachcił.
— Co mi tam uszlachcenie! rzekła kobieta rzucając ręką dumnie, ja się uszlachcę sama, mnie trzeba złota, złota!
— Wzięłaś go dosyć także, gdybym liczył Basiu, trzydzieści, czterdzieści tysięcy czerwonych złotych, może więcej.
— Gdyby dwa razy tyle, cóż to za moje ofiary, panie podkomorzy? Wolałabym ubóstwo poczciwe, o! wołałabym dziś jeszcze, ale gdym przez was zesromocona...
— Cicho Basiu, na wszystko, cicho! niespokojnie zawołał mężczyzna, gubisz mnie.
— Gdym zesromocona — kończyła kobieta — muszę w purpurę i złoto ubrać moją hańbę, okryć ją zewsząd złotem.
— A któż ci broni? niespokojnie przerwał oglądając się Mniszech.
— O! ja wiem, że wam to nie na rękę, śmiejąc się mówiła zniżając głos Giżanka, wybyście chcieli sami tylko z króla korzystać, sami się zbogacić.
— Ja?! Cicho kobieto! I usta mu zadrżały, a oko zapaliło się gniewem.
— Tak, wy! myślicie że nic nie wiem? A ceduły królewskie do kupców lwowskich wam dane? a skrzynie z Lubelskiego zamku uwiezione? a powierzone wam klejnoty?
Mniszech tak silnie porwał za rękę Barbarę Giżankę, że mało nie krzyknęła.
— Słuchaj — rzekł ponuro — milcz! milcz jak grób, lub źle będzie z tobą. Com zrobił, to odrobić potrafię.
— Ja mam dziecię! zawołała dumnie kobieta, królewskie dziecko!
— Królewskie! szydersko odparł Mniszech, czemu nie książęce?
Z kolei Giżanka pobladła.
— Mogę tego dowieść, mówił podkomorzy koronny, jesteście ze wszech miar w moich ręku, a chcecie pokoju i zgody, nie rozpoczynajcie wojny!
— Dla czegoż chcecie mnie od króla i łask jego odsunąć? on konający, lekarze i baby życia mu roku nie dają... dla czego nie pozwalacie mi korzystać z ostatku?
— Korzystaj sobie jak chcesz! rzekł Mniszech, ja ci nie przeszkadzam, ale pomagać też nie myślę.
— Będziesz mi pomagać!
— Nie.
— Chcesz więc, abym przed światem powiedziała wszystko? Wszystko!... Słyszysz panie podkomorzy, wszystko!
Mniszych stał niemy, blady, gniewny, ale się widocznie miarkował.
— Mów-że czego chcesz?
— Zbliżyć się do króla, po tom przybyła całą drogę odpychacie mnie od niego.
— Niech cię Kniaźnik do niego prowadzi — rzekł ze wzgardą Mniszech — on to jest królewskim seraju dozorcą.
Giżanka czerwieniła się i rwała chustkę w ręku.
— Panie Mikołaju, pomnijcie na przeszłość, nie przyprowadzajcie mnie do rozpaczy!
— Nie rozumiem cię.
— Więc zrozumiecie mnie później.
To mówiąc odwróciła się szybko Giżanka i rzuciwszy wejrzenie, w którem się gniew i chęć zemsty malowały, odeszła wewnątrz zamku.
Drzwi się ledwie za nią przemknęły, gdy podobny nieco z rysów, ale widocznie młodszy od podkomorzego, wsunął się mężczyzna. Tych samych prawie rysów twarzy, niemal tegoż charakteru, różnił się chłodem, którym tchnął cały. Nie było śladu uczucia w tej wymierzonej postawie, wejrzeniu, minie, w zimnem i pogardliwem z góry zapatrywaniu się na to co go otaczało.
— Coś zrobił temu szatanowi Giżance, spytał pan Jerzy, krajczy koronny, brata — spotkałem ją, jakby się z piekła wyrwała, całą w płomieniach i gniewie, nie raczyła mi nawet odpowiedzieć, tylko rzuciła okiem i poszła.
— Ja? nic! odrzekł Mikołaj, cała rzecz, że mi się widzi jakoby już powinna mieć dosyć, a jej się zdaje, że zawsze mało zapłacona za swoje usługi. — Ten wyraz wymówił z szczególnym przyciskiem. Chce się jej na nowo zacząć ssać królewskie skrzynie.
— Daj-że jej pokój bracie, kruk krukowi oka kłuć nie powinien.
— Panie Jerzy! — zawołał Mikołaj gniewnie.
— Czegoż się pyrzysz? — rzekł chłodno krajczy. — Kto złe robi, powinien się z niem tak oswoić, żeby go wyrzuty nie obchodziły. Ssała Giżanka, ssałeś i ty panie bracie po połowie z nią. Dajcież sobie wzajemnie pokój, bo discordia res magnae dilabuntur.
I uśmiechnął się wzgardliwie.
— Zresztą, rzekł siadając, do mnie to nie należy starszego strofować, róbcie sobie co chcecie.
I pociągnął ręką po czole. P. Mikołaj przechadzał się po sali zachmurzony. Wyjrzał oknem.
— A! I Szawłowski tu? rzekł z gniewem.
— Któż to ten Szawłowski?
— Hm! szwagier Giżanki — zawołał podkomorzy, pewnie myśli coś wywozić z zamku, gdy go tu z sobą sprowadziła, ale zobaczemy.
— Podzielicie się po starej znajomości i będzie cicho, szepnął Jerzy.
Na te słowa wszedł zaufany Mniszchów sługa Jaszewski i stanął we drzwiach, dając znaki panu podkomorzemu, że mu coś chce powiedzieć. Był to chudy, szpakowaciejący, chytrej fizjognomji szlachcic, na którego policzku zospowaconym blizn się różnego pochodzenia krzyżowało mnóstwo. Szara kapota na nim, szabelka kusa, pas skórzany.
— A co? spytał podkomorzy cicho.
— Szawłowski tu jest.
— Widziałem go. Pilnuj mi Giżanki każdego kroku, każdego skinienia, gdzie pójdzie, z kim mówić będzie, co czynić. Kie dozwalaj o ile możności wychodzić z mieszkania.
— Dobrze panie, nic więcej?
— Tyle na teraz, idź!
Jaszewski szasnął nogą i wyskoczył szybko.
Na drugim końcu zamku cale odmienne odgrywały się sceny, i tam ze smutkiem na twarzach usiedli w zimnej izbie: ksiądz biskup Krakowski, Sędziwój Czarnkowski i świeżo przybyły Tarnowski młody.
Głębokie milczenie panowało czas jakiś, przerywane tylko westchnieniem, lub niecierpliwem poruszeniem referendarza koronnego.
— Po co my się tu wleczem za dworem, zawołał wreszcie rozgniewany widocznie biskup, aby być świadkami tego nieszczęścia, tego spodlenia pana naszego, tej ruiny skarbu, tego panowania faworytów i nierządnic!
— Pojmuję, rzekł Czarnkowski, i podzielam oburzenie wasze, ale myśmy jak żołnierze na posterunku, czy zrobią co czy nic nie dokażą, stać muszą.
— Muszą! powtórzył biskup poprawiając niecierpliwie piuski i przebierając w palcach łańcuch złoty na szyi wiszący. Ale to ohyda.
— To nieszczęście, odparł referendarz smutnie. Nieszczęście zdaleka się przygotowało, królowa matka, niech jej Bóg da...
— Sprawiedliwość, przerwał biskup żywo.
— Tak, nic więcej, mówił dalej Czarnkowski, wychowała go na niewieściucha, dwie żony wydarła mu sama, sama wprawiła do rozpusty, pchnęła w nią, bo myślała że panować będzie, gdy August w uściskach nałożnic uśnie.
— Panowała też czas jakiś.
— Skorupa się za młodu napiła, możeż być inaczej? Za resztę może Bogu kardynał odpowie.
— O! gdyby nie Commendoni, i Augusta życie inne i losy naszej ziemi odmienne by może były, dodał biskup z westchnieniem.
— To nieszczęsne ożenienie trzecie zatruło mu życie, kończył referendarz, ze łzami błagał, aby je rozerwano. Nigdy nie zapomnę słów jego, gdy wstręt dla nieboszczki z powodu choroby którą cierpiała, wstręt niepohamowany powziąwszy, składając ręce z płaczem, mówił do Commendoniego:
„Wolałbym umrzeć niż żyć z tą kobietą, któż z prywatnych ludzi, w stadle małżeńskiem tak jest nieszczęśliwym jak ja? Nie mam żony, przecież czuję się skrępowany więzami małżeństwa. Prócz mnie nie pozostaje jednej latorośli szczepu królewskiego, w sile wieku i zdrowia, widzę nieszczęsny przeciętą wszelką potomstwa nadzieję; co jedyną było i domu i życia pociechą, jedyną rzeczypospolitej podporą; ten ród Jagiełłów na zawsze przecina się i gaśnie ze mną, i w tej tak ciężkiej niedoli, ni sposobu, ni końca nie widzę. Z żoną bezżenny, mąż bez żony, dziwowiskiem małżeństwa na wszystkie wieki w oczach świata zostanę“[1].
Commendoni ni tem, ni łzami, ni obcych dowodami nie dał się poruszyć, stał on przy nierozwiązaniu małżeństwa, przy świętości związku.
— Jako duchowny miał słuszność, rzekł biskup, ale nie zawsze jedno prawo służyć może dla wszystkich.
— Tak, bo król straciwszy nadzieję nowego małżeństwa i potomstwa, z rozpaczy równie jak nawyknienia, rzucił się w objęcia tych poczwar, które teraz z niego życie i spokój wysysają. Zdrowie utracił, skarbiec zmarnował, spraw publicznych zaniedbał.
— I jeden pokojowiec! jeden! tu głos biskupa stłumiło oburzenie, zamyka nam drzwi, niedopuszczając senatorów, szydząc z nich.
— Król nie wie co się z nim dzieje, rzekł referendarz, życie mu ucieka, boi się o nie, otoczył babami, w których czarnoksięzkie leki więcej wierzy niż w naukę Fogelfedera, ostatek sił szafuje na kobiety, kona znękany, bez myśli, bez zastanowienia.
— On się zabija, dodał biskup.
— Dobrowolnie. To nic innego jak rozpacz! Wyznajmy panie, w prywatnem życiu nie było nieszczęśliwszego człowieka! Piękna i łagodna Elżbieta, którą kochał tak, wydarta mu po kilku miesiącach pożycia. Co wycierpiał za Barbarę, a jak krótko się nią cieszył! Z trzecią żyć mu kazano, gdy zbliżyć się do niej nie mógł. Litujcie się nad nim.
— Lecz gdzie męzka wytrwałość, gdzie?
Tu wszedł medyk królewski Fogelfeder, blady, pomięszany i nisko się skłoniwszy biskupowi, rzekł z cicha:
— My tu, a i czarownice za nami!
— Co? zawołał biskup bledniejąc.
— Są już tu, kiwając głową zawołał z oburzeniem Niemiec, którego blada zawsze twarz i niebieskie ogromne oczy, teraz jeszcze bardziej pobladły i zmieniły się dziwacznie. To mówiąc miął kawałek papieru w ręku, a drugą szarpał na sobie nieznacznie czarne odzienie. Widać było i niepokój i gniew tłumiony w jego przeciągniętej twarzy.
— Kto je przywiódł? spytał biskup.
— Za wyraźnem rozkazaniem Jego królewskiej Mości sprowadzona z Wilna jedna, druga nie wiem zkąd, trzecia już tu dawno pono czekała na nas.
— Kto z niemi przyjechał?
— Z Wilna Budzikowę dworzanin królewski przywiózł.
— Cóż z nią myślą czynić?
— Wszak nie na co innego, tylko dla leków ją przywieźli rzekł w rozpaczy Fogelfeder, ja za życie królewskie odpowiadam, jak się nazywam lekarzem, a te baby, one mu gotowe dać ziele jakie, one gotowe nieczystą mocą odpędzać chorobę.
— To są czarownice, rzekł referendarz, ja słyszałem o nich, ale nie można dopuścić, aby one co z królem Jegomością czyniły.
— A! zlitujcie się, nie dopuście, przerwał załamując ręce Fogelfeder.
— Chodźmy, rzekł biskup.
— Chodźmy, dodał referendarz.
— Posłać po pana marszałka litewskiego, pojedziemy wszyscy razem, upadniem mu do nóg, będziemy błagać go.
I żywo ruszyli się do drzwi, gdy te otwarły się z trzaskiem i wszedł Mikołaj Radziwiłł.
— Dokąd? — spytał, widząc zbierających się do wyjścia.
— Do króla.
— Pięć razy byłem i niedopuszczono mnie do niego, rzekł z gniewem marszałek. Ci faworyci stoją jak psy u drzwi i szczekają, myślą że im kto z pyska kości weźmie, które gryzą.
— Ale to być nie może, aby nas niedopuszczono, zawołał biskup, tu idzie o życie królewskie! Czarownice są w zamku, które go leczyć mają, my na to dozwolić nie możem. Ta hałastra sprowadza z końca świata oszustów i niegodziwe niewiasty, aby niemi wyciągnąć grosz z szkatuły królewskiej i podzielić go między siebie. To zgroza!
— Chodźmy, rzekł Radziwiłł, ale z góry powiadam waszmościom, że nas niedopuszczą. Dla nas król albo śpi zawsze, albo chory.
Przeszli dziedziniec i skierowali się ku komnatom królewskim; Fogelfeder, który z początku szedł za niemi, przyzostał potem i do izdebki swej zasmucony odszedł. Senatorowie bez przeszkody dostali się do sali, ale skoro ukazali się tutaj, Mikołaj Mniszech zaszedł im drogę.
Pomimo grzecznego ukłonu i uśmiechu jakim powitał przybywających, widać było jakiś blask szyderski w jego oku.
— Do króla JMości przychodzim, rzekł biskup.
— Poszlę spytać, odpowiedział Mniszech, Najjaśniejszy Pan znużony drogą spoczywa i oznajmił, aby dziś nikogo doń nie przypuszczano.
— Sprawa pilna, dodał Radziwiłł ponuro.
— Poszlę spytać, powtórzył podkomorzy.
To mówiąc puknął we drzwi komnaty lekko i nastawił ucha.
Wyszedł Kniaźnik, spojrzał zuchwale po przybyłych i gburowato odezwał się:
— Nie można.
— Śpi? rzekł mrugając oczyma Mniszech.
— Nie śpi, ale nie można, odrzekł służalec.
— Dla czego? odezwał się referendarz.
— Dla czego? bo nie można.
Wszyscy poczerwienieli, Kniaźnik ani się zastanowił, ani uląkł, powiódł po nich oczyma tylko i ziewnął.
— Ale my musim zaraz widzieć się z królem Jego Mością!
— To być nie może, odpowiedział Mniszech.
— Ale cóż się z królem dzieje? czy wam tylko o wszelkiej godzinie do niego wolno? z oburzeniem rzekł biskup.
Podkomorzy w pół uśmiechnięty ruszył ramionami, podszedł do drzwi, otworzył je ostrożnie, zdawało się jakby coś mówił po cichu i zaraz powrócił.
— Król Jegomość przyjąć nie może.
— Ale na Boga dla czego? mówiliście że sprawa nagła?
— Mówiłem, król Jegomość odpowiedział: poczeka do jutra.
Biskup żywo się odwrócił, oczyma mówiąc do towarzyszy:
— Chodźmy, to próżno.
I wyszli, Mniszech śmiał się szydersko siadając w krześle.
W dziedzińcu spotkali Fogelfedera.
— A cóż? spytał Niemiec trwożliwie, a cóż?
— To co zawsze, rzekł referendarz, odprawiono nas z kwitkiem.
— Na Boga! ale do jutra czasu nie będzie, te kobiety! te kobiety! one króla oczarują, one go struć mogą!
I w rozpaczy ręce łamał.
Mniszech, który z okna sali widział wszystko, coraz weselej śmiał się i z gniewu senatorów i z rozpaczy lekarza, której powodu się domyślał.
Zmierzchło. W komnacie królewskiej dwie świece woskowe stały na kominie, August dawno się był przebudził, ale siedział w tem samem położeniu, z wyciągnionemi nogami, na których ból ciągle się uskarzał. Niekiedy westchnienie z piersi mu się wyrywało, niekiedy zadrzemał, to znów jakby umyślnie budził się i wołał Kniaźnika.
— Kniaźnik!
— Jestem N. Panie.
— Zawołaj podczaszego Jakóba.
Kniaźnik zawrócił się, jakby iść chciał i wstrzymał chwilę.
— Po co? spytał.
I zbliżywszy się do ucha króla szepnął mu:
— Jest Anna z Witowa.
— Jest? to dobrze! odpowiedział król, ale zawołaj mi Jakóba.
— Na cóż W. Królewskiej Mości Jakóba?
— Zawołaj mi Jakóba, powtórzył król podnosząc oczy.
Kniaźnik z widocznem ociąganiem się wyszedł nareszcie po podczaszego. Król znowu drzemać począł.
Chwila tak upłynęła, gdy chód blisko dał się słyszeć, podniosła zasłona sypialni, wcisnął po cichu Kniaźnik, a za nim człeczek małego wzrostu, rudy, krótko ostrzyżony, krępy, barczysty, z oczyma żółtemi prawie i zarosłą brodą.
Król posłyszawszy idących, odwrócił się nieco i z ciężkością podniósł.
— Jest Korycka? spytał.
— Dzisiaj przyjechała.
— Niech wszystko będzie gotowe, po wieczerzy będę u niej. Zaprowadźcie ją do siebie a wypytajcie wprzódy, co mi za radę dać może na moje nogi. O! bolą mnie straszliwie. I biedny król jęknął łapiąc się za kolano.
— A pamiętajcie o niej! lepiej szatana nie gniewać, jak przeszłą razą się groziła że mi słabość naśle, gdy jej sukna nie dali.
To rzekłszy król opadł wysilony na krzesło i oczy zmrużył, Kniaźnik dał znać Jakóbowi aby odszedł.
Przejdźmy teraz z nim razem do jednej z dolnych izb zamkowych, w których czeladź i dwornie królewskie, panów senatorów i sług Augustowych, zasiadły za stołami, podzieliły się w kupki, z cicha rozmawiając między sobą.
Izba ta długa, sklepiona, oświecona ogniem wielkiego komina i kilką świecami po stołach w mosiężnych świecznikach rozstawionemi, wystawiała obraz dziwnej rozmaitości. Stroje sług krajowe i zagraniczne, barwy różnej, twarze polskie i cudzoziemskie, mięszały się tu z sobą. Polacy, Litwa, Węgrowie, Tatarzy, Kozacy, Rusowie, Francuzi, Niemcy pospołu tu gwarzyli. Jedni grali w kości, drudzy rozprawiali cicho, inni zajadali w kącie, inni drzemali na ławach. Stary dziad lirnik u proga piszczał na niestrojonym instrumencie, towarzysząc sobie niemniej fałszywym głosem. Nie wiem zkąd przybyły cygan, odarty, ogorzały, osmolony, skakał grając na drumli, żyd zabierał się brząkać na cymbałach. Dodawszy do tego gwar, śmiechy i krzyki, można mieć wyobrażenie szumu jaki panował w czeladnej.
Na ustroniu dwóch starych już ludzi rozmawiali z sobą. Jeden z nich był to kozak Palej, przybyły tegoż dnia z nieznajomą kobietą do Knyszyna, drugi sługa pana Mikołaja Radziwiłła, Iłło, Litwin. Oba starcy byli smutni, poglądali na ten gwar i ruch otaczający z wyrazem jakiegoś politowania.
— Być-że to może, mówił Palej, król tak bardzo ma się źle?
— Najgorzej, bo lekarzy nie słucha, a w czary wierzy, coraz to mu inną babę sprowadzą, a co jedna podleczy, to druga zaszkodzi mu: zresztą choćby i pozdrowiał, kiedy wyssą z niego zdrowie baby drugie, co za pieniądze starca kochają.
— Któż? to ta Giżanka zapewne, spytał Palej, bo to o niej szeroko gadają, jakoby ją król udarował i uszlachcił.
— Czy to jedna Giżanka? zawołał Iłło. Jedną trzyma Jakób, drugą Kniaźnik, trzecią podkomorzy, czwartą Zieliński łożebny, piątą Konarski starszy nad strażą, a kłócą się tylko, który swoją podstawi słabemu królowi.
— Toż zgroza! rzekł Palej.
— Mało tego, mówił Iłło dalej, mieniają się kobiety co chwila i okropno patrzeć na biednego pana, który traci przytomność, klucze z rąk puszcza, wszystko co ma rozdaje, kona prawie codzień nieprzytomniejszy. Nieraz choremu, gdy się zalękną o życie jego, każą podpisywać sobie ceduły, przywileje. Bóg wie.
— A panowie senatorowie?
— Im drzwi przed nosem zamykają, jak dziś się stało.
— Powiedźcie mi, do kogo tu mojej pani udać się z tą sprawą?
— Do kogo? gorżko uśmiechając się rzekł Litwin, a juściż nie do Radziwiłła pana mego, ani do referendarza, ani do biskupa, ale do Mniszchów, do Giżanki, a bodaj do Kniaźnika lub Jakóba podczaszego, to będzie najskuteczniej.<br n — Ale ona nie zechce!
— Inaczej nic nie zrobi, smutnie dodał Iłło. Chce-li wyprosić co, nie inaczej jak pieniędzmi i u nich.
— Ale my nie mamy pieniędzy.
— To trudno.
— Nie możnaby jednak, aby księżna pani poradziła się księcia marszałka i widziała z nim jutro?
— Dla czego nie? Ja mu dziś jeszcze o tem powiem, ale z góry przestrzegam, że nic przez nas nie zrobicie, raczej by wam, jako Rusinowi i znajomemu, do Kniaźnika się udać.
— Ależ Kniaźnik pokojowiec tylko.
— On więcej tu znaczy, drzwi w ręku trzymając, niż książę marszałek.
Palej poskrobał się po głowie i zamyślił.
— Z lichem bym mu się pokłonił, ale mi wstyd dla mojej pani takich pomocników jednać.
Iłło uśmiechnął się.
— Muszę do księcia, rzekł, bądźcie zdrowi, ścisnął za rękę starego i odszedł.
W drugim końcu izby Jakób podczaszy szeptał cicho z Jaszewskim Mniszchów sługą, któregośmy widzieli wysłanego pilnować Giżanki.
— Pogniewali się, powiadasz? pytał Jakób rudą gładząc brodę.
— I kazał mi ją szpiegować.
— To już dziś nie pójdzie do króla Jegomości?
— Nie puszczą jej.
— To i to dobrze, rzekł Jakób, bo ja mam inną. Wszystkie tu trzy zebrały się zatem w Knyszynie, jakby się wyzwały.
— Jakto trzy? szepnął Jaszewski.
— E! nielicząc innych, to trzy starsze królewskie kochanki. Barbara Giżanka, Anna z Witowa, co ją tam król wielkim kosztem utrzymuje, i ta nawet zazdrośnica Zuzanna przyjechała z Korycką.
— Przecież? już się nie gniewa?
— Pomiarkowała, że to djabła warto, Korycka ją przywiozła sama i myśli pewnie podstawić na miejsce Giżanki, której panowanie minęło. Ej! nabrała bo się dosyć!
— Byłoby z nas połowy!
Tak mówili, gdy żyd Egid wpadł do izby, popatrzał do koła, dostrzegł Jakóba podczaszego i popędził ku niemu, roztrącając lirnika, cymbalistę i cygana.
Żyd Egid znany domownik i zaufany pana podkomorzego, był to stary już z siwą, długą brodą, bladą twarzą, pomarszczonem czołem i czarnemi oczyma nawisłą brwią osłonionemi, człowiek. Uchodził on za czarnoksiężnika, za pośrednika w ciężkich sprawach, w potrzebie szpiega i sługę zaprzedanego Mniszchom. Żywo chwycił za rękę Jakóba i odprowadził ku kominowi.
— Słysz! tu jest Korycka? spytał.
— A jest.
— I z nią Zuzanna?
— Podobno.
— Pan podkomorzy chce się widzieć z Korycką nim król ją wezwie.
— Na co?
— Czy ja wiem! Żyd ruszył ramionami.
— O! ty nie wiesz. Cóżby to było, żebyś ty nie wiedział?
— Ja nic nie wiem, ja robię co każą.
— No to ja ci powiem, jeżeli chcesz.
— Powiedz.
Rudy Jakób pokazał śmiejąc się rząd czarnych zębów szkaradnych i szepnął Egidowi:
— Pokłócili się z Giżanką, chcą Zuzannę siostrzenicę Koryckiej podstawić na miejsce tamtej. Prawda?
— Albo ja wiem! a jakby tak?
— No, ja się nie przeciwię, i ja wolę Orłowskę od Giżanki. Giżanka, jak jej nadali szlachectwo, jak córkę urodziła, nosa do góry zadarła, jej się zdaje, że ona królowa i na ludzi nie patrzy.
— Wołaj Koryckiej, tylko cicho! niech nikt nie wie i nie widzi! Rozumiesz?
— Takżeś trafił na nowotnego.
Rozeszli się, Egid począł grzać się u komina, a Jakób cofając nieznacznie ku drzwiom, po drodze to tego, to drugiego zaczepiał, wałęsał się, kręcił, aż doszedłszy do końca izby, znikł.
Przenieśmy się teraz do izby, w której podkomorzy chodzi wielkiemi kroki oczekując powrotu Egida. Nie rozpakowane tłómoki zawalają podłogę, łoże żelazne niepokryte jeszcze pawilonem, w kącie stoi stół z kamienną płytą na wierzchu u okna, na nim świeca woskowa w lichtarzu ciężkim srebrnym.
Pan Mikołaj chodzi kroki wielkiemi i stając co chwila, przysłuchując się odbijającym w sklepionym korytarzu odgłosom kroków. Nareszcie zaszelpotało u drzwi, weszła niewiasta, podkomorzy pospieszył ku niej, skinął na Jakóba idącego za nią, aby pozostał na straży za drzwiami, a sam poprowadził Koryckę, ona to bowiem była, aż ku oknu. Na twarzy jego widna niespokojność, pomięszanie.
Korycka, stara już, zgarbiona, ale jeszcze rzeźwa niewiasta, kiedyś może piękną była, ale siedem dziesiątków lat najpiękniejsze niszczą twarze.
Z dawnej piękności nos tylko pozostał kształtny, wąziutki, prosty i oczy nie ze wszystkiem zgasłe; ale zęby powypadały, usta się skrzywiły, plecy zgięły, włosy siwe, ręce drżące, pierś wyschła. Na niej czarne odzienie, czarna na głowie obsłona, korale na szyi, na chudych palcach u rąk pierścienie ołowiane, mosiężne, rogowe, a między niemi złote z kosztownemi kamieniami. Korycka spogląda śmiało w oczy i pod jej wejrzeniem nie jeden się zmięsza, bo zapuszcza w duszę zdaje się wzrok, bo nim dobiera się do tajni, których nikt odkryć by nie chciał. Odważna do zuchwalstwa prawie pewna siebie, wie jak gdzie począć, wie że rzadko kto ustraszyć się nie da.
— Dwa słowa tylko.
Korycka wlepiła oczy w niego i kiwnęła głową.
— Jest z tobą Zuzanna?
Ona znowu głową tylko poruszyła.
— Ja ją na miejsce Giżanki chcę wziąć.
Stara splunęła. — Ona i bez was je zajmie, jak ja zechcę.
— Nie, bezemnie nie, odparł Mikołaj. Powiedz królowi, gdy cię o zdrowie swoje pytać będzie, aby dawną kochankę porzucił, chceli być zdrów, a nową wziął. Król lęka się o siebie, posłucha. Ja wam dobrze życzę.
— I chcecie się mścić na Giżance, dodała stara.
— Może, pamiętaj jak kazałem.
— Kazałeś? pytała stara. Ja nie słucham niczyich rozkazów, nawet królewskich.
Mniszech dobył worka i wsunął go w ręce Koryckiej, ona zważyła na dłoni, popatrzała i słowa nie powiedziawszy, wejrzeniem pożegnała podkomorzego, który ją do drzwi odwiódł, wziął kapelusz ze stoła i pospieszył do sali, gdzieśmy go wprzód widzieli.
Tu pusto było, brat tylko jego Jerzy siedział w krześle, zadumany. Mikołaj doszedł na palcach do drzwi komnaty Augusta, posłuchał chwilę i usiadł przy bracie. Spojrzeli po sobie. Jerzy z pogardą zimną, Mikołaj z niespokojem tylko i nic nie rzekli. Rozumieli się bez słów. Potem z założonemi rękoma, odwróciwszy głowy, jeden w tę, drugi w inną stronę poglądając, pozostali nieporuszeni.
Z tajemnych myśli obudziło Mikołaja lekkie dotknienie jego ręki.
Był to Stanisław Fogelfeder, który cały drżący, na palcach przystąpił ku niemu i błagającym wzrokiem zdawał się o coś prosić.
— Co to jest? czego chcecie? spytał gburowato Mniszech, nie wstając.
— Panie, zlituj się.
— Co to jest?
— Król, król, wy wiecie jak ja go kocham.
— Spodziewam się, że nie więcej odemnie. — Doktor zmilkł, poprawił krezę, spuścił głowę.
— Zlitujcie się panie, nie dozwalajcie tym białogłowom.
— Jakim? panie Fogelfeder.
— Tym czarownicom.
— Dajcie mi pokój! ja nic nie wiem!
— One chcą królowi dawać jakieś leki, one króla zabiją! Na Boga, wy będziecie mieć na sumieniu, dodał doktor przywiedziony do rozpaczy.
Mniszech poczerwieniał.
— Idźcie spać, zawołał, a jak się wyśpicie, wyjdzie wam to z głowy. Dajcie mi pokój.
Fogelfeder zwrócił się do Jerzego, ale krajczy jakby się do niczego mieszać nie chciał, wstał i odszedł.
Niemiec postąpił pod drzwi królewskie, ale pochwycony silnie za rękę przez podkomorzego, odstąpić musiał.
— Zawołają was gdy będzie potrzeba, rzekł podkomorzy wskazując drugie drzwi.
Fogelfeder otarł łzy płynące po bladej twarzy, i powoli, jakby się spodziewał że go odwołają nazad, odszedł.
W komnacie króla zegar wydzwonił dziesiątą. W zamku uciszał się gwar powoli, czeladna izba na dole i inne mieszkania wyludniały, jedni spoczywać szli, drudzy po swoich kwaterach w mieście rozchodzili. W królewskiej tylko izbie pałały jeszcze ognie za zasuniętemi firanki, ale i te wkrótce przygasać zaczęły.
Cisza głęboka zastąpiła wrzawę.
Wejdźmy teraz do sypialni Augusta. Na wysłanem wysoko łożu zrzucone leżą suknie. August w czarnej długiej opończy bez pasa, w czapce sobolowej, sparty na lasce z gałką złocistą, stoi oparty na Kniaźniku, pogląda na drzwi niespokojnie, niekiedy uderza kijem o podłogę.
Jakób podczaszy ze świecą w ręku stoi u proga.
— Gdzie Mniszech? spytał król nieukontentowany wyraźnie. Czy go wołano?
Na drugie wyrzeczenie tych słów, otwarły się drzwi i Mikołaj ze świecą w ręku, poprzedzany przez dworzanina Stanisława Czarnotulskiego, wszedł do sypialni. August opierając się na Kniaźniku, tejże chwili ruszył się z miejsca, skinąwszy aby szli przodem.
Boczne drzwiczki uchylono i naprzód Czarnotulski, za nim Mniszech, potem król oparty na Kniaźniku, nareszcie Jakób podczaszy, wyszli w korytarz, na którego końcu było mieszkanie Jakóba, gdzie czekała Korycka. Nikogo nie spotkali w korytarzu, zdala świeciła otwarta komnata, w której znajdowała się wróżka-lekarka.
Ubrana jakeśmy ją uprzednio widzieli, z podniesioną głową, stała nad stągwią wody, w której zanurzony był czerpak. Zmierzyła króla oczyma gdy wszedł, tak że August spuścić musiał wzrok, i zatrząsłszy się powitał ją skinieniem głowy. Korycka pochyliła się ku ziemi i nic nie mówiąc zaczerpnęła wody, nad którą jakieś słowa tajemnicze szemrała, a napiwszy się jej wprzód sama, podała ją królowi, mówiąc:
— Wypij Najjaśniejszy Panie.
August obejrzał się na Mniszcha, z początku wahał się, potem wychylił napój krztusząc się z odrazą.
— To nie dość, szepnęła baba, obmyć się całemu w tej wodzie potrzeba. Zostawcie nas samych.
I wskazała na drzwi. Podkomorzy pierwszy wyszedł, za nim inni, August niespokojnie obejrzawszy się, rozbierać począł. Ale bezsilny musiał wzywać pomocy Koryckiej, która odzienie zeń zdejmując, urwała sznurek od lędźwi i szybko go schowała, jak sama zeznała potem, w mniemaniu, że posiadanie tego sznurka zapewni jej panowanie nad królem.
Potem oblała go wodą całego, szemrząc jakieś słowa tajemnicze, otarła sama i trzęsącego się z chłodu posadziwszy, dała znak dworskim aby weszli. Sama wzięła świecę w rękę i wiodąc wszystkich za sobą w milczeniu, spuszczać się poczęła ze wschodów. Król dla zimna pozostał, i czarownica nie wymagała aby zszedł, pozostały Mniszech zawiódł go do izby Jakóba gdzie pozostał. Korycka tymczasem zniosłszy wodę w obecności wszystkich zlała ją do rzeki, wymawiając jakieś niezrozumiałe słowa.
Po chwili powróciła, August kaszlnął i trząsł się: kobieta znowu dała znak aby wszyscy odeszli.
— Będziecie zdrowi N. Panie! rzekła mu, choroba od Was odeszła i pociekła z wodą.
August głową z powątpiewaniem poruszył.
— Będziecie zdrowi, dodała, a zdrowie Wasze winni jesteście nie mnie, ale tej kobiecie.
— Tej kobiecie! smutnie powtórzył August spoglądając na palec.
— Pamiętacie ją N. Panie? mówiła Korycka, ona to Wam dawno, w młodości jeszcze, dała prostą obrączkę którą pókiście nosili, póty zdrowia i szczęścia Wam nie brakło.
— Szczęścia! cicho szepnął August wstrząsając głową.
— Porzućcie Giżankę, dodała Korycka, porzućcie ją, ona Wam zdrowie odjęła swojemi czarami, swojemi leki, wszak macie Zuzannę!
— Zuzanna jest tu? spytał chory podnosząc się.
— Tutaj — i pozostanie jeśli N. Pan rozkażesz.
— Niech zostanie.
— A Giżance rozkażcie się oddalić.
— I ona tu? żywiej rzekł August.
— I ona. — Anna...
— I Anna? powtórzył powstając Zygmunt.
Stara wlepiła oczy w króla.
— Dziękuję ci, czuję się lepiej, rzekł, zostańcie w zamku.
To mówiąc pospieszył do drzwi, widać było z ruchów, że nieco sił odzyskał, otwarto drzwi, dworscy poszli przodem. Już byli u wejścia sypialni, gdy szelest kobiecych sukni zwrócił uwagę królewską. Na prawo ukazała się ze drzwi Barbara Giżanka, prawie jednocześnie z lewej strony przysunęła się Zuzanna Orłowska, a u drzwi komnaty Anna z Witowa. Spojrzały po sobie i zamilkły mierząc się oczyma zjadłemi. Mniszech pospieszał naprzód żywo.
Ale August opóźniał kroku, wzrok jego rozjaśniony na chwilę, błąkał się po trzech kobietach, stojących i czekających przy której zostanie zwycięztwo.
Giżanka najśmielsza posunęła się i przypadając do niego, ucałowała go w rękę.
— O! ty tu znowu mój sokole (sokołami zwał je zwykle król), ty tutaj?
— Tutaj i zawsze przy Was N. Panie. Zuzanna zgrzytnęła zębami i zbliżyła się także, ale zapóźno, August chłodno na nią spojrzał i nic nie powiedział, Anna widząc Giżankę z rozjaśnionem czołem i miną zwycięzką, rzuciwszy przekleństwo, zniknęła.
Drzwi sypialni zamknęły się za królem i Barbarą Giżanką. W drugim końcu korytarza, Korycka z podniesioną ręką klęła zwycięzką kochankę. Mniszech milczał, Kniaźnik uśmiechał się szydersko.
Nazajutrz podkomorzy pojednał się z dawną kochanką. Zuzanna wyjeżdżała rozgniewana, Annę udarowaną odsyłano do Witowa, a dwie ładowne skrzynie wyjeżdżały do Ostrowa, dokąd je wiódł szwagier Barbary, Szawłowski.





VII.
CIEŃ BARBARY.

Nazajutrz wielka niespodziewana zmiana zaszła w zdrowiu królewskiem, August obudził się rzeźwy, nogi napuchłe odeszły, sił trochę powróciło. Fogelfeder przypisywał to po prostu podróży, Korycka sobie, Giżanka sobie, a panowie Senatorowie dziękowali Bogu, że królowi babskie leki (o których wiedzieli nazajutrz) nie zaszkodziły przynajmniej.
Ale ozdrowienie chwilowe nie zmieniło już trybu życia na zamku Knyszyńskim, opieka nad słabym królem sług jego nie skończyła się przez to. Korzystano tylko z chwili zdrowia i rzeźwości umysłowej, aby podsunąć Augustowi przywileje i ceduły do podpisania, a pan podkomorzy wyrobił list do Konstantego ormianina we Lwowie z przekazem sumy u niego znajdującej się. Giżanka otrzymała nowe łaski, których nikt wielkości ocenić nie mógł, przez Mniszcha; Korycka i Zuzanna Orłowska kilkaset czerwonych złotych, rydwan, konie i kosztowności wywiozły.
Z okna zamkowego August na dziedziniec wyjrzawszy, ulubione swoje stada knyszyńskie oglądał. Wiedziono ze stajen konie, pędzono te, które swobodnie się pasły przez lato i jeszcze nie stały na obroku. Zygmunt jednak poglądał na nie teraz obojętnie prawie, z roztargnieniem. Nie był to już ten gorliwy o wzrost wszystkiego w kraju król, który takim kosztem i z takiem upodobaniem zaprowadzał gospodarstwo po majętnościach swoich, mierzył grunta, chował stada i lał działa w ludwisarni Wileńskiej, aby niemi zamki litewskie i ruskie uzbroił; nie był to już August ten, co wysłał za granicę za kupnem ksiąg, co z upodobaniem czytał je i zbierał, co artystów wspomagał i cenić umiał. Teraz mu wszystko zobojętniało prawie. Dla niego nie ma przyszłości, kilka lat życia może, kilka lat ostatnich, które topi w nasyceniu żądz schorzałego ciała, szukając zapomnienia przeszłości.
Jakby obudzony ze snu po wczorajszem znużeniu, rozkazał prosić Radziwiłła; ale gdy oznajmiony książę marszałek wpadł do sypialni, gdzie król już zadumany w krześle siedział jak wczoraj, nie rzekł słowa do niego, tylko rękę wyciągnął drżącą, spojrzał i dumał znowu. Na chwilę pobudzone życie opuszczało go już.
— Zdrowie W. królewskiej Mości?
August kiwnął głową i ręką poruszył.
— Lepiej? rzekł Radziwiłł.
— Nie gorzej, odparł król.
— Dzięki Bogu! odezwał się książę marszałek, bo przy złem zdrowiu W. k. Mości spraw wiele zalega, a panowie senatorowie polscy szemrzą. Możnaby się zająć niemi.
— Potem, potem, rzekł August, dajcie mi spocząć. Sprawy publiczne! Za temi sokołami do niczego wziąść się nie mogę. Nie mam nawet siły.
— Mamy listy z Turcji, pisane od pana starosty Orszańskiego o Moskwie, mamy papiezkie.
— Na potem, na potem, rzekł król z wysileniem.
— Róbcie co myślicie, dodał, że będzie z dobrem kraju, ja nie mam przytomności i prawdę rzec ochoty. Życie mnie zmogło.
— Gdybyś W. k. Mość chciał tylko.
— Będziecie mówić przeciw tym kobietom? ozwał się August.
— Mówiłbym żebym wiedział, że mnie W. k. Mość usłuchać zechcesz.
— E! dajcie pokój! Nie wiele tego życia, niech się już kończy jako tako. Na co go szczędzić będę. Potomka wam nie zostawię. Jagielloński ród gaśnie ze mną, jam ostatni. I westchnął. Wybierzcie sobie kogo. Marnie skisło mnie życie, odpowie za niego Bogu i Polsce, matka nasza, a po niej kardynał Commendoni. Teraz wszystko mi obojętne, aby dożyć końca.
Radziwiłł, który już niejednokrotnie słyszał podobne wyrzekania, często z ust królewskich wychodzące, spuścił głowę i rzekł:
— Wszystko jeszcze przed W. k. Mością, nie wiek to późny.
— Zdrowie sterane.
— Może się poprawić, z pomocą Bożą.
August głową wstrząsł.
— I nie chcę, rzekł, życia. Aby bez męki skończyć je. Męczę się wspomnieniami. Wy nie znacie moich nocy bezsennych, nocy okropnych marzeń, kiedy mi całe zmarnowane życie, kiedy mi wszystko wydarte com kochał, staje u wezgłowia i dręczy, to okropne! okropne.
I powiódł ręką po czole i wstrząsł się.
— Elżbieta, Barbara, wydarte, królowa matka, i ta trzecia, i te nieczyste istoty, co mnie dziś otaczają konającego, kruki nad pastwą!
— Czemu ich W. k. Mość nie odpędzisz?
— Chwila odurzenia, zapomnienia, którą im winien, także coś warta.
I zamilkł.
— Pozwolisz W. k. Mość pp. senatorom pomówić o sprawach publicznych?
— Nie, nie, dajcie mi pokój, potrzebuję spocząć.
— Jest też wiele prywatnych.
— Sądźcie je, sądźcie, ja nie mam głowy. — Radziwiłł dostrzegł dwóch łez, które po licu bladem i wychudłem króla potoczyły się i spłynęły na brodę. Nastąpiła chwila milczenia, smutna i uroczysta.
— Wszystko skończone! rzekł do siebie jakby mówiąc August, potem z weselszą już i odmienioną twarzą zwrócił się do Radziwiłła.
— Trzeba ciało nasycać, gdy duszy już nie można!
I krzyknął na Kniaźnika. We drzwiach sypialni ukazał się pokojowiec, książę marszałek pożegnany skinieniem odszedł.
Zasmucony przesunął się przez salę, spuścił ze wschodów, gdy tuż napotkał Iłłę dworzanina swego, oczekującego nań.
— Oczekują na Waszą ks. Mość.
— Kto?
— Księżna Sołomerecka.
Radziwiłł się zadumał.
— Jaka księżna? spytał.
— Jednać tylko jest.
— Umarła przecie, jak nam z Rusi donoszą.
— Żyje i chce pomówić z Waszą ks. Mością, przybyła prosić łaski królewskiej i sprawiedliwości na brata, który jej majętności zagarnął.
Książę marszałek stał w podziwieniu.
— Gdzie ona jest?
— W mieszkaniu Waszej ks. Mości.
Radziwiłł ruszył się żywiej, zamyślony.
Na progu komnaty, postrzegłszy kobietę w czerni ubraną całkiem, okrytą zasłoną wdowią, osłupiał i cofnął się.
Księżna tak była podobną do nieboszczki królowej Barbary, że mimowolnie marszałek, tem podobieństwem dziwnem uderzony, zastanowił się i zmięszał. Patrzał i oczekiwał głosu z wahaniem się długiem, bo jej nawet nie przywitał.
— Do łaski W. ks. Mości, odezwała się księżna zbliżając, do sprawiedliwości królewskiej przybyłam.
Głos jej był także podobnym do dźwięcznej mowy nieopłakanej nigdy młodej królowej, książę marszałek nie wychodził z osłupienia.
— Przebaczcie, rzekł nakoniec, dziwne podobieństwo, przypomnienie, odjęło mi przytomność. Usiądźcie, słucham i w imię tej do której twarzą i głosem podobni jesteście, uczynię wszystko, wszystko co będę mógł.
— Dzięki choć za pociechę, której dawno nie kosztowałam, płacząc odpowiedziała księżna. O! zaprawdę, jam bardzo biedna i zasługę u Boga mieć będzie, kto mnie podniesie z nieszczęścia.
— Nie wiem, czyście nawet słyszeli kiedy o mnie.
— Owszem, pamiętam, przerwał książę, opiekę stryjów W. ks. Mości, pozostałego natrętne pragnienie ożenienia was.
— Stało mu się zadosyć, mówiła dalej księżna, ledwie dorosła zaślubioną zostałam synowi jego, ale bez dyspensy papiezkiej, po którą wysłany zaufany duchowny do Rzymu nie wrócił. Zaślubiona i odesłana na dwór królowej matki, gdy to małżeństwo jeszcze skrytem być musiało, padłam ofiarą nie moich win. Mąż mój zabity w potyczce, ojciec z rozpaczy umarł: ja wdową z dziecięciem pozostałam. Brat męża mojego naówczas właśnie z zagranicy powrócił, ale ani małżeństwa nieszczęśliwego, ani dziecięcia za prawe uznać nie chciał. Owszem dziecię to pogrobowe starał się i stara pochwycić, aby sam w posiadanie majętności mógł wejść. Młodość mojego biednego dziecięcia jest ciągłą walką z prześladowaniem; matka — musiałam się z nim rozdzielić, porzucić go, opuścić, aby nań niebezpieczeństwa nie ściągać. Napadany kilkakrotnie przez nasłanych ludzi, opatrznością tylko Bożą uratował się.
A któż wie co teraz z nim się dzieje? dodała płacząc. Bez opieki, sierota musi chleba żebrać. Wolałam dla niego ubóstwo nad śmierć i wyrzekłam go się na czas. Ja sama już za umarłą miana, i dobra zagarnione.
— Wy? spytał żywo książę.
— Tak jest, po tajemnym moim wyjeździe do króla, pan brat, nie mogąc wiedzieć co się ze mną stało, śmierć rozgłosiwszy, majątki objął.
— Do tych was powrócą, rzekł marszałek, ale dziecię? Sąd dowodowy tego nieszczęsnego małżeństwa?
— W ręku księdza co je dla uzyskania dyspensy powiózł do Rzymu.
— A ten ksiądz, powiadacie, powrócił?
— Nigdy dowiedzieć się nie mogłam.
— Jego imię?
— Hauser.
Radziwiłł myślał chwilę.
— Dawno wyprawiony?
— O! lat piętnaście.
— I żadnej wieści?
— Żadnej!
— To okropnie! zawołał Radziwiłł, ale muszą żyć świadkowie?
— Nie wiem, lecz wyszukać ich nie mogłam, jedna tylko kobieta.
— Król JM. zna was? dodał Radziwiłł niespokojnie wpatrując się w księżnę.
Na te słowa pomięszanie wyraźne na twarzy Sołomereckiej postrzedz się dało, spuściła oczy i ciszej odpowiedziała:
— Nie wiem czy J. k. Mość przypomni sobie, byłam czas jakiś na dworze Królowej matki.
— Zygmunt pan nasz widywał was?
— Widywał, ciszej jeszcze wymówiła księżna.
— Spodziewam się, że wszystko pójdzie dobrze, rzekł Radziwiłł, postaram się wprowadzić was do niego wieczorem. Tymczasem nie ukazujcie się nikomu! Mogliby wam szkodzić! Ja oznajmię.
To mówiąc powstał i żegnając Sołomereckę u drzwi, niespokojny wrócił do króla.
Ale drzwi były zamknięte, wejście wzbronione i referendarz z księdzem biskupem Krakowskim stali w sali, słuchając jak Giżanka głośno coś Augustowi opowiadała, częstym sobie przerywając śmiechem.
Senatorowie spojrzeli po sobie jak wczoraj.
— Czego tu czekać będziemy, zawołał popędliwie biskup, aby się spotkać chyba twarz w twarz z nieczystem stworzeniem, które biedny król wybrał na zabawkę dni starych? Chodźmy.
I znowu, nie zobaczywszy króla, odejść musieli.
Takim sposobem dzień upłynął, Radziwiłł pragnąc królowi oznajmić o przybyciu księżnej, nie mógł się do niego dostać, pomimo że kilkakroć wychodził i oczekiwał, pomimo że on jeden z senatorów łatwiejszy miał przystęp do Augusta i ucho powolne.
Zmierzchło już, gdy księżna znowu powróciła na zamek, w tem samem ubraniu co zrana, w żałobnej sukni wdowiej i zasłonie. Z dawnych dostatków, pozostałe perły wielkiej ceny i gruszka perłowa w djamenty oprawna, na włosach przypięta, zdobiły tylko wdowę. Z pod zasłony jej blada twarz bielszą się jeszcze wydając, uderzała wszystkich dziwnem do Barbary podobieństwem.
Książę marszałek uprosiwszy aby zarzuciła zasłonę, podał jej rękę i w milczeniu powiódł na wschody. Głębokie panowało milczenie; szczęściem może, nikogo nie znaleźli w sali, ani podkomorzego, ani krajczego, ani żadnego ze sług zuchwałych, co zwykle tamowali wejście do króla.
Radziwiłł zapukał znanym sposobem i głos ze środka ozwał się słaby.
— Wejdźcie.
Zmierzchało; już na kominie dopalał się ogień czerwonemi blaski rzucając na komnatę, z okna trochę światła wpadało. Na wezwanie Augusta książę drzwi otworzył i zrzucając kwef z głowy, Sołomerecka ukazała się we drzwiach.
August podniósł oczy, zatrząsł się, krzyknął, porwał ze siedzenia i przerażony zakrywając oczy rękoma upadł.
— Basiu! zawołał, Basiu! Ty mi śmierć rychłą zwiastujesz! Ty mi moje życie wyrzucasz. To ona!
W tej chwili ukazał się Radziwiłł i pośpieszył bezprzytomnego ratować.
Księżna zmięszana sama nie wiedziała co począć, król drżał ze strachu i płakał, na krzyk jego zbiegli się Mniszech i słudzy.
— Widmo, mara, wołał August, co to jest? To Barbara!
— To księżna Sołomerecka, przerwał marszałek, która do nóg W. k. Mości z prośbą o sprawiedliwość przychodzi.
— Kto? spytał August, jaka księżna?
Radziwiłł powtórzyć musiał. Uspokojony król, ciągle płacząc jednak oczy wlepił w stojącą na progu niewiastę.
— Tak, tak, przypominam sobie, szepnął, na dworze królowej matki była tego nazwiska młoda, podobna do Basi. To wy?!
— Tak, ja to. Najjaśniejszy Panie, ze łzami odpowiedziała księżna, dziś wdowa odarta ze wszystkiego, dziś matka pozbawiona dziecięcia, prześladowana, ugnieciona, wyglądająca sprawiedliwości od Was miłościwy królu. Sprawiedliwości dla mego dziecka!
— Przypominam, przypominam sobie, rzekł król z widocznem wzruszeniem. Gdzie syn wasz?
— Prześladowana — ukryć go, rozłączyć się z nim musiałam. Śmierć moją rozgłoszono na Rusi, majętności brat zagarnął, wszystkiego od Was miłościwy królu czekam. Ratuj mnie.
August upadłej na kolana wdowie podnieść się kazał, posadził ją podle siebie i wpatrując się w jej twarz bladą, trzymając ją za rękę, płakał.
Wspomnienia jakieś stare tłumem spadały mu na piersi, przypomniał sobie Barbarę ukochaną, krótkie szczęście swoje, zgon jej okropny; i żal nigdy niewygasły a ciągle tłumiony i zagrzebywany w sercu, z nową siłą odżył.
Obraz ten był pełen smutku, schorzały i wycieńczony król, blada i smutna kobieta, w tyle Radziwiłł ponuro patrzący na służbę, która z rozmaitymi myślami, uczuciami, poglądała na przybyłą. Przez uchylone drzwi sypialni Giżanka z okiem zapalonem, ognistem, wargą drżącą, pożerała przybyłą, usiłując wybadać kto jest? Serce jej biło gwałtownie, niepokój trapił, nikt powiedzieć jej nie umiał.
— Kto ona?
Mniszech, który sobą mierzył wszystkich, szydersko patrzał na marszałka, jakby mu wymawiał, że wprowadził tę kobietę do króla.
— Wzruszenie, szeptał z cicha Radziwiłłowi, może króla o chorobę nową przyprawić. Po coście tu tę kobietę przywiedli?
— Mości podkomorzy, dumnie odparł marszałek Litewski, nie potrzebuję nikomu zdawać rachunku z moich czynności, krom Boga i króla JMości.
Mniszech zagryzł usta i odszedł ponury.
Król tymczasem wypytywał powoli Sołomerecką i zwoławszy pisarza, rozkazał list z przykazaniem wprowadzenia jej na powrót do dóbr z synem razem, pisać.
Ale list już to z powodu oddalenia się pisarza, już że nie było stosownej pod ręką pieczęci, gotów być zaraz nie mógł.
— Ja go odbiorę, rzekł Radziwiłł, jeżeli W. k. Mość dozwolisz.
— Wy go odbierzecie, tak. I pomnijcie, dodał, abyście się opiekowali nią. Tak podobna do królowej małżonki naszej najmilszej i nigdy nieopłakanej.
Beata, co by się miała radować szczęśliwemu trafowi i skutecznej opiece, zdawała się temi ostatniemi słowy bardziej jeszcze pomięszana. Spuściła oczy w milczeniu: król ciągle za rękę ją trzymał, a gdy marszałek dał znak odejścia, gdy ona rzucić się do nóg królowi dziękując miała, August ją powstrzymał jeszcze.
— Niech na was patrzę, rzekł, to mi lepsze czasy mego żywota na pamięć przywodzi, to mi serce miękczy. A! byłem i ja szczęśliwy, ale krótko, krótko. Jak wiatr zaszumiało i przeszło szczęście moje!
Przytomni słudzy widocznie tą sceną niecierpliwili się, Mniszech kilkakroć przystępował i szeptał coś do ucha królowi; Giżanka z gniewem zatrzasnęła drzwi i udała się do swojego mieszkania, rozkazując oznajmić że więcej nie przyjdzie, bo pragnęła aby ją proszono. Chwilę to jeszcze potrwało, a August wpadł w tak głębokie zamyślenie, w zadumę tak czarną, że niezważał, jak książę marszałek i księżna pożegnawszy go wyszli.
Sam jeden z Kniaźnikiem pozostawszy nie ruszał się z miejsca i wlepione nieruchomie w ścianę oczy, tylko łzy czasem płynące ożywiały. Napróżno służalec rozmaitemi głosy starał się pana wyprowadzić z tego stanu odrętwiałości; nic nie pomagało.
— Rozkażesz W. k. Mość przyjść Barbarze? spytał nareszcie.
Król się z wstrętem i obrzydzeniem odwrócił, spojrzał i rzekł:
— Nie.
— Anny nie ma, dodał Kniaźnik, Zuzannie?
— Nikomu. I znowu patrzał, znów dumał.
Po cichu na palcach sługa wyszedł do sypialni. Tam już niespokojna siedziała Giżanka. Uciekłszy do swojej komnaty, długo w niej pobyć nie mogła, zazdrość miotała nią, pędził strach utracenia władzy nad słabym Augustem.
— Kto to był? spytała żywo. Co to za kobieta? Kto ona? Po co? Kto ją przywiódł? Król mnie nie wołał?
Na te nagromadzone pytania, Kniaźnik powtórzeniem swej rozmowy z królem odpowiedział. Giżanka powstała, zmięszała się i postąpiła do drzwi.
— Król nie kazał was wprowadzać.
— Wejdę sama, rzekła dumnie kobieta i z trzaskiem roztwierając drzwi, wpadła z zapalonemi oczyma do komnaty gdzie August płakał jeszcze. Na widok Giżanki zmieszał się z odrazą, dał znak ręką aby wyszła.
— Co to jest? żywo poczęła mówić zbliżając się Barbara. Dlaczego mi się oddalić każecie? mnie? matce Waszego dziecięcia?
Oczy króla zajaśniały żywo, prawie gniew się w nich odmalował, już zdało się miał rozkazać aby ją precz wyrzucono. Kniaźnik czekał tylko na słowo. W tej chwili Giżanka miotana niepokojem, zbliżyła się tak że prawie dotknęła szaty jego.
— Nie dotykaj mnie! nie dotykaj! zawołał August. Idź sobie! Idź!
— Co to jest? Panie! Dla czego?
— Dziś, nie chcę cię, idź odemnie! nie dotykaj!
A to mówiąc ręce nastawił, jakby chciał odepchnąć.
Rozgniewana, w rozpaczy Giżanka sądząc że ją król wezwie uciekającą, rzuciła się gwałtownie do drzwi, ale August nie skinął nawet.
Z sypialni wysunęła się w korytarze, i zapalona gniewem, do izby podkomorzego Mniszcha wpadła. Tu na krzesło się rzuciwszy, płakać ze złości poczęła.
— Co ci jest? spytał podchodząc zdziwiony p. Mikołaj.
— Król mnie odpycha, król precz mi odejść kazał, nie dozwolił mi się zbliżyć do siebie. Nie wiem co to jest. Ratuj mnie.
— Ja wiem co to jest, odrzekł spokojnie podkomorzy. To przejdzie. Jest to tylko wspomnienie Barbary, które nań naprowadził marszałek.
— Marszałek! zawołała Giżanka, on ją tu umyślnie przywieść musiał, sprowadzić, aby mnie odepchnąć, zgubić.
I płakać zaczęła, tupiąc nogami, potem porwała się.
— Ale ja ją struję, ja ją zabiję.
— Na co to wszystko! rzekł Mniszech, ja ją jeszcze dziś z Knyszyna odprawię.
— Marszałek bronić jej będzie, on nie bez myśli wprowadził tę kobietę.
— Wszystko to być może, wspomnienie Radziwiłłównej, zawsze to na Radziwiłłów koło woda, a ekonomja Szawelska?
— Król mnie wypędzi, jeśli ona tu zostanie, panie podkomorzy, co chcesz uczynię, wypraw ztąd tą kobietę. Ona mnie i ciebie zgubi, ty stracisz serce królewskie.
— Ona wyjedzie.
— Dajcie jej ten list, którego ona chce, i niech wraca. Ona księżna, ona pani, na co jej łaski i dary królewskie; a mnie, mnie, dodała, potrzeba złota, ile go jest, ile go tylko można zabrać; ja straciłam życie cześć, wszystko, niech mi zapłaci za nie, niech mi zapłaci. O! młodość moja sterana! jest-że co by ją zapłacić, nagrodzić mogło? Ona nie wróci, nie wrócą spokojne i jasne dni klasztoru.
I Giżanka zamilkła pod płaczem cichym, ale wkrótce podniosła się rozżarzona znowu.
— Dziś, zaraz, wyprawuj tą kobietę, niech ona tu nie będzie, niech król o tem zjawisku zapomni. Odprawił mnie jak zapowietrzoną.
Mniszech klasnął w ręce i szepnął kilka słów przybyłemu Jaszewskiemu. Ten pobiegł do pana starosty Bielawskiego, wysłano Egida do miasteczka.
Gdy się to dzieje w zamku, w domu garbarza zadumana siedzi sama jedna księżna. Janowa modli się u komina, Palej rozmawia z Mortchelem woźnicą. Wszyscy cieszą się nadzieją, powtarzając sobie z nieskończonemi odmiany, jak król przyjął ich panią.
W tem skrzypły drzwi gospody i Egid wsunął się do izby gospodarza, gdzie żydzi siedzieli nad wieczerzą. Wziął na stronę garbarza, powiedział mu słów kilka, narzucił czapkę na uszy i zniknął. Garbarz zmięszał się, powtarza woźnicy co słyszał od Egida. Mortchel pędem wybiegł wnet do stajni, do Paleja. Palej siedział już, grzał się przy kuchni.
— Co ci jest? spytał żyda, spostrzegłszy jego pomieszanie.
— Po wszystkiem! zawołał woźnica łamiąc ręce i rzucając na wszystkie strony oczyma. Naszej pani grozi niebezpieczeństwo, potrzeba jechać, potrzeba wyjeżdżać zaraz.
— Co? oszalałeś? rzekł Palej. A jakież tu jej grozić może? pod bokiem królewskim? gdy już otrzymała najlepsze obietnice.
— Potrzeba jechać, mówił żyd uporczywie. Tylko co przychodził do gospodarza stary powiernik pana podkomorzego, on przestrzegał, abyśmy co najrychlej, tej nocy jeszcze wyjeżdżali, inaczej może być nieszczęście.
— Upiłeś się, czy oszalałeś?
Żyd z rozpaczy porwał się za pejsy i posunął do drzwi samej księżny. Palej zaparł mu drogę.
— Nie idź!
— Nie wierzysz? spytaj gospodarza, on nas dłużej trzymać tu nie chce.
Palej pobiegł do garbarza, który powtórzył mu radę wyjazdu.
— Ale cóż się stać może? wołał stary, gdy król obiecał pomoc, gdy dziś Jmść najlepiej przyjął.
Nie wiedząc co począć, Palej udał się nareszcie do pani Janowej i po długiej naradzie postanowili wszystko powiedzieć księżnie.
Wiadomość ta jakkolwiek niespodziana, nie zrobiła na niej takiego wrażenia, jakiego się oboje obawiali. Księżna napisała słów kilka do marszałka i wysłała z niemi Paleja. Ale jak dostać się do zamku w nocy? Jak pismo tak późno do marszałka oddać?
Stary sługa wychodząc z bramy poskrobał się w głowę i spojrzawszy na ciemne zachmurzone niebo, puścił ku zamkowi.
Wszystko już tam spało, światła pogasły i straże tylko chodziły milczące po wałach, odzywając się niekiedy półgłosem, krzyki ich i grzechotki obiegały naokół zamczysko, a po nich następowało znowu milczenie, szumem tylko wiatru niekiedy przerywane.
Palej łatwo przeszedł bramy i dostał się w dziedziniec, ale tu trudniej mu było znaleść ludzi marszałkowskich, rozpierzchłych i spiących. Żadnego z nich prócz Iłły nie znał.
Natrafiwszy w izbie czeladnej, gdzie się ogień palił, jeszcze i dwóch dworzan Mniszchowskich grali w kości, na śpiącego sługę Radziwiłłowskiego, stary uprosił, że go mimo spóźnionej pory zaprowadzono do Iłły; ten już spał, ale zbudzony, usłyszawszy o co chodzi, wnet suknie na siebie wziął i pospieszył do komnaty, w której książę marszałek jeszcze z pisarzem swym listy do Litwy, przez jutrzejszą kresę wyjść mające, kończył. Zdziwił się i poruszył książę, odczytawszy pismo, ale z krwią zimną rzekł do Iłły:
— Weź WMość ludzi moich dziesięciu, co najsprawniejszych, siadajcie na koń, i jedźcie do gospody księżnej za tym, który kartę przyniósł i nie odstępujcie od drzwi jej ani na chwilę, aż do mego rozkazu.
Iłło wysłuchawszy dyspozycji szybko zbiegł i poszedł ludzi swych budzić. Przywykli do ślepego posłuszeństwa, pocztowi znaleźli się w chwili na koniach i ruszyli z zamku poprzedzani przez Paleja. W milczeniu otoczyli dom garbarza zewsząd, spoglądając bacznie czyli kto ku niemu nie zbliży się.
Palej z Iłłą po cichu weszli do środka. Żyd przerażony groźbą, już się do koni zaprzęgania zabierał.
— Porzuć to, rzekł Palej i idź spać.
— Spać! spać! cały drżący wołał Mortchel, nam trzeba jechać, uciekać.
— Możesz bezpiecznie położyć się.
— A to kto? spytał żyd postrzegając przybyłego.
— Przyjaciel, i z nim dziesięciu konnych, którzy do koła domu stoją. Bądź spokojny, nic się stać nam nie może.
Żyd pobiegł zajrzeć dla przekonania o prawdzie, a policzywszy pociemku stojących na koniach ludzi, nieco uspokojony powrócił.
— Dopiero mi duch odszedł, rzekł spiesząc do gospodarza.
Palej tymczasem doniósł księżnie, że posiłki przyprowadził i uprosił ją, aby się do spoczynku miała.
Noc jednak cała przeszła w trwodze dla wszystkich, chociaż nic się nie trafiło bojaźń tę usprawiedliwiającego.
Nad ranem, zostawiwszy kilku swoich wewnątrz domu, Iłło odjechał do zamku.
Zaledwie na dzień, Egid przybiegł znowu.
— A co, wyjechała? spytał gospodarza.
— Gdzie tam! posłali tylko na zamek, dostali straż i zostali.
Egid głową pokręcił i brwi zachmurzył; spojrzał w sień. W sieni grzeli się u kuchni ludzie Radziwiłłowscy. Uszedł.
W komnacie Mniszcha narada, Giżanka niespokojna, nagli aby niebezpieczną kobietę, której się lęka jako współzawodniczki, co najrychlej wyprawić.
Wysłany Jaszewski na zwiady, sam poszedł przyśpieszać wygotowanie listu z kancellarji królewskiej, odebrał go na swoje ręce i puścił się do miasteczka.
Księżna tylko co wstała z łoża, na którym strach i przeczucie nie dały jej spoczynku, gdy Jaszewski stawił się w gospodzie.
— Czego chcecie? spytał go Palej.
— Do księżnej wejść i z nią mówić.
Od stóp do głowy zmierzywszy oczyma szlachcica, stary sługa zdecydował się nareszcie wprowadzić go.
— Od księcia? spytała powstając niespokojna wdowa.
— Nie, Jaśnie Oświecona Pani, od kogo innego, ale to rzecz Wam niepotrzebna wiedzieć od kogo. List przyobiecany przez króla JM. mam w ręku.
— A! dajcie mi go, niech wam Bóg nagrodzi!
Jaszewski cofnął się.
— List ten oddany Wam być nie może aż gdy ztąd wyjedziecie.
Księżna osłupiała.
— Dla czegoż ten pośpiech? co za powód?
— Nie wolno mi mówić. Na wyjezdnem oddam.
— Pokażcież mi przynajmniej.
Jaszewski rozwinął podługowaty pargamin z królewską przywieszoną pieczęcią i ukazał księżnie tak, że na nim imię swoje i syna wyczytać mogła. Porwała się wnet wołając aby wszystko sposobiono do odjazdu.
Żyd był gotów. W godzinę rydwan toczył się powoli po przemokłej drodze z Knyszyna ku Rusi wiodącej. Jaszewski oddając pargamin, dziwnie rzekł groźno:
— Nie wracajcie!
Zawrócił konia i zniknął.





VIII.
URWIS.

Wróćmy teraz do plebanji, gdzieśmy zostawili Maćka sierotę, ukrytego przez Magdę, Klechów rozmawiających na ganku i Lagusa spiącego w karczmie.
Zaraz po obiedzie, w czasie którego organista ciągle się zżymał na samą myśl, że przytulony sierota przykłada się do oczyszczania mis i odjada go, rozeszli się Klechowie po wsi. Została Magda tylko w kuchni, a Maciek w izbie proboszcza.
Dziwnie czegoś stara kucharka zamyślała się sparta na odrapanym łokciu, jak nigdy nie bywało, widok Lagusa wprawiał ją może w te myśli niezwykłe. Widzieliśmy, że w czasie opowiadania Maćka wyrwała się mimowolnie z wyrażeniem dającem do zrozumienia, iż dziad ten obcy jej nie był. Widzieliśmy, że przybycie jego uczyniło także wrażenie na kucharce.
Przeszłe jej życie, pokryte dla nas najgrubszą ciemnością, dozwala domyślać się dawnych jakichś, nie zapomnianych jeszcze stosunków.
Nie długo zasnąwszy Lagus przebudził się i posłyszawszy głosy w karczmie, udał wewnątrz. Tam już była cała klesza gromadka, w towarzystwie Zawalidrogi i innych wieśniaków piwo zapijająca. Posiedziawszy chwilę na ławie i dowiedziawszy się zręcznie, że pleban nie wrócił jeszcze, z udaną obojętnością Lagus wszedł wprost do plebanji.
Psom które nań szczekać poczęły przeraźliwie we wrotach, rzucił przygotowane gałki z torby, a sam oglądając się do koła z miną człowieka, dla którego żaden rzut oka nie jest straconym, pospieszył ku gankowi. Magda już była w progu, ale pomięszana niewymownie i sama niewiedząc co począć z sobą. Chciała wołać na czeladź, ale głos jej zamierał w ustach. Z wejrzenia znać było, jak srodze lękała się Lagusa.
Dziad nic nie mówiąc do niej, usiadł na ganku.
— Ha! nie poznaliście mnie, pani gospodyni, rzekł po chwilce, a powinnibyście taki trochę pamiętać, bośmy dawniej z sobą bywali.
— Na Boga cicho, cicho. Jeszcze kto posłyszy!
— A cóż mi tam, niech słuchają. Toż gdyby spytali, potrafię powiedzieć i gdy was widziałem i coście tam robili w Krakowie.
— Milcz, stary, czego chcesz odemnie? Czego chcesz?
— Ot! naprzód jeść by się należało, rzekł Lagus podnosząc łeb.
Magda poskoczyła do kuchni, dziad tymczasem uchylił drzwi komnaty księdza i spojrzał. Maciek spał na posłaniu. Pokręciwszy głową, Lagus usiadł znowu na swojem miejscu. Wkrótce kucharka mu wyniosła misę strawy i kawał chleba z serem.
— Na, jedz i idź sobie z Bogiem, odezwała się stawiając przed nim. Bodaj ci bokiem wylazło.
— O! o! a na cóż te klątwy! na starego przyjaciela.
Spokojnie, powoli, zajadał dziad, niekiedy tylko rzucając na Magdę wejrzeniem, którego ona napróżno chciała uniknąć. Skończywszy strawę, a schowawszy chleb i ser do torby. —
— To się przyda, rzekł, na głodny dzień.
— Z panem Bogiem, zawołała Magda i idźcie sobie, niech was Bóg prowadzi.
— Już to byście mnie wygnać chcieli? spytał Lagus szydersko. Oj! a kiedy nie pójdę?
— Ksiądz zaraz powróci.
— Albo to ja się go boję?
— Klechowie nadejdą.
— Piją oni i pić będą pewnie do wieczora. Zresztą choćby też i wrócili?
— Ale ja nie mam czasu, zawołała Magda, iść muszę.
— To idź sobie, rzekł dziad, ja tu posiedzę. Co to boicie się, abym czego nie ukradł?
— Może i to być.
Dziad pokręcił brodą, chrząknął i wstając rzekł:
— Czekać muszę na proboszcza, żeby mu coś powiedzieć o jego kucharce.
Magda zbladła.
— Tylko mnie nie strasz, jak by przyszło gadać, znalazłoby się co i o tobie, stary.
— To ja wiem, żem nie anioł.
— Boś czart duszą i ciałem.
— To, to nic. Ale, człeczysko jak wszyscy. Słuchaj no Magdo, jest tu u was chłopiec jakiś?
Kucharka zafrasowała się, poczerwieniała, otarła fartuchem i żywo odpowiedziała:
— Był, ale poszedł.
— Doprawdy? drwiąco rzekł dziad, a! poszedł! poszedł spać. Nie prawdaż?
— Kiedy ci mówię, że poszedł.
— Kiedy ci mówię, że jest.
— Nie ma.
— Tylkom co go widział śpiącego, odparł Lagus.
— A choćby i był, to cóż? nabierając odwagi zawołała kucharka.
— Ja go potrzebuję i muszę z sobą wziąść, krzyknął dziad wstając. A nie, a będziesz ty mi się przeciwić, to poczekam na proboszcza i powiem mu wszystko co o tobie wiem.
— Gadaj sobie, — z udaną obojętnością zawołała Magda — nie boję się.
— Nie boisz? zobaczemy!
— Zobaczemy.
Nastąpiła chwila milczenia, Lagus poskrobał się w głowę.
— Długo czekać, rzekł, a mnie pilno.
— Cóż będzie Magdo?
— Nic nie będzie.
— To taki chcesz, abym wszystko wyśpiewał, abyś miejsce utraciła, a może i gorzej jeszcze?
Magda była tak pomięszana, że słowa wyrzec nie mogła.
— A jak mi pozwolisz chłopca wziąść.
— Choćbym go i wziąść dozwoliła, to jak? — cicho odezwała się kręcąc fartuch w palcach.
— E! na to poradzim. Ty pójdziesz go zbudzić i powiesz mu, że kobieta jakaś czeka na niego w karczmie i przysyła za nim.
— Ale ja tego nie zrobię.
— Dla mnie Magdo? śmiejąc się rzekł Lagus. Co to tobie się stało? ty dawniej taką nie byłaś upartą, pamiętasz?
Kucharka aż się cofnęła, całą jej twarz oblewał pot zimny.
— A nie, to poczekam na księdza proboszcza, obojętnie rzekł Lagus siadając.
I spojrzał na nią, ona nic nie odpowiedziała, ale dziad widział już że ją strachem pokonał, wziął kij w rękę, nasunął czapkę na oczy i odchodził.
— Powiedz mu, rzekł cicho, że jakaś kobieta czeka na niego w karczmie, słyszysz! powiesz?
— Powiem, szepnęła Magda. Ale ty go nie zabijesz Lagus?
Dziadzisko ruszył ramionami i ozwał się odchodząc:
— A po kiego djabła?
Ufny w przyrzeczeniu kucharki, poszedł nie odwracając się już do wrót, a psy nań nie szczekały. Oba leżały i dyszały pod krzakami, jakby je pragnienie wewnętrzne paliło, a sił nie miały wstać i pójść do wody, Lagus spojrzał na nie uśmiechając się.
Po odejściu dziada, Magda usiadłszy na ganku płakać poczęła gorżko. Za swoją to zapewne młodością, którą odpokutowywać srodze musiała, gdy jej już po trosze zapomniała, za dawnemi przewinieniami, które jej Lagus przypomniał. Kilka razy szła do drzwi, gdzie spało dziecko, wracała i płakała znowu. Aż Maciek przebudzony sam wyszedł w ganek.
Na widok uśmiechającej się twarzyczki biednego dziecięcia, kobiece serce zadrgało w piersi, ciężko było tego aniołka wydać w ręce Lagusa, którego zdawna znała, którego się lękać miała prawo. Strach o siebie kilka razy naglił ją wyprawić Maćka do karczmy, to znowu litość wstrzymywała. W tej walce bojaźni z uczuciem politowania, zwyciężyło nareszcie uczucie szlachetniejsze. Tak dzieje się zawsze w sercu kobiety, gdy tylko ma czas wyrobić w sobie zwycięztwo. Całkiem przeciwnie dzieje się z mężczyzną.
— Słuchaj, rzekła Magda zbierając się na odwagę. Lagus nie poszedł, on tu jest, czatuje na ciebie, czeka pod karczmą. Może napaść w nocy. Idzie z Krakowa. Uciekaj.
— Dokąd? — spytał chłopiec — nie wiem drogi, nie mam chleba.
— Uciekaj nazad do Krakowa, żywo dodała kucharka, on cię tam szukać nie będzie. Ja mu powiem, żem cię wyprawiła w inną stronę. Oto masz chleb, zawołała biegając i krzątając się, uciekaj. Nie idź wielką drogą. Szedłeś tu z Krakowa, trafisz więc nazad, tam będziesz bezpieczniejszy.
To mówiąc Magda sama trzęsąc się ze strachu wyprawiała Maćka, który starał się napróżno wzbudzić w sobie odwagę. Wspomnienie napaści przestrach w nim wzbudzało, uczucie swojej bezsilności przerażało chłopca. Dając się jednak przekonać kobiecie, która z wzruszeniem ukazywała mu prostą drogę po za plebanją, krzakami idącą, Maciek z młodzieńczym pospiechem ruszył co tchu.
Dopóki widzieć go było można, Magda stała i patrzała, nareszcie straciwszy z oczów, wróciła do plebanji, i jęła się z pozorną obojętnością zamiatać i porządkować w izbach.
Nie upłynęła godzina, a Lagus był znowu w dziedzińcu. Chmurnem okiem popatrzył na Magdę i z gniewem zawołał:
— A co?
— Co? wszakżem ci go posłała, nie ma kwadransa jak poszedł.
To mówiąc kobieta roztwierała umyślnie drzwi izby, w której Maciek spał wprzódy, i tak doskonale udawała zadziwioną, że dziad na chwilę dał się uwieść.
— Pewnie? spytał.
— A jużciż pewnie! Takiegoś mnie strachu napędził.
— Którędy poszedł?
— Ku wsi, powiedziałam mu że na niego tam kobieta czeka w karczmie, a jeśli by jej nie znalazł, aby dalej wprost drogą doganiał.
Dziad niby wahał się, wątpił, ale zaraz potem, upewniony wejrzeniem śmiałem Magdy, słowa nie rzekłszy poszedł.
Nad wieczorem popowracali Klechy z karczmy, i Magda łatwo im wytłumaczyła odejście Maćka. Organista wielce się tem ucieszył. Ale dla wszystkich straszny był powrót plebana, który w rzeczach jego samego się tylko tyczących powolny aż do zbytku, gdy o wiarę, obowiązki lub bliźniego chodziło, nie przebaczał. Jakoż na pierwsze pytanie zmięszała się Magda najbardziej i nie wiedziała co mówić; ale proboszcz nie dał się uwieść ponowionym z początku zapewnieniom, że chłopiec poszedł dobrowolnie.
Psy swoje podwórzowe zobaczywszy strute, miarkując coś z pomięszania kobiety, począł ją wybadywać pilniej.
Nie wchodząc w szczegóły, gospodynia zeznała, że wyprawiła chłopca, lękając się aby go przybyły dziad nie pochwycił. Opowiedziała gdzie, w którą stronę poszedł. Ale już nie czas było gonić za nim, choć proboszcz z razu chciał to uczynić. Lagus, pomimo że się jego przybycia co chwila spodziewała Magda, nie ukazał się dnia tego, ani następnych.
Tylko z wieczora jakiś nieznajomy człowiek dowiadywał się pilnie o niego w karczmie i na probostwie. Żyd widział go idącego w stronę przeciwną Krakowa. Tam też pogonił za nim jezdny.
Wróćmy do Maćka, który pędzony strachem, przedziera się nieznajomemi drogami ku Krakowu. Sam jeden, o kawałku chleba tylko, bez grosza, ranny jeszcze, bo głowa nie miała się czasu zagoić, puścił się żywo z Zębocina ku stolicy nazad. Spodziewał się on znaleść tam Agatę, pana Czuryłę i opiekę Senjora bursy, ale lękał spotkania z Urwisem, który go wydał w ręce dziadowi.
Nie wiedząc jeszcze jak sobie pocznie z nim, jak da rady później, unikając bliższego niebezpieczeństwa, żywo szedł w skazanym mu kierunku. Minął miasteczko i puścił się polami; nogi znużone dygotały pod nim, a strach naglił, obracał się co chwila poglądając czy dziad za nim nie goni, ale nie było nikogo. Nieco uspokojony, począł się modlić, bo wychowany przez kobiety i księdza, miał we zwyczaju modlitwę, tak że usta same się do niej niejako, nie czekając duszy sklejały. Dusza później dopiero na słowo przylatywała.
Dzień wietrzny i chłodny miał się ku schyłkowi, czerwono zaiskrzone niebo, poprzecinane chmurami sinemi i granatowemi, coraz a coraz ciemniało. Przed nim dymiła w parowie leżąca wioska z krzyżem kościoła, żurawiami swych studni i stadem wron unoszących się nad gołemi drzewy. Ludzie wracali z pól z pługami, witając podróżnego pobożnemi słowy:
— Niech będzie pochwalony.
Nagle jak widziadło jakie, przed zamodlonym stanął z twarzą zaognioną i oczyma błyszczącemi — Urwis.
Pierwszą myślą Maćka było uciekać, ale nim mógł zawrócić się, już schwycony silnie za rękę, wyrwać się nie mógł.
— Bracie, ach! bracie, zawołał spotykający go żak, ja za tobą gonię! Przebacz mi, jam cię zdradził! Na Boga, nie wiedziałem, co ten pies chciał zrobić z tobą, skłamał przedemną mówiąc, że cię do jakichś krewnych chce prowadzić. Klnę ci się na Boga, na wszystko święte i na pamięć biednego ojca mego, żem ci źle uczynić nie chciał. Dowiedziawszy się, żeś piekielną zdradą dostał się z mojej przyczyny w ręce łotrowskie, biegłem umyślnie za tobą, aby cię bezpiecznie do Krakowa zaprowadzić. Daruj mi! odtąd bratem ci będę i obrońcą. Chodź, chodź!
Pomimo widocznej szczerości tych wyrazów Urwisa, który burzył się sam myślą swej mimowolnej zdrady, Maciek bojaźliwie go powitał i nie bardzo chciał mu dać wiarę. Ale wkrótce niepojęta władza szczerości i prawdy, tchnąca ze słów żaka, zajrzała mu do serca.
— Więc tyś mnie źle nie życzył? spytał, ty nic nie wiedziałeś?
— Na imię ojca, to u mnie największe zaklęcie, przysięgam, że nic nie wiedziałem. Teraz, ja i ty, dwa palce jednej dłoni, nic nas nie rozdzieli.
Tu dopiero powoli idąc ku wsi, oba poczęli sobie wzajemnie rozpowiadać co się działo w Krakowie po porwaniu Maćka; co się działo z Maćkiem od czasu porwania.
Urwis, zepsute chłopię, miał jednak serce młodzieńcze, co się łatwo poruszało, słysząc jak dziad męczył Maćka, burzył się i pięści zaciskał.
Stanęli w plebanji na noc, gdzie naturalnie jako żacy do szkoły się wprosili. Ledwie się spać układli, gdy głos Lagusa dał się słyszeć pode drzwiami, Maciek struchlał, Urwis pochwycił na nogi.
— Pozwolicie przenocować, rzekł Lagus za drzwiami do dzwonnika, chłód na dworze, idę z miejsc świętych, od Kalwarji.
Nie słychać było odpowiedzi, ale widać dozwolono dziadowi położyć się w szkole, bo drzwi się przetwarły i wskazano komuś miejsce pod piecem. Ciemno było w izbie zupełnie. Lagus zrzuciwszy sakwy, marmocząc pacierze upadł znużony na przypiecku.
Urwis tymczasem ściskając rękę Maćka aby milczał, podniósł się nieco, słuchał i gotował kij podróżny, rozszarpując sznury swojej torebki.
Wkrótce ucichły pacierze i głośne chrapanie znać dało, że dziad usnął. Urwis zbliżył się ku niemu, obmacał ostrożnie i dopatrzywszy, że ręce obie nad głową założył, ściągnął je kluczką swojego sznura. Nim dziad się przebudził, trzy czy cztery razy obmotał mu pięści, a korzystając z bezwładności ich, począł obwiązywać gębę.
Silny łotr rwał się i miotał na wszystkie strony, ale napróżno, sznur był mocny, płachta zatulająca gębę w kilkoro złożona, do tego jeszcze nielitościwy Urwis po cichu zwalił blisko stojącą ławę dębową na piersi dziadowi, i tak wszystko urządziwszy aby do ranka ruszyć się nie mógł, sam wziąwszy za rękę Maćka, po cichu ze szkoły oknem wylazł.
— Nie bój się, rzekł mu gdy wyszli, mamy całą noc przed sobą, a ja drogę doskonale znam.
I to mówiąc pospieszył za płotami na gościniec, który ku Krakowu zmierzał.

KONIEC TOMU DRUGIEGO.

Przypisy

  1. Historyczne.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.