Zygmuntowskie czasy/Tom I/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Zygmuntowskie czasy
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
ZYGMUNTOWSKIE CZASY
POWIEŚĆ
z roku 1572
PRZEZ
J. I. Kraszewskiego.

Wydanie nowe, przejrzane i poprawione przez Autora.

Tom I.

LWÓW.
W księgarni Gubrynowicza i Schmidta
przy placu św. Ducha I. 10.
1873.

WARSZAWA.
W księgarni Michała Glücksberga.

Nakładem Rogosza, Pillera i Gubrynowicza & Schmidta.
Drukiem Kornela Pillera.






Zygmuntowskie czasy, napisane zostały w r. 1845, a zatem dwadzieścia i osiem lat temu — więcej niż ćwierć wieku. — Było to studium historyczne z XVI. wieku, wplecione w powieść, które więcej kosztowało poszukiwań i zbieraniny materjałów — niż może jest warte. Ci co powiadają, że napisanie choćby historycznej powieści jest rzeczą lekką i łatwą, gdyby sobie zadali pracy prześledzenia pochodzenia tych okruszyn, z jakich się składają Zygmuntowskie czasy — może by nieco sąd swój raczyli odmienić.
Oprócz ksiąg, autor użył do sta obrazów Podola, Jedyssanu i Budżaku stepów, okolic naddniestrzańskich i t. p. — wrażeń i studjów umyślnie w tym celu odbytej podróży. — Fantazja podjęła się wysnuć te sznury któremi się tu wiążą epizody w jedną całość. — Nie do nas należy sądzić, czyśmy z zadania wywiązali się szczęśliwie. Skłonniejsi bylibyśmy do zaprzeczenia temu, niż do upierania się przy zdaniu przeciwnem. To pewna, że gdziekolwiek historja wchodzi do powieści, z poszanowaniem prawdy i najdrobniejszych jej szczegółów jest przedstawioną. Mnóstwo dziś zapomnianych podań i zwyczajów z książek i ustnych tradycyj miejscowych zaczerpniętych, wplotło się w ten różnobarwny wątek... Życie w XVI. w. daleko barwniejsze, butniejsze, wyrazistsze było niż dzisiaj — autor ani się sadził na jaskrawość, ani miał prawo ją tłumić, gdzie była w pierwowzorze. — Może to właśnie iż osnute były na tle czysto polskiem i średniowiecznem, sprawiło, iż Zygmuntowskie czasy nie były, o ile wiemy tłumaczonemi, poważniejsza ich nieco treść, uszczupliła im czytelników tak, że oprócz wydania 1846, innego nie miały. Dzisiejsze więc wydanie jest drugiem i rzecz prawie nową, choć w formie czuć zapewne jej ćwierć wiekowe przeleżenie... Dawne to dzieje i dla nas dziś — książka jest już własnych czasów dawnych, młodych, szczęśliwszych wspomnieniem.
Puszczamy ją w świat, bez żadnych zmian i przerobień, znajdując niewłaściwem takie przetwarzanie dokonanej źle czy dobrze i wydanej już raz książki; choćbyśmy może dziś inaczej zużytkowali materjał obfity jaki ona zawiera... Lecz byłaby to już jakaś praca zbiorowa dwóch wcale innych ludzi... między którymi owe dwadzieścia osiem lat wielką stanowią różnicę. Ani wiemy, który z nich wart więcej... i któremu by przyznać należało prawo, poprawiania drugiego... Zatem, jaką się zrodziła w roku 1845, taką niech idzie książka do nowego już pokolenia...

Drezno
dnia 1. Maja 1873.
J. I. Kraszewski.
I.
GOMÓŁKA I GROSZ JAŁMUŻNY.

Chłodnym rankiem jesiennym, Kraków spoczywał jeszcze we mgłach, które nad nim zawisły jak szara wielka opona, gdy młody podróżny zbliżał się ku niemu gościńcem od Rusi wiodącym. Już ukazały się wieże białe i czarne dachy nastrzępione kominami, chorągiewki i gotyckie facjatki kamienic, już dolatywał uszu dźwięk rozkołysanych dzwonów, rozmaitemi głosy wołających na modlitwę, już zaczynało blade i zimne słońce wrześniowe wybijać się z za chmur i tumanów, gdy ciężkie westchnienie wyrwało się z piersi jego, rzucił kij i sakwę podróżną, a sam usiadł, a raczej ze znużenia czy trwogi, padł na ziemię. Oczy jego zwróciły się na miasto, stanęły nieruchome, zaszły łzami, potem spuściły ku ziemi i smutnie pokryły powieką.
I kto wie co w tej chwili działo się w duszy, drgało w sercu? to pewna, że nie jedna myśl ciężka przeleciała przez głowę, nie jedno uczucie zatrzęsło piersią. — I jemuż to płakać? jemuż myśleć tak głęboko. To dziecina jeszcze, której rówiennicy biegają po łąkach za motylem, za bąkami i śmieją się wesoło tarzając na zielonej murawie. — Dziecina, ale ją nieszczęście, czy cud i łaska Boża, uczyniły młodzieńcem przed laty. Widać z tych łzawych mgłą zaszłych oczów, że już myśli, z czoła sfałdowanego, że cierpiał, z bladego lica, że mu i odrobina życia już zaszła goryczą.
A tak młody jeszcze, tak młody? Nie wiem czy dożył czternastu lat, czy zaczął piętnaście. Cienki, chudy, słabowity, blady na twarzy, drobnych rąk, maleńkich nóg chłopczyk, z siwemi dużemi oczyma, jasnym na ramionach włosem i uśmiechającemi się smutnie usteczkami. W rysach jego jest coś przypominającego kobietę, coś nie męskiego, bojaźliwego, cierpiącego.
Na nim granatowy czekmanik wyszarzany, koszulka z grubego szarego płótna, pod szyją wstążeczką czerwoną związana; na głowie czapeczka maleńka sukienna. Para butów wisi na kiju, który niesie na plecach, razem z lekkim podróżnym węzełkiem.
Jak gdyby się zląkł miasta, upadł na pagórku, zakrył twarz rękoma i płacze gorzko, a niekiedy podnosi oczy, popatrzy i znowu je chowa w dłonie.
A na gościńcu gwar, ruch, bo gdy się miasto ze dniem obudzi, z okolicy spieszą nakarmić olbrzyma — stolicę, i każdy niesie datek na zaspokojenie głodu jego. Tam fury siana, owsa, zboża, dalej wozy z powiązanemi bydlęty, stada owiec na rzeź pędzone, wieśniacy pojedyńczo, ten z nabiałem, ten z kurką, tamten z wiankiem grzybów, z trochą jarzyny, z garnuszkiem masła, z zawiędłym sérkiem! — Na gościńcu gwarno, pył się podnosi kłębami, śpiewy, powitania, rozmowy rozlegają się wesołe, a Kraków coraz głośniej dzwoni, we dwadzieścia, we czterdzieści, w sto dzwonów kościelnych.
I wsłuchawszy się zdaleka w te pomięszane głosy spiżowych ptaków, co tak wesoło teraz, tak dźwięcznie śpiewają, zdaje ci się, że słyszysz rozmowę jakąś pełną tajemnic, dziwaczną, w pół pobożną, w pół szyderską; zdaje ci się, że chwytasz słowa tego języka niepojętego, który tak daleko rozlega się po świecie, a co chwila inaczej, a coraz rozmaiciej. Niekiedy smutnie jęczy, to płacze, to znów wesoło śpiewa, to coś poważnie mówi, to powolnie rozpowiada, to cię drażni urywanemi pół słówkami.
Aż ode dźwięku dzwonów, rozbiły się mgły wiszące nad miastem, porwał je wiater i poniósł kędyś daleko! słońce zajaśniało blade, czyste i pozłociło kopuły, krzyże, dachy, chorągiewki i zielone drzew wierzchy i czerwone wieżyczki bram i murów. Chłopiec podniósł oczy, ujrzał ten nowy widok przed sobą i zgarnąwszy z głowy czapeczkę, ukląkł, przeżegnał się, począł modlić; łzy mu się toczyły po twarzy jak krople rosy, aż smutno było spojrzeć.
I choć ukląkł na pagórku o podal trochę od drogi, przecież nie jeden jadący do miasta, zapatrzył się na niego, widząc go zwróconym twarzą ku Krakowowi, spojrzał nań, czy tam jakiego cudownego zjawiska nie zobaczy, potem na chłopca znowu, potem ruszył ramionami i szedł dalej. Nie jedna kobieta dłużej się zatrzymała, westchnęła, a odchodząc, kilka razy zwróciła głowę, zobaczyć czy się jeszcze modli. On się modlił i płakał ciągle.
Dwie przekupki wyjechały za miasto, żeby taniej dostać czego im było potrzeba do straganów. Wprawdzie ówczesne urządzenia zakazywały wyskakiwać tak na drogi i żywność wykupywać, ale kiedyż to słuchają co do słowa urządzeń? Zawsze się od nich wykręcają ludzie, tłumacząc to tem, to owem, a jest to coś także nawet miłego w przestąpieniu zakazu, w strachu co w szyję pędzi i w zwyciężeniu trudności i niebezpieczeństwa. Tego zapewne nie szukają przekupki za miastem, ale są których i to goni.
Nasze dwie przekupki, pani Marcinowa i pani Janowa, szły drogą, targując jaja i masło u przechodzących, już nawet jedna i druga, miały ich sporo w fartuchach, gdy ujrzały chłopczyka co jeszcze klęczał i modlił się ze złożonemi rękoma.
— Patrzajcie-no jejmość...
— Abo niosą jaja?
— Ej! co mi tam wasze jaja, a toć to tam na pagórku ktoś klęczy i modli się...
— Ho! a gdzie?
— Ot, na prawo.
— A! do kata! prawda! A ot i stara baba niesie garnek, pewnie z masłem.
— Patrzajcie-no bo, na te prześliczne chłopie. Jezu, co to za ładne niebożątko! Jak mi Pan Bóg miły, aniołeczek, jeno mu skrzydeł braknie!
— A ot jaja, pani Marcinowa.
— Wzięło by ich licho! Patrzajcie-no, czego on się tak zamodlił, a łzy mu na oczętach błyszczą?
— Kto go tam wie!... chodźmy lepiej do masła.
— Patrzajcie-no...
— Chodźcie bo potargować...
— Ale bo wy kumo niezważacie!
— Modli się, to się modli — niech mu tam Bóg da wszystko dobre, a my do jaj i do masła, bo dalipan nadejdzie kto... albo...
— Dalipan kumo, aniołeczek...
— Nie chcecie?
— Targujcie sami!
— To dopomóżcież mi.
— Ot, zaraz; a no podejdę i popatrzę, wszakci tu on płacze, trzeba się popytać, zobaczyć, może go jaka krzywda spotkała...
— Pilnowalibyście swego, a patrzali z czego chleb jecie.
Obie kumy ruszyły ramionami, i pani Marcinowa zbliżyła się do chłopaka, a pani Janowa do garnków z masłem i króbek z jajami.
— Dzień wam dobry chłopczyku! dzień dobry — zawołała, potrząsając głową i podnosząc ją w górę.
Chłopiec ani pomyślał żeby się to powitanie do niego stosować miało i nie obejrzał się nawet.
— Patrzajcie, tak się zamodlił że nie słyszy! I powtórzyła swoje.
— Dzień dobry kochaneczku!
W tej chwili skończyła się modlitwa, chłopiec upadł na murawę, pożółkłą, i jakby się wahał, jakby lękał iść dalej, oparty na ręku, siedział nieruchomie. Dosłyszał przecie pozdrowienia i powoli, przez ciekawość, odwrócił głowę i oczy zapłakane. Spotkał się z ciekawem wejrzeniem, poczciwej pani Marcinowej, która swoją czerwoną, połyskującą zdrowiem twarz, trzymała zwróconą w górę. Ale jeszcze nie uwierzył, żeby głos słyszany do niego się miał stosować.
Trzeci więc raz musiała pozdrowić go ciekawa przekupka...
— Dzień dobry ci chłopczyku.
— Dzień dobry, matko — odpowiedział po cichu podróżny i zawstydzony, znowu twarz zakrył dłonią.
— Coście się tak modlili, a podobno i popłakiwali? hę?
— Alboż człowiek wie, zkąd mu płacz i modlitwa przychodzi?... Oboje Bóg daje — rzekł chłopiec.
Marcinowa głową ruszała...
— Jaki rozumny, gada gdyby ksiądz.
— Wy zdaleka? — spytała głośno.
— O! zdaleka matuniu!
— I pewnie do naszego Krakowa.
— A dokądżeby matko?
— Musicież mieć kogoś z sobą?
— Pana Boga.
Marcinowa ciągle kiwała głową.
— Oj! i tak sam jeden szliście aż tu! miły Panie Jezu! sam jeden.
— Różnie bywało, matuniu, po większej części sam jeden.
— Musicież mieć do kogoś zalecenie, albo pismo, albo może krewnych?
— Nic, nic... nikogo... Bożą opiekę i miłosierdzie ludzkie.
— Oj! oj! jakież to biedniątko! — wołała Marcinowa klaskając w dłonie. — Panie Jezu, zdaleka! samo jedno, na łasce ludzkiej, na opiece Bożej. I nie bałeś się tak iść?
— A czegóżbym się miał bać?
— Złodziei, przypadków... Bóg wie — dodała żegnając się — złego ducha.
— Cóż by ze mnie wzięli złodzieje? od złego ducha jest krzyż, na zły przypadek anioł stróż.
— Aż miło słuchać, taki dzieciak rozumny... A cóż myślicie robić w Krakowie?
— Nie wiem... i dla tego widzieliście mnie płaczącego, bo gdy mi już blisko tego Krakowa, o którym marzyłem, na którym nadzieja cała, to mnie strach taki bierze, taki strach matko...
I znowu zapłakał.
— Nie bójcież się moje dziecię! kto z Bogiem, Bóg z nim! Aniołowie pańscy z tobą, mój kochany... nie opuści cię matka Boża, opiekunka sierót i biednych; wielki Kraków, jest w nim litości dość i chleba dostatek!
— Bodajby mi słowa wasze dobrą były wróżbą matko... niech wam Bóg za nie nagrodzi.
— Niema za co! dalipan niema za co! Ot możeście nie jedli? — spytała żywo...
— Mam jeszcze chleba kawałek...
— Naści do niego moje dziecko gomółkę.
— Nie mam grosza...
— A kto cię o niego prosi! To mi później oddasz kiedy ci się w mieście powiedzie! Znajdziecie Marcinowę w straganie na rynku, pierwsza budka od brzegu, zielono malowana na kółkach, na daszku kogut czerwony! Poznacie! A jakby wam chleba zabrakło, to przyjdźcie jutro do mnie, przyjdźcie kochaneczku, zawsze łyżkę strawy znajdziecie.
Chłopak pocałował rękę, która mu drżąc wyciągnęła białą gomółkę i łzy, ale łzy radości zabłysły mu w oczach.
— Niech wam to Bóg zapłaci, dobra litościwa niewiasto! — zawołał — nie urodziłem się na żebraka, na to bym rękę do ludzi wyciągał... Bóg tak chciał, niech będzie wola Jego. O! nigdy nie zapomnę waszej jałmużny! i będę się za was modlił do Boga! Teraz, po waszych słowach, śmielszy i weselej wejdę do Krakowa.
Ale pani Marcinowa, na którą kuma od dawna krzyczała, odeszła już była dawszy gomółkę i zapalała się ogromnie, targując garnuszek masła. — Chłopak tymczasem wdziewał buty, zapinał suknią, roztrząsł włosy poplątane na ramiona i zajadając gomółkę, wziął kij i ruszył ku miastu.
Ale serce tak mu biło, że głód czuć się nie dawał, schował ser i wlepiwszy oczy w stolicę, której przedmieście pełne było gwaru i ruchu niedzielnego targu, szedł dalej, powolnie, oglądając się, ustępując i pilnując ścieżki pod kamienicami.
Mój Boże, jak tu wszystko wydało mu się dziwnem, wielkiem, strasznem prawie i cudownem. Wlepiał wejrzenie w gmachy, w ludzi, zastanawiał spoglądać na gwary, co mu się bitwami wydawały. Niedzielne dzwony głuszyły go, szum miejski niespokoił. Trafił na otwarte drzwi kościelne i zdejmując czapeczkę, wszedł.
Ranna msza właśnie się odprawiać miała u Panny Marji i przed główny ołtarz, wyszedł ksiądz w białym ornacie, za nim dwóch chłopców, we świeżych komeszkach, nie wiele było ludzi w kościele. Kilku dziadów pod kruchtą, kilku mieszczan w odświętnem odzieniu w ławkach, które kluczami sobie otwierali i wchodzili na własne miejsca, kilka kobiet klęczących u kratek dzielących presbyterjum od nawy kościoła. Chłopiec przykląkł w progu, uderzył czołem, złożył ręce, a w tej chwili, rozsunęły się firanki przed obrazem Matki Bożej i jakby światło z Jej wizerunku na ubogiego sierotę padło, organ zahuczał, dzwonki zabrzmiały, nabożeństwo się zaczęło.
On się modlił, modlił, a nieraz łzy gorące na kamienną posadzkę spadały, nieraz zwrócił oczy na twarz Bogarodzicy, złotą uwieńczonej koroną.
Już ksiądz błogosławił krzyżem pobożnych i odszedł od ołtarza, a chłopiec nie wstał jeszcze.
Za nim słychać było szmer, dwoje jego wieku chłopiąt, spoglądając na niego rozmawiali cicho.
— Patrzaj no Pawełku, jakiś obcy!
— I biedota, jak my Janku.
— Oj! a modlił że by się tak, gdyby nie był biedny?...
— Pewnie nie. Zaczepim go, jak będzie wychodził z kościoła, popytamy.
Gdy pacholęta szepczą, jakiś stary w szarej kapocie, siwego wąsa i wystrzyżonej czupryny, ponurej, pomarszczonej twarzy człowiek, który w czasie mszy uważał pilnie na modlitwę gorącą podróżnego chłopięcia i w twarz się jego wpatrywał, zatrzymał się przy nim także, podparł na kiju sękatym i pogładziwszy czoło, kiwnął na niego.
Chłopię, co się tego niespodziało, nie wzięło z początku wezwania do siebie i nierychło go usłuchało, aż go siwy za rękę pociągnąwszy, za sobą na cmentarz wywiódł.
Postawił go przeciw sobie, patrzał mu długo w oczy, marszczył się okrutnie, wąsy gryzł, a nareszcie burknął jakby łajał:
— Co to ty za jeden?...
— Sierota panie!
— Sierota! hm! sierota!! powtórzył kilka razy siwy jegomość kręcąc głową i pod nosem dodał cicho: — Za syrotoju... Boh z kalitoju. — A zkąd?
— Zdaleka panie..
— Z Polski?...
— Z Rusi litewskiej.
— O! z Rusi... Hora z horoju ne zojdetsia patrzajcie Rusin! A z kimżeś przyjechał?
— Przyszedłem sam.
— Sam! — zawsze burkając groźno mówił siwy — hm! po cóż? do kogo?
— Szukam przyporzyska, życia... chleba.
— A tamże to nie masz nikogo? hę?
— Nikogo! — I chłopiec ciężko westchnął, a łzy ciche potoczyły się mu znowu na rękaw sukmanki.
Siwy jegomość podkasał, coś gderając nosem, połę szaraczkowej kapoty, dobył z pod niej sakiewki i wyszukawszy grosza białego, dał go chłopcu.
— Naści, na, dobrześ się modlił, święcieś się modlił, Bóg ci to daje przezemnie, nie ja! nie ja... A nie popsuj się w mieście, a nie oducz się modlitwy!
Chłopak ledwie miał czas począć dziękować, gdy siwy gderając jeszcze coś, szybko odszedł kijem wywijając nad głową, powtórzywszy: — Nad syrotoju — Boh z kalitoju.
Ledwie odszedł, aliści przystąpili do niego dwaj chłopcy, co za młodym podróżnym wyszli z kościoła, spojrzeli mu w oczy i starszy z ostrzyżoną krótką głową, męzkiej postawy, czarnych oczów, rumiany, zatrzymując chłopaka, pozdrowił.
— Dzień dobry.
— Dzień dobry.
— Słyszeliśmy coście mówili z Rusinem, chcemy i my wam pomódz!
— A! mój Boże — zawołał rozrzewniony sierota — zkądże tyle łaski twej na mnie?
— Albożeście się to nie spodziewali od ludzi pomocy?
— O! nie wiele!
— To źle, bracie, to źle... Lud u nas dobry, a Bóg lepszy jeszcze, czasem i złego na poczciwy uczynek nakłoni. Widzicie nas dwóch ubogich przed sobą, a jest nas takich w Krakowie. — I obrócił się do towarzysza.
— Wiele?
— Jak maku! a kto nas policzy?
— Widzicie! I każdy z nas chodzi żebrząc powszedniego chleba, a żadnemu go nie zabrakło jeszcze.
— To cud! — zawołał podróżny.
— To prosto tylko poczciwe serce poczciwego ludu, co się z nami dzieli ostatnim kęsem. Nie chodzim do bogatych, nie stoim u drzwi pałaców, żebrzem u ubogich jak my, u pracujących, u tych co znają niedostatek i rozumieją głód. — U wrót kamienic, chatek, klasztorów, co dzień dają nam jałmużnę, a śpiew żaka nie raz z kaletki i biały grosz wyprowadzi. — Chodź z nami, tyś nasz.
— Pocałujmy się — rzekł drugi.
— Dobrze, uściskajmy się i pocałujmy naprzód.
I uściskali się wesoło, aż raźniej zrobiło się podróżnemu na sercu.
Wzięli go pod ręce.
— A teraz ty nasz, towarzysz... chodź do naszej gospody, poprowadzim cię do swoich, nauczym co masz robić....





II.
ŻACY.

W XVI wieku, gdy się nasza powieść zaczyna, Kraków był jeszcze prawdziwą Polski stolicą, dożywał on dni swoich i przeczuwając jakby, że wkrótce utraci ważność, którą młode na Mazowszu odziedziczy po nim miasto; wesoło, raźnie kończył swoją epokę wielkości i blasku... Wszystko tu wówczas było życiem, liczny dwór, bogate mieszczaństwo, znakomite duchowieństwo, pierwsza w kraju szkoła, utrzymywały w nim to życie... Bogate dwory panów polskich, litewskich, ruskich, mieniały się tu otaczając większy i wspanialszy od innych, dwór królewski.... O każdej dnia, o każdej nocy godzinie wrzały i szumiały ulice; zalewał je lud, zalewały ozdobne poczty panów, wspaniałe pochody uroczystości religijnych, lub smutne pogrzebowe kondukta, po rynkach ożywiał miasto handel, po placach rozstawione stragany, budki, szałasy, ławki, stołki, przyciągały i dworaków i mieszczaństwo i służbę wielkich panów. — Gdzieś się obrócił, wszędzie natłok, ścisk, wrzawa wesoła, śmiechy i śpiewy. Na końcach nawet stolicy, z których zwykle życie ucieka aby się skupić w ognisku; żydowstwo w nieustannym ruchu i zajęciu, utrzymywało się dniem i nocą.
Cały rok był jakby jednym wesołym dniem świątecznym, przeciętym tylko kilką odpoczynkami. Ale te chwile spoczynku, teraz już stawały się coraz częstsze — niestety — i nie jeden mieszczanin krakowski wsparłszy się na kiju, poglądał smutnie na zamek królewski, mówiąc w duchu:
— I znowu niema króla Jegomości! I znowu Kraków pusty! Napróżno ksiądz Orzechowski admonicje mu daje słuszne, iż taki woli bawić w swojem Wilnie, przy swoich stadach tykocińskich, niż w starej stolicy Piastów! Litwina ciągnie serce do domu.
A jednak Zygmunt August mieszkał dość często w Krakowie i skargi te przedwczesne na opuszczenie stolicy, dopiero za jego następców ostatecznie usprawiedliwić się miały. Nabranem z dawna życiem i siłami, młodzieńczo żył jeszcze Kraków, nieprzewidując blizkiego upadku.
Ludność jego podówczas niezmiernie rozmaita była, a właściwa miejscowa tonęła w daleko większej liczbie przybyszów. Do tych policzyć naprzód musimy ogromny tłum różnorodnych uczniów szkoły głównej i szkół pomniejszych, zwanych pospolicie jednem zbiorowem nazwiskiem — Żaków. Tłum ten wyróżniający się silnie obyczajami, zajęciem i energią młodości od reszty, składał się z młodzieży majętnej i ubogiej wszystkich prowincji dawnej Polski. Między nim jednak, (choć w mniejszej liczbie) znajdowali się Węgrowie także, Czechy, Niemcy i sąsiednich krajów dzieci.
Pomimo że już w początkach XVI wieku, wszędzie w Europie, zaprzątniono się urządzeniem szkół i ustanowieniem pewnych dla młodzieży praw, w Krakowie jeszcze jak i gdzie indziej, stare zwyczaje silniejsze były od nowych ustanowień.
Młody ten lud, nie łatwo poddający się zmianie, trzymał się tradycji swawoli, jak tarczy. Zwierzchność też szkolna nie nastawała w początku zbyt pilnie na spełnienie urządzeń, które się ostre wydawać musiały. Żacy więc, pomimo licznych rektora uniwersytetu, biskupa kanclerza i samego króla postanowień, byli jeszcze czem dawniej — wielkim tłumem, napełniającym postrachem mieszczan, a zwłaszcza heretyków i żydów.
Odpłacali im za to nie jednym uciskiem dworzanie wielkich panów i swawolna gawiedź magnatów, ale żak sowicie tę chwilę upokorzenia i ucisku oddawał różnowiercom, odemścił na nieznośnych mu Izraelitach.
Żyd był naturalnym wrogiem żaka — oba się niecierpieli, oba na widok swój zadrżeć musieli mimowolnie, a był czas gdy przerażone żydowstwo nieraz kupami przed jednym żakiem pierzchało.
Tłum żaków dzielił się na bardzo wiele klas i części, gdyż wszyscy, nawet ci, co się uczyli przy szkołach kościelnych parafialnych, liczyli się do ciała akademickiego i jego swobód używali. Ci zaś, którzy po bursach mieszkali i w kollegiach akademickich uczyli się, nie tylko tego połączenia z żaki szkolnemi nie unikali, ale widząc w nim powiększenie siły, sami je wyzywali.
W licznych założonych przez dobroczyńców bursach, skupiała się akademicka młodzież, bursy te zostające pod naczelnictwem starszego senjora, jednego z kollegów uniwersytetu, to jest profesorów, mieściły w sobie bogatszą lub uboższą młodzież, wedle początkowego ich ustanowienia. W wielu z nich uczniowie mieli tylko dozór i pomoc do nauki, chleba codziennego żebrząc w pewnych godzinach po mieście. A jak wszędzie więcej jest ubogich niż majętnych i tu w liczbie żaków górowali żacy — żebracy, paupry, którym jak ptakom, Pan Bóg przez ręce litościwych ludzi zsyłał strawę codzienną.
I nie myślcie, że przez to żak nabierał pokornej miny, postawy żebraczej, że się stawał bojaźliwym i płaszczącym. Przeciwnie, młodzież żebrząca owego czasu, szaleńsza była od bogatej i srożej nadzieranej rodziny możnych panów. — Pomimo że przepisy wymagały po uczniach na ulicę wychodzących stroju duchownego, jednostajnego, mało na niego jednak zdobyć się mogło i nie wielu nosiło — pomimo, że surowo zakazywano przypasywać oręż, wszyscy go jednak mniej więcej oczewiście mieli, zwłaszcza starsi, a niezbrojni w szable, nosili potężne kije, nie mniej od białej broni żydom straszne. — Większa część akademickiej młodzieży pod wąsem była, bo aż do trzydziestu i za trzydzieści lat czasem przeciągała się nauka późno zaczęta. Senjorowie w bursach, rektorowie po szkołach, nie mogli utrzymać uczniów w nakazywanej ryzie, musieli patrzeć na ich postępki przez szpary. Młodzież uzuchwalona i co chwila przywodząc w obronie stare zwyczaje, dokazywała też po młodemu. O! bo wiekowi temu wiele potrzeba na zużycie sił, jakie mu Bóg dał, a na dobre czy na złe użyć ich musi koniecznie. I biada temu, kto w sobie nie poczuł młodości.
Tradycje wieków średnich wskazywały żakowi, nieprzyjaciela, wroga w żydzie. Oskarżano żydów naprzód o wielką zbrodnią ich pra-ojców, potem o męczarnię dziatek na Paschę i używanie krwi chrześcjańskiej, o zatruwanie wody i t. p. Znęcano się też nad niemi bez litości, a żak gdziekolwiek spotkał żyda, nie mógł czy słowem czy ręką, nie zaczepić go przynajmniej. — Było też dawne prawo, które dozwalało żakom wybierać opłatę od żydów, wwożących do miasta cokolwiek bądź, wjeżdżających i wyjeżdżających, przechodzących nawet bramy. — Opłata zwała się z hebrajskiego przekręconem nazwiskiem: Kozubalec. Pomimo że Kampsorowie co ją pobierali, mieli na to pewne zwyczajowe przepisy, działy się liczne bezprawia, gdyż żacy sami oprócz tego, a często gwałtownie nieprawy jeszcze Kozubalec w różnych miejscach wydzierali przypadkowie.
Na widok też tłumu żaków, który na dany znak się gromadził wyrastając z ziemi, żyd truchlał i wymykał się ciemnemi zaułki, klnąc po cichu i ukośne za sobą rzucając wejrzenia. — W XVI wieku przybył drugi tej młodzieży nieprzyjaciel — heretycy. Duchowieństwo przez szpary patrzało na prześladowanie protestantów, a młodzież nieraz okrutnych dopuszczała się gwałtów, na domostwach, jeźli nie na osobach nowowierców, ona reprezentowała wówczas oburzenie, opinję ludu. Musiano osobnemi prawami obostrzyć bezpieczeństwo majętności i osób innych wyznań, a i to nie wiele pomogło.
W pewnych porach roku, w pewnych dnia godzinach, rozlegał się śpiew młodzieńczy na ulicach Krakowa. Na ówczas stawali u drzwi swych mieszczanie, uciekali żydzi, otwierały się okienka, bielały w nich główki niewieście w krasnych czółkach bramowanych, żacy to śpiewali chodzący za jałmużną.
To się zastanawiali u drzwi bogatszych mieszczan, panów, duchownych, to wpuszczeni wchodzili wewnątrz, to czasem obrawszy miejsce pod figurą, przy murze kościelnym pod cmentarzem, wzywali litości przechodniów.
Ubodzy nosili garnuszek przy sobie, do którego składali darowane jadło, nosili sakwy, gdzie chleb codzienny chowali, a książka w ręku, znamię żaka, była jakby cechą, po której się on poznawał.
Skłonni do wszelkiego rodzaju gwałtów, między sobą nie przychodzili nigdy prawie do sporów i zatargów, coby ich na długo rozdzielić mogły, owszem silni jednością, utrzymać ją starali się. Żak wspomagał żaka, książką, nauką, chlebem i ręką w potrzebie; na głos jednego zlatywali się wszyscy.
Chociaż wedle przepisów żacy powinni byli mieścić się w bursach ku temu urządzonych, mnóstwo jednakże wpisanych w matrykuły szkolne, nie mieli stałego siedliska. — Latem przepędzali noce na ulicach, u wrót kościołów, zimą wpraszali się do domów; a większa część ubogich, najmując się do posług bogatszym uczniom i mieszczanom, zarabiali i chleb powszedni i przytulisko u pieca.
Jedynem wówczas w całej Polsce miejscem dla nauki był Kraków, w Wilnie zaledwie akademja jezuicka, pod tytułem tymczasowym gimnazjum, urządzać się zaczynała; to też tu zbiegało się z dalekich stron, co było chciwego chleba, nauki i przyszłości. Nie jeden sierota o żebranym kęsie, wlókł się do stolicy jak do portu i znajdował w niej i utrzymanie powszednie i obietnicę weselszego jutra.
Mało młodości potrzeba — bo żyje nadzieją, przyszłością i sama sobą. — Żebrząc chleba, tułając się biednie, żacy byli szczęśliwsi od wielu, a pieśń pobożna, wesoła, djalog świąteczny, powinszowanie, oracja, co z ich ust wychodziły, wylewały się swobodnie, malując dusze pełne stoickiej na teraźniejszość obojętności, pełne nadziei w jutrze. I nie jeden, nie jeden z tych wesołych dzieci ulic, wyszedł na znakomitego człowieka, na użytecznego krajowi i chlubę ubogiej swojej rodziny; nie jeden chodził potem w szkarłacie i złotym łańcuchu.
Ale wróćmy do podróżnego naszego, którego co krok spotyka pomoc, litość i niespodziewana opieka, począwszy od jałmużny Marcinowej, która była wesołą wróżbą, wszystko się dla niego składało tysiąc kroć lepiej, niż marzył. Miał już biały grosz w ręku i dwóch jak on młodych, jak on ubogich, a pełnych najlepszych chęci towarzyszów. Oni ciągnąc go z sobą w głąb miasta, tłumacząc mu nazwania ulic, gmachów, stroje ludzi których spotykali, wypytywali sami ciekawie młode chłopię. — Ale odpowiadając im otwarcie na pozór, w istocie nic nie mówił dzieciak, wzdychał i umyślnie jakby usuwał zapytania dalsze.
— I zkądże ty jesteś? pytali go.
— Zdaleka — z Rusi — nie pytajcie więcej, nie powiem, powiedzieć nie mogę.
— Sierota. —
— Sierota! o! najbiedniejszy z sierot, bo nie mam nikogo na całym Bożym szerokim świecie — nikogo!
— I nic — dodał Pawełek. —
— Prócz tej sukmanki i pary koszul, prócz mego smutku i opuszczenia. —
— A któż cię tu przysłał?
— Kto? Bóg. — Coś mi ciągle do uszu szeptało idź do Krakowa — idź, tam naukę i chleb znajdziesz. — I poszedłem i przyszedłem jak widzicie. —
A potem westchnął znowu. —
— Cóż myślisz począć z sobą?
— Co Bóg natchnie. — Zapiszę się do szkoły — będę służył za chleb powszedni i uczył się. —
— Wszak my tak robim wszyscy! Ale czy znajdziesz służbę? czy wysłużysz chleb, jak się zapiszesz do szkoły?
— A! ja sam tego nie wiem!
— Słuchaj no — rzekł Pawełek — co ty umiesz?
— Ja — prawie nic. —
— Ale przecież coś umiesz?
— Nie wiele, braciszku — bardzo nie wiele.
— Musiałeś gdzieś chodzić do szkoły, choćby do jakiego wiejskiego mistrza. —
— Do szkoły? nie — ale uczyłem się. —
— Gdzieżeś się uczył?
— Sam — sam się uczyłem trochę, trochę ludzie dopomagali. Stary jeden ksiądz. —
— Umiesz czytać?
— Po polsku i po łacinie? —
— O! i po łacinie.
— I trochę tłumaczyć.
— Patrz go! to dość, będziesz się mógł zapisać z nami. — Chodź — chodź. —
— Gdzież mnie prowadzić myślicie?
— Do naszego senjora, to dobre, poczciwe człowieczysko — on nam coś poradzi.
Zastanowili się w ulicy, ho właśnie napotkali tłum studentów, którzy z krzykiem biegli wywijając kijmi, jakby kogoś gonili.
— Dokąd to bracia? dokąd? —
— Czyścim ulice — ksiądz z procesją tędy iść będzie, czyścim ulice z żydów. —
I poczęli wołać.
— Hola! hola — a do chlewa łapserdaki — a do chlewa — precz, z drogi!
Żydzi tłumem nieśli się szybko, oglądając za siebie, w przeciwną stronę. Jeden tylko stał nieruchomy, z rękoma w kieszeniach, z czapką na uszy naciśniętą, poglądał na żaków nieśmiało, ale spokojnie dosyć i nie ustępował. Dwóch na czele wyprawy będących zatrzymali się przy nim i kiwnęli głowami.
Szulim lachem. Herr Hahngold — jak się macie? — I ruszajcie precz, bo procesja idzie.
— Nu! nu! to ustąpię wczas nie bójcie się, ustąpię. —
— I życzę wczas, dodał drugi żak — bo mimo żeś ty nasz kampsor i winniśmy ci wdzięczność i uszanowanie, za twoje pieniądze i zdzierstwo — nie obeszło by się bez admonicji po grzbiecie. —
— A waj! A waj! co za zuchy! odezwał się Hahngold — wojować z żydem.
Mówił to udając zupełną spokojność na pozór, ale w wejrzeniach niepewnych, biegających, w ruchu rąk, które w kieszeniach drgały, wydawała się tajona bojaźń.
Kampsor to jest podskarbi bursy; pan Hahngold, bogaty Izraelita który wybierał kozubalec dla żaków od swoich współwyznawców, nadto jest ważną figurą, abyśmy go tu lepiej czytelnikom poznać nie dali.
Hahngold miał może lat pięćdziesiąt, może więcej, ale wyglądał czerstwo jeszcze i rumiano; długa broda ryża, długie pejsy podobnego lecz żółciejszego koloru, spływały mu na piersi i ramiona. — Trocha twarzy z pod włosów wyglądająca, czerwona, piegowata, z nosem spuścistym, świeciła dwojgiem oczu pokrytych rzęsami i brwiami zwisłemi, żółto-siwemi, z pod których wejrzenie żyda ze źrenic jego żółto-płowych padające dziwniej jeszcze połyskiwało. Oczki te nieustannie latały, obracały się, ciskały na wszystkie strony, a niekiedy ruchom ich towarzyszyły konwulsyjne drgania prawej ręki i nogi. — Sinych ust, ledwie z pod wąsów i brody zarosłej, cokolwiek widać było: kryły się one w czerwone włosy kampsora. — Ubiór jego podobny był dzisiejszemu strojowi żydów, pokrywał go płaszcz po wierzchu czarny, łatany i niepozorny, związany jedwabnym sznurkiem pod szyją. Na głowie miał głęboko wsuniętą czapkę z lisami, której wierzch z wypłowiałego żółtego aksamitu, ledwie coś nad futro wychodził. Za pasem sukni, ukryty wprawdzie, ale jeszcze widoczny, długi miał nóż, w czarnej pochwie, z rękojeścią hebanową zakrzywioną. Obok niego wisiał na rzemyku kałamarz rogowy, futeralik na pióra i zwitek papieru, oplątany sznurkiem jedwabnym. Postać jego nie okazywała wcale dostatku i owszem przeciwnie, a jednak wieść powszechna, pomimo starannie objawianego ubóstwa, czyniła go niezmiernie bogatym. Został kampsorem bursarzy, nie dla zysku, bo zysk w tem nie mógł być wielki, ale raczej dla zabezpieczenia się od napaści. — Dom jego w oddalonej części miasta położony, ukryty w opalisadowanem podwórku, rzadko się dla kogo otwierał, on sam za to jawił się wszędzie, przemykał w miejscach, gdzie mógł być najmniej spodziewany.
Spotykano go snującego się nieraz po korytarzach klasztornych, w ubogich mieszkaniach kollegiów akademickich, nawet na królewskim zamku; a zawsze z nasunioną na oczy czapką, z spuszczoną głową, jak gdyby się taił i ukrywał. — Z jego rozmowy dojść było można, że miał nauki więcej niż pospolicie uczeni żydowscy, a nauka ta nie ograniczała się biblią i talmudem. Umiał po syryjsku, chaldejsku i arabsku, mówił z łatwością wszystkiemi prawie djalektami wschodu; czytał traktaty hermetyczne, dzieła kabalistyczne i astrologiczne, powiadano nawet że się wdawał w alchemją. Niektórzy utrzymywali, że wynalazł wielką tajemnicę, ale tego arkanu nikomu naturalnie powierzyć, do jego nawet zbadania nikomu przyznać się nie chciał. Że zaś ukazywał się wszędzie, gdzie kto zajmował się alchemją; gdzie się kurzyło w kominie od ognia retortowego, mówiono że był w współce ze wszystkiemi alchimistami swojego czasu. Co robił w domu, gdzie nikogo nie dopuszczał, nie wiadomo i chyba w nocy tam zajmować się czemś mógł, bo we dnie, wieczory, a często i późniejsze godziny nawet, postrzegano go w różnych miejscach miasta. Zawsze odarty, brudny, wzgardliwy, przybierający minę pospolitego żyda, ale nie bez szyderstwa w oku, nie bez tajemnego jakiegoś uśmiechu skrytego w brodzie — ustępował z drogi wszystkim, kłaniał się i płaszczył widocznie umyślnie. Z tymi którzy go bliżej nie znali, udawał nawet nieuka i gbura, a po każdy grosz, po każdy choćby najmniej znaczący zysk, równie chciwie wyciągał rękę.
Taki był kampsor Hahngold, którego w tej chwili napotkawszy żacy, usiłowali namówić do odwrotu. — On jakby miał pilną potrzebę pozostać, oglądał się niespokojnie, trwożliwie na wszystkie strony, ruszał konwulsyjnie ręką w kieszeni i stał w bramie domu.
— No! no — ruszaj Hahngold, bo już słychać procesją, już dzwonią. —
— Zaraz — zaraz — ot idę — ot idę. —
A stał uporczywie. W tem błąkający się na wszystkie strony wzrok jego, padł na młodego chłopca, którego prowadzili z sobą dwaj żacy. Obejrzał go od stóp do głowy i wlepiał znowu oczy w twarz podróżnego z upartą ciekawością.
Kilka razy usta otwierał, jakby go coś gryzło i niepokoiło, czego nie śmiał powiedzieć, potem nieznacznie schwycił za rękaw Pawełka Sorokę, który szedł z nieznajomym chłopcem i odciągając go w bramę — spytał cicho.
— Co to za jeden? —
— Kto, ten chłopiec?
— A?
— Pauper jak my, szuka chleba.
Żyd głową pokręcił.
— A zkąd to on?
— Mówi, że z Rusi. —
— On mówi że z Rusi?
— Ale zkąd —?
— Nie chce powiedzieć.
— Dawno on tu — ? I żyd pilnie w twarz przybylca się wpatrywał.
— Tylko cośmy go spotkali.
— A gdzie go prowadzicie?
— Do naszego senjora, do pana Pudłowskiego, niech mistrz pomyśli co z nim zrobić — niebożątko chce się wpisać, a podobno i otrząsin nie będzie miał za co sprawić i wpisu opłacić, — bo mówi taki, że o żebranym chlebie się tu przyciągnął.
— A co jemu pomoże magister Pudłowski?
— Może co poradzi.
Hahngold głową pokręcił, oczyma rzucił i kiwnął na chłopca, który nieśmiało zbliżył się ku niemu.
— Co to? wy do szkoły przyszli?
— Jeżeli mnie przyjmą. —
— Jak wy się nazywacie?
— Maciek.
— Maciek! A! a więcej. —
Chłopiec się zmięszał, zczerwienił i dodał.
— Więcej nie wiem. —
— Jużciż macie nazwisko? —
— A! nazwisko!
— Tak, nazwisko — dorzucił ciekawie Pawełek Soroka.
— Nazwisko — Skowronek. —
— Piękny ptaszek! zaśmiał się Paweł. — Ty Skowronek, ja Soroka, ot nas dwoje ptaków, ale Sroka większa i piękniejsza. Czarna na niej sutana — a komeszka biała.
Chłopię nic nie odpowiedział, a żyd zrobił minę jakby nazwisku nie wierzył, i powtórzył kilka razy pod nosem — Skowronek — Skowronek!!
— A macie wy co pieniędzy z sobą? spytał Hahngold.
— Jeden grosz biały, co mi go dał jakiś litościwy człowiek. —
— W szaraczkowej kapocie — siwy — dorzucił żyd.
— Właśnie. —
— Znam go, mruknął żyd — zawsze jeden! zawsze ten sam!
I dodał po cichu, do siebie:
— To on — to on!
— Jeżeli go znasz, powiedz-że mi kto to taki, niech wiem komu wdzięczen? —
— Wszyscy go znają w mieście. — To Rusin pan Czuryło. — Oj! oj, a kto go niezna. — A dał ci tylko jeden grosz biały, mówisz? —
— Jeden. —
Żyd się zawinął koło pasa, ale bardzo nieznacznie, odszpilił coś pod płaszczem, rozwiązał i milcząc szukał jakby czegoś — potem żywo dobył wyschłą rękę z pod poły, w której błyszczała para srebrnych groszy, włożył je Skowronkowi w dłoń i nieczekając podziękowań, umknął w dziedziniec.
— Dziecko szczęścia! zawołał Paweł Soroka — wszak to same cuda cię spotykają! I ten żydzisko, od którego grosza nie wydusić na zastaw, daje ci jałmużnę, czy pożyczkę! Dziecko szczęścia! No — chodźmy.
Ale Skowronek tak był zdziwiony datkiem nowym, że się nie mógł z miejsca ruszyć, poglądał to na grosze, to na towarzysza swego, ust nie umiejąc otworzyć.
— Ot, potrochu, zbierze się na otrząsiny, chodź Maćku do senjora — do pana Pudłowskiego, — chodź, bo go potem nie zastaniemy.
Gdy to mówili, w ulicy dały się słyszeć dzwonki, śpiew i wszystka ludność poczęła się rozsuwać, przyklękać, czapki z głowy zdejmować. Uklękli i żacy, a Maciek się znowu modlił. — Processja przeszła, Soroka pociągnął go za sobą.
— To już niedaleko, mówił, ot widzisz tam kamienicę na rogu, czerwoną, ganek mały na cienkich słupkach, a nad nim we wgłębieniu obraz ś. Grzegorza biskupa, to nasza bursa — pospieszajmy, abyśmy zastali pana Pudłowskiego.
I szli żwawo, trzeci towarzysz zniknął im połączywszy się z tymi, którzy oczyszczali ulice z żydowstwa. Przyszli pod domostwo, którego wrota otworem stały i schodami na prawo, skierowali się na piętro.
W bursie panowało teraz milczenie głuche, bo żacy z niej wyciekli do kościołów, na ulice — coś tam tylko szelpotało w mieszkaniu starszych od przodu, pewnie któren chory przyzostał, albo słudzy uprzątali izby. W tyłach od dziedzińca były obszerne izby ubogich, od których w tej chwili otwarte okna dawały dojrzeć tablic czarnych, ław porzniętych nożami, porysowanych węglami pieców i rozrzuconych linii i książek.
Wschody do mieszkania pana Pudłowskiego były zaniesione jesiennem błotem, brudne, wykoszlawione, chwiejące, a ściany zasypane napisami, rysunkami i nazwiskami, do których przyczepione dodatkowe kognominacje swawolników, wyciągały się wzdłuż po murach różnemi charakterami i różnokształtnemi litery dopisywane. — Nad niektóremi imionami wznosiły się wysoko nakreślone uszy ośle i wielkiemi literami dodany

Beanus.

Ale oba nasi przychodnie nie mieli czasu zastanawiać się nad stylem lapidarnym i symbolami ściany zdobiącemi, spieszyli do nizkich drzwiczek, u których zawieszona kozia łapka na sznurku, zwiastowała, że nie oznajmiwszy się, nie każdemu wchodzić było można.
— Widzisz Maćku Skowronku, jak się magister nasz ufortyfikował, żeby go żacy nie napadali. Każe dzwonić nim wejdziesz i pocałować kozią łapkę, nim pocałujesz jego łapkę. I nie dziw, ma nie mało pracy, którą nie lubi gdy mu przerywają — pisze śliczną łaciną, fraszka Gamfredowa, poemat! — Nikt nie wie o czem, łapaliśmy tylko karteczki na których pełno było wierszy łacińskich poprzekreślanych i pomazanych. Całe dnie siedzi, a niekiedy aż na dole słychać, jak skanduje. Kto go tam zresztą wie co robi i dla czego się zamyka, że i chłopiec bez pozwolenia nie wejdzie. — Nawet dziurka od klucza zasłoniona. — To człowiek skryty i niedocieczony.
Zadzwonili.
Chropowaty głos ozwał się ze środka po łacinie.
— Kto tam?
Studiosi ad Dominationem Vestram venientis!
Studiosi! pisnął głos ze wnętrza — Ite ad scholam, occupatus sum.
— O! to mu się zebrało na łacinę! a słyszysz jaka łacina! zawołał Pawełek.
Domine magister — dodał — pauper ad te veniens studiosus.
Ite ad diabolum! ite et attendite.
— Czy rozumiesz? mówi żebyśmy szli do djabła, a my przyszli do niego i taki koniecznie się dostaniem — to tak zawsze.
Domine magister — Beanus est, studiosus novus; ad Dominationem Vestram, consilij gratia veniens.
Ite ad diabolum, powtórzył głos ze środka, studiosus et beanus, asini ambo
Gratias agimus. Aperite.
Na te ostatnie słowa uporczywie dopominającego się wpuszczenia Pawełka, odryglowały się drzwi, wysunęła się głowa.
Oczekiwali jej wprawdzie żacy, ale nie w tem miejscu, w którem się im ukazała. Zwykle bowiem o półtrzecia lub dwa łokcie od ziemi, wysuwa się facies patrzącego, tu zaś z podziwieniem Maćka wyrwała się jakby z pod ziemi, bo ledwie o półtora łokcia od podłogi. I jakaż głowa, rozczochrana, z czarnemi włosy, czarnemi ślipiami, gębą wykrzywioną i wiszącemi wargami, popryszczona cała, nakryta biretem, a pierza pełna.
— A to ty Soroko! zawołał magister otwierając — po co nie w porę przychodzisz? — hę?
Dominatio Vestra.
— Daj mi pokój ze swoją paskudną łaciną, którą paplasz jak prawdziwa sroka, aż mi uszy od niej więdną. — Czego chcesz? —
— Przyprowadzam nowego ucznia — Beana, który wpisać się chce niebożątko, choć dawno po ś. Grzegorzu. — Ubogi — nieborak przyszedł do Krakowa za nauką i chlebem.
Senjor dopiero zwrócił krwią zaszłe oczy na Maćka i utkwił je w przybylcu, który się do ziemi pokłonił, potem puścił drzwi i poskoczył wewnątrz, a za nim żacy nasi.
Tu dopiero w całej swej postaci i splendorze okazał się im magister. Była to biedna, połamana figurka, niezmiernie nizkiego wzrostu, garbata, głowa na ramionach przekrzywiono osadzona, ręce długie, nogi cienkie, a na końcu ich ogromne łapska ozute w czarne skórzanne trzewiki. Magister miał na sobie ubior czarny klerykalny, poplamiony i biret na głowie.
Izba do której weszli, wybielona niegdyś, z dwoma wysokiemi wązkiemi oknami, poprzedzona ciemną sionką, pełna była ksiąg, papierów i uczonych rupieci. Między oknami wisiał czarny krzyż drewniany, palma i gromnica. Przy stole stały dwa krzesła skórą wybite, ale przeglądające włosieniem z pod podartych jej kawałków. Oba te krzesła pokryte były pyłem, dawno widać nikt na nich nie siedział; papiery także, chociaż w świeżym jakby nieładzie, książki choć tylko co zdaje się otwarte, kurzem przysypane były.
Maciek mimowolnie zauważał, że sznurek od koziej łapki, szedł mijając pierwszą tę izbę, do drugiej. Widać tam musiał przesiadywać magister, ale od niej ciężko okowane drzwi zaparte były i klucz ogromny w zamku dowodził tylko, że świeżo ją odwiedzano.
— Czego chcecie? spytał garbusek żywo.
— Chce się wpisać Beanus.
— Hę? o tej porze?
— Biedota, aż z Rusi przywędrował piechotą, za nauką. —
Garbusek oczy wytrzeszczył, biret posunął, rękami się po kolanach uderzył, usiadł i rzekł:
— Żywo — żywo — nie mam czasu. — Co umiesz? jak ci imie?
— Imie Maciej — nazwisko Skowronek, a nie umiem nic. —
— Nic —? to idź-że do parafialnej szkółki liter się uczyć. —
— Czytać umiem.
— To już nie nic — a więcej?
— Pisać umiem. —
— A widzisz. —
— Po łacinie trochę. —
— Rób versją.
I rzucił mu Corneliusa na stół. —
Chłopiec otworzył książkę i począł odważnie tłumaczyć. Magister i Soroka równie wielkiemi oczyma patrzali, równie nastawionemi słuchali uszami. —
— To przypadek! — rzekł niecierpliwie Pudłowski — weź fabuły Fedrowe. —
I Maciek począł z równą pewnością tłumaczyć wcale dobrze drugie zadanie.
— Hę! hę! a gada że nic nie umie. — No! no wpiszesz się jutro, możesz chodzić do szkoły, a statkuj wać, a nie bądź ciekawy. —
— Słowo w słowo tak mówi każdemu — szepnął Soroka. —
— Po ulicach się nie włócz darmo i nie w porę, broni nie noś, suknię przyzwoitą wdziej, żydów nie bij i idź sobie do licha, bo ja nie mam czasu. — A nie bądź ciekawy. — Rób swoje, a cudzego nie patrz. —
— Hę! czegoż jeszcze stoicie! zawołał, niedziela, wpisu niema! idźcie do licha i nie przychodźcie więcej — idźcie — A Beanusowi dać pokój!
I pogroził palcem na nosie Soroce. —
Dominatio vestra, pozwoli go trochę otrząsnąć?
— Niepotrzeba — a idźcie z lichem bo nie mam czasu. —
To mówiąc odprowadził ich aż do drzwi, które za niemi zatrzasnął; ale ledwie się one zamknęły, Soroka pochwycił za dzwonek i zawołał:
Domine magister.
— Jeszcze czego —?
— Pozwolicie otrząsnąć?
Ite ad diabolum, cum beano.
— Otóż jest i pozwolenie.
I jakby na przekorę, jeszcze raz porwał za dzwonek.
— Idźcie precz! idźcie precz! Kto tam znowu?
— Ja, Soroka. —
— Jeszcze ty tu?
— Czapkę zostawiłem w izbie. —
Słychać było ryglowanie, stukanie i klęcie, potem ręka wysunęła się ze drzwi, wyrzuciła czapkę i znikła.
Soroka zadzwonił jeszcze raz. —
A diabolus incarnatus! Chcesz abym cię ochłostał?
— Chciałem podziękować za czapkę. —
Głębokie odpowiedziało tylko milczenie.
Soroka śmiał się po cichu, ale serdecznie.
— Teraz chodź do naszej gospody — rzekł do Skowronka — musisz się z beana otrząsnąć.





III.
OTRZĄSINY.

Żaków gospoda w odległej części miasta była położona. Budynek to stary, jednopiętrowy, z popękanemi od pożaru murami, z okopconemi ściany, dwoma nierównemi kominami, nad spiczastym górującemi dachem. Kilka schodów kamiennych wychełtanych wiodło do wązkich dębowych drzwi okutych, które jedyne do niego wejście stanowiły. Nade drzwiami niezgrabnie namalowany ptaszek, a raczej pisklę z dzióbem żółtym otwartym, siedzące w gniazdku, otaczał wieniec suchych gałęzi, pod nim dwie miotły na krzyż leżały. Okna okiennicami popękanemi zaparte były, a cichość panowała we środku. —
— Jeszcze niema nikogo — rzekł Pawełek zajrzawszy, poczekajmy i przejdźmy się ulicą. To mówiąc wziął za rękę Skowronka, który w posłusznem szedł za nim milczeniu i pociągał go dalej z sobą.
W tej chwili ubogi żak, boso z dzbanuszkiem nadbitym i próżnym w ręku, zaszedł im drogę.
— A co? spytał Soroka — gdzie nasi?
— Zebrali się w końcu ulicy, z dwoma beanami i czekają na trzeciego.
— Prowadzę go właśnie. — Chodźmy! chodźmy.
To mówiąc pociągnął Skowronka; ale ten się zatrzymał i cicho, łagodnie spytał towarzysza:
— Bracie — dokąd i po co idziemy?
— Dokąd? po co? odpowiedział Paweł, nie powinien bym ci tej wielkiej wydawać tajemnicy, ale słuchaj, żal mi cię. — Jesteś z nas najmłodszy. Wiesz co znaczy Beanus?
— Nie wiem, to nazwisko. —
— Właśnie nazwisko takiego jak ty, każdego do szkoły przybysza. — Każdy przybyły musi odbyć pewne próby, wytrzymać obrzęd otrząsinbeanorum depositio, pozbyć się starego siebie, nim między nas za brata przyjęty zostanie. Podziękuj swojej gwiaździe, żeś na nas trafił, i że masz dwóch towarzyszów. — Inaczej dłużej i srożej byś był męczony.
— Jak to? męczony, zawołał bledniejąc Skowronek. —
— Nie bój się — chodź, każdy żak przez to przejść musi, rzecz nieuchronna jak śmierć — nic ci się nie stanie, lepiej dziś niż jutro. — Czekają — spieszmy.
Skowronek zafrasowany bojaźliwie posunął się za Soroką. Zbliżając się do miejsca, gdzie uliczka na prawo zwracała, spostrzegli ciemny tłum, stojący w milczeniu. — Tłum ten składał się z żaków samych, po większej części czarno, odarto dosyć i licho ubranych, zbrojnych w miotły, kije, motyki, grabie, siekiery drewniane, sznury i rozmaity oręż. Na czele tłumu z wielkiemi wąsy czarnemi, podparty w boki stał ogromny barczysty, kuso ubrany żak, w czapce na bakier, poglądający w stronę gospody. Obok niego dwóch mizernej postawy w lichych sukniach chłopców, bladych i wylęknionych, zdawali się na coś oczekiwać. Ujrzawszy Sorokę wiodącego Maćka, zaszemrał ochoczo tłum i poruszył się stary. — W oknach domostw otaczających ulicę, liczne głowy mężczyzn, kobiet, dzieci, mniej zwyczajnemu poczęły się przyglądać widokowi. Soroka postawił Skowronka obok dwóch chłopiąt, nieopodal ogromnego wąsacza, który na czele tłumu oczekiwał. Szepnęli coś do siebie po cichu, Soroka się umknął i w tejże chwili, tłum nieforemnie ściśnięty począł się rozbijać, rozdzielać, tworzyć w długi szereg par, stanowić porządkiem w milczeniu.
Na przodzie szedł stary wąsaty żak — Magister ceremonji, którego zwano Depositorem, wiódł on za sobą na sznurku za szyję pobranych trzech Beanów, to jest nowozaciężnych żaków, a w ręku niósł białą chorągiew z napisem:

Cohorta Beanorum.

Minę miał poważną aż do śmieszności, chód wymuszony. Za Beanami postępowali w milczeniu chwilowem wszyscy przytomni temu obrzędowi żacy po dwóch formując długi sznur czarny, wlokący się we dwoje i troje ulicą. Z pięcio czy sześcio tysiącznej ludności akademickiej, znajdowała się tu część bardzo wielka. Kierowano się ku gospodzie, nad której drzwiami wywieszono w tej chwili napis na czarnej tablicy:

Balneum Beanorum.[1]

Jak skoro postrzeżono gospodę, której drzwi zamknięte zostały, ozwał się ogromnym krzykiem tłum cały. Jedni wrzeszczeli bebe, drudzy nieforemnie podnosili głosy, cienkie, piszczące, dziwaczne, naśladujące głosy ptaków i źwierząt.
A na czele idący śpiewali pieśń, pół łacińską, w pół polską, której ułamki niekiedy tylko dochodziły do uszu biednych trzech żaczków.
— Gospodo — gospodo, prowadzim ci gości. — Otwórz drzwi swoje, oto dzieci twoje, wiodą tobie baranki, wiodą tobie ptaszęta, niosą ci koźląt kilkoro na ofiarę. —
— Gospodo — gospodo — otwórz nam drzwi swoje, prowadzim ci podróżnych, daj się im umyć w łaźni, daj otrząsnąć z brudu i pyłu i odpocząć chwilę.
A drzwi stały zamknięte — poczęto w nie bić coraz silniej.
— Gospodo, otwórz się, albo cię będziem prosić, jak prosiły trąby murów Jerycho, jak prosił Samson aby mu ustąpili Filistyni. Mamy w ręku, mamy nie oślą szczękę ale całych trzech osłów.
Na te słowa otwarły się drzwi z hukiem, ogromny krzyk powitał wejście do żaczniczej gospody. Stary żak Depositor, postąpił na wschodki i pociągnął za sobą beanów.
— O! musicie być wielkiemi osiami, kiedy się was ulękły okute drzwi dębowe. — Chodźcie za mną, a otrzyjcie się z beanij waszej. — Chodźcie.
Ale na widok czarnego, ciemnego korytarza, w którym nic widać nie było, jeden z nowych żaków począł się silnie w tył opierać, krzyczeć, cofać, płakać, a nareszcie łajać, poskoczyli dwaj starsi za nim idący, podsadzili go i cały tłum za pierwszymi sypać się zaczął do gospody.
Na lewo otworzyły się wielkie drzwi i ukazała długa, ciemna, z przysłonionemi oknami, które nie wiele przez szpary okienic światła dopuszczały — sklepiona sala. — Jak zewnątrz mury, tak tu sklepienia były spękane i w szparach. Ściany nagie, ława tylko ciężka obiegała do koła. W pośrodku, gdzie wiedziono Beanów, stało rusztowanie wzniesione o łokieć od ziemi, na którem widać były jakieś dziwne przygotowania.
Tu w porządku pewnym leżały — piła ogromna, piłka ogrodnicza, topór, widły, pałki, osełka, grzebienie nie zwykłej wielkości, jakich do czyszczenia konopi używają, świder, dłuto, młotek, kowadło, kilka wolich rogów, nożyce, kleszcze i obcęgi, sznury pozwijane w kręgi i t. d. Przyrząd ten cały widziany o zmroku jaki tu panował, wydawał się jakiemś katowskiem przygotowaniem przestraszającem. Ale gdy dwaj młodzi żacy targali się płacząc nazad, Maćkowi szepnął do ucha przechodzący Pawełek Soroka:
— Niczego się nie obawiaj — odpowiadaj śmiało i staw się ostro.
Maciek przyglądał się wszystkiemu, ale niczego nie zdawał lękać.
Wprowadzono ich na rusztowanie.
Wąsaty żak — podniósł głos, wśród powszechnego milczenia i spytał kolejno:
— Kto jesteś?
— Jam Jacek z Wieliczki. —
— Jam Jasiuk z Proszowic. —
I głośny śmiech rozległ się po sali, a tysiąc głosów zawołało. —
— Biedny Jacek.
— Biedny Jasiuk.
— Kto jesteś? spytał żak Depositor Maćka. A blisko stojący Pawełek podszepnął mu:
— Odpowiedz Beanus sum.
I podnosząc niebieskie oczy Skowronek śmiało powtórzył: Beanus sum.
— Be — be — be — beanus! zakrzyczeli uczniowie wszyscy, vivat Beanus, vivat asinus!
Quid est beanus? spytał starszy.
A Pawełek podpowiedział.
— Spojrz na ścianę naprzeciw, co na niej napisano. —
I Maciek odezwał się.
Beanus Est Animal, Nesciens Vitam Studiosorum[2].
Vivat Beanus! powtórzył tłum na różne głosy.
Quid est beania? spytał znowu starszy Depositor. Ale na to wszyscy milczeli i on sam z towarzyszeniem chóru naśladującego głosem beczenie owiec, wyrzekł.
Beania, est examen vel proba patientiae — ponieważeście Beany, przystąpim tedy do otrząśnienia was z Beanij waszej — oportet enim beaniam in hirco deponere.
To mówiąc podniósł z rusztowania trzy pary wołowych rogów, do których przywiązane były rzemienne lisztewki i począł je przyczepiać do głów beanom. Dwóch pomocników, krzycząc i miotając się, wskoczyli na rusztowanie i umocowywać poczęli je na najeżonych łbach żaków. Maciek nie bronił się wcale i sam sobie uwiązał ogromne rogi — i na widok tego dziwnego stroju, znowu ucichły na chwilę tłum piszczeć, śpiewać i krzyczeć zaczął.
— Przytrzyjcie im rogi, koźlętom, niech im nie rosną wysoko, przytrzyjcie. Rogami biją kozy, żakom rogi nie przystały.
I rzuceni zostali silnie, aż padli na kolana, a mistrz Depositor przystąpił z kolei do każdego i skrobał, plował, za włosy pociągając, za uszy szczypiąc, aż przywiązane rogi nie spadły.
Ale na tem nie był koniec jeszcze — bo spytał głośno: — Powiedźcie mi proszę, czyż na tem ma być dosyć?
— A! mistrzu! toć to gbury, potrzeba ich opiłować, ociosać, obrębać, przekuć, przerobić i umyć, bo do ludzi niepodobni, a co dopiero do żaków!
— Patrzajcie, wołali posuwając się do rusztowania i szczypiąc, targając, szturchając, kuksając nowicjuszów. — Co to za jedni? Czy to ptaszęta małe? czy to baranki nowonarodzone, czy to koźlątka? czy to oślątka? czy to kłody drzewa nieociosane? — Beany! Arcy Beany!
— Kładnijcie się, zawołał Depositor, na ziemię, o tak — i nie ruszajcie!
— Po jakiemużeście się pokładli? zakrzyczał drugi, twarzą do nas, jak w trumnie, oczyma na wierzch.
I chłopcy odwrócili się znowu i pokładli inaczej — a Depozytor ze swemi przystąpiwszy podniósł głos, biorąc w ręce sznur. —
— Co będziemy robić z temi niezdarnemi klocami? To do niczego! Weźcie je i ocieszcie, opiłujcie, oheblujcie, oskrobcie! Może przynajmniej tak będą do czegoś podobni.
Tu się rozpoczęła prawdziwa męka trzech żaków. — Rzucili się ku nim wszyscy targając, bijąc, szturchając, szarpiąc. — Jedni sznurami znaczyli ich jak kłody drzewa, drudzy niby ociosywali, nie bez mnogich istotnych i bolesnych razów. Im srożej krzyczeli i wyrywali się żacy, tem zapalczywiej rycząc ze śmiechu, rzucała się na nich młodzież cała. Maciek, który z pokorą i w milczeniu znosił wszystko, najmniej ucierpiał.
Bo obciosaniu, oskrobaniu i opiłowaniu, o których dopełnieniu świadczyły liczne guzy i sińce, a poszarpane suknie, wzięto się do golenia. Osadzono trzech Beanów na trzech pieńkach, poczęto im głowy i brody mydlić, wycierać grubą płachtą, potem golić grzebieniem ostrym. Dwom upartszym żakom obmyto w dodatku twarz smrodliwemi pomyjami, po które sami pod strażą dwóch starszych chodzić musieli; a młode chłopaki w czasie operacji szczypiąc za brodę i podbródek, za szyję i ramiona, uczyli przybylców — participiów.
Cały ten obrzęd trwał dosyć długo, biednym dzieciakom wiekiem się wydał bez końca. Maciek po cichu pytał znajomego:
— Kiedyż się to skończy? —
— Miej cierpliwość — nie długo.
Ale pomimo tej obietnicy, po obcięciu rogów, opiłowaniu, ociosaniu, oskrobaniu, po ogoleniu, umyciu i participiach, poczęto się znowu krzątać i przysposabiać do jakiejś nowej sceny.
Depositor rozgarnął tłum na podniesieniu ściśnięty i postąpił ku żakom.
— Dosyć tego, rzekł, udając powagę, precz — precz. — Niechaj przecie pokażą, z czem do szkoły przyszli, co umieją? Niechaj co napiszą. — Dajcie kałamarza, pióra, papieru!
Wnet jeden podetknął ogromny kałamarz czarny, wielkim korkiem zatknięty, drugi potężne pióro nie zatemperowane, trzeci list papieru żółtego i pomiętego. Któryś z żaków jął się co żywo kałamarz odtykać. Ale pomimo że użył do tego wszystkiej pozostałej z poprzedzających wycierpianych prób siły — nic nie dokazał. Korek bowiem wyciosany razem z kałamarzem, zrobiony był umyślnie dla Beanów. — Patrzając na usiłowania żaka, tłum począł śmiać się i wrzeszczeć.
— Patrzcie, wszak ci to ciele i kałamarza nawet odetknąć nie umie! O Beanus! O!!
Drugi żak chcąc się lepiej popisać, pochwycił korek zębami; nowe śmiechy, nowa radość i wrzawa.
Wtem Depositor przystąpił do Maćka.
— O! o! to ten pewnie pisać umie, bo mu jakiś papier z kieszeni nawet sterczy. — I przychylił się do chłopięcia, które niespokojnie oglądało się, udając że mu wyciągnął z kieszeni papier, przysposobiony wprzódy.
— Toć to list od Matuni!
Żacy rozśmieli się na całe gardło.
— Posłuchajmy no co pisze.
Maciek choć wiedział dobrze, że list ten nie mógł być mu wyjęty z kieszeni, przecież mimowolnie poczerwieniał, pobladł i dwie łzy perliste zakręciły mu się w siwych oczach.
Depositor czytał poważnie, co następuje:
— Miły synu! — Od wyjścia twojego z domu, biedna matuś wasza oka jeszcze nie zamknęła, tak jej pusto i tęskno za tobą. Co za dziw! tak piękne i miłe postradawszy chłopię! Łzy mi z oczów płyną, gdyby ze źródła, aż mi na twarzy wyryły dwa głębokie rowy i głębszą jeszcze na brodzie sadzawkę. — A ty tam kędyś wesoło w świat puściwszy się, biednej macierzy swojej ani wspomnisz? Dyć nie pamiętasz, ile boleści, ile bezsenności, ile choroby, ile głodu i tęsknicy i wszelkiego złego przecierpianego dla cię — kosztujesz od czasu jakeś na świat przyszedł! A tociem ja cię obwijała, chuchała, papką karmiła, mleczkiem poiła, zielonem trawki bawiła, białą płachtą ukrywała, krasną czapeczką stroiła, na rękach po nocach całych nosiła, nogami kołysała, hućkała, niańczyła, piersią własną żywiła, ażem sama z niewczasu wyschła i na pół przymarła. A ty tego wszystkiego zapomniawszy — poszedłeś w świat, nie powiedziawszy — Bóg zapłać. Mnie się zaś gorzej jeszcze serce kraje, dusza ściska, gdy wspomnę, co tam bezemnie na świecie robić będziesz? A kto ci tam papki zgotuje, powijaczki wygrzeje, mleczka przyprawi, piersi da i utuli gdy zapłaczesz? Jeszcze w taki niepoczciwy idziesz świat, gdzie cię ludzie nie pożałują, nie pogłaszczą, a owszem szturchańcami i łajaniem karmić i napawać będą! Boć to i na otrząsinach najesz się dobrze wszystkiego, biedny chłopcze, aż mi na wspomnienie serce schnie i łzy się cisną na oczy. Oj! czemuś ty lepiej nie w ciepłej izbie za piecem, nie u pani matki pod fartuchem!
Gdy tych słów domawiał Depositor, który list cały z udaną a pełną śmieszności powagą i dziwacznemi intonacjami czytał, rzucił w oczy kartkę Maćkowi.
Śmiechy i oklaski wstrząsły stare okopcone sklepienie gospody żakowskiej. —
Śmieli się wszyscy, nawet dwaj nowi Beanowie do rozpuku, a Maciek, któren w przeszłych próbach tak nieczułym czy wytrzymałym okazał się na bicie, razy i szyderstwo, wśród czytania listu nie wiedzieć dla czego, na imie matki zapłakał. Łzy potoczyły mu się gęste, czyste, srebrne po twarzy i lały ciągle, lały długo po cichu — a z wejrzenia, z miny wyczytać było łatwo, że Maciek nad czemś niewidzialnem tłumowi, przed wspomnieniem jakiemś tak gorżko zapłakał. — I bliżej stojący tych łez potajemnych, mimowolnych, użalili się; a gdy reszta żaków śmiała, oni w milczeniu stali.
— Czegoś płakał? spytał go Depositor po cichu, — spostrzegłszy łzy. —
— Po matce — odrzekł chłopiec cicho. —
— Tyś sierota? —
— Sierota! sierota! zawołał Maciek zakrywając twarz rękoma. — A wy! wy! bez litości jesteście. — Na co święte imie matki mieszać do tych obrzędów?
— Daruj! rzekł wzruszony Depositor, któremu czarny was drgnął jakiemś konwulsyjnem wykrzywieniem wargi. — Stało się i skończyło! Taki zwyczaj!
— A teraz — dodał głośno nabierając znowu miny i tęgości. — Podziękujcie Beanowie za skończone otrząsiny. — Cóż to stoicie? nie myślicie dziękować?
— Za co? spytał Jasiuk.
— Za co? rzekł Depositor. — O puste głowy! o Beanowie prawdziwi! Alboż jeszcze nie wiecie, co to wszystko znaczyło! jak wielka nauka i symbolum w tem się wszystkim ukrywa? O Beanowie prawdziwi! Będziecie żyć i będzie was życie, będą was ludzie otrząsać sto lat, a nie otrząsną z Beanij. — Tak jako my was dziś chwilę, tak lata długie potem bezduszny świat szarpać was będzie, naigrawać się, bić, przerabiać po swojemu, rogi przywięzywać i rogi obcinać — mydlić i golić. — I każą wam pisać bez atramentu i czytać gdzie nie napisano. — A wszystko światu będzie źle aż póki się nie pokłonicie mu i nie zrzucicie woli swej, poczciwości swej i dumy! Na progu życia ta maleńka próba, zwiastunka niektórych i cięższych, to jedno nic, w miarę tego co was czeka. — Walka z nędzą, walka z nauką, walka z dumą ludzką, z zawiścią człowieczą, z losem, z namiętnościami, z przykłady — walka ze wszystkiem, walka wszędzie, walka zawsze! A to tylko chwilka próby.
A kto ze wszystkiej walki wyjdzie zwycięzcą, temu wieniec na skronie, łańcuch złoty na szyję i sława i cześć.
Ale z tysiąca wojujących, jeden zwycięzca a dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć poległych. —
Podziękujcież za próbę i pojmijcie ją — idźcie w świat a pamiętajcie, żebyście do walki wszelkiej stawali odważnie gotowi, bez łez i strachu, i stokroć pobici, stokroć podnosili się odważniejsi. —
Jeden podobno Maciek słuchał przemowy Depositora i pojął ją. — Łzy mu się zatrzymały na powiekach ostatnie, oddech zawiązł w piersiach, brew zbiegła hardo.
Po perorze, po wymuszonem u Beanów podziękowaniu, wzięto z nowo otrząśnionych przysięgę, że się mścić za wyrządzone im przykrości nigdy i na nikim nie będą, na ostatek przystąpiono do zebrania okupu. —
Dwaj pierwsi żacy, gdy nie skoro do mieszka się mieli, opatrzeni po kieszeniach i węzełkach, część znaczną grosza przyniesionego w ręku poborców usłużnych, zostawić musieli.
Maciek ochotnie dobył trzy białe groszaki, ranną opatrzności jałmużnę.
— Jestem sierota — rzekł — ubogi i opuszczony sierota, szedłem z daleka do Krakowa, o żebranym chlebie. Gdym słuchał mszy świętej dziś rano, dał mi grosz jeden biały, nieznajomy człowiek, dwa drugie wetknął mi w rękę jakiś nieznajomy litościwy żyd. —
— Kampsor Hahngold! odezwał się głos z tłumu. —
— Na zastaw? spytał inny.
— Gdzie tam! z dobrej woli, nie proszony, darmiuteńko. —
— Dziwo! zawołali bliżsi.
— Te trzy grosze, całe mienie moje, oddaję wam jeśli chcecie. —
Depositor odepchnął rękę Maćka. — Schowaj je, — rzekł cicho — zdadzą ci się — my ich nie potrzebujemy. A teraz panowie bracia — uściskajmy nowo przybyłych i przyjmijmy ich między siebie.
Natychmiast bliżsi przystąpili i żwawo ściskać, całować, podawać ręce poczęli.
— Jeszcze słowo — ozwał się starszy pod wąsem. Stajecie się bracią nasza, wcielcież się w ciało nasze nie jako wrzody paskudne, ale jako żywa krew, jako zdrowe ciało. — Sprawa jednego, niech będzie sprawą wszystkich. — Żeby cię warzono i smarzono w smole, nie powiadaj co się dzieje w szkole. — Za jednego wszyscy, jeden za wszystkich, niech będzie gotów cierpieć, a choćby ginąć. — Ostatnim chleba kąskiem się podzielić, ostatnią dla brata rozedrzeć opończę. — Kochajmy się jak bracia, wspomagajmy jak bracia, bądźmy jednym ciałem i jedną masą, bośmy biedni i inaczej zginiemy. A walcząc z biedą, nędzą i nauką, dobijać się przyszłości, lżej iść razem wszystkim, niż każdemu pojedyńczo. Zdrajca nie postanie między nami i wyjmiemy go z między siebie, jako wrzód wyjmują z ciała, jako kąkol z pszenicy.
A teraz piwa i za zdrowie Żaków — zanucim pieśń powitania! —
Ciemna sala zabrzmiała razem ogromną pieśnią powitania i tłum wesoło w kupki rozmaite zwijać się, odpływać, po ulicy i w gospodzie rozmieszczać począł. —





IV.
KOGUTY Ś. GAWŁA.

Po nad Krakowem stolicą, leciała jesień z szaremi skrzydły, z siwiejącym włosem, z rumianą ale pomarszczoną twarzą, w szacie w pół białej, pół szarej, pół brunatnej. I były na niej srebrzyste pręgi przymrozków rannych, dziwaczne rysunki krwawych i złocistych liści drzew, wypłowiałe łąk pokoszonych pasy i ciemne świerkowe gałęzie. I był na niej z jednej strony dostatek, z drugiej smutne smutnej zimy przeczucie. Bo komuż nie smutna zima? nam nawet co pod jej panowaniem większą część życia przeżywamy, zawsze chce się powtarzać piękną pieśń poety, z tęsknotą za wesołym krajem, gdzie pomarańcze kwitną. A gdybyśmy tam byli?
O! wówczas tęsknilibyśmy pod cieniem rozkwitłych pomarańcz, za zimą naszej ziemi. Tęsknota za krajem wiecznej wiosny, to westchnienie duszy za utraconym rajem, miłość okolic ojczystych, to przywiązanie do miejsc krwią i łzami oblanych. — Ciało pragnie świata — raju; — dusza żąda rodzinnego kątka tylko.
W Krakowie mimo późnej jesieni nie było smutno, jak na wsi; — bo w mieście niema właściwie mówiąc lata i wiosny. Przyleci jaskółka, ogrzeje się powietrze, ot i wiosna dla mieszkańca miasta — trzeba palić w piecu i wziąć kożuch — ot zima. A piękne, a cudowne widoki, a rajskie wonie, a nieopisane dźwięki wiosny i lata — wszystko to dla niego stracone.
Przymrozek jesienny posrebrzył był dachy, pobielił kamienie i powoli ustępował promieniom słońca, które jaskrawo wschodząc rozgarniało mgłę, obwijając miękkim uściskiem budzącą się ziemię.
Dzwoniły dzwony, ruszał się lud, rynek zaludniał, budziły kominy ziejąc kłębami dymów, otwierały żelazem kute okiennice i żelazem ryglowane drzwi sklepów.
A w rynku, w rynku leżały wszystkie skarby jesieni nagromadzone razem. Tam śliwy okryte barwą sinawą, przyprowadzone z Węgier, rumiane jabłka Tyrolu, soczyste gruszki w niepozornej łupinie i bukowy owoc, przysmak próżniaków i orzechy łakome dla dziewcząt i warzywo na podziw i pożądanie gospodyń porozkładane tak ślicznie, tak misternie, że się wdzięk jego przyrodzony dwoił.
Czego to tam nie było na błogosławionym tym rynku! Owoce, warzywo, a bułki, a gomółki, a obwarzanki złociste, a słodkie pierniki, a makowe placuszki, a serki kminem tkane!
Za zielonemi, za żóttemi i czerwonemi stragany, przy budkach, przy ławkach, przy rozstawionych koszykach, przy rozsypanych na matach owocowych, rozrzuconych po pod murami garnkach iłżyckich — siedziały wesołe, rzeźwe, w boki pobrawszy się, czepca na ucho nasunąwszy, minę tęgą nastroiwszy — panie mieszczki i przekupki. A niekiedy ze straganu do straganu wylatywało to pozdrowienie uprzejme, to ostry przycinek, wnet odpłacony ostrzejszym jeszcze, wnet przyciśnięty obelgą, a nie raz na końcu zapieczętowany szturchańcem. I jak tu nie wojować, kiedy się siedzi łokieć w łokieć, nos w nos, kiedy się sobie obrzydnie, kiedy się radzi długie godziny dnia, a czasem odbierze, odwoła kupującego, lub spuści z ceny towaru, by go nieprzyjaciółce wydrzeć.
Anioł by na miejscu przekupki trochę się pogniewał, cóż dopiero przekupka, która nic w sobie anielskiego niema, nie miała i mieć nie pragnie.
A jednak w tych piersiach osłonionych grubemi chusty, biją poczciwe serca, te usta nawykłe do przekleństw i wyrzekań, modlą się gorliwie i dobrem słowem nie raz biedaka obdarzą — a jednak to taki poczciwe kobieciska, te panie mieszczki i przekupki, choć djabłami sadzą co chwila.
Widzicie tę budkę z czerwonym kogutkiem na daszku? zielono malowaną? czystą i ślicznie wyciosaną i w dobrem stojącą miejscu? Zajmuje ją znajoma nasza pani Marcinowa. Obok stragan żółty sosnowy z prostych deszczek zbity, to sąsiadki pani Janowej sklep. — Obie jednem handlują, a w zgodzie z sobą. To też za cud to niektórzy mają i mimowolnie poczęto obiedwie imoście szacować, że z sobą w zgodzie żyły i nigdy słowem jednem się nie zadarły.
Ale nie dziwo! pani Marcinowa dawniej siedziała na placu, gdy panią Janowę śmierć męża, niegdy bogatego kupca, przyzwała na rynek, na kawałek chleba w pocie czoła zarabiać. — Pani Janowa była poszła za wdowca, co miał dzieci z pierwszej żony, a ubogo się miała, bo ją wziął biedną sierotę, bez wyprawy nawet, w jednym kabaciku i białej koszulce. Póki żył mąż wiodło się siako tako, a gdy zmarł, pasierbowie okazawszy że majątek był macierzysty, bez szeląga macochę za drzwi wygnali, gierady nawet nie dawszy. Zabrawszy w węzełek co miała ciepłą ręką męża danego, nie bez sporów i o to jeszcze z pasierbami, wyszła pani Janowa drugi raz sierotą w ulicę i spojrzawszy w górę na lazurowe niebo, spytała się anioła stróża co począć z sobą? — Coś jej wtedy szepnęło, sprzedaj klejnociki, nie potrzebne suknie, a siądź kupczyć i pracować. Gorżko było Janowej zejść tak z rysiej szubki i łańcucha, z poczetnego miejsca w kościele, z rydwaniku, na bruk, na piechotę i pracę. — Ale co było począć?
I tak jednego białego ranku, nowy żółty stragan sosnowy zatoczył się na próżne miejsce podle pani Marcinowej. Marcinowa wybiegła zobaczyć, co tam za licho sąsiadkę jej dało. A trzeba wiedzieć, że pani Janowa w lepsze czasy kupowała bułki i obwarzanki, jaja i masło u Marcinowej.
— Ha! tać to pani, jejmość!..
— To wy, Marcinowa! — I poczęła płakać.
— No! no! dajcie pokój łzom, jejmościuniu. Dalipan, to taki dobry i wesoły chleb, żebym go na żaden inny nie pomieniała! Zobaczycie. — A ja wam daję słowo, jak moję Jagusię kocham, że wam szkodzić nie będę, kupującego nie odwołam, owszem pomogę.
Pani Janowa także przez samą wdzięczność dla sąsiadki, nigdy jej szkodzić nie myślała. Wkrótce związały się przyjaźnią i razem już pędziły dnie często nudne, razem wychodziły za miasto, razem przy kądzieli i kominie trawiły wieczory.
Nie było w myśli pani Janowej w początku handlować tem co Marcinowa, owszem chciała sobie obrać inny rodzaj towaru, ale Marcinowa nie pozwoliła.
— Czem innem dać sobie rady nie potraficie, na cenie się nie znacie, na gatunku, a tak ja wam pomogę...
— Ale ja wam zaszkodzę...
— Co tam! Będzie dla nas dwóch dosyć kupujących, gąb chwała Bogu nie braknie, gdzie jest dla jednego, wystarczy dwóm, a Pan Bóg taki dopomoże.
Odtąd pani Marcinowa wzięła w opiekę jejmość, jak ją zwała i tak się zajęła jej wychowaniem, że wkrótce uczeń mistrza prześcignął. Nie było oszczędniejszej, nie było wyszczekańszej, zręczniejszej przekupki nad panią Janowę, czy to chodziło o kupno czy o przedaż. Groszem zawsze kupiła taniej, groszem przedała drożej. A każdy szeląg uciułany chowała skrzętnie, a i oczy jej się iskrzyły, wargi jej drgały na widok pieniędzy.
Byłaż to chciwość?
Marcinowa, która swoję Jagusię strojąc, sama dobrze żyjąc, o jutrze zapominała, piwko z grzankami lubiła, tłustą gęsią i kaczką na buraczkach nie gardziła, pojąć nie umiała, co się działo z Janową, która chodziła w odartym kabaciku i w święto nawet nie wystroiła się, nie pozwoliła gębie jadła, niedopalone nawet trzaski z pieca na jutro wyciągała.
— Co to wam jejmościuniu? — pytała Marcinowa gryząc orzechy — że tak się wędzicie, gdybyście jedenaścioro dzieci mieli, jak nie przymierzając Prakseda, u której co rok to prorok, a dla tego jedwabna turecka chustka na głowie i kabat kunami podszyty. Dla kogo zbieracie? jużci nie dla pasierbów?
Janowa uśmiechnęła się.
— Wy nic nie wiecie Marcinowa! nic! U mnie gorżka myśl w duszy siedzi, ja jej na pokarm daję co uzbieram, dla tego się wędzę i schnę w niedostatku.
— Panie Boże, to coś szatańskiego — zawołała przekupka — siedzi w duszy i je pieniądze — cóż to jest?
— Co to jest? O! wy mnie może nie zrozumiecie?
— A nu, sprobujemy.
— Wy wiecie żem była w lepszej doli, że mnie jedli za życia mężowskie dzieci, pasierby, wyrzucając mi na oczy, żem sierota w jednej koszuli w dom ich weszła, aby się na ich chlebie spaść! O! dogryźli mi, dogryźli! — A nakoniec, jeszcze mój nieboszczyk leżał na tapczanie, gdy mnie bez litości za wrota naigrawając wygnali. I teraz co ranku jedzie jeden z nich, lub jadą oba przez rynek podle straganów, a co raz mi rzucą w serce wejrzeniem szyderskiem jak nożem. — Ja pracuję aby im oddać nóż za nóż, boleść za boleść! Ja chcę pieniędzy, bogactwa, złota, majątku, chcę kupić kamienicę, chcę choć na tydzień przed śmiercią ubrać się po dawnemu, pojechać do ich sklepu i rzucić im w oczy złotem, w duszę pogardą.
— Hm! hm! piękna złość — odpowiedziała Marcinowa — siebie uwędzić, aby im w oczy złotem rzucić! Będą się śmiać i po wszystkiem... A potem jejmościuniu wiecie wy wiele lat pracować potrzeba, żeby ze straganu rydwanem do kamienicy własnej wjechać? Może sto, a może więcej! Ja mojej Jagnie zbieram posag, a wiecie com uzbierała? E! to i mówić nie warto!
— Ja zbieram mojej duszy zemstę, a wiecie com zebrała? — dodała Janowa z uśmiechem.
— Kto go wie?
Janowa poszła w kącik, otworzyła kufer, z kufra wyjęła szkatułkę, w szkatułce wysunęła potajemnik i pokazała stosik złota zdumionej Marcinowej.
— Patrzcie! dalipan więcej odemnie i prędzej! No! to jejmość rodziłaś się na przekupkę.
— O! nie, moja Marcinowa — zawołała druga załamując ręce — o! nie... ale Bóg mi dał taki los... i robię co muszę.
Pani Marcinowa daleka od zazdrości, życzyła tylko na dal szczęścia sąsiadce, a jednak parę razy mimowolnie westchnęła myśląc, że więcej może zemsta, brzydkie, nie chrześcjańskie uczucie, zemsta i próżność, niż przywiązanie macierzyńskie i miłość.
Ale porzućmy dzieje żywota dwóch przekupek, a wróćmy do pięknego jesiennego poranku, który nad Krakowem płaszcz bladych słonecznych światłości roztaczał.
Na rynku (a było jeszcze wcześnie) ruch był wielki pomiędzy stragany. Każda gospodynia skupywała co jej było na dzień do domu potrzeba... Słychać było i łajania i targi, i powitania mieszczek, i śpiewy dziadów pod kościołem i stukanie rydwanów po bruku nierównym.
Pani Marcinowa wychyliwszy głowę za stragana, oparłszy się o wystawę obu rękoma, gadała coś z panią Janową.
W tem z ulicy przytykającej do straganów, dały się słyszeć wrzaskliwe głosy jakieś, które przebiwszy hałas rynkowy, do uszów obu paniom wleciały.
— Co to słychać? — spytała Marcinowa — czy pożar gdzie? czy winowajcę jakiego wiodą?
Pani Janowa odwróciła głowę, przysłuchała się trochę i dodała:
— Jeżeli się nie mylę, żakowskie to głosy.
— Żakowskie? albo to co?
— Musi być u nich jakieś święto.
— No! a jakież by to?
— Kto ich tam wie... A może tak wrzawliwie za jałmużną idą.
— Ale nie... bo nie po swojemu dziś śpiewają.
Gdy to mówiły, z ulicy wysypał się tłum radośnie krzyczących żaków. Starsi szli przodem, dziatwa gnała się za nimi. Wszyscy prawie byli poubierani wedle ustawy uniwersyteckiej, w ciemne sutanki, ale z rozmaitemi niedostatkami i dodatkami.
U niektórych wisiały od pasa drewniane kałamarze, innym z pod poły świeciła końcem pochew okutych szabelka, ci nieśli kije jałowcowe i tarniowe, drudzy opończą jaśniejszą lub płaszczykiem barwy nieprawnej odznaczali się.
Na wielu a wielu sukniach łaty różnego koloru pstro świeciły, ale wybaczyć musiano ubóstwu, ten konieczny strój. Na twarzach bladych, rumianych, tłustych i chudych, ogorzałych i białych chłopiąt, jaśniała rzeźwa młodzieńcza radość. Usta się śmiały, oczy iskrzyły. Biegli popychając się, targając, szarpiąc, przeganiając, wyzywając i częstemi bitwy na prędce uprzyjemniając pochód.
Jeszczeż w ulicy jak w ulicy, ale gdy się wysypali na rynek i tyle pokus razem uderzyły ich oczy, porządek zupełnie się pomięszał. Większa cześć sypnęła się ku straganom, kto z groszem, a kto z daremną prośbą o jałmużnę. Zadrżały przekupki na widok groźnej fali, która w jednej chwili podmyła stopy straganom, wpadła na ławki i stoliki, zaczerniała wszędzie. Potrzeba było sto oczów, aby dopatrzeć ruchów tylu rąk wyciągniętych ze wszystkich stron i czyhających na owoce, na bułki, na placuszki. Oczy zaś mieszczek mimowolnie zwróciły się na samo ciało studenckiego pochodu, na kupkę główną poważnym krokiem sunącą z pieśnią przez rynek.
Był to dzień żakom świąteczny, obrzędowy, dzień świętego Gawła, dzień koguciej bitwy i wesołej zabawy...
Przodem niesiono ogromnego koguta, nie oskubanego jak w Anglji do bitwy — ale w całych wspaniałych piórach, z ogonem połyskującym, z dziobem wyostrzonym i oczyma na wierzchu, nogi jego związane były wstążkami różno-kolorowemi. Za tym królem kogutów, następowały różnej maści i wzrostu, tłuste i chude, wielkie i małe, niesione przez żaków kury. Żacy drażnili je idąc, zwracali ku sobie wzajemnie i wyzywali się.
Karmione umyślnie zielem zwanem Matki Bożej włoski, ptaki te były jak w upojeniu jakiemś, w rozdrażnieniu; trzepiotały się ku sobie i wyrywały jedne na drugie. Żacy wstrzymywali zapęd ten do bitwy niewczesny, wołając:
— Poczekajcie, panowie rycerze, poczekajcie ino trochę, zaraz staniemy w miejscu i krew popłynie!
A tymczasem pieśń koguciej wojny brzmiała wesoło...
W rynku znajdowała się gospoda pod kogutem, której gospodarz zdawna miał przywilej dostarczania na ten dzień placu bitwy i karmu żakom bez opłaty. — Za to tłum ciekawych zbierający się zawsze dla oglądania zapasów pojedyńczych w swoim rodzaju, wynagradzał mu i kłopot i koszta. Pamiętni dnia tego, już i dziś zebrali się mieszczanie, próżniacza gawiedź, nawet dworscy wielkich panów i szlachta uboższa, dla przypatrzenia szczególnej bitwie. Ulica przed domem pełna była ludu, podwórzec gospody i izby nabite, okna głowami wychylonemi na ścianę.
Żacy z pieśnią głośną, zawrócili się ku gospodzie, na której progu stał już oczekujący na nich gospodarz, już wtoczyli cisnąc w dziedziniec. Za niemi posunął się tłum z wrzawą, tłocząc, popychając i waśniąc.
Plac bitwy podwórzec, otoczony był ze czterech stron murami, galerjami zajętemi przez ciekawych różnej płci i wieku, a w obudwu na przestrzał bramach otwartych, ścisnęły się kupy pospólstwa, którego głowy tylko nad głowami widać było. Na posypanym piaskiem dziedzińcu rozstawili się żacy, zostawując między sobą nie wielką przestrzeń wolną koguciemu bojowi. Starszy, któregośmy widzieli Depozytorem beanów, naprzód rozwiązał wstęgi swego koguta i utrzymując rękami, postawił na ziemi.
— Do boju! do boju! — zawołali żacy — biały przeciwko żółtemu!...
Jakiś żaczek wysunął się z białym kogutem naprzeciw.
— Kto co stawi na mojego? — odezwał się starszy. — Były bowiem we zwyczaju zakłady, a wygrywający zwykle właścicielowi koguta albo całą, albo znaczną część wygranej oddawał.
Między widzami wszczął się szmer, kilka rąk przycisnęły się w górę, kilka głosów wykrzyknęły:
— Bliżej panowie zakładnicy!
Ale za ściskiem trudno się było zbliżyć. Nareszcie gdy pieniądze złożone zostały z obu stron, na przygotowanej ku temu czapce starszego żaczej gawiedzi — dwa koguty stanęły przeciw siebie.
Oba już były rozdrażnione, nakarmione ostremi potrawy, upojone i zajadłe.
Wielki kogut złocisto pióry, poczuwszy się wolnym, nasrożył, strzepnął skrzydła i puścił zaraz zniżywszy głowę jak baran, kiedy chce buksnąć barana. Biały przeciwnie podniósł szyję i kukuryknął.
Wszyscy w śmiech z białego, zwłaszcza że na głos jego śpiewu, co było kogutów, wszystkie śpiewać poczęły, na różne głosy. Biały tymczasem, wcześnie już odśpiewawszy zwycięztwo, a ujrzawszy przed sobą zapaśnika gotowego do boju, podskoczył, szyję wyciągnął, oczy wytrzeszczył, pióra mu się najeżyły i strzepnąwszy skrzydłami, dziobem w głowę nieprzyjaciela ciuknął.
Złocisty antagonista nie spodziewał się tak zuchwałej zaczepki i odurzony razem, do góry podniósł głowę, gdy tymczasem biały, znowu zamachawszy się, podskoczywszy, dziobnął go koło szyi. Dłużej już cierpliwości brakło czerwonemu, chwycił się z całą siłą na słabego przeciwnika, jakby go miał zdusić i zniszczyć. Biały najeżywszy się cofać począł z otwartym dziobem, na każdy raz, razem odpowiadając. — Czerwony gonił go ciągle i przyparłszy do nóg właściciela, skoczył na niego.
Biały w tej chwili uniósł się w górę, podleciał, siadł zajadle na grzbiecie złocistemu wrogowi, i począł bez litości stukać mu w głowę ostrym dziobem, bijąc się po bokach skrzydłami. Napróżno czerwony trzepał się chcąc uwolnić z niemiłego uścisku, szyją kręcił, wywracał, biegał w kółko, nic nie pomogło. Grzebień się zakrwawił, oko jedno zawisło wybite. — Biały zmęczony skoczył na ziemię i stanął gotów do pojedynku na przeciw żółtego. Ale żółty już się jak pijany skutkiem ran we łbie i wydziubanego oka — zataczał. Nie wiele kosztowało zwycięztwo małemu wojakowi, który go dokonał wywróciwszy olbrzyma, depcząc nogami po brzuchu i nastając na głowę i oczy.
Walka była dokonana, rozdzielono koguty, zakładający bez zwady wyjęli połowę zakładu z czapki, drugą zostawując właścicielowi białego wojownika.
Po pierwszym pojedynku, nastąpił drugi i trzeci i czwarty, z coraz wzrastającą wrzawą, zwiększającemi się zakłady i huczniejszą wesołością żaków.
Między innemi, stał na ustroniu, znajomy nasz Maciek sierota, Maciek Skowronek, podparty na dłoni, oczyma wprawdzie ścigając walkę, ale myślą widocznie gdzieindziej. Wśród powszechnej wesołości towarzyszów, twarz jego jednego była smutna.
Z pośrodka tłumu widzów, raz i drugi wychyliła się głowa szlachcica w szaraczkowej kapocie, któregośmy przed kościołem widzieli jałmużnę Maćkowi dającego. Zdawał on się szukać kogoś w tłumie niespokojnemi oczyma, potrząsając głową z nieukontentowaniem. Nareszcie dopatrzył Maćka i począł powoli przez zebranych ku niemu się przybliżać.
Z drugiej strony kampsor Hahngold także na Maćka spoglądał i gdyby nie to, że lękał się przebijać przez ściśniętych mieszczan, widać było, jak pragnął także ku niemu zbliżyć, bo go świdrował oczyma i niespokojnie się kręcił.
Szlachcic w szaraczkowej kapocie, z nie małą trudnością, przysunął się nareszcie do Maćka i kładąc mu zwolna rękę na ramieniu, powitał go z ruska. —
Szczoś tobi skażu.
Maciek się żywo odwrócił, a ujrzawszy pamiętną twarz dobroczynnego człowieka, pokłonił się i uśmiechnął.
— Chodź no Waść na stronę, rzekł Czuryło.
Oba z niemałą trudnością przebili się przez tłum i ustąpili w zagłębienie pod galerją, zkąd że nic widzieć nie było można, nikogo też nie było.
— No — a jak tobie powiodło się w Krakowie? spytał Czuryło.
— Dzięki Bogu, dotąd wszystko szczęśliwie, zapisałem się w bursie, gdzie mam przytulisko — żacy — bracia przyjęli mnie za swego, a chleb powszedni Pan Bóg zsyła.
— Toś sobie nie znalazł jakiej służby, żeby na chleb zarobić? spytał Czuryło, wszak by to bezpieczniej było, mieć przynajmniej pewną strawę codzienną.
— A któż ją z nas ma pewną? rzekł Maciek. Wiecie wiele nas tu jest — więcej sług, niż służby, więcej gąb niż chleba, a choć jeden drugiemu pomaga, nie każdy idzie spać syty. Czasem modlitwa zastępuje pokarm. — Jednego dnia siadamy śpiewać pod figurą, pod cmentarzowym murem, drugiego chodzim od drzwi do drzwi, innego dzielim się z bracią, czem oni mają do podziału. Czasem się trafi wody przynieść, podwórko oczyścić, dziecka popilnować mieszczaninowi, to da łyżkę strawy. —
Nad syrotoju — Boh z kalitoju, mruczał Rusin pod nosem. Pamiętajcie tylko, choćby wam i głodno i chłodno i nie wyśmienicie było na świecie, że taki zawsze poczciwym być potrzeba. Cudze zawsze wam niech będzie cudzem, choćby głód doskwierał. Powiadają na Rusi — hołod krade a dołh mutyt’, ale to brzydkie przysłowie. —
Dobroniu wsiudy dobre, nie bójcie się, czem rabiejesz, to chuże, w Panu Bogu nadzieja.
— A toś ty z Rusi? dodał po chwilce, wpatrując się mocno w chłopca.
— Z Rusi, rzekł Maciek oczy spuszczając.
— I sierota?
— Sierota.
— A twoi rodzice?
— Nie mam rodziców. —
— No — ale kto oni byli?
— Ja nie wiem, rzekł sierota po cichu.
Czuryło tak mu się w oczy patrzał, że Maciek musiał wzrok spuścić.
— I gdzieżeś się chował?
— W Rusi. —
— A mianowicie?
— Wybaczcie mi, rzekł Maciek ściśnięty pytaniami, wam to rzecz obojętna, a mnie dawniejsze czasy smutno jakoś wspominać. —
Czuryło kręcił się, patrzał, pokiwał głową.
— Znaliście matkę? rzekł.
Dziecko łzy miało w oczach i ocierając je rękawem, nic odpowiedzieć nie mogło.
— Nie nazywano cię czasem innem imieniem wprzódy? dodał uparty Rusin ale po cichu.
— Nie pamiętam. —
— Hm! hm. — Dobrze to, że lada komu nie ufacie i nie paplacie bez potrzeby, ale mój kochanku — jam nie po prostu ciekawy, ja coś może o tobie wiem, o twoich i —
Maciek oczy wlepił jeszcze łez pełne w starego i żywo spytał:
— A! panie — to być nie może, to być nie może.
A więcej jeszcze przelęknienia niż radości widać było w twarzy dziecięcia.
Czuryło tymczasem już milcząc, rozwięzywał powoli sakiewkę i dobywszy z niej trochę pieniędzy, tajemnie, obejrzawszy się do koła, oddał je Maćkowi. —
— Chowaj na głodny czas, a jak ci będzie bardzo źle, bardzo ciasno, a trzeba ci będzie rady, popytaj się o Rusina Czuryłę, wszyscy go znają tutaj. — Pokażą ci domostwo w którem mieszkam.
— Słuchaj no jeszcze, dodał znowu zawracając. Nie zaczepiał cię tu kto w Krakowie, nie wypytywał i nie obdarzał, prócz mnie?
Maciek począł sobie przypominać.
— Zdaje się — nikt. Na wejściu w miasto jakaś przekupka — potem jakiś żyd, kampsor.
Hahngold?
— Podobno.
— Strzeż się go i nic mu nie mów!
To mówiąc palec położył na ustach. —
— A cóżbym mu mógł powiedzieć?
Czort ne spyt! — rzekł Czuryło — Dudka hraje, nyc ne znaje, dudar mouczyt, a wse znaje.
To mówiąc szybko odszedł, bo w tej chwili ujrzał oczy Hahngolda, wlepione w siebie i szukające z kim by mówił. Maciek ruszył się z miejsca, nie wiedząc jeszcze co z sobą począć, gdy posłyszał za sobą wołanie.
— Maćku, Maćku!
Odwrócił się; ręką i głową wzywał go do siebie żaczek braciszek, wierutny łotr jak widać było na pierwsze wejrzenie.
Znano go w mieście pod imieniem Urwisa, zapomniawszy nawet jak się zwał po ojcu i matce. Urwis był rodem z Krakowa, sierota, rodzice jego byli majętni, pożar ich zniszczył; matka rzuciwszy się w płomienie za dziecięciem, osłoniwszy je sobą od ognia, uratowała jedynaka, ale sama opalona straszliwie w kilka godzin umarła. Ojciec oszalał i skończył życie mizernie włócząc się po ulicach, wołając co chwila — gore! gore! Na chwilę przed zgonem odzyskał przytomność, widząc pożar istotny, a przypomnienie strat jakie poniósł, koniec mu przyspieszyło. — Dopóki żył, nosił syna na ręku biegając z ulicy w ulicę i krzycząc po swojemu — gore — gore! Po śmierci jego został sierota na łasce, bez krewnych i opieki. Poczciwa uboga mieszczka wzięła go do siebie; dzieliła się z nim mizernym kawałkiem chleba, aż umarła. Po śmierci jej, już dorosły Urwis naturalnie został żakiem, wpisał do bursy łatwo, bo wszyscy pamiętając nieszczęśliwego ojca i zgon matki, pomagali sierocie.
Ale w pamięci dziecka nic nie zostało ze strasznej przeszłości. Zostawiony sam sobie, pieszczony niegdyś przez matkę, potem przez przybraną opiekunkę, stał się najswawolniejszem dziecięciem, przewódzcą wszystkich żakowskich sztuczek, wszystkich bójek, zaczepek ulicznych i tumultów. Żywy, przytomny, zręczny, kłamca, łakomy; podbudzał drugich do złego, a sam zdaje się myślał tylko życie całe, coby spłatać? W najniebezpieczniejsze rzucał się figle i cało z nich wychodził; nie było dowcipniejszego wynalazcy, ani zręczniejszego dokonywacza nad niego między żakami.
Żydzi lękali go się jak ognia, przekupki klęły i groziły, ile razy na oczy im się nawinął, mieszczanie ujrzawszy go włóczącego koło domu, podwajali baczność na drzwi i okna.
Urwis miał już lat około dwudziestu i wąs mu się wysypywać zaczynał. Będąc jednym z najstarszych żaków, prawem starszeństwa, wywierał nad młodszymi władzę nieograniczoną, kierował dzieciukami, zaprawiał do złego; a gdy słuchać go nie chcieli, to sam lub z towarzyszami tłukł i prześladował. Bali się wszyscy Urwisa, Urwis nikogo. — Odarty, zabrukany, w oszarpanej sukienczynie podpasanej rzemiennym paskiem, w czapce na ucho włożonej, barczysty, silnie zbudowany, ogorzały, z oczyma czarnemi, włosy ciemnemi, z kijem nieodstępnym towarzyszem w ręku, przebiegał ulice świszcząc i rzucając bystre wejrzenie w prawo i lewo na stragany, na wiechy szynkowni, na kraśne dziewczęta. —
Biło bo mu serce dziko na widok każdej kobiety; policzki czerwieniały, krew wrzała. Za uśmiech, za słówko byłby w ogień skoczył, za pocałunek dałby się był ćwiertować. Marzył o kobietach, myślał o nich tylko i ganiał tylko za niemi.
Ale jakkolwiek piękny i młody, oszarpany żaczek, odpychany był wszędzie.
Stare przysłowia mówiły:

Gorzej niźli raka
Obawiaj się żaka.

— Papieru do wody, pióra do ognia, a żaka do żony nie przybliżaj.
Tych przysłowiów trzymali się wszyscy i nie było domu, do którego by żak dorosły mógł mieć przystęp. Skazany na wieczne zdaleka poglądanie niewiastom w oczy, bez możności zbliżenia się ku nim, podwójnie gniewem i namiętnością gorzał Urwis. I byłby rzucił suknię żakowską, ale co potem począć, gdzie się udać, jak na chleb zapracować? A potem, nie bardzo bo mu się też i chciało pracować, wolał żakować, swawolą i piosenką przerywając rzadkie godziny nauki.
Taki to był towarzysz, który w tej chwili zawołał z tyłu na Maćka.
Maciek odwrócił się ku niemu.
— Czego chcecie?
— Słuchaj no! tyś nie głupi, z oczów ci patrzy roztropność. — Wytrzeszcz że oczy do góry, widzisz co tam na półce?
— Cóż? sery! — rzekł Maciek.
— Leź że po nie i dostań mi je. —
— Alboż to twoje?
— Głupiś! gdyby moje były, to bym sam po nie poszedł.
— A kiedy cudze, po cóż ich chcesz dostać?
— To dla żaka gratka.
— Idź-że sam po nią.
Urwis, który nie przywykły był do nieposłuszeństwa, spojrzał naprzód ostro w oczy Maćkowi, potem parsknął śmiechem.
— Czy ty jeszcze Beanus?
— Wszakżeście mnie otrząsali.
— Widać nie dobrze, boś osioł jak i był. Leź mi po sery, ja ich potrzebuję.
— Idź sobie po nie sam. —
— Będziesz mnie słuchał czy nie? zawołał Urwis podchodząc z pięścią ku Maćkowi. —
— Nie — rzekł chłopiec bledniejąc. Posłucham kogo należy i w czem przystoi, ale nie gdzie idzie o kradzież.
— Co? ty mnie będziesz złodziejem robił?
— Ja? toć ty sam się nim stałeś!
Na te słowa Urwis rzucić się miał na sierotę, kiedy wrzask ogromny w podwórzu zwiastujący zakończenie walki dwóch zajadłych kogutów, odwrócił jego uwagę. Spiął się na palce, spojrzał i zagroziwszy pięścią towarzyszowi, pobiegł przez tłum się cisnąc, do środka.
— Odpłacę ci w dobry czas! mruczał bieżąc na środek, i nauczę posłuszeństwa!
Bitwy kogucie zbliżały się już do końca. Skrzydlaci zapaśnicy, pokaleczeni leżeli na ziemi, niektórzy martwi do góry brzuchami z podkurczonemi nogi i skrwawioną szyją, spoczywali na zawsze. Czapka w której składano zakłady była pełna drobnej monety różnego rodzaju. Ostatnia para tańcowała na krwawym piasku, dziobiąc się tem srożej im dłużej na to oczekiwała. — Widzowie rozżarzeni bardziej dwoili zakłady, spierali się i huczeli. Biały kogut, pierwszy zwycięzca padł bez życia. Pozostały tryumfator ostatni, ubrany we wstążki, wzniesiony do góry z okrzykami, z pieśniami, ukazał się tłumowi, który go powitał oklaskiem.
— A teraz do gospody, — zawołali żacy, zbierając pieniądze zebrane. —
— Do gospody!





V.
BRACTWO MIŁOSIERDZIA.

W tłumie który w tej chwili z kamienicy żywo wszystkiemi otwory odpływać zaczął i rozlał się na ulice, Maciek otoczony przez studentów współtowarzyszy, niesiony tą falą posunął się ku bramie. Ale tu uczuł się pochwyconym za rękę i głos na który zadrżał szepnął mu w ucho.
— Poczekaj. —
Żywiej niż kiedy odwrócił się Maciek, postrzegł kobietę, która go za opończę wziąwszy, w tył pociągała, oglądając się bacznie, czy na nią kto nie patrzy. —
Kobieta ta była już nie młoda, wysokiego wzrostu, ogorzałej twarzy, ciemnych włosów, czarnych oczu, chuda ale silnie zbudowana. Ubior jej okazywał ubóstwo i dowodził, że się na żebraczy chleb puściła. Ciemna chusta poszarpana zarzucona na głowę, podwiązana niedbale pod szyją, spadała jej na ramiona, szara siermięga okrywała plecy, podpasana rzemiennym z klamrą mosiężną pasem. Od pasa wisiał różaniec z krzyżykiem i medalem. W ręku miała kosztur wypolerowany rękami, sękowaty; przez ramię torbę w której chleba kawałek ciężył, na sznurku z drugiej strony pasa — garnuszek. —
Na twarzy niegdyś pięknej, a teraz wyrazu pełnej, czytać było można wzgardliwą dumę, bolesne zniechęcenie, smutek i niepokój. Czarne brwi zmarszczyły się i pofałdowały czoło, oczy zaczerwieniły, górna warga drżała konwulsyjnie, a w głowie jej było utajone łkanie. Kiedy po cichu chwytając Maćka za rękę wymówiła — Poczekaj, zdało się że łkaniem dokończyła wyrazu. Sierota też zatrzymał się jak osłupiały i wlepiwszy w nią oczy zdziwione, zawołał:
— Ty tu — ty tu!
Ona nic na to nie odpowiadając, poruszona, niespokojna, spoglądała na odpływający tłum, jakby oczekując, żeby się rozszedł i samych ich zostawił.
W tem kampsor Hahngold, zszedłszy z galerji na której się bitwie koguciej przypatrywał, zdawał się zmierzać do Maćka i postrzegłszy kobietę, mocno w nią oczy wlepiać począł. Ona dostrzegłszy to usunęła się nieco, a żyd postąpił ku Maćkowi, coś mrucząc pod nosem.
— A nu, jakże się wam tu powodzi? odezwał się powoli do Maćka.
— Jak wszystkim — nic szczególnego mnie nie spotkało, wpisałem się, uczę i żebrzę.
Na to ostatnie słowo kampsor szydersko się sam do siebie uśmiechnął i rzucił wejrzeniem niedocieczonego wyrazu na żaka.
— A czemu nie zajrzeliście do mnie?
— Po cóż ja do was? spytał Maciek.
— Choćby za jałmużną, rzekł żyd gładząc brodę — wszak ci to chociem nie waszej wiary, ale u mnie ubogi ubogim, sierota sierotą!
Sierota — wymówił z szczególnym przyciskiem i oczy wlepił w chłopca.
— Dziękuję wam za dobre chęci, ale niech to będzie na ostatni ratunek w biedzie.
— Wszak ci insi żacy często do mnie przychodzą. —
— Ja jeszcze miasta i mieszkań nie znam.
— To wam Urwis pokaże, on wie gdzie ja mieszkam. Jabym chciał z wami pogadać, ja wam dobrze życzę. —
Żak coś niewyraźnie odbąknął, a żyd postrzegłszy że pan Czuryło, wpatruje się w niego zdaleka i śledzi rozmowy, ustąpił z niechęcią.
Przez cały czas tej rozmowy, kobieta stojąca na ustroniu, niecierpliwie rwała wiszący u pasa różaniec, a ujrzawszy odchodzącego kampsora, posunęła się ku Maćkowi znowu.
On także już jej szukał oczyma. —
Niemem spojrzeniem porozumiawszy się wysunęli na ulicę, a żebraczka chwyciwszy za rękę sierotę, pociągnęła za sobą w jedno z tych ciemnych, ciasnych przejść, w które dawne miasta stawiane bez planu obfitowały.
Była to uliczka nie wiodąca nigdzie, zamknięta jak podwórze spiczastym gotyckim frontem domu, otoczona kamienicami kilkopiętrowemi, a w tej chwili zupełnie pusta. Od okien do okien przeciągnione sznury utrzymywały schnącą bieliznę, przepiórki i szczygły szczebiotały w klatkach na oknach, i niekiedy tylko ciszę głuchą przerywał stukot ciężkich drzwi, lub wrzawa z przyległego rynku dochodząca.
Kobieta obejrzawszy się na wszystkie strony poczęła żaka ściskać i całować z macierzyńską czułością, ze łzami, z jękiem radości. On stał niemy, ale poruszony i niespokojny.
— Jakim sposobem wy tu Agato? jakim sposobem wy w Krakowie?
— O mój miły — nie pytaj mnie o to! zawołała żebraczka ręce załamując. Bóg mnie za tobą przywiódł aż tutaj, dzięki mu niech będą, że mi sił starczyło, na długą ciężką podróż, żem cię widzieć mogła i czuwać nad tobą będę. O! ty nie wiesz com się nalękała o ciebie. — Sierota! sam jeden! podróż tak długa, z nikąd opieki. — Żebrać! tobie trzeba było żebrać!
— Anioł stróż mnie prowadził — widzicie, doszedłem szczęśliwie i wiedzie mi się lepiej niż spodziewać mogłem. Ale wy Agato, w tym wieku, porzuciliście dom, krewnych, spokojny dach. —
— Musiałam moje dziecko — musiałam! Dzięki Bogu, że mnie tą myślą i odwagą natchnął! tylem się nalękała o ciebie.
— Czegoż się o mnie lękać było?...
— Daj Boże abyś nigdy nie wiedział o tem.
Westchnęła kobieta i usiadła znużona na wschodach kamiennych najbliższej kamienicy, podparłszy się na ręku..
Po chwili odjęła ręce od twarzy zalanej łzami i przyciągnąwszy ku sobie chłopca, znowu go ściskać i całować zaczęła, mrucząc:
— Jam cię karmiła własną piersią — jam się do ciebie przywiązała jak matka, a ty się pytasz dla czego biegłam za tobą w ślad aż tutaj? Biedne dziecię, ty jeszcze ani siebie, ani swojej doli nie pojmujesz. I lepiej ci z tem.
— Moja Agato — rzekł żak — powiedzcież mi tę wielką tajemnicę, którą mi tak dawno obiecujecie. Niech-że ja wiem kto jestem, co mi grozi — mam już lata, nie jestem dziecko, zrozumiem ciebie, a tajemnicę potrafię utrzymać.
— Nie śpiesz się pytać! Lepiej ci o tem nie wiedzieć — cicho odpowiedziała żebraczka — im później się dowiesz tem lepiej dla ciebie. Tajemnica to łez, nie pytaj mnie o nią, wszak się jej dowiesz... Ale powiedz mi, powiedz mi — dodała żywo — tu w Krakowie nikt że cię nie wypytywał, nie zaczepiał, nie starał przybliżyć do ciebie?
— Owszem, Agato, owszem... Modliłem się jeszcze i płakałem postrzegłszy zdaleka Kraków, gdy mnie już nieznajomi ludzie litością i jałmużną witać poczęli. Wziąłem to za dobrą wróżbę. Jakaś kobieta mieszczka dała mi gomółkę i chleba kawałek, zaraz potem dostałem jałmużnę od nieznajomego szlachcica, którego i dziś spotkałem i znowu mnie on obdarzył, a co więcej dawał jakieś przestrogi.
— Któż on, kto taki? — żywo spytała kobieta: — młody, stary?
— Stary, siwiejący... Rusin, zdaje mi się, że go nazywają Czuryło.
Kobieta rzekła do siebie — wiem teraz.
— A więcej? — spytała — więcej nikt cię nie zaczepiał?
— Żyd któregoście widzieli i którego mi się strzedz kazał szlachcic.
— Strzeż się go moje dziecko, strzeż się go proszę. Co on ci mówił teraz.
— Kazał mi przyjść do siebie?
— Nie idź do niego... nie idź do niego! — dodała żywo — unikaj go.
I do siebie mówiąc powstała.
— Oni go już zapłacili, oni już czyhają na sierotę! Biedne dziecko!
— Kto oni? Agato!
— O! nie pytaj mnie, nie pytaj! Ale słuchaj... Ty wiesz żem tu przyszła dla ciebie, żeby czuwać nad mojem dzieckiem, któremu przysięgłam być matką. I pozostanę w Krakowie, aby cię bronić.
— Od kogo? Agato.
— O! nie pytaj, nie pytaj... Jeźli ci się co złego przytrafi, jeźli rady lub pomocy będzie ci potrzeba, przychodź do mnie, przychodź. Ja będę siedzieć u kościoła Panny Marji.
— Żebrać!
— Tak, żebrać, moje dziecko, dla ciebie i za ciebie. Znajdziesz u mnie radę, znajdziesz chleb, znajdziesz grosz zawsze. Mnie tak nie wiele potrzeba, a ty tak młody. Ty się nie kalaj prosząc o chleb, będziesz go miał odemnie, bądź spokojny! Będziesz go miał, bodajbym kraść miała!
Ostatnie słowa wymówiła z egzaltacją, chwyciła kij i chciała odchodzić.
Maciek ją zatrzymał.
— Ja bym miał żyć twoją pracą! Ale ja tego nie potrzebuję, wierz mi Agato, ludzie tu poczciwi i pieśń żaka prędzej od modlitwy żebraczej wyprosi chleb i strawę.
— Ale ja nie chcę żebyś ty żebrał!
— My tak żyjemy wszyscy.
— Wszyscy niech tak żyją, ale nie ty.
— Cóż ja od nich lepszego?
Kobieta chciała zdaje się coś powiedzieć, potem zastanowiła się, zmięszała i posunęła kilka kroków.
Maciek ją za suknią wstrzymywał.
— Poczekajcie, słowo jeszcze, słowo... Agato!
— Jutro! jutro! znajdziecie mnie u wrót Panny Marji, a teraz muszę śpieszyć.
— Może potrzebujecie pieniędzy — rzekł dobiegając do oddalającej się żak — oto co mi dał Czuryło, weźcie, weźcie.
— Ja! od ciebie! daj-że mi pokój dziecię! nie miała bym sumienia.
I wyrwała się mu chcąc ujść.
W tem w cichej uliczce, dał się słyszeć stłumiony gwar, szelest kroków i chód kilku pośpieszających osób. Nikogo jednak widać nie było, gdy nagle z ciasnego oszyjka między dwoma wysokiemi kamienicami, wyrwało się kilku żebraków, zmierzając ku uchodzącej Agacie.
Na przodzie szedł ogromny, barczysty chłop z nagą, obrosłą czarnym włosem piersią, z rozczochraną głową owiniętą szmatą zbrukaną, z kijem w jednym ręku, długim biczem w drugim. Kawał sukna granatowego związany pod szyją spadał mu na plecy, zdarte buty powiązane łykiem i sznurami do nóg poranionych okrywały niespełna stopę. Na żylastej szyi, którą włos głowy i brody w części osłaniał, spadał zwieszony na sznurze cynowy medal z N. Panną. — Twarz sroga, zmarszczona, czarna od słońca i wiatru, zaczerwieniona ku policzkom i przy oczach, świeciła białkami, które czarnym ślepiom dodawały blasku i wyrazu zbójeckiego. Torby na ramionach zawieszone, krzyż z różańcem u pasa, oznajmywały dziada z pod kościoła. Gdyby nie to, z twarzy, z olbrzymiej postawy i błysku oczów czarnych, można go było wziąść za zbójcę.
Za nim szedł jakby na przekorę, nizki, garbaty z przekrzywioną na ramię głową, zbytecznie wyrosłą i zupełnie łysą, drugi żebrak o kuli. Jeden przy drugim postawieni wydawali się, ten wyższym, a ten poczwarniej małym jeszcze, niż byli w istocie.
Garbus trzymał także bicz w ręku i choć sparty na kuli, poskakiwał żywo za wielkiemi kroki posuwającym się olbrzymem.
Baba zgarbiona w granatowej opończy z garnkiem u pasa, szła za niemi i kilku jeszcze dziadów dalej.
Kobieta wskazywała niespokojnie palcem na Agatę i wołała do swoich:
— To ona! to ona!
— Stój! stój — zaryczał olbrzym machając biczem.
— Czekaj włóczęgo! — cienko powtórzył garbus. I oba poskoczyli ku Agacie, która z początku rzuciwszy się uciekać, potem zastanowiła namyśliwszy i sama postąpiła ku goniącym.
Maciek zatrzymał się i szedł za nią.
— Idź sobie, idź sobie! — odpychając go zawołała Agata — idź sobie.
— Ale oni.
— Nie bój się o mnie, powracaj, idź sobie...
Odepchnięty żak, stanął na uboczu.
Tymczasem dwaj żebracy pochwycili kobietę i łysy garbus smagał ją biczem nielitościwie.
— Co ty za jedna? — spytał wpatrując się w nią zmarszczywszy olbrzymi dziad.
— Co ty za jedna? — powtórzył garbaty.
— Coś ty za jedna? — zawołali wszyscy obstępując do koła, tak aby nie dać jej uciec.
— Widzicie przecie, com za jedna — śmiało odpowiedziała Agata — gdybym nie była tem, czem jestem, nie żebrała bym po ulicach.
— A kto ci pozwolił żebrać po naszem mieście?
— Jakto? a od kogoż ubogi brać ma pozwolenie żebrania?
— Patrzajcie, udaje niewiniątko — rzekł łysy. — Czort jej nie wziął, języka w gębie nie zapomniała!
— Albo to nie wiesz, nicpotem jakaś, że w stolicy, bo i w każdem uczciwem mieście, ba i w wiosce, ręki wyciągać nie można, póki się do urzędu nie opowiesz. Albo to wy na odpuście czy co, gdzie każdy włóczęga pan? — Gdybyście na wioskę się przyciągnęli, i tam w Babińcu nie siąść, nie poznawszy się ze swemi i nie pokłoniwszy plebanowi, a wy tu myślicie sobie wolno z przed nosa chleb nam zbierać, nie kiwnąwszy głową nikomu!
— Patrzcie ją! — zakrzyczeli wszyscy.
— Do gospody, do bractwa — dodali drudzy żwawo się poruszając. — Osądzić, obedrzeć i wysmagawszy won za miasto.
— Kto całe życie żebrał — odpowiedziała śmiało Agata — to mu dobrze, bo wie jakie tam ustawy macie, ale mnie to nowa rzecz.
— O! gotowa się kląć, że w złocie chodziła do tej pory! — rzekł łysy.
— W złocie nie w złocie, ale pewnie nie w łachmanach.
— Otóż to! a teraz pewnie jakieś nieszczęście — dorzucił śmiejąc się i podnosząc biczysko. — Mężysko ją odumarło, co go nigdy nie miała, albo majątek straciła, niewidomy. — Cha! cha!
Maciek rzucił się bronić kobiety, ale ona go odepchnęła.
— Idź sobie — idź, ja sobie dam rady z niemi — szepnęła — bądź o mnie spokojny, idź, zaklinam i bądź spokojny znajdziesz mnie gdziem ci przyrzekła.
Żak odstąpił, ale nie odszedł.
— No — no, moja królowo! do gospody — zawołali żebracy — do gospody. Niechaj Bractwo osądzi... Dość nas jest tu i bez ciebie co żebrzemy, a co dzień to ich jeszcze napływa z całego świata. Ale chwała Bogu — jest na to prawo i biczysko.
— Czemuś się nie jawiła do gospody, przyszedłszy do Krakowa?
— A któż tam wie gospodę waszą i zwyczaje?
— Tem ci gorzej że nie wiesz o nich.
— No! dalej! ruszaj!
Ogromny dziad, którego zwali swoi Lagusem, zamachnął biczem na Agatę, a inni otoczywszy ją, powiedli wywrzaskując z sobą.
Szarpiąc i popychając, wyciągnęli Agatę na rynek, minęli kościół Panny Marji, zawrócili się na tył i wązką uliczką brudną pospieszyli ku wrotom nizkiej o jednem piętrze kamienicy, niedaleko zabudowań probostwa stojącej. Kilka starych drzew zwieszały poschłym liściem ubrane gałęzie, nad dach mchem zielonym i trawami pokryty, pośrodku którego wystawał okopcony, pęknięty komin, miejscami cegły żywe, miejscami reszty tynku ukazujący. W grubym murze domu tego kilka nierównej wielkości okien zakopconych, drewnianemi i żelaznemi kraty obronnych czerniały nieforemnie. Jedne drzwi sklepione nizkie, obrukane rękoma, oklapane błotem, z wystającym progiem otwierały się po środku. Obok nich, między wejściem a oknem, wisiał na dwóch kijach naciągniony, zmyty deszczami blady obraz wystawujący niegdyś Łazarza, z obwiązaną głową, na gnojowisku leżącego, któremu psy nogi lizały. Nieco wyżej drewniany krucyfiks czarne wyciągał ramiona. Okuta skarbona, wpuszczona w mur, miała nad sobą dawniej nadpis, teraz zupełnie zatarty.
Wewnątrz wszystkie izby były z grubego muru nietynkowanego, nizkie i sklepione. Cegły czerwone, pokryte kopciem, przybrały barwy smutne i ponure. — Miejscami biały tynk zbrukany świecił tylko resztką dawnej farby. Sień ciemna dzieliła gospodę na dwoje.
Na prawo i lewo otwierały się mało oświecone dwie izby, z których lewa znacznie większa i porządniejsza, służyła za miejsce schadzki tak zwanemu Bractwu Miłosierdzia, to jest zgromadzeniu żebraków, spisanych na liście urzędu. W prawo było mieszkanie bab i dziadów z pod kościoła Panny Marji, wiodących rej między hałastrą.
Izba na lewo oświecona nizkiemi dwoma okny, za grubym murem mało wpuszczającemi światła, miała do koła ławy dębowe, w pośrodku stół, od drzwi piec czarny otoczony siedzeniem gliną wylepionem. W ścianie od głębi była szafa na kilka zamków zamknięta, na której trzy krzyże i litery C. M. B. zdaleka widniały.
Tu to Lagus smagając biczem Agatę, otoczoną coraz zwiększającym się tłumem żebraków, pędził, łając i popychając, aby pośpieszała.
Kobieta zaczerwieniona od gniewu, szła żywo otulając się suknią swoją i po cichu rzucając przekleństwa.
Weszli nareszcie we drzwi i wtoczyli się bez porządku do ciemnej izby schadzek.
— Czego chcecie odemnie? — zawołała Agata stając w pośrodku. Jeżeli wam wolno żebrać w Krakowie, wolno i mnie.
— Otóż bo to, że nie! — zakrzyczał wyłażąc z kąta, siwy starzec siedzący tam nad książką, ubrany w granatowy giermak, pas skórzany i paciorki u pasa, z krzyżem na szyi na czarnym sznurku zwieszonym. Otóż bo to, że nie! — powtórzyli za nim wszyscy, rozstępując się z uszanowaniem.
— Niechaj pan pisarz sądzi i powie co z tą nędznicą robić mamy? Co dzień ich więcej tych włóczęgów, tak że prawdziwym ubogim kawałka chleba wkrótce zabraknie.
I Lagus razem z łysym garbusem, którego zwali Chelpą, smagnęli ją biczami. Agata krzyknęła i rzuciła się ku temu, którego zwali pisarzem, jakby wzywając jego pomocy.
— Precz biczownicy! precz — rzekł pisarz — ja ją wybadam.
I powróciwszy za stół, usiadł poważnie, zabierając się do scrutinium, a dziadowstwo rozstąpiło i porozsiadało na ławach, pod piecem, otaczając zdala Agatę. Lagus i Chelpa stanęli z obu stron obwinionej z biczami, jak by gotowi do smagania.
— Dla czegoś, rzekł pisarz, przybywszy do Krakowa, nie stawiła się do urzędu?
— Do jakiego urzędu? spytała kobieta.
— Do naszego. — Powinnaś wiedzieć, że nie tylko w Krakowie, ale i we Lwowie i Wilnie i po wszystkich większych miastach są Bractwa żebrzących, w których księgi wpisać potrzeba aby mieć prawo rękę pod kościołem wyciągać.
— Nie wiedziałam o tem, odpowiedziała kobieta. —
— Jak mogłaś o tem nie wiedzieć, zakrzyczał Lagus, kiedy i na wiosce, nietylko żebrak, ale nawet pielgrzymi i pokutnicy idący do miejsc świętych, plebanom oznajmywać się muszą i mieć świadectwa pod pieczęcią od swego urzędu, aby po kraju swobodnie jałmużny prosić?
— Nie wiedziałam o tem, powtórzyła kobieta, a to dla tego, że pierwszy raz w życiu żebrzę i żem przyszła, aż z Rusi, gdzie nie pytają ubogich skąd i co zacz są, aby im dać jałmużnę, bo Pan nasz Jezus Chrystus nie przykazał śledzić ubogich i pytać, ale wspomagać.
— No! no! dosyć tego, rzekł pisarz. — Wiesz teraz że nie wolno ci żebrać bez zezwolenia Bractwa — pokaż papiery.
— Nie mam żadnych.
— Osmagać i wypędzić, zawołali wszyscy.
— Cicho! krzyknął pisarz stukając o stół. Skąd jesteś? I to mówiąc zaczął się jej w oczy wpatrywać, podniósł się, twarz jego zdziwienie wyrażała, powiódł ręką po oczach, potarł czoło, usiadł, zadumał się.
— Z Rusi mówiłam wam i tem bardziej uwierzyć temu powinniście, że brat Groński mógłby sobie przypomnieć tę która przed nim stoi.
Pisarz osłupiał, wszyscy spojrzeli na kobietę i szeptali.
— To być nie może! I skąd-że wy to? zawołał pisarz Groński. — To być nie może! Wy! w tem odzieniu, na żebraczce?
— A wy sami bracie Groński, nie mieliżeście lepszego losu? nie pamiętacież lat weselszych?
Stary pisarz westchnął i jakby natrętne odpychając wspomnienia, zwrócił się do kobiety.
— Co było, to było — ale jakżeście tu zaszli?
— Bieda lepiej pędzi od waszych biczowników i gorzej od nich smaga, odezwała się kobieta, choć i oni mało litości mają dla swojej braci!
— Takie to prawo, ozwał się z cicha pisarz — co chcecie. — Musi się każdy wprzód wpisać, nim mu dozwolemy siąść pod kościołem. Dla spokojności to i bezpieczeństwa naszego się dzieje, aby włóczęgi, czarownicy, złodzieje i podpalacze między nami się nie kryli i całemu nie szkodzili Bractwu. — Każdy też z nas, ile nas tu widzicie, dodał pisarz ciągle niespokojnie patrzając w oczy kobiecie, ma wyznaczony kościół i ulicę, za której zakres, krom dni pewnych wyjść nie może. A po domach nawet żebrać nie wolno, prócz wszystkich Świętych, Zadusznych dni i Wielkiej nocy. Takie to prawo! —
— Wpiszcież mnie w swoje Bractwo, rzekła Agata, i pozwólcie siedzieć u Panny Marji.
— U Panny Marji! rzekł łysy garbus, ho! ho! A jakeście przewąchali, gdzie lepiej! To nas starszyzny miejsce, nie żeby lada włóczęga zasiadł przed zasłużonymi. — My tam siedzim. — Podziękujcie jak wam na Kleparzu lub Kazimierzu wyznaczą kościółek, a nie myślcie tu nam prawo pisać.
— Bracie Groński, ozwała się kobieta — wy to dla mnie uczynicie.
— Pan pisarz tu nie król, a prawo starsze od niego, odparł Lagus — którego przestąpić nie godzi się. —
— A jakież to prawo? —
— Kto najpóźniej przychodzi, ostatnie miejsce zasiada; podziękujcie kiedy was z miasta kijmi i biczami nie wypędzim.
Agata wzruszyła ramionami.
Pisarz po chwili namysłu, poszedł do szafy, odczepiwszy klucze, otworzył ją i dobył księgi, począł przewracać karty szybko, potem głośno zawołał.
— Przyjmujecie ją do Bractwa?
— Nie! nie! zawołali wszyscy, przepędzić z miasta, wysmagać. Nie wiadomo co za jedna!
— Ja ją znam, rzekł Groński — przed moją pielgrzymką do Rzymu i Kompostelli widziałem na Rusi. — Ręczę za nią.
— Niech wam Bóg zapłaci, — bracie Groński!
— Niechaj idzie gdzie chce, nas tu i tak dosyć, zawołali Lagus i Chelpa: a do tego, pewnie i wpisu nie ma czem zapłacić.
— Za wpis zapłacić? zdziwiona odparła Agata. — A wieleż?
Dziadowie i baby pokręcili głowami. —
— Dziesięć groszy do skrzynki Bractwa za dusze zmarłe z nikąd ratunku nie mające, a na Bractwo, a na kaleki i chore; — na —
Agata poczęła szukać węzełka pod suknią i rozwiązywać go.
— I pozwolicie mi siąść podle P. Marji.
— Ale to być żadną miarą nie może, bo to miejsce starszych, rzekł pisarz sam z cicha.
— Ja więcej od wpisu zapłacę, a później...
— Obiecanka! wołali drudzy, to być nie może.
Agata dobyła nie wiadomo zkąd, bo nie z węzła, błyszczącą sztukę złota i podnosząc ją w palcach do góry zawołała:
— Tyle dam od wpisu. —
Pisarz niecierpliwie wargi zaciął, a dziadostwo zdumiane stanęło.
— Kiedy jej tak złoto nie kosztuje, rzekł Lagus, widać ma sposoby nabywania go! Czarownica! czarownica! lekarka jakaś tam...! nie chcemy i pieniędzy i jej. — Wysmagać.
— Ja ręczę za tę kobietę, rzekł pisarz.
Lagus głową pokręcił. —
— Jak chcecie, ręczcie nie ręczcie — a pamiętajcie żeby z tego licha nie było. —
— U Panny Marji? spytała Agata.
— Siedźcie gdzie chcecie, zawołał Lagus, aby nie podle mnie, żeby szatan co cię zdławi i o mnie nie zaczepił.
Agata rzuciła sztukę złota na stół i stanęła oczekując.
Pisarz odwrócił kartę, podniósł głowę.
— Agata? —
— Piszcie, Agata rusinka.
— I dodajcie, rzekł garbus — Złotniczka, to jej chrzestne w Bractwie będzie nazwisko.
Agata smutnie się uśmiechnęła.
— A kiedyście się szczęśliwie wpisali, rzekł gburowato Lagus, niechże wam pan pisarz prawa przeczyta, abyście się ich trzymali, bo na to my starszyzna wybrani jesteśmy i Biczownikami nazwani, aby prawa naszego biczem pilnowali.
Tylko co się ten obrzęd dokończył i pisarz ustąpił nieco na bok szepcząc coś do Agaty, gdy dzwony kościelne odezwały się z wieży Panny Marji i dziadostwo spiesznie rozpraszać zaczęło. Pozostał tylko pisarz Groński i Agata.





VI.
KSIĄŻĘTA.

Powiedzcież mi, odezwał się Groński, gdy się wszyscy rozeszli i on sam tylko z Agatą pozostał, co was tu przypędziło, co do tego stanu przywiodło, jakim sposobem wzięliście torby żebracze i kij i po co wędrowali aż tu do Krakowa?
— Długa to i smutna historja! odpowiedziała Agata, a nie każdemu nawet powiedzieć bym ją chciała. —
— Przecież mnie, com wam był użyteczny.
— Niech wam to Pan Bóg nagrodzi. Może kiedyś nawzajem i ja wam. — Ale skąd ta ciekawość panie Groński? Rzecz ta wam obca zupełnie.
— Nie ze wszystkiem to tylko ciekawość, odparł uśmiechając się stary. Gdyby zaś i tak, nie dziwujcie się. Ze wszystkich namiętności, ta się najdłużej zostaje w człowieku. Sam nie powie często dlaczego chce wiedzieć, a chce. — Nareszcie gdy mi o sobie powiecie, lepiej wam będę mógł w przypadku posłużyć.
— Obca to dla was rzecz, smutna, a i ja spełna wszystkiego nie wiem.
— Jakto? wy sami o sobie, pani Agato. —
— O sobieć to wiem, ale nie — potrząsła głową.
— Nie wydacie tajemnicy?
— Więcej ich słyszałem w życiu niż myśleć możecie, rzekł stary, a nikt się na mnie nie żalił, abym go zdradził.
— Na Boga ukrzyżowanego?
— Na Boga ukrzyżowanego, przysięgam wam kiedy chcecie, że milczeć będę jak kapłan po spowiedzi.
— Słuchajcież. — I westchnęła ciężko kobieta poczynając w te słowa:
— Pamiętacie kiedyście byli na Rusi, w waszym pielgrzymim stroju, wybierając się do Rzymu i jakieście na dwór nasz przywędrowali. Trochę to temu dawno i nie mało na ów czas dworów przeszedłszy, może wam w pamięci nie utkwiło.
— Owszem, pani Agato, bom ci chorował u was tam i kilka miesięcy przeleżał; dobrze dwór księżnej pamiętam.
— Więc i panią naszą, pamiętacie?
— Któż by o niej zapomniał? to był prawdziwy anioł z ciała i z duszy! Dla ubóstwa, dla poddanych, dla księży, dla wszelkiego ludu. —
— O! nie krwawcie mi serca wspomnieniem, anioł prawda, w ludzkiem ciele anioł. — A taka nieszczęśliwa. —
— Ona!
— Nie mieniałabym się na jej los, choć i mój teraz nie złocony. Nie wiem o jej młodości wiele, ale jak ją zapamiętam łzy a łzy tylko na oczach jej widziałam. Jedyna dziedziczka wielkich majętności, oddana w opiekę przez umierającego z ran ojca stryjom, popadła w ciężką niewolę. Dzielnice stryjowskie nadwerężone były, a naszej pani najpiękniejsze dobra ruskie, łakomą gratką dla nich. — Bóg wie co tam za projekta osnuto na majętności, żeby z imienia nie wyszły. Oba stryjowie mieli synów i oba, każdy swego ożenić z nią pragnęli. Jeszcze była w klasztorze gdy panowie stryjowie z kolei jej synów do kraty wozili, usiłując namówić do małżeństwa, którego ona z bojaźni bożej, dla blizkości i widząc że to się wszystko przez łakomstwo działo, nie bardzo chciała. Ale w mocy ich będąc, co począć miała. Szczęściem stryjowie między sobą o bogatą dziedziczkę waśnić się poczęli. Z początku pokrywało się to pozorami polityki światowej, ale nareszcie buchło ze zgorszeniem wszystkich na jaw. Nie spotkali się już inaczej tylko z ostremi przymówki i szablami na wpół z pochew dobytemi.
O opiekę nad małoletnią w sądach się rozpierać poczęli ze zgorszeniem ludzkiem i obrazą Bożą, boć Bóg naprzód a potem i ludzie wiedzieli, o co tu chodziło, nie o sierotę, ale o jej wiano i o imiona, które chciano w familji zatrzymać. —
Testament, którym nieboszczyk ojciec księżniczki naznaczył stryjów obu opiekunami, nie wiem tam dla czego, sądy skassowały, a unikając dalszych następstw, król Jegomość naprzód stary, potem teraźniejszy, wzięli na się opiekę księżniczki. Królowa tedy Bona kazała ją na swój dwór wieść, ale panowie stryjowie oba razem już oparli się temu i z klasztoru ją wyrwawszy, osadzili w Zameczku w Bracławskiem, kędy prawda ciężko po nią było królowi Jegomości sięgnąć, ale za to łatwo było Tatarom. Stryjom zaś może o to i szło, aby imie na nich spadło i na ich dzieci. —
Tymczasem Pan Bóg srodze karać począł opiekunów.
Ojciec i trzech synów razem, napadnieni przez Tatar, walecznie się im broniąc, zginęli. Ojciec zabity na miejscu, a synowie pobrani w niewolę, tak że o nich wieści nawet od zbiegów i posyłanych szpiegów na Budżak dostać nie było można. — Stryj więc pozostały przy opiece i nadziei obszernych majątków księżniczki utrzymał się. Tymczasem król Jegomość o księżniczkę pisał, i namiestnikowi wojewodzie rozkazał ją na swój dwór odsyłać, aby tu do wzrostu doszedłszy, wedle woli jego za mąż wydana została. Ale księciu stryjowi nie było to po myśli. Jeden z jego synów wojskowo się za granicą bawił, drugi był przy nim. — Tego jako starszego ojciec za męża sierocie naznaczył, pewien będąc że gdy raz małżeństwo się dokona, król jak to już nieraz bywało przebaczy i zapomni obrazy.
Zaledwie lat piętnastu doszła księżniczka Jejmość na owym zameczku w Bracławskiem, gdy ją w nocy zajechawszy stryj jegomość na kobierzec z synem swym postawił, do ślubu zmusił i tym sposobem za mąż wedle woli wydał. Że zaś małżeństwo to bez dyspensy zawarte, dla blizkości unieważnione być mogło, tajemnie do Rzymu wysławszy, ukrywał je stryj.
Zaszła jak to często bywało trwoga od Tatar, już ja na ówczas w usługach księżniczki byłam i razem z nią siedziałam na zameczku owym nie opodal od Bracławia i Winnicy. Pan młody nasz, któremu rękę dawszy pani nasza, przywiązać się wszakże do niego nie mogła, nie długo pobywszy na zamku, gdzie i ślub ten i wzajemne niechęci jak najskrzętniej przed ludźmi ukrywano, puścił się za powracającemi ordy ku Dniestrowi. Ojciec wyjechał dopiąwszy swego do Krakowa na czas.
Znowu więc zostałyśmy się same jedne, ze strachem nie małym, do którego chociaż po trochu byłyśmy już przywykłe, bo nie było kilku miesięcy, żebyśmy pożog tatarskich albo i Tatarów podle zamku ciągnących nie widziały, jednakże dla małej załogi serce nam biło a usta się kleiły do nieustannej modlitwy.
Księżniczka we łzach tonęła, ani ją było można pocieszyć, bo miała to małżeństwo swoje za niebłogosławieństwo Boże i przewidywała smutki, nieszczęścia, kary. Jeszcześmy nie mieli wiadomości o mężu naszej pani, który z nie wielką garścią nad Dniestr za Tatarami poszedł, probując czy im co zdobyczy i niewolnika nie odbije, gdy za nowem naleganiem królewskiem stryj już uspokojony, wyjeżdżać na dwór królewski kazał. —
Wyjechaliśmy, a całą drogę księżna pani płakała i sypała jałmużny. Przybyliśmy do Krakowa na samo koronowanie królowej Barbary, a że wielki był pod ówczas dwór, wystawa, wspaniałość, jakoś się i naszej pani łez ujęło. Poczęła ją królowa Bona ku sobie tulić i wielce łaskawie serce jej jednać. Król też Jegomość dziwnem na nas okiem patrzał, bo księżniczka tak była do Barbary Radziwiłłównej podobna, krom tylko że znacznie od niej młodsza, iż ludzie je za dwie siostry, zwłaszcza że obie były książęcego rodu — mieli. — Ona tu uchodziła za dziewicę, chociaż zamężna, ale nikt o tem małżeństwie na dworze nie wiedział, i poczęli niektórzy do królowej starej i króla starania czynić o jej rękę. Aż spadło na nas niespodziane nieszczęście. Zdrowie księżnej zmieniło się, aniśmy wiedziały co to ma znaczyć, gdy stare kobiety naprzód odkryły, że książęcy ród miał się pomnożyć.
Wielka była rozpacz księżnej, niespokojność nasza, bo małżeństwo tajonem być musiało, a w takim razie wstyd wielki i nieuchronny; królowa Bona z fukiem, groźbą i srogim gniewem wystąpiła na nas, a księżniczka z płaczem wszystko wyznała. Wezwano listami pilnemi księcia starego; ale gdy się to dzieje, z nad Dniestrowej wyprawy syna mu przywieźli strzałą tatarską w oko prawe ugodzonego tak, że ducha wyzionął. Starzec, który od drugiego syna z za granicy wieści nie miał, ostatniego prawie swojego rodu grzebiąc, wpadł w rozpacz, zachorował, poszedł chory jeszcze na Tatarach mścić się i w stepie z niemocy zmarł.
Księżniczka została sama! Małżeństwa jej dowodów wyszukać niepodobna było, bo tajnie się odbyło i stary książę sam się tem zajmował.
Tymczasem dziecię, syn na świat przyszedł i jakby szczególnem zrządzeniem losu, ostatni już tego rodu mężczyzna; brat męża księżniczki, do kraju, dowiedziawszy się o śmierci swoich i wypadkach zaszłych z nami, powrócił.
Wielkie długi poczyniwszy za granicą, na których opłacenie poszła majętność ojcowska i spadła po drugim stryju nie wielka puścizna, został prawie bez mienia, i gdyby go król Jegomość starostwem nie poratował, chleba by może nawet nie miał. Naturalnie zwrócił oczy na księżniczkę i naprzód żenić się z nią chciał. Ale pomimo instancji królowej pani, króla i prałatów, ona słuchać o tem nie mogła, mówiąc że ją i tak Bóg dosyć za pierwszy związek pokarał.
Ztąd niechęć wielka ku pani naszej, ztąd pragnienie zemsty. A że dowodów pierwszego małżeństwa żadnych, krom kilku świadków, którym usta stulono groźbą i groszem, nie było, zaniesiony manifest, dziecięciu urodzonemu kondycij jego i do dóbr macierzystych przyjęcia zaprzeczył. Nie dość na tem, książe pan zaprzysiągł się dziecię ze świata zgładzić.
Na dworze, jak zwykle na dworach bywa wielkich, różne o nas chodziły głosy, jedni to dziecię za prawego potomka, drudzy zwłaszcza że poumierali stary książe i syn w rychle, za nieprawy płód mieli. A i dwór królowej Bony na języki ludzkie więcej niż inne miejsce był wystawiony, bo królowej nie cierpiąc, rozwięzłość jej obyczajów i rozwalnianie ich zarzucano, łacno było ludziom wmówić, że księżna pani winna, że nigdy zamężną nie była, a wszystko co się jej tyczyło baśnią tylko.
Byli i tacy co króla Jegomości, dla wielkiej piękności księżnej i podobieństwa jej z Barbarą, posądzali. Ale my wiemy jaki to fałsz. Królowa Bona może lękając się, aby po śmierci Barbary, (którą Boże odpuść, wcześnie przewidziała), Zygmunt nasz pan do księżniczki nie obrócił się, kazała jej odjechać.
Zabraliśmy się tedy na Ruś, ku Wołyniowi, kędy dobra jej były, z dziecięciem. Ale nie spał nasz nieprzyjaciel. Kilka razy dziecię wydrzeć nam usiłowano, kilka razy napadnieni w drodze, ledwieśmy losowi, odwadze naszych ludzi i szczęściu, całość naszą winni. Z wielkiem utrapieniem nareszcie przybyliśmy na miejsce. Ale i tu za nami szli wysłańcy, zdrajcy, cygani, truciznicy, tak że z oka dziecka spuścić na chwilę nie było można, że chwili spokojnej nie mieliśmy.
Pomimo przywiązania swego do syna, nie mogła dłużej księżna utrzymywać go przy sobie. Z największą więc tajemnicą, poruczono dziecię mnie, com już była wykarmiwszy je wprzód, bo mi moja córeczka zmarła, oddaliła się od dworu do innego majątku. Staś, takie było imie synowi pani, miał na nieszczęście w twarzy swej piętno pochodzenia niezmazane, rodzinne i po niem go wysłańcy Krzysztofowi poznawali. Poczęto chodzić koło mnie, próbując i pieniędzmi i siłą i groźbą, dziecko dostać; wreszcie do tego przyszło, że jeść mu nie skosztowawszy wprzód sama, nie śmiałam dać, żem każdy chleba kawałek dla niego przeznaczony kryła.
Dziecię rosło i prześladowanie ciągle z niem. Jak najtajemniej znowu oddałam je do nauki sama, zacierając ślady za sobą. — Ukryliśmy chłopię w polesiu głębokiem, w cudzych dobrach, domek nająwszy, mistrza sprowadziwszy.
Tak dziecię rosło w ciągłem strachu matki, która się o nie dowiadywać, widywać go nie śmiała i na moje tylko ręce na potrzeby jego posyłała. — Tymczasem jednej nocy napadniono dwór kędy Staś był z mistrzem, starca zabito, a dziecko ze strachu w ogród się schowawszy, porwania, a może śmierci uniknęło. Szczęściem ja przybyłam nazajutrz, jakby przeczuwszy nieszczęście i zabrałam dziecię. Umyśliłam je zaraz do Krakowa wysłać, bo nigdzie jak w wielkiem mieście się ukryć; ale na to potrzeba było zezwolenia matki, a potem pieniędzy i ludzi zaufanych. U krewnego porzuciwszy Stasia, sama ruszyłam na zamek księżnej pani, aliście w drodze nie dojechawszy dowiaduję się, że jej nie ma, że nie wiadomo gdzie znikła, a książę Krzysztof objął już prawem spadku majętność. — Co by się z księżną stało, nie wiedziałam i dowiedzieć się nie mogłam. Jedni mówili że zabita, drudzy że do lochu zamknięta, inni że gdzieś w klasztorze, a wszyscy się na to zgodzili, że z domu wyjechawszy z jednym sługą, zapewne przez nasadzonych na to umyślnie ludzi porwaną być musiała.
Dziecięciu więc książęcej krwi nie pozostało nic, nikt prócz mnie. Na mnie oczy zwrócone były; potrzeba było oddalić je z tamtąd, musiałam do Krakowa samego jednego chłopaka wyprawić pod opieką Bożą i aniołów stróżów. Sama później dopiero tu nadeszłam za nim. Dla tego mnie widzicie pod żebraczem odzieniem, innego wziąść nie mogłam, bo i tu na mnie patrzą. A zdaje mi się nawet, że i na dziecko już poglądają i domyślają się czegoś.
Pisarz, który całego tego opowiadania uważnie, głową niekiedy tylko potrząsając słuchał, wstał nareszcie z ławy.
— Niepojętych mi rzeczy naprawiliście, odezwał się. — Dziwne dziwy! Ale cóż się z księżną stało?
— Nikt nie wie. —
— Nie staraliście się dowiedzieć?
— Czyż myślicie że nie? — Chodziłam, badałam, śledziłam, ale wszystko napróżno.
— Dziecko jest tutaj?
— Tu w Krakowie, między żakami ubogiemi, ale pod łachmankiem jego sukni ubogiej znać pochodzenie, widać z twarzy ród książęcy.
— Tym ci gorzej. Ale powiedzcież mi, czegoż się jeszcze lęka stryj, co go prześladuje, wszak dowodów urodzenia nie ma żadnych?
— Są, odpowiedziała Agata. — Jest metryka dziecięcia, są metryki ślubne, przez zaufanego duchownego wysłane do Rzymu, świadkowie; wreszcie same rysy twarzy, już także nie małym dowodem. — Ale z przemocą co począć?
— Jak dawno księżna znikła?
— Zaledwie kilka miesięcy.
— Jakże mógł książę objąć jej majętności nie mając dowodów śmierci?
— Wymyślono dowody, bo tam oni co chcą to czynią, a wiecie że powadze starego imienia książęcego, bogactwu i związkom, mało co u nas oprzeć się potrafi.
— Prawdać to, rzekł pisarz, przysiadując znowu. — Biedne dziecko! I czem-że myślicie mu być tu pomocą?
— Przynajmniej on żebrać chleba nie będzie, ja za niego, rzekła Agata. — A chcecie wiedzieć dla czego upierałam się siedzieć pod kościołem Panny Marji? dla czegom to prawo opłaciła tak drogo? Bo mi ztąd łatwiej dopatrzeć dziecięcia i jemu mnie tu znaleźć.
— Opłaciliście prawda, rzekł Groński, opłaciliście drogo prawo siadania pod kościołem, ale nie myślcie by to na tem był koniec. I żebrać wam tam i usiedzieć spokojnie nie dadzą, będą prześladować, męczyć, aż oddalą, bo starszyzna zazdrośna, a jałmużna u Panny Marji, warta więcej, niż stragan na rynku.
— Na wszystkom gotowa dla dziecięcia, odrzekła Agata.
I powstawszy z ławy, pożegnawszy pisarza, wyszła.
W samych drzwiach spotkała się z kampsorem Hahngold, który na próg izby niechętnie wkraczając, pytał stłumionym głosem:
— Lagus jest, Lagus?
— Nie ma go, odpowiedział pisarz, wiecie zapewne gdzie go szukać, a nie idźcie tu żydzie, bo to poświęcane miejsce! Precz! precz!
Żyd umknął uliczką. — Agata wyszła powoli za nim, on nie uważał na nią.





VII.
SKRZYDŁA.

Niewiedzieć dla czego tknęło Agatę zapytanie żyda o Lagusa, poznała w nim kampsora, którego widziała rozmawiającego z Maćkiem, i nieznacznie pociągnęła się za żydem z daleka, mrucząc modlitwę, oglądając się, zatrzymując, a na oko, wcale niby nie myśląc go śledzić. Żyd też nie postrzegł szpiega za sobą, przytrzymując oburącz i płaszczyk swój i czapkę, pośpieszał w miasto. Przebyli kilka ulic, a Lagusa nigdzie nie dostrzegli, żyd się widocznie niecierpliwił i pomyślawszy trochę, zawrócił ku szynkowni, nad której drzwiami wisiała wiecha zielona sosnowa. — Był to dom czerwono dawniej malowany, z którego miejscami tynk z farbą razem poopadał, na górnej facjacie trójkątnej w owalnem polu, stał bocian na jednej nodze, zwano też kamienicę i szynkownię: pod bocianem. — Okiennice dolnego mieszkania czerwone, pomalowane były niezgrabnie w dzbany, kieliszki, flasze i obwarzanki.
Z za drobnych szybek wyglądało potwierdzenie malowidła, takież flasze, dzbany, kieliszki i obwarzanki. Do drzwi otwartych, po trzech wschodach kamiennych zabłoconych wszedłszy, miałeś przed sobą długą wązką sklepioną izbę, gdzie zasiadała sławna swem piwem, miodem i lipcem Krzaczkowa.
Krzaczkowa, wdowa po mieszczaninie Krzaczku, od lat już kilkudziesiąt panowała w zadymionej szynkowni, za czerwoną kratką, obwodzącą i stół zastawiony dzbanami i wejście do lochu zawsze na wpół otwarte.
Ławy, piec, stół dębowy, półki zastawione talerzami, misami, łyżkami, składały cały sprzęt izby, do której zbiegała się gawiedź miejska, szuja ludu, na piwo, na sławny marzec pani Krzaczkowej.
Do koła gwarzyli u czerwonych dzbanów klechowie z Podgórza, z okolic Krakowa, starsi żacy, dzwonnicy kościelni, ubodzy mieszczanie i wyrobnicy.
Tam pielgrzym w czarnej sukni, kapeluszu z szerokiemi skrzydły, ubranym w muszle, z tykwą żółtą u pasa, koszturem w ręku, rozpowiadał dzieje swej podróży zgromadzonemu pospólstwu; dalej rybałt stary opisywał wymownie wyprawę na Wołosz, gdzie się sławy i kalectwa dobił. Dalej jeszcze dzwonnik traktował starą babkę z pod kościoła, powierzając jej tajemnicę kruchty i historją ostatniego pogrzebu, w czasie którego dziwy się działy.
Za stołem siedziała poważna, niezmiernej otyłości czerwona i połyskująca pani Krzaczkowa. Na głowie jej zwinięta niedbale chustka jaskrawa, nie zajmowała jednak wszystkich włosów siwych, które się z pod niej wymykały kosmami. — Niegdyś niebieskie a teraz siwe blade oczy, obłąkane i dzikie chodziły nieustannie z kąta w kąt izby. Przygłuchła już, domyślała się jednak wzrokiem sobie dopomagając, czego komu i wiele było potrzeba; nalewała i wysyłała na izbę przez małego odartego chłopczyka, który u nóg jej razem z kotem czarnym siedział, czekając rozkazów.
W chwili kiedy żyd uważnie uchylając drzwi zaglądał do szynkowni, pielgrzym w kapeluszu z szerokiemi skrzydły na cały głos rozpowiadał o podróży swej, niedawno odbytej do Rzymu. Wszyscy słuchali go z natężoną uwagą, nawet pani Krzaczkowa, która przy głuchocie pojętna była i domyślna. Strój opowiadającego mówił jej tyle co usta, boć nie pierwszego to pielgrzyma słuchała.
— Nim się zaciągniesz do Rzymu, okropna to i daleka droga, bracia — mówił pielgrzym. — Naprzód skały i góry takie, że nie tylko chmury często o ich wierzchy zawadzają i rozdzierają się, ale księżyc czasami rogiem się zaczepi i siądzie, dopóki wiater go nie wyrwie. — Co to nasze góry i skały! ziarnka piasku przy tamtych. Rok idziesz do góry, a rok spuszczać się potrzeba. — To potem dolina, ale przejść trudno dolinę, gdyż najeżona kamieniami, tak że z jednego na drugi skakać potrzeba, bo inaczej przejść nie można. A obejrzysz się toś jak w lochu, do koła znowu góry. Na wierzchu ich śniegi, w środku jesień, niżej lato, niżej wiosna, a najniżej dopiero taka pora roku jak wszędzie. Przeskakawszy dolinę, znowu góry. — Często między górą a górą rzeka płynie i po nad nią półtorej mili wisi most. Co za most! Spróchniały kijek nad przepaścią, a ośliźniesz się, to się poleć Panu Bogu, amen tobie! To znowu na wierzchach gór będą stawy zamarzłe. I żebyć choć po ludzku, jak to u nas gładko, ale gdzie tam! Panują tam wielkie wiatry, bałwany się wznoszą na kilkadziesiąt łokci, a mróz bywa taki, że bałwan cały w powietrzu kośnieje, twardnieje, i tak całe czasem jezioro zmarznie. Drapiesz się więc z bryły na bryłę, a gdzieniegdzie skaczesz przez wodę, co jeszcze płynie. Dalej tedy znowu góry. Ale tu już co innego, ze środka ich, bo tam są bramy piekielne, bucha nieustanny dym i płomień, lecą popioły i kamienie, zieje siarczysta para.
U wrót tych piekielnych nie ma żadnej straży, idź kiedy chcesz, o pass cię nie zapytają pewnie. Nocami słychać i wurkot i krzyki potępieńców i jęki okropne, tak że ci co tam blizko mieszkają, nigdy nie śpią ze strachu, chyba na jedno oko i to stojąc.
— A jakże tam ludzie mieszkają?
— Ot, tak jak i tu przyzwyczaiwszy się, a nawet kraj żeby nie to, że tamtędy droga do piekła, wcale żyzny, dobry i wygodny. Wino rośnie jak u nas kapusta, a na drzewach wiszą jabłka złote i srebrne.
Na te właśnie słowa wszedł żyd i po cichu zawołał: Lagus!
Dziad, który siedząc na ziemi oparty o ławę, z zajęciem słuchał opowiadania, podjął się, aby zobaczyć, kto go woła, a ujrzawszy kampsora, dał mu znak ręką i wyszedł powoli ku niemu.
Oba oddalili się spiesznie potem od szyneczku pani Krzaczkowej i następująca zawiązała się między nimi rozmowa.
— Słuchaj Lagus, tyś nie zapomniał drogi do Węgier?...
— Ja? a jak chcieliście bym ją zapomniał, nie tak ci to dawno.
— Nie dawno, prawda, jakeście przeprowadzali cyganów, i kradzione konie tamtędy i złapany.
— Na co to przypominać, mój Rebe.
— A trzeba przypomnieć — dorzucił żyd — boś mnie winien.
— No, no, pamiętam.
— Otóż ja cię teraz sam chcę wysłać do Węgier.
— Z czem, z kim, po co? wy? Jużciż nie z kradzionym koniem?
— Lepiej, bo może z kradzionem dzieckiem.
— Hę? chrześcjańskiem?
— Chociaż mu ani życia, ani wiary odbierać nie myślę i ja go nie wysyłam, ja tylko pomagam.
Tu ruszył ramionami.
— Za pieniądze — rzekł Lagus.
— Rozumie się za pieniądze, i wy nie darmo pójdziecie także.
— Samo z siebie.
— Ja wam wskażę miejsce, w które go pod kwit oddacie, a wróciwszy, odbierzecie co wam za to należeć będzie.
— Cóż to za dziecko? — spytał Lagus.
— Tobie na co wiedzieć, dziecko, dosyć... Nie potrzebne tu... Tracić go nie chcą, to go wyszlą. Ot po wszystkiem.
— Powiedzcie mi jednak co to za dziecko, bo kto was wie, czy za to wisieć nie można, a mnie już nie chciało by się na starość.
— Nu... to i młodemu jeszcze gorzej się nie chce...
— Stary, woli spokojność — rzekł Lagus — już człowiekowi nie do Węgier chodzić, a lepiej pod kościołem leżeć z wyciągniętą ręką... Lada dzień nabiorą mi rany, com je sobie na nogach jaskrem porobił i wilczem łykiem, to dopiero sypią się jałmużny i bez Węgier. Jakież to dziecko, panie Rebe?
— Co wam o tem wiedzieć? Ja tobie na ręce oddam, a ty jak bywało konia poprowadzisz.
— Wiele jemu lat? — spytał Lagus patrząc w oczy żydowi.
— Nu dziecko... czternaście, piętnaście lat.
— I gada mi o dziecku! toć chłopiec?
— Chłopiec i dziecko, wszystko jedno.
— Dziecko na ręku poniesiesz, a takiego chłopca jak prowadzić?
— O! wa! za rękę, a choćby związawszy.
— Toć ludzie zobaczą.
— Jaki ty głupi Lagus — rzekł żyd odwracając się — on musi pójść z tobą po dobrej woli.
— No, to na cóż go prowadzić?
— On sam nie trafi — rzekł Hahngold śmiejąc się szydersko.
— A zechceż on pójść dobrowolnie?
— W tem ja... nauczę cię, co masz gadać.
— I jakaż za to zapłata?
— Zapłata? No, no... jak odprowadzisz, to się potargujemy.
Lagus głową pokiwał.
— Zapewne! Ty to taki mądry ze wszystkiem, ale ja nie ze wszystkiem głupi.
— Naprzód, czy ty się tego podejmiesz?
— Czemu nie, ale to jak dla jakiej zapłaty. Bo widzicie ja taki coś i siedząc na miejscu użebrzę, powtóre, com sobie nogi teraz pokaleczył, to trzeba do drogi pogoić, a potem powróciwszy kaleczyć znowu, nareszcie i praca i szelmostwo coś warto. To się dobrze potargować potrzeba i pieniądze na rękę.
— A kto mnie za ciebie zaręczy? — rzekł żyd.
— A mnie za ciebie kto? — odpowiedział Lagus.
— Co, to ty nie wiesz, kto ja taki i gdzie ja bywam i z kim mam do czynienia. Albo to ty mnie nie znasz?
— A kto ciebie zna i wie, ktoś ty taki?
Żyd splunął niecierpliwie.
Nastąpiła chwila milczenia.
— No, chcesz ty czy nie chcesz? — rzekł żyd.
— Chcę, ja ci mówię że chcę, ale tak jak powiedziałem, zgoda i pieniądze naprzód.
— Zobaczymy — zawołał Hahngold — i odszedł szybko.
Dziad postał chwilę na miejscu, pomyślał, popatrzył za żydem, potem nazad powrócił do szynkowni kiwając głową.
Agata, która z za węgła wysłuchała całej rozmowy kampsora z Lagusem, ani na chwilę nie wątpiła, że mowa była o Maćku sierocie. Zbladła ze strachu, chciała zaraz biedz do niego, ale nie wiedząc gdzie go szukać, musiała z rozpaczą w sercu pozostać. Siadła na ulicy i płakała.
Żyd tymczasem biegł do bursy, której seniorem był pan Pudłowski, tajemniczy ów człowiek, któregośmy na początku tej powieści widzieli. Sunął się po pod domostwy jak cień i o szarym zmroku, dopadł drzwi jego, jak zawsze zamkniętych na zamek. Nim pociągnął za kozią łapkę, kampsor obrócił się chcąc swawolących żaków popytać o seniora i pierwszy co mu wpadł w oko, był Maciek siedzący z książką w ręku na wschodach.
Żyd przysunął się chciwie do niego.
— A ja zawsze z wami spotykać się muszę.
— Prawda że to rzecz szczególna — odrzekł żak wracając oczy do książki — rzekłby kto że za mną gonicie.
— Ja? a tożby czemu — śmiejąc się zawołał niechętny Hahngold.
— Czemu? alboż ja wiem?
— To ja wiem — przerwał drugi żak nadchodzący — żydzi potrzebują krwi chrześcjańskiej na paschę i wybrali ciebie pewnie.
Maciek pobladł, Hahngold zaciął usta i zwrócił oczy iskrzące na mówiącego żaka, który się śmiał na całe gardło.
— Jest pan Pudłowski? — spytał żywo i nagle żyd.
— Spytajcie się koziej łapki, to wam powie.
— Wolę się waszmościów spytać.
— A my co wiemy? Jak się nauka skończy, mistrz leci i zamyka się, a gdzie jest i co robi, nikt go już potem nie wie! Spytajcie koziej łapki.
Żyd widocznie chciał coś jeszcze mówić do Maćka, ale na przekorę mu stał drugi żaczek, musiał więc mrucząc odejść. Po chwilce usłyszeli chłopcy siedzący na wschodach daleki głos dzwonka, potem odryglowanie drzwi, potem zamykanie ich znowu, potem nic już więcej.
— Otóż to tak zawsze — rzekł żaczek do Maćka, jak to paskudne żydzisko przyjdzie do mistrza, zawsze się na całe godziny zamykają z sobą. — Ludzie bardzo gadają o czarnoksięstwie, o jakichś tam djabelstwach. — Kto wie, to nie bez przyczyny! Za temi drzwiami do drugiej izby prowadzącemi nikt jeszcze z nas nie był, nikt nawet przez dziurkę nie zajrzał!
Maciek słuchał obojętnie uśmiechając się słów studenta, my tymczasem z Hahngoldem zajrzmy do pana Pudłowskiego.
Usłyszawszy dzwonek, mistrz wybiegł z drugiej izby, w której zawsze siedział i wedle zwyczaju spytał:
— Kto tam?
— Kampsor.
Prędko odryglowały się i otwarły drzwi, żyd się wcisnął i na nowo je zamknięto pilnie. — Ale jak wszystkich nie przyjął go pan Pudłowski w pierwszej izbie, w milczeniu wziął za rękę i powiódł do drugiej.
Ta druga była obszerniejsza od pierwszej, jak tamta sklepiona i naga, dwoje okien wychodziły z niej na dwie ulice. Bursa bowiem była domostwem narożnem. Jedno krzesło, jeden stół i rupiecie rozmaite zajmowały całą komnatę.
Ze sprzętów trudno było dojść, jakiego rodzaju zatrudnienie sprowadzało tu Pudłowskiego. Ani jednej książki nie było na stole, na krzesłach dwóch, na oknie. Natomiast ogromny tygiel, z jakąś massą zastygłą, mnóstwo patyków, kości, pierza, piór, podartych pargaminów, zawalały podłogę. Na ścianach wisiały wypchane ptaki, począwszy od orła do wróbla, wszystkie z rozpiętemi skrzydły. Na stole dwa bocianie skrzydła ucięte czerniały.
Mieszkanie to nie miało ani alchemicznego pieca, ani retort i bań, ani flasz, ani innych przyborów wielkiego dzieła. — Widać było, że gospodarz zajmował się jakąś tajemniczą sprawą, ale to pewna że nie robieniem złota, ani filozoficznego kamienia. — Ptasie skrzydła, ptaki i reszta sprzętu nie zdawały się też mieć związku z żadną gałęzią magii, a astrologicznych i kabalistycznych znaków nigdzie dostrzedz nie było można.
Gdy weszli, żyd tajemnie w brodzie i wąsach się uśmiechał, a potem odwracając do Pudłowskiego, który zdawał się czekać zapytania, rzekł:
— No, jak idzie?
— Jak idzie! Idzie, ale ciężko! Sam Pan Bóg wie ile mnie to pracy, bezsennych nocy, medytacji i życia kosztować będzie.
— Ale jak się zrobi?
— Jak się zrobi, Rebe Hahngold — zawołał Pudłowski chwytając i ściskając go za rękę silnie, wlepiając weń oczy rozżarzone, zapalone, ogniste, jak się to zrobi co myślę. — Ja jestem sławny nad sławnymi, mistrz nad mistrze, ja jestem jak Tubal-Kain co wynalazł...
Żyd wzruszył ramionami i przerwał Pudłowskiemu, oglądając się.
— Kiedyż się spodziewacie końca?
— Końca! — rzekł smutnie Pudłowski zwieszając głowę. — Alboż wiem! alboż przewidzieć mogę? może jutro, a może mi życia nie wystarczy. Życie w tę pracę wsiąka, jak woda w piasek. — Zdaje ci się że pracujesz, a skończywszy nie zostanie śladu roboty...
— I spodziewacie się?
— Gdybym się nie spodziewał, dawno bym wszystko porzucił, a jął się znów do wierszy łacińskich...
— Na czemże stanęliście?
— Jedno rozbieram, drugie buduję, sam nie wiem... Uważałem już budowę wszystkich skrzydeł ptasich jakie tylko dostać mogłem i zdaje mi się, że skrzydła dla człowieka zrobić by niezawodnie można. Struś wprawdzie lata ciężko, ale lata, a ptak Skała.
Żyd się przyśmiechnął.
— Nie wierzycie w Skałę? jest o nim przecie podanie ciągłe, pewne.
— Ale szpik kości ptasich?
— Co mi tam szpik, kości! Wszystko głupstwo! Dość na tem, że ptak z mięsa i kości złożony lata, człowiek więc latać musi i będzie... Trzeba mu tylko w proporcją większych skrzydeł niż ptakowi.
— A gdzież, siła aby niemi poruszył? — spytał żyd...
— Siła!... Siłę można sztucznie podwoić, potroić!
— No! czemuż skrzydeł nie robicie?
— Oddawna je robię...
— Aleście ich nie próbowali?
— Nie gotowe! Wszystko sam muszę robić... Wszystko! pierze skubać, pióra dobierać, lotki ciosać, układać, sprężyny wprawiać, życia mi nie wystarczy i na jedno skrzydło.
Żyd wciąż się uśmiechał, ale tak nieznacznie, że Pudłowski cały zajęty swoją myślą dostrzedz nie mógł uśmiechu. Owszem wierząc w to, że żyd dzieli jego przekonanie, coraz zapalczywiej tłumaczył mu postęp swojej dziwacznej pracy.
— Gdybym mógł dostać skrzydeł u Skały! A! dałbym połowę życia... Budowa ich objaśniła by mnie najlepiej o skrzydłach dla człowieka.
— Czemu nie wybierzecie się w drogę po nie? spytał Hahngold.
— Żartujesz Rabbi! ja żartów nie lubię, chodźmy ztąd, wy mnie nie pojmujecie.
I chciał drzwi odemknąć, gdy go żyd wziął za rękę.
— Posłuchaj mnie mistrzu — ja cię o coś chciałem pytać.
— No, o co?
— O jednego z twoich żaków.
Pudłowski splunął pogardliwie...
— O którego z tych błaznów?
— Kto się ostatni wpisał.
— Chodźmy do pierwszej izby, tam są matrykuły.
Weszli i mistrz zaryglowawszy drzwi, wyciągnął książkę, w której wyczytał imie Maćka Skowronka.
— Maciek Skowronek! Blady, blondyn, młody.
— Łacinnik dobry... uczy się wybornie.
— Nie wiecie co o jego rodzie i rodzicach?
— Sierota.
— Nie mówił co o sobie...
— Alboż bym go pytał?
— Zawołajcie go i popytajcie — ja będę w drugiej izbie.
— Tobie to do czego Hahngold?
— Co wam z tego, mnie to potrzebne... Ja wam dostanę skrzydeł strusich.
— Pewnie?
— Dostanę niezawodnie.
— Tylko mi nic w tamtej izbie nie ruszajcie! Na Boga, nie dotykajcie nawet, moglibyście zniszczyć pracę lat kilku zdmuchnięciem jednego piórka.
Żyd śmiejąc się skrył.
Pudłowski wysadził głowę za drzwi i począł wołać:
Heu! heu! studiosi! Jest tam kto?
Kilka piszczących głosków ozwały się.
— Zawołać mi Maćka Skowronka.
— Jest tutaj.
— Chodź sam do mnie.
Pudłowski kiwał niecierpliwie palcem, stukał nogą i wpuściwszy chłopię, zasiadł na krześle, wlepił w nie oczy, chrząknął i tak począł:
— Imie twoje... Maciek Skowronek?
— Tak jest.
— Zkąd rodem?
— Z Rusi.
— Dalej...
— Cóż dalej?...
— Rodzice, jakiego stanu, kondicji, żyjący czy zmarli, kto opiekun i blizki?
— Sierota, rodziców nie mam i nie pamiętam...
— Któż oni byli?
— Ubodzy ludzie... szlachta... z Rusi.
— Mianowicie?
Chłopiec się zająknął...
— Nie wiem.
— Gdzieś się wychował?
— Na łasce u ludzi.
— Ale gdzie?
— W Polesiu ruskiem.
Pudłowski tak się niecierpliwił tem badaniem, którego się podjął dla strusich skrzydeł, że obiema nogami tupał, zżymał się i rzucał.
— Masz kogo krewnych?
— Nikogo.
— Kto cię tu przysłał?
— Po śmierci księdza, który mnie uczył, sam poszedłem.
— Sam?
— Z aniołem stróżem.
Mistrz kiwnął głową poważnie.
— Powiedz-że mi co więcej o sobie?
— Cóż? chyba żem bardzo biedny.
— Masz siostry, braci?
— Nikogo.
— Idź-że sobie, a ucz się, będę o tobie pamiętać. A nie bądź ciekawy.
Maciek rzuciwszy mimowolnie okiem po izbie, dostrzegł czapki żydowskiej na krzesełku, zrozumiał wszystko, zimno mu się zrobiło, wyszedł drżący.
Ledwie drzwi się za nim zamknęły, Hahngold wcisnął się milczący, zamyślony.
— Słyszałeś?
— Słyszałem.
— Dowiedziałeś się czegoś chciał.
— Wszystkiego.
— A skrzydła strusie?
— Będą.
— Czem-że cię zajmuje ten sierota?
— Czem? Nic... tak! ciekawość!
— O! o!... myślicie żartować ze mnie — w tem coś jest.
— A co ma być?
— Tajemnica....
Hahngold ruszył ramionami i milczący pociągnął Pudłowskiego, który natychmiast poszedł zamknąć się w swojej pracowni.





VIII.
TARG O CZŁOWIEKA.

Przenieśmy się teraz do mieszkania znajomego nam już z poprzedzających rozdziałów powieści kampsora Hahngolda, który własny swój domek na Kazimierzu, w części miasta dla izraelitów wyznaczonej zajmował. Dworek jego otoczony do koła z ogrodem i przytykającemi domostwy razem, wysoką palissadą i w części murami nawet, miał wchód jedną tylko bramą na dolną uliczkę patrzący.
Brama sama tak rzadko się otwierała, że jej zawiasy pordzewiały, popaczyły się skrzydła. Furtka kuta, z wagą i ogromnym zamkiem, opatrzona zaporą wewnątrz, stanowiła wejście zwykłe... Minąwszy dziedzińczyk, był domek bez piętra nizki a długi, od frontu lichy, trochę porządniejszy od tyłu. Ganek na dwóch słupkach sparty, okrywał wchód do sieni i izb gospodarskich. Tu jednak nic nie zwiastowało ani majętniejszego izraelity, ani uczonego człowieka. Wszystko było prosto a nawet ubogo po żydowsku. Mosiężne szabaśniki wisiały od sufitów, proste ławki sosnowe służyły do siedzenia, a po kątach wznosiły się wysoko wysłane kotary za różno-barwnemi firankami, ze stosami poduszek i pierzyn. Minąwszy kilka podobnie urządzonych izdebek ciasnych i brudnych, natrafiało się dopiero na kute drzwi, do pracowni Hahngolda wiodące. Za te drzwi nikt już z domowych nie wchodził, ani żona, ani dzieci kampsora, a z odwiedzających ci tylko, których on sam wezwał. Dwie obszerne sklepione izby, z których jedna w pół ciemna, składały to tajemne schronienie.
I tu było ubogo, ale za widocznem opuszczeniem i zaniedbaniem, przeglądało skąpstwo, dawał się czuć gdzieś ukryty dostatek. Stół osłoniony starym zdartym dywanem, okryty księgami, papierem, zarzucony był astrologicznemi karty, kabalistycznemi znakami na pargaminach, narzędziami, które alchemika zdradzały.
Nigdzie jednak nawet w drugiej izbie nie było pieca, retort i porządnego przyboru pracujących około wielkiego dzieła, bo Hahngold namiętnie oddając się alchemji, nigdy jednak swoim kosztem i u siebie w domu prób nie czynił. — Wyczytawszy co nowego w księgach, szedł do znajomych adeptów hermetycznych tajni i tam próbował, materjałami i narzędziami cudzemi. Tu więc w domu urywkowe tylko, pojedyńcze recipiens’y, retorty i flaszki z precipitatami, zdradzały alchemika.
Więcej nad to było śladów kabały hebrejskiej, rachunków astrologicznych bałamutnych, horoskopów i niezrozumiałych jakichś wykreśleń. Na ścianach nie było tych ciekawości upodobanych mędrcom dawnych czasów, ani skór wężowych, ani wypchanego krokodyla, ani mumij, ani kości trupich, których zresztą żyd bez narażenia się u swoich współwyznawców na imie niedowiarka, chować by nie mógł.
Natomiast wisiały szuby, suknie różne, broń bogata, pasy i t. p. w zastaw zapewne wzięte fanty... Druga izba w pół ciemna pełna była kufrów, skrzyń, odzienia, pudeł, pudełek.
Tak prozaicznie wcale wyglądał ten tajnik Hahngolda... Nic w niem dla pochwalenia się, nic dla wygody własnej... Łóżko twarde i wązkie, krzesło z którego powychodziły włosy, na którem porozpadała się skóra, lichtarz mosiężny, dzban cynowy i drugi porcelanowy z pokryciem miedzianem. Okna zakratowane ledwie przepuszczały światło, zamykały je wewnątrz jeszcze okiennice kute i grube, widoku z nich żadnego, powietrza mało, światło smutne.
A jednak nigdzie lepiej, nigdzie milej i wygodniej nie przesiadywał Hahngold jak u siebie, zatopiony w medytacjach nad tajniami talmudu i kabały chaldejskiej, nie zważał na to co go otaczało.
A nie był to jeden z tych mędrców izraelskich, co dla nauki zapominają o świecie i tracą wszelką władzę praktycznego prowadzenia się. Hahngold i pracował po swojemu w księgach i ruszał się na świecie. Wszędzie go było pełno. Niemal wszystkich znał profesorów akademji, zachodził do królewskiego zamku, włóczył się po pałacach, pisał horoskopy, przepowiadał z ręki, wróżył z liter przypadkiem otwartej księgi, smażył w tyglu mniemane złoto, a oprócz tego pożyczał pieniądze na zastawy, na lichwę, podejmował się szpiegostw i najrozmaitszych spraw, byle mu one wypłacały czas stracony. — Niczem nie gardził co tylko zysk przynieść mogło. Magazyny obok jego domu będące zawierały mnóstwo kosztownych towarów, które od kupców brał zastawą. Wszystko tam znalazłeś, począwszy od zboża, aż do złota i pereł.
Następujący dzień miał się już ku zachodowi, gdy znajoma nam Agata, zmęczona i zbladła ze znużenia, pukała do fórty kampsora. Dwa ogromne psy ozwały się z łańcuchów naszczekując, a żydówka wybiegła odsunąć okienko i spojrzeć na przybywającego.
— Czego tam chcecie — spytała — tu jałmużny nie dają... Idźcie sobie.
— Ja nie po jałmużnę przychodzę — odezwała się kobieta — ale za ważną sprawą, powiedzcie Hahngoldowi, że tu idzie o to dziecko, o którem mówił Lagusowi.
Kobieta ruszyła ramionami i odeszła.
Długo musiała czekać Agata, nim jej fórtę otworzono, nareszcie pisnęły wrzeciądze i wpuszczono ją na podwórze.
Hahngold w czarnym żupanie gładził brodę na ganku. — Spojrzał, brwi namarszczył i pokiwał głową, niecierpliwym ruchem ręki przesunął jarmułkę i splunął.
— Lagus cię przysłał?
— Nie... ale potrzebuję z wami pomówić na osobności.
— Któż cię przysłał?
— Samam przyszła.
— Za czem?
— Pomówim na osobności.
— Mówcie — mówcie, co tam chcecie, ja czasu nie mam.
— Słyszałam waszą wczorajszą rozmowę z Lagusem...
— I cóż? — spytał żyd obojętnie, wykrzywiając gębę wzgardliwie.
— Wiem o kogo wam idzie, i kto was namówił na to.
— I cóż? — tak samo powtórzył żyd.
— Mogła bym was wydać i oskarżyć...
Hahngold zaśmiał się na głos, plunął kilka razy i zawołał na służącą.
— Czekajcie, czekajcie, to nie koniec — dodała Agata.
— I cóż? — znowu po swojemu dodał żyd.
— Wiele wam za stracenie dziecka obiecano?
— Co wam do tego?
— I bardzo! ja wam w dwójnasób obiecuję jeśli tego nie uczynicie, a pomożecie nam.
— Komu?
— Temu dziecięciu.
Hahngold ramionami ruszył.
— Żebraczka, baba z pod kościoła! — dodał.
— Tak, tak! ale nie ja wam obiecuję, a matka. Ty wiesz, on ma matkę.
— Ona zginęła.
— Ona nie zginęła, żyje... jest tu i wkrótce...
Żyd pilniej począł się przysłuchiwać, sam nie wiedział, wierzyć czy nie wierzyć, śmiać się, czy umawiać. Z jednej strony pędziła go chęć zysku, z drugiej lękał się oszukaństwa, osoba wybrana do poselstwa go dziwiła. Ale wkrótce począł rozumować, że zmyślona żebraczka umyślnie strój taki dla niepoznania przybrała. Ta myśl niespokoić go poczęła.
— Ale majątki nie w waszym ręku — rzekł po cichu — co wy możecie.
— Wiecie albo nie, że matka zna dobrze króla pana, bo się na dworze królowej starej chowała. Król jej majętności zagrabione oddać przymusi, ona do króla wprost udała się... On tu wkrótce przybędzie... Mamy dowody na księcia, mamy je w ręku...
Żyd począł się niespokoić.
— Co tu gadać — rzekł — ja tak nic nie mogę prędko robić, przyjdźcie jutro, przynieście pieniędzy, jak najwięcej pieniędzy, inaczej nie uwierzę.
Wskazał na fórtę, kiwnął głową i zabierał się wchodzić do domu, gdy u fórty właśnie stukać znowu poczęto, wybiegła sługa, Hahngold zatrzymał się w ganku.
Agata nie okazując po sobie pomięszania w milczeniu odeszła. — Dopełniła co zamierzyła, resztę polecając Bogu.
Nowy przybyły, był mężczyzna małego wzrostu, blondyn, nie wykwintnie ale z cudzoziemska ubrany. Biała kresa otaczała twarz rumianą, kręcącemi się puklami włosów ocienioną, na nim zielona aksamitna krótka suknia z ozdobami takiegoż atłasu, płaszczyk czarny na ramieniu, kapelusik z piórem czarnem, szpada stercząca u boku na szarfie haftowanej złotem, na nogach trzewiki z zielonemi wypustki i puklami wstążek, takiegoż koloru. Zatrzymał się u fórtki, a ujrzawszy żyda pozdrowił go żartobliwym:
Szulim lachem.
Doszedłszy ganku podał rękę kampsorowi uśmiechając się, poprawił włosy i siadając na ławce, spytał:
— A cóż?
— Jeszcze nic — rzekł żyd obojętnie — i zdaje się że na niczem nawet skończy.
— Jakto?
— Trudniej to niż się wam zdaje.
— Trudno! trudno! Chcesz chyba co utargować więcej Rebe. — Ale to trzeba mówić od razu, a nie szukać trudności, których nie ma.
Żyd po swojemu wzgardliwie ruszył ramionami i wskazał na wychodzącą z podwórza żebraczkę.
— Cóż to ma za związek?
— Ona także w tym interesie przychodziła...
— Kto?
— Ta kobieta.
— Ta kobieta! — I nieznajomy powstał z ławki żywo. — Od kogo?
— Od matki.
— Matka nie żyje.
— Żyje — odpowiedział żyd zimno.
Niespokojność zielono ubranego jegomości wzrastała, chociaż ją pokryć usiłował i przybierając postawę żartobliwą, dodał:
— Żartujecie sobie ze mnie... Gdzież ona jest?
— Udała się do króla.
Nieznajomy pobladł.
— Kto wam to mówił?
— Kto? co nam do tego, kiedy nie wierzycie.
— Ale to być nie może.
— Nu... to i dobrze.
— A nasza umowa?
— Co to za umowa?
— Myślicie ją zrywać, żywo spytał zielono ubrany.
— Ona się sama zerwała — odpowiedział żyd.
— Więc dobrze. — I powstał z ławki, a twarz mu się zarumieniła. — Znajdziem kogo innego na wasze miejsce.
— I owszem.
Nieznajomy straszył odejściem swojem żyda, ale widać było, że i sam nie rad odchodził. Żyd stał zimny i nieporuszony.
— Cóż będzie?
— Cóż chcecie żeby było?
— Stoi umowa, czy nie? Słowo i koniec.
— Ja nie chcę się w to mieszać. Sprawa już u króla.
— Kto wam nabił głowę temi baśniami... Wy chcecie więcej pieniędzy?... Dodam więc.
— Dodajcie w dwójnasób a będzie jeszcze za mało, rzekł żyd.
— W dwójnasób — zawołał nieznajomy niecierpliwie...
— Ja z drugiej strony będę miał więcej.
— Z jakiej drugiej strony, kiedy jej nie ma... Matka nie żyje.
— Ona żyje. Ona przyjechała do Tykocina.
— To być nie może.
— Zobaczycie.
— Jakieś oszustwo.
— Wszak król ją zna dobrze, on osądzi.
Przybyły z niecierpliwości targnął kapelusz, zżymał się, klął po cichu i palce zagryzłszy, stanął zadumawszy się mimo woli, pomimo że udawać chciał obojętność.
— Ale na wszystko można znaleźć radę — dorzucił Hahngold.
— Zapewne — mruknął nieznajomy — zawsze jest jakaś rada.
— Dziecko można jeszcze zawczasu uprzątnąć, nim król do Krakowa przyjedzie.
— Wszakżeśmy o to się umówili.
— Umówili prawda, ale ja myślałem, że to łatwo przyjdzie, a to i bardzo trudno. Jego strzegą.
— Kto go strzeże?
— Kto? Niewidomi, nieznajomi ludzie. Jakieś kobiety, jacyś szlachta co nad nim czuwają nieustannie.
— To niepojęta! zgrzytając zębami przerwał przybyły, którego twarz rumiana zmieniła się w pąsową, a rubaszny wyraz twarzy ustąpił gniewliwemu.
— Pieniędzy! — szepnął żyd — a dziś się wszystko skończy...
— Wiele?
— Dwa razy tyle cośmy się umówili.
— Dwa razy... oszalałeś! ja nie mam nawet tyle i chyba...
— To na cóż nam darmo gadać? Bądźcie zdrowi...
— Czekaj, czekaj... ostatnie słowo... dam dwa razy tyle, i dziś, dziś dziecka w Krakowie nie będzie?
— Nie będzie — rzekł żyd.
— Słowo?
— Słowo i ręka... a pieniądze.
— Dam w zastaw klejnoty.
— Gdzie one są?
Nieznajomy zdawał się namyślać, wahać, niespokoić, a nareszcie dodał:
— Jak zobaczę, że wy swego dopełnicie ja je oddam.
— Hm! — wzgardliwie rzekł żyd — a kto za was ręczy?
— Szlacheckie słowo!
— Ten co się o takie rzeczy jak wy umawia, nie może dać szlacheckiego słowa.
Nieznajomy zapłonił się, zżymnął.
— Do stu kaduków — zakrzyczał — a kto mi zaręczy za was? Hahngold.
— Co to jest? nie krzyczcie tak! dajcie mnie pokój... Ja i was i waszej wiary nie chcę... Bądźcie zdrowi.
— Gdybym nawet oddał wam pieniądze, czy klejnoty, wyście gotowi mi znowu powiedzieć jutro o nowych trudnościach i więcej wymagać.
— To być może — rzekł żyd spokojnie.
— Więc cóż?
— Dobranoc i po wszystkiem, bo już późno.
— Czekaj... ja ztąd tak nie odejdę... wyście mnie zawiedli, ja...
— Nu... co?
— Ja się mścić będę! — zakrzyczał rwać za rękaw żyda nieznajomy.
Hahngold rozśmiał się.
— A to jak? — spytał szydersko.
To mówiąc zmarszczył brwi, splunął, odwrócił się tyłem i porzucił nieznajomego na ganku. Służąca poszła mu fórtę otworzyć. Zmierzchło już zupełnie gdy zielono ubrany posłaniec wyskoczył szybko na ulicę, z oznakami najżywszej niecierpliwości.
Hahngold wyjrzał za nim i uśmiechnął się mówiąc do siebie:
— Jutro przyjdzie.





Przypisy

  1. Łaźnia Beanów.
  2. Beanus jest zwierzę, nie znające życia szkolnego.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.