Dekabryści/Część pierwsza/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Dmitrij Mereżkowski
Tytuł Dekabryści
Podtytuł powieść
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Druk Drukarnia „Czasu“
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Barbara Beaupré
Tytuł orygin. 14 декабря
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
D. M. Mereżkowski - Dekabryści - ornament.png
ROZDZIAŁ I.

— Kochać ziemię grzech! Niebieskie rzeczy kochać trzeba, a ja nie mogę i nad wszystko w świecie kocham Czeremuszki. Wpierw nie wiedziałam, że je tak strasznie lubię, póki tam mieszkałam; a teraz, gdyśmy wyjechały, rozkochałam się i roztęskniłam na śmierć.
— Kochacie wioskę waszą, jakby była żywą, Maryo Pawłowno!
— Tak właśnie, jakby była żywą. Wybiegnę, bywało, do gaju pomiędzy brzozki młode, smukłe, proste, jak te woskowe świeczki; kora na nich miękka, ciepła, rozgrzana od słońca, całkiem jak żywa! Obejmę bywało, przytulę, całuję, pieszczę, siostrzyczko ty moja, serdeczna, miła, rodzona!
W zimnym poblasku błękitnawego mroku, który wpadał ledwie już, majacząc przez okna karetki, książę Waleryan Michałowicz Golicyn, patrzył w miłą twarzyczkę dzieweczki, myśląc: »Samaś ty, jak brzózka wiosenna«.
Marya Pawłówna Pałyczewa wyglądała na jedną z typowych wiejskich panienek, o których powiedziano:

»Dzieli rozrywki i wczasy
Między klawikord i krosna«.

Ubrana była podług modnego żurnalu, w luźną workowatą salopkę, z ciemno-zielonego grodeturu, odziedziczonego po babce; na głowie miała kratkowaną kapotkę z różowemi wstążkami. Bujny, czarny warkocz spleciony jak biczyk, zostawiał jednak po obu stronach twarzy zwieszające się pukle loków. W uszach staroświeckie kolczyki z granatów, prawdopodobnie także dar babki.
Wychowana starannie, mówiła po francusku; nie mniej przeto, twarzyczkę miała taką, jak wiejska dziewczyna, co siedzi na przyźbie w sukni żółtej w czerwone grochy i śmieje się do chłopców, gryząc słoneczniki. Nie kocha może jeszcze nikogo, lecz już owiana tchnieniem miłości, jak rozkwiecony bezwonną świeżością rosy poranek i czują to wszyscy, co patrzą na nią; dozorcy stacyjni, rogatkowi inwalidzi, rozpojeni herbatą brzuchaci kupcy — i czerwoni jak burak woźnice, każdy z nich patrząc na nią, pomyśleć musi.
— Ot! Co za śliczna dziewczyna!
W drodze z Wasylkowa do Petersburga książę Golicyn zatrzymał się w Moskwie dla porozumienia się z członkiem tajnego stowarzyszenia Puszczynem, który służył w naczelnym departamencie moskiewskiego sądu okręgowego, a mieszkał u ciotki swej, staroświeckiej damy, w osobnym domku, przy ulicy starej Koniusznej. Tu także zatrzymała się w przejeździe do Petersburga, daleka krewna Puszczyna, ziemianka z Sierpuchowskiego powiatu, Nina Lwowna Pałyczewa, z dziewiętnastoletnią córką Maryą. Na prośbę Puszczyna Golicyn podjął się towarzyszyć tym paniom w drodze do stolicy. W owym czasie świeżo właśnie kursować zaczął pomiędzy Moskwą a Petersburgiem pocztowy dyliżans, niskie długie pudło, obciągnięte skórą, z dwoma oknami od przodu i od tyłu. Leżeć nie można było w tym wozie; czworo ludzi przedzielonych przegródką, siadywało plecami do siebie, patrząc dwoje wprzód, dwoje na tyły gościńca, a że dawniejsze pojazdy zimowe, przeznaczone były do leżenia, więc w przeciwieństwie do nich furmani przezwali nowomodne dyliżanse, »nieleżańcami«. W takim to nieleżańsie podróżował książę Golicyn z dwiema damami i towarzysząca im garderobiana. Pani Pałyczewa pochodząca z zamożnej rodziny, przywykła była podróżować na modłę szlachecką, własnymi końmi z kapliczką, czeladzią, kuchnią i pościelą; dyliżansów pocztowych bała się, jako niesłychanego nowatorstwa, rada też była nadarzającemu się towarzyszowi podróży. Opowiedziała mu natychmiast historyę całego swego życia.
Wychowała się w Smolnym i prosto prawie z instytutu, wyszła za swego męża, z którym przeżyła 25 lat, jak u pana Boga za piecem. Paweł Pawłowicz Pałyczew, służył w wojsku i za włoską kampanię pod Suwarowem, otrzymał stopień podporucznika. Raniony w 1812, wystąpił z wojska w randze podpułkownika. Był to człowiek wielkiego rozumu i nawet literat, artykuły jego drukowane były w syońskim Wiestniku. Przyjaźnił się z Łabzinem, a gdy tamtego zesłano na wygnanie za wolnomyślność, omal że los podobny nie spotkał także i Pawła Pałyczewa. Prześladowano go, bo kochał prawdę, złych ludzi nie oszczędzał, urzędniczych łapowników i tyranów ziemian. — Samemu archirejowi dowodził, że nie powinno być wyzysku, pańszczyzny, panów i niewolników. Własnych chłopów uwolnić chciał, ale władze nie pozwoliły. Farmazonem go przezwano, bezbożnikiem i burzycielem. Gubernator chciał go do turmy wsadzić. Od tych wszystkich przykrości Paweł Pawłowicz rozchorował się i wkrótce potem umarł.
Nina Lwowna została sama, samiuteńka z małą córeczką. Troje dzieci pochowała za życia jeszcze męża, Maryńka była ostatnia. Interesa majątkowe poplątały się. Przez wielką dobroć nieboszczyka i brak zrozumienia dla jego szlachetnych uczuć, chłopi, »chamskie nasienie«, całkiem się rozwydrzyli, połowa zbiegła, reszta pije, nikt płacić nie chce, ani podusznego, ani wykupu. Ona sama nie może sobie dać rady z gospodarstwem. Znajome sąsiadki przezywają ją białorączką, bo nie bije ludzi po twarzy, a one mówią, że to dlatego, że się boi dłoń osmolić dotykając chłopstwa. Majątek zastawiony w radzie opiekuńczej na 25.000, a nie ma czem płacić procentów, gotowi sprzedać z publicznego targu, a wtedy w świat trzeba iść.
Ale Bóg łaskawy zlitował się nad sierotami i zesłał dobrego człowieka. Przyjechał do krewnych w Sierpuchowskie radca stanu, Porfiry Mikołajewicz Akwitonow (służy w departamencie zewnętrznego handlu). Zobaczył Maryńkę na balu w powiecie i tak się zachwycił, że w kilka dni później oświadczył się.
Człowiek niemłody, lat już ma po za 50, ale szanowny, gruntowny, prześliczne ma poważanie u przełożonych, a za Maryńką szaleje. Jeśli, powiada, uszczęśliwicie mnie zezwoleniem waszem, niczego nie pożałuję dla szczęścia waszej córki. Dymisyę wezmę, gospodarstwem się zajmę w Czeremuszkach, interesa wasze uporządkuję. Maryńka nie odmówiła, lecz prosiła o zwłokę, a i Nina Lwowna córki nie przynagla. Sama rozumie, że to jeszcze młode, miłości by chciało, serdecznych uczuć, a Porfiry Mikołajewicz nie para dla niej, na ojcaby się prędzej nadawał. Tak upłynął rok, na tych namysłach; aż list nadszedł od pana Akwitonowa, który prosił z największym szacunkiem, by o losie jego zawyrokować. I prosił, aby jeśli jest choć mała nadzieja, przyjechać do Petersburga dla osobistego spotkania. Nina Lwowna zresztą musiałaby i tak przyjechać dla spraw majątkowych, dla terminów opłaty, bo gotowi jeszcze ziemię opisać.
Jest także jeszcze jedna nadzieja pomocy od babki, Natalii Kiryłówny Rzewskiej. Bogata staruszka, ale skąpa i uparta. Ułożyła sobie, że Nina Lwowna przedać powinna ziemię i przyjechać do niej na mieszkanie do Petersburga, inaczej powiada, złamanego grosza odemnie nie dostaniecie. Ale Maryńka o tem i słyszeć nie chce, lepiej już, mówi, pójdę za Akwitonowa a z Czeremuszek nie wyjadę. Ta się urodziłam, tu i umrę.
Kończąc opowiadanie Nina Lwowna zapłakała. Chwaliła niby konkurenta, lecz córki jej było żal.
Golicyn siadywał w swojej przegródce w nocy z Pałaszką, a w dzień z Niną Lwowną. Ale na trzeci dzień, pani Pałyczewa dostała bolu głowy, aby więc mogła wypocząć wpół leżąc, przesadzono Pałaszkę na kozioł do furmana, a Marya Pawłowna usiadła obok Golicyna.
Nieleżaniec wlókł się jak żółw. Sanna nie ustaliła się jeszcze, śniegu było mało, płozy sań, sunęły prawie po gołych kamieniach, pudło dyliżansu podrygiwało, za przegródką słychać było senny oddech Niny Lwownej. Dzwonek pobrzękiwał usypiająco. Błękitnawe oświetlenie wieczornego pół mroku, zmętniałe przez okna zamarzłe, podobne było oświetleniu, jakie się widuje we śnie. Zdawało się też obojgu, Maryńce i Golicynowi, że śnią jakiś sen bezpamiętnie dawny, a nieraz widziany.
— A mnie wciąż wydaje się, Maryo Pawłówno, żeśmy się już gdzieś kiedyś widzieli, tylko nie wiem kiedy; mówił Golicyn nie przestając wpatrywać się w miłą twarzyczkę dziewczęcia.
— Mnie także... zaczęła ona, lecz nie skończyła.
— No co?
— Nie! nic, głupstwo, odrzuciła rumieniąc się. Wogóle czerwieniła się łatwo i mocno jak mała dziewczynka, a wtedy stawała się jeszcze milsza. Odwróciła się do okna i wodzić zaczęła po zamarzłych na szybie arabeskach, cienkim różowym paluszkiem. Spoglądała na Golicyna ukradkowo lecz badawczo, a twarz jego mieniła się jej dziwnie w oczach, jak gdyby dwoiła. Raz było to oblicze chude, posępne i surowe z niedobrą zmarszczką, dokoła ust wiecznie urągliwych z przygniatająco mądrem i ciężkiem spojrzeniem oczu, przebłyskującem z poza ślepych szkieł okularów. Maryńka wogóle nie lubiła okularów, zdaniem jej tylko staruszkowie, lub uczeni Niemcy, mogą je nosić. Słowem twarz dziwna i prawie straszna. Ta znów była to twarz prosta, miła, prawie dziecięca, a tylko żałośnie smutna, aż się jej serce ściskało, jakby przeczuwając, że człowiekowi temu grozi jakaś bieda, jakby śmiertelne niebezpieczeństwo. A wszystko było jakieś ciemne i mętne, jakby odczute przez sen.
— A wie pan? że się was trochę boję przemówiła, spoglądając znów na niego ukradkowo i badawczo, może się tak lubicie wyśmiewać, jak Iwan Iwanowicz.
— Puszczyn! przedobry człowiek i nie trzeba się go bać, a mnie także nie — odrzekł Golicyn.
— Pan także dobry?
— A wy jak myślicie Maryńko! Przepraszam, Maryo Pawłówna.
— Nie szkodzi! Wszyscy mi mówią Maryńko! Nawet nie lubię, jak mi kto mówi Maryo Pawłówna.
Spojrzała mu prosto w oczy i uśmiechnęła się, on także. Uśmiechali się do siebie i czuli oboje, że ten uśmiech zbliża ich i że zbliżenie to wzrasta — niepohamowane, radosne razem i smętne, jakby po długiej rozłące przypominali sobie i poznawali się na nowo. Nagle ona odwróciła się, poczerwieniała znów i pochyliła głowę, ale z pod długich spuszczonych rzęs, Golicyn podchwycił przebłysk wstydliwej pieszczoty, nie dla niego być może przeznaczonej, mniejsza dla kogo, może dla wszystkich, jak promień słoneczny, który pieści wszystko, na czem spocznie.
— Już niech mi książę daruje — mówiła — nie podnosząc jeszcze oczu, ale jestem strasznie dzika. Zawsze sama i sama byłam w moich Czeremuszkach, więc i zdziczałam; oduczyłam się z ludźmi mówić, wszystkiego się boję.
— Nie należy bać się ludzi Maryńko, bo to ich psuje.
— Ja też nie ludzi boję się, a sama nie wiem czego. W Czeremuszkach nikogo się nie bałam, byłam odważna, ale odkąd wyjechałam, wszystko takie cudze, straszne. Jak byłam mała, niania bywało ułoży mnie, przeżegna, zasunie firanki. »Spij dzieciątko, mówi, śpij z Bogiem«, »a kotka koteczka ładna kołyseczka«, a nie otwieraj oczek i nie wyglądaj za firanki, bo pod łóżeczkiem leży straszne licho, które cię weźmie. A potem, gdy podrosłam, myślałam nieraz, że nie tylko pod łóżeczkiem siedzi licho; ono jest wszędzie.
— A wy się o niego nie ocierajcie, to i ono was nie tknie.
— Jak tu nie otrzeć się?
— Niby pani nie wie?
— Nie wiem! Naprawdę nie wiem, powtarzała, kręcąc główką, powoli i jakby z rozmysłem, przyczem kołysały się lekko loki, wiszące po obu stronach twarzy. W tej chwili dyliżans podskoczył na zamarzłej grudzie, a twarze ich zbliżyły się tak, że loki jej musnęły mu policzek, jakby paląc pocałunkiem.
— A jeśli pan wie, to proszę powiedzieć.
— Nie wolno mi.
— Dla czego?
— Bo każdy człowiek sam powinien poznać i pani się kiedyś dowie.
— Kiedy?
— Jak się pani zakocha.
— O! Miłość! — mówiła — kręcąc znów głową z niedowierzaniem, a przecież mówią, że dziś wcale miłości niema, a tylko zdrada i oszustwo.
— Któż to mówi?
— Wszyscy.
Le plus charmant amour.
Est celui qui commence et finit en un jour.
Puszczyn nawet mówił mi to onegdaj, i ciotka także. »Ach Maryńko! mówiła, ty jeszcze nie wiesz, co za ptaszek ta miłość, jak przyleci, tak odleci, i babunia to samo«.
— A ileż pani ma tych ciotek i babek?
— Och! bardzo dużo.
— I wszystkim pani wierzy?
Maryńka miała zwyczaj powtarzać co dwa słowa: »No tak, oczywiście«, a mówiła to tak wdzięcznie, że Golicyn czekał tych słów, które też wyrzekła:
— No tak! oczywiście, jak tu nie wierzyć starszym. Ja sama głupiutka jeszcze jestem, muszę wierzyć rozumnym ludziom. Ja cała składam się z cuduych słów, niby suknia zeszyta z różnych szmatek.
— Ale pod tą suknią, ktoś się tai? — uśmiechnął się.
— A no! proszę zgadnąć, odparła, rzucając mz znów z pod spuszczonych rzęs spojrzenie i ten sam słoneczny promyk, co zda się upieszcza wszystko, na co padnie.
Umilkła i westchnęła, a twarzyczka jej spoważniała nie dziecinną refleksyą.
— Takie to jest życie, rzekła po chwili, miłość uleci, a licho zostanie, bo ono skrzydeł nie ma, a pełznie jak ten robak, albo jak duży obrzydliwy pająk.
Oboje zamilkli i poczuli znów, że milczenie to zbliża ich, że zbliżenie wzrasta, potęguje się niepohamowanie.
— A no! dobrze! — rzekł wreszcie Golicyn, niech że sobie babunie i ciocie mówią, co się im podoba, ale dlaczego wy sama Maryńko, chcielibyście, żeby miłość uleciała?
— A no! oczywiście, że nie! ja lubię kochać mocno, nie potrafię potrochę. Nie lubię, żeby płaszcz spadał z jednego ramienia, nosić go muszę mocno na obu.
— Tak! Maryńko! tak! — potwierdził Golicyn, spoglądając na nią, jakby na koniec przypomniał sobie, poznał. »A więc taka ty jesteś«.
— Jaka pani dobra! — przemówił już innym, cichym głosem.
— Ot dopiero znalazł dobrą! Niech pan mamy spyta, jaka ja jestem nieznośna dziewczyna, zła, uparta.
— Posłuchajcie Maryńko, czy można pomówić z wami tak poprostu.
— A no oczywiście, ja lubię tylko poprostu, wszelkich ceremonii nie cierpię.
— A więc Maryo Pawłówno, zaczął, lecz wnet urwał — i jak wprzód Maryńka, odwrócił się, poczerwieniał i przechylił głowę. Ona patrzyła na niego ciekawie.
— Niech pani nie wychodzi za mąż za pana Akwitonowa, — przemówił z nagłą determinacyą.
— A to znowu dlaczego?
— Dlatego, że go pani nie kocha.
— Jakto nie kocham? Skoro jest narzeczonym, więc widocznie kocham.
— Nie! nie kocha go pani i on jest dla pani »licho«.
— Go za niedorzeczność! Człowiek miły, dobry, porządny, szanowny dać może szczęście prawdziwe każdej dziewczynie. Wszyscy tak mówią, mama, ciocie, babunia.
— Mimo to nie wychodźcie za niego.
— A cóż to was obchodzi? Ot, jaki dziwak! Jak pan śmie zresztą! Powinnabym się gniewać, a taka jestem niemądra, że nie umiem.
— Darujcie! już nie będę, tylko się proszę nie gniewać, moja ty miła, dobra, śliczna dzieweczko.
Zamilkł, spoglądając na nią ukradkiem, ona odwróciła się znów do okna i chuchać poczęła na zamarzłą szybę, przyłożywszy dłonie do ust. Skoro wychuchała kółko, zaczęła coś kreślić na niem, wodząc paluszkiem.
— Popatrzcie oto W. pierwsza litera imienia waszej narzeczonej.
— Jakiej narzeczonej?
— A waszej; cóż się pan przedemną zapiera. Mówił mi Puszczyn, że pan ma w Petersburgu prześliczną narzeczoną, której imię zaczyna się na W. Pewnie Wasylisa. To bardzo ładnie się składa. Waleryan i Wasylisa, z jednej litery oba imiona.
Rozśmiała się dźwięcznie i niby wesoło, lecz oczy miała smutne.
— Dlaczegóż W.? A! tak; przypomniał sobie Golicyn »wolność« jak w owym wierszu:

Czekamy, tchnący nadzieją
Wolności świętej zarania,
Jak czeka młodzian stęskniony
Słodkiego z lubą spotkania.

— A wiecie książę! może to i nie tak — rzekła i przestała się śmiać, patrząc na Golicyna poważnie, prawie surowo.
— Co nie tak?
— Co do miłości, nie miłość-to wybawić może od licha...
— A cóż innego?
— Nie wiem, nie umiem powiedzieć; przypomniały mi się wiersze, które tatuś nieboszczyk lubił powtarzać:

Korząc się sercem wierzyć trzeba
I w cierpliwości czekać końca.

Powiedziała to cicho, ale z taką siłą, że Golicyn spojrzał na nią zdziwiony. Tylko co była dzieckiem, a oto już kobieta...
W tej chwili dyliżans, zjeżdżając z pagórka, przechylił się w bok i omal nie przewrócił. Marynka krzyknęła i chwyciła się ręką za poręcz siedzenia, przytem niechcący położyła dłoń na ręce Golicyna, chciała cofnąć, ale on nie puścił.
— Marie — zabrzmiał z poza przegródki rozespany głos Niny Lwownej. Marynka słyszała, ale się nie odezwała. Przykucnęli oboje jak para rozfiglowanych dzieciaków.
— A u pani jest muszka nad okiem, szepnął żartobliwie Golicyn.
— Nie muszka, a znamię rodzinne, odszepnęła Marynka. — Jak byłam mała, dzieci dokuczały mi: »U Marynki czarne ziarko, Marynka jest poczwarką«.
Pochylił się ku niej bardzo blisko, a ona się odsunęła.
— Serdeczna ty, miła! powtarzał tak cicho, że mogłaby nie słyszeć, gdyby nie chciała.
Marie! ou es tu donc mon enfant, pytała Nina Lwowna zupełnie już rozbudzonym głosem.
— Tu mamusiu! zaraz.... a ot i stacya.
Dyliżans zatrzymał się, zamajaczały czerwone światła i ruchome cienie w oknach. Marynka wstała.
— Nie odchodź! szepnął Golicyn.
— Nie można! Mama się będzie gniewać.
Trzymał jeszcze jej rękę, którą podniósł do ust i całował w dłoń ciepłą, świeżą, mięką, jak płatki kwiatu, rozgrzane od słońca.
Na noc Pałaszka zeszła z kozła i siedziała obok Golicyna; lecz nazajutrz w dzień powróciła znów Marynka.
Nina Lwowna przestała robić ceremonie i pozwoliła córce siedzieć z Golicynem, ile się jej podobało, lecz czy to dlatego, że matka nie spała i mogła słyszeć, czy z innego powodu, Maryńka zamknęła się w sobie i nastroszyła tak, że rozmowa szła jakoś niezręcznie i była bez znaczenia. Ona opowiadała o swem życiu w Czeremuszkach, o rzeczach zwykłych i powszednich, ale wiało od nich coś swojskiego, znanego, jak słowa miłej bajki.
W końcu lipowej alei, gdzie gawronie gniazda, nad urwistym brzegiem małej rzeczki Kaszyrki, stoi altanka dziaduniowa, z napisem na froncie: »Tu znajdziecie spokój«. W tej altance Maryńka czytywała Tajemnice Udolfa pani Radckliff i Cierpienie rodziny Ortenbergów Kotzebuego. Lubiła wogóle czytywać rzeczy smutne i uczuciowe. A w zimie, gdy wieczór nadchodził i błękitnawy mrok wpadał przez zamarznięte szyby, mięszając się z czerwonem światełkiem lampki przed obrazem w maminej sypialni, kuzynka Adela śpiewała przy klawikordzie stare piosenki takie głupie i czułe, n. p.:

Dźwięk ponury fortepianu,
Wypowiada żałość moją,

albo też

Przyszła już w godzin smętnej pogoni,
Chwila rozstania na kres daleki.
Jak tez nie ronić, nie łamać dłoni,
Skoro się może żegnam na wieki.

Marynka, słuchając takich pieśni, płakała. Wierzyła w różne wróżby i przepowiednie, dobre i złe omeny, których nauczyła ją stara niania Piotrówna. Nie przestąpi naprzykład nigdy nitki, leżącej na podłodze, ani kółka odciśniętego na piasku. Wie, że gdy się w piecu pali, a z ognia iskry lecą, to znaczy, że przyjadą goście, a jeśli kogut pieje o niezwykłej porze trzeba go prędko zdjąć z żerdzi i dotknąć łapy; jeśli ciepłe, to przyjdą nowiny, zimne wróżą nieboszczyka. Była w Czeremuszkach klucznica, gospodyni lepsza od mamy; ogórki solić umiała, jak nikt inny w powiecie i roboty śliczne umiała, prawdziwa artystka. Raz np. nastrzygli wełny białej tej najcieńszej, która u owiec znajduje się na piersiach i na podgardlu, i przywieźli do dworu; Pelagia to uprzędła, bo prześlicznie umiała prząść i wysnuła białą cieniutką nić; ale, że w deseniach utkanych potrzebne są kolory w cień, więc sama ufarbowała doskonale i wyszedł z tego bardzo ładny dywanik.
— Pani tak umyślnie Marynka? — zagadnął wreszcie Golicyn?
— Co umyślnie?
— Ja pani o miłości, a pani o solonych ogórkach i farbowaniu wełny...
Nic nie odrzekła, tylko zacięła usteczka i położyła na nich palec, kiwając głową w stronę mamy, jakby mieli już z sobą jakąś wspólną tajemnicę. O czemkolwiek zresztą mówili, każde słowo wyrzeczone miało dla nich inne ukryte znaczenie. Czasem milkli oboje, wpatrując się w siebie z radosnem zdumieniem, jakby po długiej rozłące przyszło dla nich błogie spotkanie i znowu czuli, że zbliżają się i lgną ku sobie mimowoli i że coś się zawiązuje pomiędzy niemi i nie może być wstrzymane. Ona bała się go jeszcze trochę i trochę nie wierzyła, ale skoro rzucała mu z pod rzęs spuszczonych promienne spojrzenie, wiedział już, że pieszczota wzroku jej nie idzie już ku wnzystkim, jak wczoraj lecz wyłącznie ku niemu.
— Co ja robię? — myślał — po co zakłócam spokój biednej dziewczynie.
Opamiętywał się na chwilę, lecz potem zapominali oboje o wszystkiem, upajając się tchnieniem miłości, którem owiana była miła dzieweczka, jak bez rozkwiecony wonną świeżością rosy.
— Najlepiejbyś zrobił żeniąc się z Marynką — mówił Puszczyn do Golicyna, który przypomniał sobie teraz tę radę przyjaciela, choć ją wtedy uważał jako żart.
— Damy może głowę pod topór, a ty Puszczyn mówisz o miłości — rzekł wtedy.
— A choćby — odpowiedział Puszczyn — milej będzie umierać, jeśli kto po nas zapłacze.
Radził żenić się z Marynką, żeby ją wybawić od starego Akwitonowa, dusigrosza i wyzyskiwacza. On sam też myślał z przykrością o tem małżeństwie, bo patrząc na motylka, zaplątanego w pajęczej sieci, każdyby chciał wyzwolić go od strasznego pająka; ale jakże to zrobić? W Petersburgu nie o Marynce mu myśleć, czeka go tam spisek, powstanie, obalenie cara, oswobodzenie ojczyzny. A może jednak losy państwa i narodu nie ważą więcej na szali sądów bożych od losu jednej duszy ludzkiej.
Co było przyczyną ich spotkania? prosty przypadek, czy przeznaczenie? Jeśli tylko przypadek, to skąd to uczucie jakby wznowienia rzeczy bezpamiętnie dawnych i swojskich, powtórnie wracających. A jeśli przeznaczenie, skąd w nim ta wiara, że mógłby ją pokochać. I cóż mu zresztą z tego snu o ostatniej radości życia. Przecież musi się z życiem pożegnać. Był jak wędrowiec w pustyni, co uciekając od dzikiego zwierza, wpadł do studni, zawisł na sęku i rwie maliny z pobliskiego krzaka i niesie je do ust, zapominając o przepaści.
Patrząc na te liczka takie świeże, żywe, pomyśleć jednak musiał o innych; o bladej martwej twarzyczce w oświetleniu dziennych świec, o szesnastoletniej oblubienicy w trumnie we wianeczku i białej sukni, smukłej, szczupłej, wydłużonej jak lecąca strzała — Zofii Naryszkinie...

Nie pytaj miły! jaką odeszłam drogą,
Ni kędy dziś nowy mi płonie świt.
Wszak wzięłam już co ziemskie dni dać mogą,
Kochałam, żyłam, gdym ziemski wiodła byt.
Spełniło się. Że ziszczą się nadzieje,
Bez lęku wierz. Nic serca nie omami.
Więc i ja z miejsc, gdzie nowa światłość dnieje.
Znam piękno świata, na którym żyłam z wami,
O miły, wierz! co wielkie nie zmarnieje.
Bądź silny, trwaj, nie doznasz i tu zdrady —

Jak nie zdradzi go ona i on jej nie zdradzi, tej pierwszej i ostatniej miłości nie zdradzi jej, choćby nawet polubił Marynkę. Obie one razem ziemska i niebieska kochanka. jak niebo i ziemia, co stykają się na krańcach widnokręgu — Zofia i Marynka.
Na trzeci dzień zrana, dyliżans dojeżdżał już do Petersburga. Gdy mijali ostatnią stacyę Puszkowo, powiało od morza ciepłem, zamarzłe okno wozu odtajało, zapociło się, a po przez spływające krople ukazała się równina posępna, śnieżna, usiana błotnymi kopcami, które wyglądały, jak mogiłki olbrzymiego cmentarza, a na samym krańcu równiny, czerniły się, jak kropki pierwsze domy Petersburga.
— No! bądźcie zdrów książę — przemówiła Marynka — za chwilę przyjedziemy, ja do konkurenta, wy do narzeczonej, a wspomni pan czasem o mnie?
On milcząc, wziął ją za rękę i pocałował tak samo, jak pierwej w dłoń, świeżą, mięką, ciepłą, jak rozwarty kielich kwiatu, rozgrzany od słońca.
— Przyjdzie pan do nas w Petersburgu?
— Przyjdę.
— A jeżeli narzeczona nie pozwoli?
— Nie mam żadnej narzeczonej.
— Prawda to?
— Prawda.
— Słowo honoru?
— Słowo. A wy Marynko macie narzeczonego?
— Niewiem, może mam, może nie.
I znowu uśmiechnęli się do siebie i milcząc wyznawali... »Mógłbym cię pokochać«, mówił jej głębokiem spojrzeniem. »I ja także«, odpowiadała mu oczyma.
— Marie! Cóż ty tam? Pora zbierać się — zabrzmiał gderliwie głos Niny Lwownej. — Pałaszka, gdzie pasport? — Gdzie go zapodziała ta nieznośna dziewczyna.
Po obu stronach pokazały się długie płoty, ogrody, lepianki, sklepiki, dworki podmiejskie. Wreszcie dyliżans zatrzymał się przed małym domkiem o żółtych ścianach, obryzganych jeszcze od letniego błota, z dwukolorowemi budkami po obu stronach rogatki. Drzwiczki dyliżansu otwarły się i okazała się w nich twarz inwalidy. Oficer dyżurny przejrzał papiery i rozkazał strażnikowi podnieść szlaban; nieleżaniec przejechał pod nim i znalazł się na ulicach Petersburga.


ROZDZIAŁ II.

Skoro dnia 27 listopada dowiedziano się w Petersburga o śmierci cesarza Aleksandra I, zaległa stolicę niezwykła cisza; wszystko umilkło i zamarło tając niejako dech w sobie. Teatry zamknięto, orkiestry przestały grywać przy zmianie warty. Panie włożyły żałobę, w cerkwiach odprawiano panichidy, trwożny i żałosny jęk dzwonów rozlegał się nad miastem od rana do wieczora.
Rosya złożyła przysięgę Konstantemu I, podpisywano ukazy jego imieniem, w mennicy tłoczono ruble z jego wizerunkiem, w cerkwiach odmawiano za niego modlitwy błagalne. Spodziewano się lada dzień jego przyjazdu, lecz on nie przybywał i po mieście zaczęły krążyć różne pogłoski; jedni twierdzili, że wyrzekł się tronu, inni, że go przyjął, prawdy jednak nikt nie znał. Dla uspokojenia umysłów rozpowszechniono wiadomość, że cesarzowa matka otrzymała od jego książęcej mości list, w którym zapowiadał swój przyjazd, to znów, że wielki książę Michał wyjechał już na jego spotkanie, lecz obie te pogłosaki były zmyślone. Kuryerzy latali z Petersburga do Warszawy, z Warszawy do Petersburga, bracia wymieniali z sobą wiele listów, lecz żadna decyzya nie zapadła.
— Czas by już zakończyć te uprzejmości — szemrali dygnitarze.
— Kiedyż wreszcie dowiemy się, kto jest naszym monarchą, niecierpliwiła się cesarzowa Marya Fiedorówna.
— Na tronie naszym króluje trumna, szeptali z ubolewaniem lojalni poddani.
Nazajutrz po przysiędze, w oknach magazynów na Newskim prospekcie, wystawiono portrety nowego cesarza. Ludzie kupili się przy tych wizerunkach. Na portretach cesarz był szpetny, a w naturze jeszcze bardziej. Nos zapadły jak u Pawła I., duże wyłupiaste niebieskie oczy, brwi prawie białe, nastrzępione kosmykami i takież prawie włosy w nasadzie nosa, w chwilach gniewu, jeżyły się szczeciniasto. Ręce długie po kolana jak u małpy, robiły wrażenie, że mógłby chodzić na czterech łapach... Wogóle podobnym był do olbrzymiej małpy, przypominającej człowieka. Przypominano sobie słowa o nim babki, cesarzowej Katarzyny, która skarżąc się na niego mówiła. »Na ulicy nawet zachowuje się tak nieprzyzwoicie, że czekam tylko kiedy go zbiją; nie rozumiem skąd wziął się w nim taki podły sankiulotyzm, poniżający go wobec wszystkich«.
Listy swoje do nauczyciela Francuza Laharpa podpisywał l’ âne Constantin. Nie był jednak wcale głupi, a tylko udawał wybornie durnia, aby go zostawiono w spokoju, i nie podsuwano mu korony. »Despotyczny wicher« — mówili o nim bliscy. Raz na rewii koń jego spłoszył się, wyjął wtedy szablę i tak go zaczął okładać, że zwierzę omal nie zdechło. Ten koń to będzie Rosya, mówiono potem, a on szalonym jeźdźcem.
Spodziewano się wszakże, że może odrzuci koronę z przyrodzonego do niej wstrętu.
— Zaduszą mnie jak zadusili ojca — powiadał. Znam ja was kanalie, znam! teraz krzyczycie hura, a gdy mnie powloką na miejsce stracenia, i krzykną czy zgoda? wrzeszczyć będziecie z wszystkich sił: zgoda!
Opowiadano, że gdy przeczytał manifest o swem wstąpieniu na tron, zrobiło mu się słabo i kazał sobie krew puścić.
— Poco oni werbują mnie na to carowanie, powtarzał; sami nawarzyli piwa, niech je chłepczą.
Skoro dowiedziano się o tem wszystkiem w Petersburgu, ludzie zaniepokoili s;ę.
— Nie wolno igrać z ustawowem następstwem tronu jak z prywatną własnością — mówili jedni.
— Dlaczego nie wolno? — odpowiadali drudzy. U nas w Rosyi wszystko można. Tchórze jesteśmy i niech nam tylko zagrożą hauptwachą, ukorzymy się.
— Komu też dostaną się barany? — zakładali się dowcipnisie.
— Jakie barany?
— A my; czyż nie gonią nas od jednej przysięgi do drugiej jak stado baranów.
Rozważano, kto będzie lepszy: Konstanty czy Mikołaj?
Cesarz Paweł I mianował pięciomiesięcznego chłopaczka, Mikołaja, szefem leibgwardyi konnego pułku i dał mu rangę jenerał lejtnanta. Malec bił w bębenek, zanim się chodzić nauczył i machał dziecinną szabelką, a gdy podrósł, wyskakiwał z łóżeczka w nocy, aby postać pod bronią w służbowej postawie; nie chciał nigdy słyszeć o innych zabawkach prócz żołnierzy.
Wychowawca wielkich książąt »diadia«, Lamsdorf, bił chłopców kolbą po głowie, że niemal odchodzili od przytomności. Niech go Bóg sądzi za to biedne wychowanie, jakie nam dał, mawiał potem sam car Mikołaj. Nie sposobił się nigdy do następstwa tronu i do lat dwudziestu nie miał żadnych służbowych zajęć; jedyną łączność jego ze światem stanowiły poczekalnie dworskie i biura sekretaryatu. »Wściekły jak Paweł a zawzięty jak Aleksander« mawiano o nim, prawda, że mądry, ale ten jego rozum budził gorsze jeszcze obawy; im mędrszy tem gorszy. Przyswoił sobie ostatecznie pruskie prawo wojskowe i wogóle był to Niemiec; przeczuwano, że za wstąpieniem jego na tron Niemcy zaleją Rosyę, która i tak już była przez nich zawojowana. Konstanty »zwierz« a Mikołaj »maszyna«. Kto lepszy, maszyna czy zwierz?


ROZDZIAŁ III.

W sali zimowego pałacu, położonej pomiędzy pokojami adjutantury, a tymczasowym apartamentem wielkiego księcia Mikołaja, ciemno było o godzinie ósmej z rana, całkiem, jak w nocy. Wysokie okna ziały nieprzejrzaną czarnością — jakaś mgła czarno-żółta, przenikliwa, jak gryzący dym sączyć się zdawała poprzez okna i ściany. Woskowe świece, osadzone w masywnych kandelabrach, płonęły przyćmionem światłem na długim stole, pokrytym zielonem suknem, oświecając środek tylko sali, której kąty tonęły w mroku. Z mroku tego wynurzały się wizyjnie dwa portrety: Katarzyny drugiej i Aleksandra pierwszego i zdawało się, że babka i wnuk porozumiewają się tajemniczo, mrugając do siebie z zagadkowo drwiącym uśmiechem.
Starzy dygnitarze w jedwabnych pończochach i trzewikach, w mundurach, haftowanych złotem, błąkali się po sali, jak nikłe cienie, zbliżali się do siebie, szeptali i znów rozchodzili, a w najciemniejszym kącie sali siedzieli nieruchomo, jak trzy martwe posągi, trzej jakby z trumny powstali nieboszczycy, siedemdziesięcioletni minister spraw wewnętrznych Łańskoj, ośmdziesięcioletni minister oświecenia Szyszkow i nieśmiertelny, zda się, jenerał Arakczejew. Pierwszy to raz od czasu zabójstwa swej faworyty Anastazji Mikołajównej pokazał się na dworze.
— Śmierć dziewki — mówiono o nim — odjęła mu, zda się, zdolność zajmowania się sprawami publicznemi, a śmierć Aleksandra ożywiła go na nowo.
Wszyscy wiedzieli, że z Warszawy przybył kuryer z ostateczną odmową Konstantego i że dziś jeszcze podpisany być musi manifest o wstąpieniu na tron cesarza Mikołaja I. Lada moment oczekiwano wejścia księcia Aleksandra Mikołajewicza Golicyna z manifestem, przepisanym na czysto i za każdem skrzypnięciem drzwi oglądano się, czy to nie on.
Przy kominku stał, grzejąc się przy ogniu, wysoki, przystojny, miłej powierzchowności starzec, o podłużnych, delikatnych rysach, twarzy bladej, z dwoma bolesnemi zmarszczkami dokoła ust, wyrażających melancholię i wrażliwość. Był to Mikołaj Karamzin, cichy, jesienny, wieczorny człowiek. Chory był wciąż w tych dniach. »Nerwy mam — mówił — zupełnie rozbite, czuję się słaby, jak dziecko«. Zgnębiony był śmiercią cesarza Aleksandra, jak stratą najlepszego, umiłowanego przyjaciela, zgryzła go również obojętność wszystkich dla tej śmierci.
— Wszyscy myślą o sobie, nikt o Rosyi.
Wszystko drażniło go, raniło, dotykało, chciało mu się wciąż płakać bez przyczyny; czuł się starym, biednym, rozbitym, całkiem, jak jego »Biedna Liza«[1].
Mikołaj polecił mu pierwotnie zredagowanie manifestu o swem wstąpieniu na tron, lecz później projektu nie przyjął. Nie podobały mu się słowa »Skoro Rosya żyje w pomyślności, jaką daje powszechna swoboda praw obywatelskich i spokój czystych serc“. Karamzin zmienił to zdanie, lecz poprawka nie znalazła uznania i polecono napisanie manifestu Sperańskiemu.
Karamzin zgryzł się, lecz nie przestał bywać u dworu, aby mówić o przyczynach powszechnego niedomagania i środkach uszczęśliwienia ojczyzny. — Mówił, lecz nikt go nie słuchał, tak, że wreszcie zamilkł i odszedł!
— Skończone, skończone życie moje, pora umierać — i śmiał się i płakał na przemiany nad biedną, starą Lizą.
I teraz, stojąc obok kominka, spoglądał zdala na wszystko z zadumaną troską.
— Patrzę na wszystko — mawiał — jak na grę ruchomych cieni. Obok niego szeptali dwaj starzy dygnitarze.
— Mam nadzieję, że nie utracimy was jeszcze — pytał jeden.
— Bóg raczy wiedzieć, co teraz będzie — odpowiadał drugi, ruszając ramionami. Onegdaj po wieczerzy ugaszczał nas Piotr Piotrowicz szampanem, mówiąc: »Pijmy, póki można!« Nie wiadomo, czy jutro żyć będziemy.
— Cóż tak zawsze zadumany Wasza Ekscelencyo? — rzekł, podchodząc do Karamzina starszy szambelan Aleksy Lwowicz Naryszkin, człowiek zasypany wprost złotem i brylantami, o twarzy wysoce dostojnej, a nie znaczącej i sztucznym uśmiechu starego wielmoży z czasów carowej Katarzyny.
Wesołek to był i żartowniś wtedy nawet, gdy innym było nie do żartów.
— Nie ja jeden a cała Rosya — zaczął Karamzin.
— No! Rosyę zostawmy na boku — uśmiechnął się Naryszkin. — Onegdaj w czasie panichidy na placu przed cerkwią dokazywać zaczęli dorożkarze. Posłano do nich, by ich uśmierzyć z przestrogą, że nie godzi się oddawać swawoli, gdy wszyscy opłakują nieboszczyka. A oni na to: poco go — powiadają — opłakiwać? Można i tak cześć oddać za to, że tyle czasu żył, bo widzicie go, mało to lat carował?! Oto macie Rosyę!
Blada twarz Karamzina zapłoniła się.
— Spodziewam się — rzekł — że znajdą się jeszcze w Rosyi ludzie, zdolni zapłacić należny dług wdzięczności...
— Cóż znowu mój miły! Eto dzisiaj długi płaci? Co do mnie, dopiero na łożu śmierci powiem:
C’ est la prémiêre dette que je paie a la nature — rozśmiał się Naryszkin.
— Coście tu powyrabiali! — krzyczał zły karlik o mordce Kałmuka, minister sprawiedliwości Łobanow-Rostowskij, karcąc siwego szczura Olenina, pełniącego funkcye sekretarza stanu. — Pomięszaliście całkiem papiery. No! Chyba Die ma u was cara w głowie[2].
— Co on mówi o carze? — pytał niedosłyszawszy książę Łopuchin, prezes rady stanu i komitetu ministrów, kawaler wielkiego krzyża maltańskiego, starzec wysoki, strojny, pokaźny, ubielony, uróżowany, ze wstawioną szczęką i uśmiechem satyra. Głuchy już był trochę, a w ostatnich dniach skutkiem nawału wrażeń, głuchota ta wzrosła jeszcze.
— Mówi, że Olenin niema cara w głowie — krzyknął mu Naryszkin w ucho — a wy co myśleliście?
— Myślałem, że mówi, iż nie ma cara w Rosyi.
— Bo też go i niema — uśmiechnął się Naryszkin — i wiecie panowie co jest zdumiewające, że chociaż już blisko miesiąc żyjemy bez cara, wszystko mimo to idzie z tym samym ładem, a raczej z tym samym bezładem co i wpierw.
— Wszystko robią na opak, grają jak w piłkę — krzyczał dalej Łobanow.
— W jaką piłkę? — dopytywał Łopuchin.
— No o tem nie można krzyczyć w ucho — zauważył Naryszkin, a potem zapytał szeptem Karamzina.
— A wy słyszeliście o piłce?
— Nie! nie słyszałem.
Pendant quinse jours, on jone la couronne de Russie au ballon, en se la renvoyant mutuellement. Tak raczył wczoraj zażartować francuski poseł Laferroniére. Żarcik ten omal, że nie wejdzie do historyi.
Łopuchin nastawił ucha, usłyszawszy nazwisko Laferroniére, dorozumiał się widocznie o co chodzi i zaśmiał się, odsłaniając szereg równych białych zębów swej sztucznej szczęki, od której oddech jego miał zapach nieboszczyka.
— Jakże wasz reumatyzm Mikołaju Michajłowiczu — przemówił słodko miodowym głosem blisko sześćdziesięcioletni mężczyzna, z dwoma kosmykami siwych włosów dokoła łysawej głowy, z twarzą niezwykle zadziwiająco mlecznobiałą i wielkiemi niebieskiemi oczyma, obracającemi się dziwnie powoli z wyrazem błogiej słodyczy. Wzrok konającego cielęcia, powiedział o nim ktoś. Był to Michał Michajłowicz Speranskij.
— A mnie hemoroidy całkiem zamęczą — dodał nie czekając odpowiedzi, i wyjął z tabakierki szczyptę lafermy wsuwając ją do nosa dwoma długimi cienkimi palcami i ocierając ślady wątpliwej czystości jedwabną, czerwoną chustką. Byłbym ja zuch, mawiał o sobie, gdybym nie zażywał tabaki.
— I cóż? wasza wielmożność, czy gotów już manifest? — zapytał Karamzin, chcąc umyślnie zaznaczyć, że niechowa urazy.
Speranski obrócił na niego swoje leniwe oczy i uśmiechnął się cienkim uśmieszkiem.
— Nie mówcie mi o tem, mam już tu, ten manifest — odparł ukazując ręką na gardło. — Jak tu objaśnić rzeczy nie do objaśnienia, jak wyłożyć ludowi te familijne ceregiele; Konstanty zrzeka się na rzecz Mikołaja, Mikołaj na rzecz Konstantyna. Ani z doma, ani do domu.
— A cóż było robić?
— Nie otwierać testamentu i piwa nie warzyć.
— Zlekceważyć wolę zmarłego?
— Umarli woli nie mają.
— Niedobre to słowa wasza wielmożność.
— Lepsze niedobre słowa, niż niedobre czyny. Nie wolno igrać z ustawowem następstwem tronu. Jeśli nieboszczyk cesarz, kochał choć trochę swoją ojczyznę, która dała mu w 1812 roku tyle dowodów oddania, to jak mógł narażać w ten sposób Rosyę. Zresztą co o tem mówić? ostatnie dziesięć lat jego panowania przechodzą wszystko, cośmy kiedy słyszeli o żelaznym wieku. A może zresztą, wszystko to idzie ku dobremu, jak to lubicie powtarzać.
Karamzin milczał. W duszy zbierały mu się łzy obrazy za przyjaciela, brata najmilszego. Z trudem tylko panował nad sobą. Oparty o marmur kominka, spuścił głowę i zakrył oczy ręką.
— Czy się nie dobrze czubcie — spytał go Sperański.
— Tak! głowa mnie trochę boli, prawdopodobnie z nerwów, nerwy mam dziwnie rozbite.
— Jak wszyscy dziś, prawdopodobnie od słoty — odparł Sperański — a czy wiecie, jaki najlepszy środek na nerwy. Milefolja z gorzkim rumiankiem.
— Milefolja! Milefolja — powtórzył z bolesnym uśmiechem Karamzin, bo było coś w stulistnej słodyczy tego wyrazu, co uwięzło mu w gardle jak kamyk nie do przełknięcia. I zdało ma się, że ten cały Sperański, ze swą białą jak mleko twarzą i blado niebieskiemi oczyma konającego cielęcia sam istną jest milefolją.
— Tak, wszystko idzie ku lepszemu, choć nie w rozumieniu dzisiejszego świata — rzekł z cichym uśmiechem. — Jest Bóg nad nami, bądźmy więc spokojni.
— Macie słuszność Mikołaju Michajłowiczu bądźmy spokojni — uśmiechnął się Sperańskij. — Ja zawsze mówię Dei providentia et hominum, confusione Ruthenia ducitur.
— Co? co mówicie?
— Mówię że boską opieką i ludzką głupotą utrzymuje się Rosya.
Karamzin znów zakrył oczy ręką i znów chciało mu się śmiać i płakać razem.
— Dobrzy my obaj jesteśmy — myślał — w chwili, gdy rozstrzygają się losy ojczyzny, prawodawca rosyjski nie znajduje w sobie nic prócz śmiechu, a historyk rosyjski nic prócz łez. Skończone! Wszystko skończone, pora umierać. Stara biedna Lizo.
Otworzyły się w tej chwili drzwi od jenerał adjutantury i wszyscy ku nim spojrzeli, a ze drzwi wytoczył się z ogromnym portfelem pod pachą mały, tłusty, okrągły, jak zając, książę Aleksander Golicyn.
— No cóż? czy gotów manifest? — obstąpili go wszyscy?
— Jaki manifest? — przyczaił się jakby nierozumiejąc.
— Nie zapierajcie się wasza światłość, całe miasto wie.
— Na miłość Boga panowie! tajemnica stanu.
— Nie zdradzimy jej na pewno, a tylko powiedzcie czy gotów?
— Gotów. Zaraz będzie podpisany.
— Bogu dzięki! — westchnęli z ulgą.
W ciemnym kącie poruszyły się trzy nikłe cienie, Arakczejew przeżegnał się pomału.
Z przeciwnej strony sali otworzyły się drzwi drugie, wiodące do tymczasowych apartamentów wielkiego księcia Mikołaja Pawłowicza i wyszedł z nich jenerał adiutant Benkendorf, dzwoniąc ostrogami. Wybiegł lekko, zwinnie, prześlizgując się na posadzce, jak po lodzie, tak polotnie, jakby miał skrzydła u nóg i rąk, jak bożek Merkury, gładki, czysty, wymyty, wygolony, błyszczący, jak świeżo wybita moneta, młody wśród starych, żywy wśród martwych. Patrząc na niego wszyscy pojęli, że stare się kończy, a nowe zaczyna.
Świtało wreszcie, świtał pierwszy dzień nowego panowania, straszny, ciemny, nocny dzień. Szarzały już czarne okna a i twarze ludzkie pokrywały się jakąś trupią szarością. I zdało się, że rozwieją się za chwilę, rozprószą jak dym, unicestwią trzy nikłe cienie, siedzące pod ścianą i nie zostanie po nich śladu.


ROZDZIAŁ IV.

Sztabs-kapitan lejb-gwardyi szlacheckiej roty, Romanow III Czmok. Tak podpisywał się żartem w listach do przyjaciół i na wojskowych rozkazach wielki książę Mikołaj. W młodości tak samo przemawiał do siebie, patrząc w zwierciadło, gdy był sam w pokoju.
W ciemny poranek 13 grudnia, siedząc przed stolikiem do golenia i patrząc w lustro, stojące pomiędzy dwiema woskowemi świecami, Mikołaj wpatrując się w swe odbicie, wygłosił zwykłą przemowę.
— Sztabs-kapitanie Romanow III, najniższe pozdrowienie waszej cześci; Czmok!
I chciał dodać jeszcze Zuch! lecz nie wyrzekł tego słowa, myśląc: »Jak wychudł, jak pobladł biedny Niks; biedny mały! pauvre diable! je deviens transparent«...
Wogóle był zadowolony ze swej powierzchowności. Apollo belwederski, nazywały go damy. Wciąż jeszcze, pomimo 27 lat, szczupły i smukły, jak młodzieniaszek. Długi, cienki, giętki, jak trzcina; twarz wąska, cała w profilu, rysy niezwykle regularne, lecz nieruchome, zastygłe.
— Termometr opada o kilka stopni, gdy wchodzi do pokoju — powiedział o nim ktoś.
Cienkie nieco wijące się włosy ryżawej barwy i takież baczki na zapadłych policzkach. Dość głęboko osadzone, duże, ciemne oczy, ruchliwe w spojrzeniu, nos lekko garbaty, czoło w tył podane, jakby ścięte i dolna szczęka silnie wysunięta; wyraz twarzy, jakby był wiecznie nie w humorze, zagniewany, lub jakby go co bolało. »Apollo belwederski, cierpiący na zęby«, nazwała go kiedyś cesarzowa Elżbieta Aleksiejewna. Przypomniał sobie ten żarcik cesarzowej, patrząc na swe pochmurne oblicze i przypomniał sobie także, że go w istocie całą noc ząb bolał i spać mu nie dawał. Ot i teraz (spróbował palcem) dokucza jeszcze, byle się tylko fluksya nie wytworzyła; jak tu wstępować na tron z twarzą opuchłą. Rozzłościł się bardziej jeszcze tem przypuszczeniem.
— Ileż razy mówiłem ci, durniu, żebyś jak należy mydło rozrabiał, brzytwa tępa, woda wystygła — zżymał się na jenerał-adjutanta, Włodzimierza Fedorycza Adlerberga, zwanego pokrótce Fedoryczem, który służył mu za kamerdynera.
Fedorycz zakrzątnął się, milcząc, był on smagły, tłusty, miękki jak wata, z pozoru ograniczony, w istocie roztropny i żwawy.
— No! jakże Szasza spał? — spytał po chwili Mikołaj, cokolwiek udobruchany.
— Książę następca spał dobrze, lecz od rano płakać zaczął za Aniczkinowskim pałacem i za konikami.
— Za jakimi konikami?
— Drewniane koniki, które zostawił w Aniczkinowskim.
Nie o zabawki on płacze, a nad ojcem nieszczęsnym, przeczuwając widocznie biedę — pomyślał Mikołaj.
— Gdzie raczy obiadować wasza cesarska wysokość? — zapytał Adlerberg.
— W Aniczkinowskim Fioderycz ostatni raz — westchnął Mikołaj.
Wspomniał, jak marzył niekiedy, że przejdzie do życia prywatnego, oddając się wyłącznie rodzinnym radościom.
— Jeśli kto cię zapyta, w jakim zakątku ziemi gości prawdziwe szczęście, poszlij go do Aniczkinowskiego raju — mawiał do przyjaciela swego Benkendorfa, z odcieniem sentymentu, który odziedziczył po matce swej, cesarzowej Maryi Fiodorownie.
Po śmierci brata cesarza Aleksandra, przyjechał z Aniczkinowskiego do zimowego pałacu i żył tu w ścisłem odosobnieniu, jak pod aresztem, uważając za niewłaściwe pokazywać się teraz publicznie. Urządził tu sobie gabinet, sypialnię i bibliotekę w jednej z komnat dawnych apartamentów króla pruskiego. Gabinet ten znajdował się w pobliżu sali posiedzeń Rady państwa i łączył się z nią za pośrednictwem ciemnego korytarza. Rozłożył się tu jak na biwaku.
Pokój był kolisty bez kątów. Ustawiono w nim wązkie łóżko obozowe, równolegle do oszklonej szafy z książkami, na łóżku skórzany materac, wypchany sianem (do tak spartańskiego posłania przyzwyczaiła go babka cesarzowa Katarzyna). Na podłodze otwarty kufer podróżny, z nierozpakowaną bielizną i odzieżą. Jedyny przedmiot zbytku stanowiło dnie lustro trumeau w ramach z czerwonego drzewa; obok lustra na półeczkach, grzebienie, szczotki, flakon perfum parfum do la cour, obok broń rozłożona na osobnej podstawie, pistolety, szable, szpady i kornel pistonowy.
Ukończywszy golenie, zdjął z siebie starą służbową szynel, używaną w miejsce szlafroka i wdział mundur jeneralaki Izmaiłowskiego półku, ciemnozielony z czerwonem podbiciem i złotym haftem, wyobrażającym dębowe liście. Stojąc przed zwierciadłem, ubierał się długo, powoli, starannie, jak młoda piękna panna, na swój pierwszy bal. Oglądał się, poprawiał, okładał każdą fałdkę z pomocą Adlerberga, obciągał, zapinał się na wszystkie guziki i pętelki. W mundurze stał się jeszcze wyższy, smuklejszy, strojniejszy, z piersią podaną wprzód i talią wciętą, jak u młodego kaprala pruskiego, gotującego się na poczdamską paradę.
Fiodorycz, ukończywszy swe usługi, wyszedł z komnaty, a wtedy Mikołaj osunął się na kolana przed obrazem. Przeżegnał się kilkakrotnie z pośpiechem krótkimi znakami krzyża i bił pokłony, dotykając czołem podłogi. Odmówił wszystkie przepisane modlitwy i próbował dodać jeszcze coś od siebie na dzisiejszy trudny dzień, ale nic nie wymyślił; własnych słów mu brakło. Wierzył w Boga, lecz ilekroć pomyślał o nim, przedstawiała mu się czarna pustka, z czemś srogiem, chmurnem i milczącem, zupełnie jak car Paweł mawiał o dyscyplinie rosyjskiej armii.
— Rób co chcesz, wołaj i proś, nikt ci się nie odezwie i nie odpowie.
Wstał z klęczek i usiadł na krześle, czuł się chory, rozbity; źle spał w nocy i miał przykry sen. Niby wyrósł mu nagle duży, krzywy ząb; babka radziła wyrwać, on bał się i uciekał, płacząc, a tu diadia Lamsdorf goni go z wielką rózgą i już, już ma go prawie i chce go wysiec. A w tem Lamsdorf nie jest już Lamsdorfem, a bratem Konstantym, a on ucieka od niego i rzuca się w objęcia starej niani, Angielki mis Lajon, wie bowiem, że rózgi nie ujdzie, a niania bądź co bądź, wysiecze go mniej boleśnie, niż Lamsdorf. A wtem niania już nie jest sobą a kim innym, kim nie pamięta; wie tylko, że sen skończył się przeobrzydle.
— Sen to nie próżny! — pomyślał.
Nie darmo bał się zawsze brata Konstantego, jakby przeczuwając, że mu biedy przysporzy; nie darmo brat ten znęcał się nad nim, jeszcze gdy był w łonie matki. »Nie widziałem jeszcze nigdy takiego żywota, jest w nim miejsce na czterech«, podrwiwał synalek z matki, gdy nosiła Mikołaja. A i później przez całe życie znęcał się zawsze nad nim, nazywając go od imienia Mikołaja mnicha, Mirlikińskim królewiczem.
— Za nic w świecie nie chcę panować — mawiał Konstanty — bo ja się boję rewolucyi, a ty Mirlikiński królewiczu, czy się jej nie boisz? Rewolucya to przecie burza.
Przypominał mu, jak w dzieciństwie, gdy burza nadchodziła, wsuwał głowę pod poduszkę.
— Ja tchórz! — powtarzał — i wiem o tem, że tchórzem jestem, a ty mężnego udajesz, a tchórzysz gorzej odemnie.
No i teraz wpycha go na ten tron i znów się nad nim znęca.
Obaczym — myśli — jak ty się z tej głupiej historyi wywikłasz. Imperator dorobkiewicz, un empereur parvenu.
Mikołaj pisywał do brata błagalne listy, nazywał go swoim dobroczyńcą, upraszał, uniżał się.
»Przypadając do stóp twych, drogi Konstanty, błagam cię, użal się nad nieszczęśliwym«.
Lecz pisząc to zrzymał się, zgrzytając zębami.
— O! podły błazen! o przeklęty sankiulota, za to wszystko i zabić go mało.
Co rana, Mikołaj zwykł był grywać na kornecie wojskową pobudkę; miał się za dobrego muzykanta i lubił wygrywać wojenne marsze. Na rewiach w Poczdamie wygrywał po mistrzowsku sygnały, w czasie manewrów, dokonywanych przez rotę jego wysokości następcy tronu pruskiego. Wziął więc i dziś kornet, przyłożył go do ust i nadął policzki, lecz z instrumentu dobył się tylko słaby, żałośliwy dźwięk; odłożył go więc nabok, mówiąc:
— już mi teraz nie do muzyki; pauvre diable, biedny mały, biedny Niks.
— Fiodorycz! herbaty!
— W tej chwili, wasza wysokość.
Zazwyczaj pijał herbatę ze śmietanką i słodkiemi bułeczkami, dziś wypił ją czystą bez niczego; nie miał apetytu.
Benkendorf zameldował mu Golicyna.
— Z manifestem?
— Tak jest, wasza wysokość.
— Prosić.
Wszedł Golicyn z Łopuchinem i Sperańskim.
— Gotów?
— Gotów, najjaśniejszy panie.
Golicyn podał mu manifest, przepisany na czysto.
— Proszę, siadajcie panowie — rzekł Mikołaj i zaczął czytać na głos.
»Ogłaszamy wszystkim wiernym poddanym naszym ze skruchą serca i korząc się przed wyrokami Najwyższego«.
Nie patrząc na Sperańskiego, czuł na sobie badawczy jego wzrok. Czuł się zwykle nieswój pod tem spojrzeniem, dziwnie jasnem i przenikliwem. Uważał Sperańskiego za utajonego Jakobina; niedarmo nieboszczyk cesarz zesłał go był na wygnanie i omal śmiercią nie ukarał, jako zdrajcę stanu. »Palca mu do ust nie tkaj«, myślał o nim Mikołaj i pomimo uniżonej i pełnej czci postawy podejrzywał go zawsze, że śmieje się w duchu z niego, jak ze smarkacza.
Raz nazwał go ktoś w obecności wielkiego księcia filozofem; Mikołaj zmilczał wtedy, lecz uśmiechnął się jadowicie. Filozofów nie cierpiał po nad wszystko w świecie, ale czuł, że nie wypada mu krzyczyć na Sperańskiego, jak na swych oficerów w maneżu, do których wołał.
— Panowie oficerzy! Proszę się zajmować służbą a nie filozofią. Ja filozofii cierpieć nie mogę, ja wszystkich filozofów w sochoty wpędzę.
»Przez zgon zgasłego w Bogu miłościwego imperatora, Aleksandra Pawłowicza, najukochańszego brata naszego — czytał dalej Mikołaj — utraciliśmy ojca i pana, którego błoga opieka czuwała przez lat 25 nad Rosyą i nami. Skoro doszła nas wieść o tym żałobnym zgonie, zaszłym w dniu 27 września, w pierwszych chwilach smutku i rozżalenia, krzepiliśmy się na duchu dla spełnienia świętej powinności, idąc za porywem serca, złożyliśmy przysięgę na wierność starszemu bratu, naszemu cesarzewiczowi i wielkiemu księciu Konstantemu, jako prawnemu następcy podług ustawy o dziedziczeniu tronu wszechrosyjskiego«.
Dalej objaśniał manifest rzeczy nie objaśnialne, jak sekretny testament cesarza Aleksandra, wyrzeczenie się tronu ze strony Konstantyna na rzecz Mikołaja i ze strony Mikołaja na rzecz Konstantyna, to jest »domowe ceregiele i to granie z ustawowem następstwem tronu jak z prywatną własnością«.
»Widzieliśmy wprawdzie akt zrzeczenia się jego wysokości wielkiego księcia, zrobiony za życia najjaśniejszego cesarza i za jego zgodą, lecz nie chcieliśmy i nie mieliśmy prawa uznać za nieodwołalny owego aktu, który nie został w swoim czasie ogłoszony ani zatwierdzony ustawowo. Zamierzaliśmy stwierdzić w ten sposób poszanowanie nasze, dla zasadniczej ojczystej ustawy o nienaruszalności porządku w następstwie na tron rosyjski. Wierni następnie, złożonej przez nas przysiędze, żądaliśmy, aby państwo całe poszło za naszym przykładem, a uczyniliśmy to nie, aby stanąć w poprzek jasno objawionej woli wielkiego księcia, tem mniej dla pominięcia woli zmarłego monarchy cesarza, wspólnego naszego ojca i dobroczyńcy, woli zawsze dla nas świętej, lecz jedynie dla zabezpieczenia zasadniczej ustawy o nienaruszalnym porządku następstwa na tron i uchronienia jej od wszelkiej chwiejności, jakoteż dla okazania czystości zamiarów naszych«.
— Nie jasno o tym porządku w następstwie — zauważył Mikołaj, z uczuciem złodzieja, na którym czapka gore.
— Czy zmienić każe, wasza cesarska wysokość?
Łatwo mówić »zmienić«, ale jak, tego Mikołaj nie wiedział.
— Niech już tak zostanie — rzekł, machnąwszy ręką, i napuszył się.
»Z sercem, przepełnionem uwielbieniem i pokorą dla niezbadanych wyroków opatrzności, kierującej losem naszym, wstępując na praojcowski tron, polecamy złożenie przysięgi na wierność i poddaństwo nam i naszemu następcy, jego cesarskiej wysokości wielkiemu księciu Aleksandrowi Mikołajewiczowi, najukochańszemu synowi naszemu. Datę wstąpienia naszego na tron ustanawiamy na dzień 19 listopada 1825 r. Wreszcie wzywamy wszystkich poddanych naszych, by zjednoczyli się z nami w gorących modłach do Najwyższego, aby zesłał nam siłę dla dźwigania brzemienia, świętymi jego wyrokami na nas włożonego«.
— Nie włożonego, a włożonemu — poprawił Mikołaj.
Sperański, milcząc, wziął ołówek.
— Poczekajcie jeszcze, jak prawidłowiej?
— Drugi przypadek, wasza wysokość, »brzemienia, włożonego«.
— Ach tak, drugi przypadek, no tak, to nie trzeba poprawiać — zaczerwienił się Mikołaj, który nigdy nie był silny w rosyjskiej gramatyce.
I znów wydało ma się, że Sperański śmieje się z niego w duchu, jak z małego smarkacza.
»Dla utwierdzenia nas w zbawiennych zamiarach, by żyć wyłącznie dla dobra ukochanej ojczyzny, za przykładem opłakiwanego przez nas monarchy, gdyż panowanie nasze będzie przedłużeniem jego panowania, i spełni się wszystko to, czego on pragnął dla dobra Rosyi, przyczem święta jego pamięć żywić w nas będzie dążenie i nadzieję osiągnięcia błogosławieństwa Bożego i miłości ludów naszych«.
Manifest podobał mu się, lecz nie zdradził ani cienia uznania, a przeciwnie, napuszył się bardziej jeszcze. Wziął pióro dla podpisu, ale odłożył je, pomyślał bowiem, że należałoby westchnąć do Boga w tak ważnej chwili, zakrył oczy ręką i przeżegnał się, lecz jak zwykle, gdy myślał o Bogu, przedstawiła mu się tylko czarna pustka, z czemś srogiem i najeżonem, co nie odezwie się i nie odpowie, choćbyś jak wołał i wzywał. Podpisał więc, o niczem już nie myśląc i tylko spytał:
— Dziś trzynasty?
— Tak, najjaśniejszy panie! — odpowiedział Sperański.
— A jutro poniedziałek? — namarszczył się Mikołaj i położył datę 19.
— Mam szczęście pozdrowić waszą cesarską mość, przy wstąpieniu na tron, a raczej przy zstąpieniu — przemówił Łopuchin, całując go w ramię.
— Dlaczego przy zstąpieniu? — zadziwił się Mikołaj.
— A! dlatego, że ród Waszej Cesarskiej Mości tak wysoko się podniósł w ogólnem mniemaniu, iż poszczególni członkowie nie podnoszą się niejako, a zniżają ze swej wysokości, wstępując na tron, pochlebiał Łopuchin, odsłaniając z przymileniem, równe i białe zęby swej sztucznej szczęki.
— Anioł to, anioł nasz patrzy w tej chwili na nas z nieba — zachlipał Golicyn, całując również w ramię Mikołaja.
— Nie pozdrawiać mnie trzeba, a użalić się nademną — przemówił posępnie Mikołaj, poczem z jawnem już wyzwaniem zwrócił się do Sperańskiego, który siedział na boku, milcząc, pochyliwszy głowę.
— A cóż wy powiecie? — Michale Michajłowiczu.
— Nie daruję sobie nigdy tych słów, »a panowanie moje będzie przedłużeniem jego panowania« — rzekł Sperański.
— To przecież nie wasze słowa, a moje i cóż w nich złego?
— Nie tego oczekuje Rosya, po Waszej Cesarskiej Mości.
— A czegóż?
— Nowego Piotra.
Pochlebstwo było grube i subtelne razem.
Il y a beaucoup de praporszczyk, en lui et un peu de Pierre le grand — powiedział raz Sperański o wielkim księciu Mikołaju, a mógłby to samo powtórzyć i o cesarzu.
Pochylił się i wziął rękę cesarza, chcąc ją ucałować, lecz Mikołaj wyrwał ją, objął go, całując w łysinę.
— No! Raczycie mi pochlebiać, Wasza Wielmożność — uśmiechnął się z niedowierzaniem Mikołaj, nie mniej przeto serce zadrżało w nim na słowa »Nowy Piotr«, bo wszak było to jego własne, dawne marzenie. Milczał chwilę, a potem rzekł:
— Nie myślałem nigdy o tronie; wychowano mnie co najwyżej na brygadyera, lecz mam nadzieję okazać się godnym mego dostojeństwa. Mam nadzieję także, że skoro ja spełnię swą powinność, wszyscy inni spełnią ją również wobec mnie. Skoro tylko nabiorę potrzebnej wiedzy, postawię każdego na właściwem miejscu. Filozofia nie moja rzecz. Niech mówią, co chcą panowie filozofy, a dla mnie żyć, to znaczy służyć, i gdyby wszyscy służyli, jak należy, wszędzie byłby porządek i spokój, oto panowie moja filozofia.
Spojrzał na Sperańskiego, ten milczał z pochyloną głową i przymrużonemi oczyma, jak gdyby przed muzyką.
— I dlatego! — ciągnął dalej Mikołaj, podnosząc głos — nie dopuszczam nawet myśli, aby w sprawach, dotyczących powierzonego mi przez Boga cesarstwa, kto z poddanych moich poważył się uchylić od wskazanej mu przezemnie drogi.
Mówił krótko, porywczo, jakby się z kim spierał, lub się na kogoś gniewał; wpadając w ferwor, jak młody kogucik, który próbuje głosu, lecz nie umie jeszcze porządnie zapiać.
— I jeśli choć na godzinę będę cesarzem, to potrafię dowieść, że godzien jestem tego dostojeństwa.
Skończył i wstał.
— Zwołacie dziś, Wasza Wielmożność, Radę państwa o godzinie ósmej wieczorem, dla ogłoszenia manifestu i odebrania przysięgi, polecił Łopuchinowi. A proszę was panowie, aby się nikt nie dowiedział... Dziś proszę, jutro będę rozkazywał, zakończył znów gromko, nie umiejąc zawładnąć głosem.
Golicyn, Łopuchin i Sperański wyszli z gabinetu, a drugiemi drzwiami wszedł Benkendorf. Ubogi szlachcic bałtycki, były tajny szpieg, szef żandarmeryi i naczelnik trzeciego oddziału, jenerał adjutant, Aleksander Krzysztofowicz Benkendorf, powierzchowność miał przyjemną, prawie że szlachetną, tylko twarz nieco zmęczoną, człowieka, który się jut nażył. Uśmiech miał niezmiennie uprzejmy, spojrzenie łudząco dobre, jak u ludzi bezwiednie grzecznych. Był to zresztą człowiek nie zły i nie głupi, a tylko rozpieszczony i niezmiernie lekki.
— Ślizgajcie się śmiertelnicy, a nie stąpajcie ciężko — było jego ulubioną dewizą. — Glisses mortels, n’appayez pas.
Skoro wszedł, twarz Mikołaja zmieniła się odrazu, nie do poznania. Z posępnej i nadętej stała się pogodną i serdeczną. Wogóle twarz jego zmieniała wyraz z zadziwiającą szybkością, jakby kładł coraz nowe maski.
Uchwycił Benkendorfa za obie ręce i wpatrywał się w niego milcząc.
— Raczyliście podpisać wasza wysokość? — spytał Bankendorf.
— Podpisałem! — rzekł z ciężkiem westchnieniem Mikołaj i podniósł oczy ku niebu. — Spełniłem swą powinność, anioł nasz tam w górze powinien być ze mnie zadowolniony. Dokonam wszystkiego w porządku, chyba mi życia zabraknie. Spełniają się nademną wola Boża i nakaz bratni; być może idę na zgubę, lecz nie wolno mi postąpić inaczej. Niosę z siebie ofiarę dla brata, i pełnić będę wolę jego jak wierny poddany. Lecz co będzie z Rosyą?
Mówił jeszcze długo, gdyż łzawa ta rozlewność, była również jedną z jego właściwości, odziedziczonych po matce.
Benkendorf czekał końca, tłumiąc nudę.
— No. A co słychać w mieście? — spytał Mikołaj całkiem już innym, suchym tonem, ocierając chusteczką suche oczy.
I znów jakby spadła z niego maska, w miejsce której wdział drugą.
— Całkiem cicho! wasza cesarska wysokość, lecz wielce jest możliwem, że to cisza przed burzą.
— Zawsze więc burzy czekasz?
— Czekam najjaśniejszy panie. Liczba niezadowolonych znaczna, rewolucya już wre w umysłach.
— A! Rostowcow tak mnie wczoraj zaskoczył, że nie spytałem o nazwiska. Trzeba poznać nazwiska i zarządzić aresztowanie.
— Nigdy! wasza cesarska wysokość, żadnych aresztowań, bo się cała szajka rozleci, a i w pierwszym dniu panowania nie wypada mącić pogody.
— A jeśli zaczną działać?
— Wtedy i aresztowania nikogo nie zadziwią. Cicho, lekko, ostrożnie, nie trzeba ludzi drażnić, i tak dość macie wrogów.
— Za to jednego przyjaciela — zawołał Mikołaj, ściskając mocno jego rękę.
Zbliżył się do biurka, odsunął szufladę i wyjął z niej paczkę z napisem »Poufne i ważne. Do rąk własnych jego cesarskiej wysokości«. Był to przywieziony wczoraj z Taganroga, donos generała Dybicza.
— No przeczytaj, tu jest cały spisek.
— W drugiej armii tajne stowarzyszenie podpułkownika Pestla — rzekł Benkendorf, nie otwierając paczki.
— A ty już wiesz? Ot jaki! Arszyn pod ziemią widzi — zdziwił się i prawie zląkł Mikołaj.
— Wiem, wasza cesarska mość, jeszcze w 21 roku miałem szczęście złożyć o tem doniesienie, jego cesarskiej mości nieboszczykowi.
— A on co na to?
— Raczył zostawić bez odpowiedzi, cztery lata przeleżało w biurku.
— Ładny spadek! — rzekł Mikołaj ze złym uśmiechem.
— Czy wasza cesarska mość, nie raczył z nikim o tem mówić — spytał Benkendorf, patrząc nań przenikliwie.
— Z nikim dotąd — skłamał Mikołaj, bo wstyd mu było przyznać się, że znowu wpadł; mówił już o tej sprawie z Miłoradowiczem.
— Bogu dzięki! Najważniejsze, by się Miłoradowicz o niczem nie dowiedział — zauważył Benkendorf jakby odgadując tajną myśl Mikołaja.
— Ja już i dawniej miałem zaszczyt, przekładać waszej cesarskiej wysokości, że o takich sprawach nie należy mówić z Miłoradowiczem.
— Dlaczego?
— Dlatego, że on sam otoczony jest złoczyńcami.
— Miłoradowicz! I on z nimi? — pobladł Mikołaj.
— Nie to, żeby z nimi, ale on może gorszy od wszystkich spiskowców. Strasznie pomyślić wasza cesarska wysokość, że losy ojczyzny złożone są w ręce takiego bezdusznego pajaca. Słyszałem o nim takie pogłoski, że się i uszom wierzyć nie chce.
— Cóż takiego?
— Wybaczcie wasza cesarska mość i powtórzyć trudno.
— Mów!
— Skoro 27 listopada, po otwarciu testamentu nieboszczyka cesarza, Miłoradowicz z niesłychaną bezczelnością sprzeciwiał się wstąpieniu na tron, waszej cesarskiej wysokości, ktoś zrobił mu uwagę. »Ależ wy hrabio za śmiało sobie poczynacie«. A on na to. »Kto ma w kieszeni 60.000 bagnetów, może sobie pozwolić na śmiałe poczynanie« i poklepał się ręką po kieszeni.
— Szubrawiec — wyszeptał Mikołaj, blednąc bardziej jeszcze.
— A niedawno i mnie samemu mówił — ciągnął dalej Benkendorf. — Nie wierzę w powodzenie przysięgi, gwardya nie lubi jego, to znaczy waszej cesarskiej mości. »O jakiem powodzeniu mówicie? — spytałem go, »i co ma do tego gwardya, jaki może mieć w tem głos?«. Istotnie — odrzekł — nie powinna mieć głosu, lecz weszło to już u niej w zwyczaj i stało się drugą naturą«.
— Szubrawiec — szepnął znów Mikołaj.
»Wola — mówił — nieboszczyka cesarza, wypowiedziana ustnie za życia jego, byłaby świętą dla gwardyi; lecz klauzula testamentu, ogłoszona po śmierci jego, uważaną będzie za fałszerstwo«.
— Fałszerstwo! — wzdrygnął się Mikołaj, a twarz jego poczerwieniała, jak pod wymierzonym policzkiem. — Cóż to? czy to ma znaczyć, że ja samozwaniec?
— Hrabia Miłoradowicz! — zameldował Adlerberg, otwierając cichutko drzwi i wsuwając głowę.
— Nie przyjąć! — chciał krzyknąć Mikołaj, lecz nie zdążył, bo już drzwi rozwarły się na oścież i wszedł rzeźkim młodzieńczym krokiem, podzwaniając ostrogami, jenerał-gubernator wojskowy Petersburga Miłoradowicz. Wychodzący z gabioetu Bankendorf rozminął się z nim we drzwiach i przepuścił go, kłaniając się nisko, ze szczególną uprzejmością.
Towarzysz Suworowa, potem bohater 1812 r. Miłoradowicz, pomimo szóstego krzyżyka, zachował jeszcze dzielny wygląd i zwycięską postawę, z jaką trwał w ogniu, paląc fajkę pod armatnimi pociskami, lub układając fałdy amarantowego swego płaszcza, za co zwali go jedni rycerskim Bajardem, a drudzy fanfaronem i samochwałem. Włosy miał farbowane, duży, garbaty nos, policzki pełne i małe, i rozmarzone oczka starego galanta.
Spojrzawszy na Miłoradowicza, Mikołaj przypomniał sobie teraz, że w dzisiejszym jego śnie, gdy uciekał od Lamsdorfa Konstantego, rzucając się w objęcia starej niani Angielki, mis Lajon, która choć wybije, to nie tak boleśnie, jak Lamsdorf, niania zmieniła się w Miłoradowicza, uzbrojonego wielką rózgą, który wysiekł go sto razy gorzej i boleśniej, niż kiedykolwiek Lamsdorf.
Miłoradowicz wszedłszy pokłonił się i chciał coś powiedzieć, ale spojrzawszy na Mikołaja oniemiał, taka nienawiść biła ze ściągniętych rysów cesarza i błyskała mu z oczu. Trwało to jednak tylko krótkie mgnienie oka, poczem maska opadła snów, oczy zgasły, twarz stała się nieruchoma, jakby kamienna i jeden tylko muskuł na policzku drżał bez przerwy.
— A ja właśnie dawno już czekam na was, siadajcie wasza wielmożność, przemówił Mikołaj spokojnie i uprzejmie.
Zmiana była tak nagła, że Miłoradowicz zapytywał siebie, czy nie urojeniem było, co widział przed chwilą, ta druga oszalała wściekłością twarz.
— Cóż słychać? — Uwięziliście kogo? — Pytał Mikołaj.
— Nikogo, wasza wysokość — z ludzi, wymienionych w donosie Dybicza, niema żadnego w stolicy, wszyscy są na urlopie, co do podpułkownika Pestla, tam posłany już rozkaz aresztowania.
— A tu w Petersburgu spokojnie?
— Spokojnie, i taki porządek panuje wszędzie, jakiego można powiedzieć, nigdy nie bywało. Prawie też pewny jestem, że niema tu obecnie żadnego z występnych podżegaczy.
— Prawie pewny?
— Mniemanie moje w tej sprawie, znane jest waszej wysokości. Należałoby przyspieszyć przyjazd cesarzewicza, aby mógł przeczytać publicznie ostatnią wolę zmarłego cesarza na posiedzeniu senatu, poczem powinien ogłosić waszą wysokość cesarzem i pierwszy przystąpić do przysięgi.
— No? a jeśli tego nie będzie, to wtedy co? wątpicie, czy przysięga się uda, bo gwardja mnie nie lubi i choć nie przysługuje jej prawo głosu w tej sprawie, to jednak weszło to już u niej w zwyczaj, prawie w drugą naturę. Wszak tak? — zakończył Mikołaj, wpatrując się w niego badawczo, muskuł policzka zadrgał mu jeszcze szybciej.
— Widocznie Benkendorf podlec — doniósł, pomyślał Miłoradowicz, lecz nie spuścił oczu i zaczął gniewnie.
— Daruje wasza wysokość.
— Nie wysokość, a cesarska mość, poprawił Mikołaj, manifest już podpisany.
— Mam szczęście pozdrowić jako monarchę waszą wysokość — skłonił się Miłoradowicz, lecz mimo to, powinność spełnić muszę. Nigdy nie ukrywałem prawdy przed waszą wysokością.... waszą cesarską mością, więc i teraz zataić nie mogę, że nie łatwo będzie skłonić do przysięgi z pomocą manifestu, wydanego przez tą samą osobę, która pragnie wstąpić na tron....
— Aha! dogadaliście się; Manifest uchodzić będzie za fałszerstwo, a ja za samozwańca, uśmiechnął się Mikołaj, przyczem znów ten sam, co przed chwilą wyraz przemknął przez rysy jego, w krótkiem mgnieniu oka.
— Nie rozumiem wasza wysokość.
— Nie rozumiecie hrabio? — własnych słów nie rozumiecie.
— Niewiem, co za podlec powtórzył słowa moje w tak zmienionej formie. Że też wasza wysokość daje posłuch takim donosom — rzekł blednąc Miłoradowicz. I w starym fanfaronie samochwalcy zbudził się też stary żołnierz, towarzysz Suworowa. Spojrzał cesarzowi prosto w oczy, tym samym wzrokiem, z jakim w ogniu pocisków armatnich palił spokojnie fajkę, lub poprawiał fałdy amarantowego płaszcza.
Mikołaj wstał milcząc, poszedł do biurka, odsunął tę samą szufladę, z której dobył był przed chwilą donos Dybicza i wyjął z niej inny papier, który podsunął przed oczy Miłoradowiczowi. Był to donos Rostowcewa.
— Czy wiadomem jest waszej wielmożności, że i tu na miejscu mamy spisek.
— Jaki spisek? Żadnego spisku tu być nie może, wzruszył ramionami Miłoradowicz?
— A to co? mówił Mikołaj, wskazując na papier i przeczytał głośno podkreślone słowa. »Przeciw wam gotuje się zaburzanie, wybuchnie ono w dniu przysięgi, a będzie to być może zarzewie, które rozpłonie w łunę nad ostateczną zgubą Rosyi«.
Miłoradowicz odwrócił spokojnie papier, spojrzał na podpis i oddał nie czytając.
— Podporucznik Rostowcew, wiem. Zebrania Polarnej gwiazdy u Rylejewa.
O tych zebraniach donosiła mu nieraz tajna policya. »Wszystko to fraszki«, odpowiadał, machnąwszy ręką. Zostawcie w spokoju tych smarkaczy, niech czytają jeden z drugim swoje głupie wierszyki. I teraz tak samo odmachnął lekceważąco.
— Wszystko to głupstwo! dzieciuchy, pisarki do almanachów.
— Jak wy śmiecie mówić coś podobnego — krzyknął Mikołaj i skoczył wściekły. Długie jego smukłe ciało, odgięło się jak wierzbowy pręt.
O niczem nie wiecie, krzyknął, nie śledzicie za niczem. Odpowiecie mi za to głową.
Miłoradowicz także wstał, drżąc od gniewu, lecz utrzymał się w karbach i przemówił z godnością.
— Jeśli nie miałem szczęścia zasłużyć na zaufanie waszej wysokości, raczcie zwolnić z obowiązków.
— Milczeć!
— Raczcie zważyć wasza wysokość!
— Milczeć!
Pomimo całej wściekłości, Mikołaj zdawał sobie wybornie sprawę, że mógłby zawładnąć sobą, gdyby chciał, ale nie chciał. Jak napój ognisty krążyło mu po żyłach wściekłe zapamiętanie, któremu poddawał się z upojeniem.
— Precz! precz! won! krzjknął, zaciskając pięście, topiąc nogami i następując na Miłoradowicia.
»Rzuci się za chwilę i nie uderzy, a ukąsi jak waryat« pomyślał z odrazą Miłoradowicz, cofając się ku drzwiom, jak duży dobry pies, nastraszony i warczący głucho, cofa się przed małym brzydkim owadem, pająkiem lub stonogą.
Dotarłszy do progu, obrócił się szybko, chcąc otworzyć drzwi i wybiedz z pokoju, lecz tu — jak poprzednio — natknął się na wchodzącego Benkendorfa. Minęli się tym razem bez wszelkiej uprzejmości. Benkendorf podbiegł do cesarza i objął go, jakby chcąc podtrzymać.
— Łotr! Łotr! Co on za mną wyprawia, on i brat Konstanty i wszyscy, wszyscy — zachlipał Mikołaj, padając na piersi przyjaciela.
— Courage sire! courage! — powtarzał Benkendorf — Bóg was nie opuści.
— Tak! Bóg i ten anioł nasz w niebie, którego przez całe życie opłakiwać będziemy, podjął Mikołaj. Ja nim żyję, nim oddycham, niech on mnie prowadzi. Tak! niech się dzieje wola Boża, ja na wszystko gotów. Umrzemy razem przyjacielu, a jeśli sądzona mi zguba, to mam przecie przy boku szpadę, godło szlachetnego człowieka. Umrę, mając ją w ręku i stanę z czytem sumieniem przed sądem Bożym. Jutro czternasty — będzie ze mnie albo car, albo trup.


ROZDZIAŁ V.

Dnia 13 grudnia, zrana Golicyn i Oboleński pojechali do Rylejewa. Podjeżdżając do domu amerykańsko-rosyjskiej kompanii u błękitnego mostu, poznali już zdaleka parterowe okna, z wypukłą żelazną kratą. Znajomy kozaczek, Filka, otworzył im drzwi i wpuścił bez zapowiadania; jak zapewne wszystkich. W ostatnich dniach u Rylejewa tłoczyli się goście od rana do nocy, wchodzili i wychodzili bez wszelkiej ostrożności. Tu był zborny punkt, jak gdyby główna kwatera spiskowców. W maleńkiej jadalni wszystko było po dawnemu, a jednak inaczej. Białe tiulowe firanki w oknach pociemniały od kurzu i kopcia, balsaminy i nagietki w doniczkach poschły. Ścieżka dywanowa wytarła się, podłoga dawno nie zapuszczona woskiem, opustoszała, lampki przed obrazami pogasły. Drzwi do saloniku i sypialni, gdzie tuliła się w ciasnocie żona Rylejewa z córką, zamknięte były na głucho. I jakby od tego wszystkiego odleciały pogoda, niewinność, coś świątecznego i weselnego, co tu wpierw gościło.
Gospodarza nie było w pokoju. Nieznajomi Golicynowi ludzie, cywilni i wojskowi, siedzieli przy samowarze, rozmawiając półgłosem.
— Czy jest w domu Rylejew? — spytał Oboleński, witając się.
— Jest u siebie w gabinecie; zdaje się, śpi, ale to nic nie znaczy, polecił obudzić się, jak przyjdziecie.
Oboleński zastukał do drzwi, a gdy mu nikt nie odpowiedział, otworzył i wszedł razem z Golicynem do wąskiego pokoiku, gdzie trudno się było poruszać między wielką skórzaną sofą, biurkiem do pisania, szafą z książkami i storami paczek Polarnej gwiazdy, zwalonymi na podłodze almanachu, wydawanego przez Aleksandra Bestużewa i Rylejewa.
Okna wychodziły na tylny dziedziniec, zamknięty brudno-żółtą ścianą sąsiedniego domu. Piec był mocno napalony, pachło w pokoju lekarstwami, na nowym stoliku przy sofie stało mnóstwo flaszek z receptami. Na sofie spał Rylejew, odziany w stary szlafrok i w chustce wełnianej, okręconej dokoła szyi, z twarzą nieruchomą, jak umarłą. Schudł i posunął się tak, że Golicyn z trudnością go poznał. Przeziębił się raz, błąkając się przez dwie noce po ulicach i agitując wśród żołnierzy. Zachorował ciężko na gardło, podniósł się nieco potem, lecz wciąż jeszcze nie był zdrów. Golicyn zatrzymał się u drzwi, Oboleński zbliżył się do sofy, podłoga zaskrzypiała, a śpiący otworzył oczy i usiadłszy na wpół, patrzył przed siebie wzrokiem zmęczonym, nie poznającym, nie widzącym.
— Co to? Co to jest? — zawołał cicho i obu rękami szarpać począł konwulsyjnie halsztuk, zrywając go z szyi, lecz od niezręcznych ruchów, węzeł zaciskał się bardziej jeszcze.
— Poczekaj, ja ci rozwiążę — skłonił się ku niemu Oboleński, i rozplątał sam węzeł chustki, zdejmując mu ją z szyi.
— Zbudziliśmy cię nagle i przestraszyli, biedny Rylejeszka — rzekł Oboleński, przysiadając na sofie i gładząc go pieszczotliwie ręką po głowie. — Zły jakiś sen przyśnił ci się?
— Tak! Znowu ta ohyda, i to który już raz śni mi się!
— Cóż takiego?
— Nie wiem, nie pamiętam. — Czemu nie siadacie Golicyn? Proszę was... Coś o tym powrozie.
— Jakim powrozie?
Rylejew nic nie odrzekł, tylko uśmiechnął się dziwnym uśmieszkiem, w którym widniały resztki majaczeń. I Oboleński zamilkł, bo przypomniał sobie, że w czasie, gdy Rylejew chorował na anginę, postawiono mu synapizma ns szyi i raz przy zmianie opatrouku urażono mu boleśnie ranę. Rylejew krzyknął wtedy z bólu, na co Bastużew rozśmiał się, mówiąc:
— Jak ci nie wstyd krzyczeć o taki drobiazg; czyś zapomniał już, do czego sposobimy szyje?
— A ty znów masz gorączkę, głowa rozpalona — mówił Oboleński, kładąc mu rękę na czole — nie należałoby ci dziś wychodzić.
— Nie dziś to jutro; jutro już na dobre wyjdę — uśmiechnął się Rylejew tym samym dziwnym uśmiechem.
— Cóż to będzie jutro?
— Ot! o głupstwach gadamy, a o najważniejszej rzeczy nie wiecie — zaczął Rylejew innym już głosem, teraz dopiero na dobre rozbudzony. — Przyjechał kusyer z Warszawy, z ostatecznem zrzeczeniem się Konstantego, jutro o 7 zrana zbiera się senat a wojsko złoży przysięgę Mikołajowi Pawłowiczowi.
Z dnia na dzień czekali tej wiadomości, a jednak spadła na nich niespodzianie, umilkli wszyscy i zamyślili się, zrozumieli bowiem, że to znaczy: jutro powstanie.
— Ale czyśmy gotowi? — wyrzekł Oboleński.
— Głupia sprawa! — wzruszył ramionami Rylejew, nigdy nie będziemy gotowi.
— Jutro to jutro! Ano z Bogiem, zgodził się Oboleński; a co będzie z Rostowcewem?
Rostowcew, choć nie był członkiem tajnego stowarzyszenia, przyjaźnił się wszakże z jego uczestnikami i stąd wiedział cokolwiek o sprawach spiskowych, spotkanie swe z wielkim księciem Mikołajem opisał i złożył je wczoraj w rękopiśmie Oboleńskiemu i Rylejewowi z nadpisem: »Najpiękniejszy dzień mego życia«.
— Róbcie ze mną, co chcecie — rzekł im — nie mogłem inaczej postąpić!
— Znasz moje zdanie — rzekł Rylejew.
— Znam, ale cóż, zabić nikczemnika, to ściągnąć na siebie uwagę i czy warto ręce tem brudzić?
— Warto — odrzekł cicho Rylejew. — A wy co powiecie Golicyn?
— Powiem, że Rostowcew stawia świeczkę Bogu i dyabłu; zdradza spisek przed Mikołajem, a przed nami umywa ręce. W takim zresztą raporcie mógł odsłonić lub utaić, co mu się podobało.
— Więc myślisz, żeśmy już odkryci? — spytał Rylejew.
— Bez wątpienia! i będziemy wzięci, jeśli nie zaraz, to natychmiast po przysiędze — rzekł Golicyn.
— Cóż więc robić?
— Nikomu nie mówić o istnieniu donosu Rostowcewa i działać. Lepiej przecie, by nas wzięto na placu, a nie w łóżku. Jeśli mamy ginąć, niech przynajmniej wiadomem będzie, za co giniemy.
— A wy co myślicie Oboleński? — zakończył Rylejew.
— No, oczywiście, to samo.
Rylejew wziął za rękę Oboleńskiego i Golicyna.
— Dziękuję przyjaciele; wiedziałem, że mi to powiecie. A więc z Bogiem zaczynajmy... Gińmy! A sama śmierć nasza, rozbudzi uczucia w uśpionych synach ojczyzny.
Mówił jak zwykle książkowym stylem, nie prosto, lecz prostem było spojrzenie oczu jego olbrzymich, ciemno-jasnych, gorejących takim ogniem, że robiło się straszno. Prostą również była twarz jego, na której źwierciedliło się wszystko, co czuł, zanim się wypowiedział słowami. Tak występują rzeźby na przejrzystych ścianach alabastrowej wazy, gdy wewnątrz zaświeci płomień, przypomniał sobie Golicyn słowa Moora o Byronie. Przypomniał także wiersze Rylejewa.

Wiem, że mi zguba przeznaczona,
Zginę, jak ten, co pierwszy kona,
Bo pierwszy wstał w obronie ludu.
I jaż zły los mój o mnie pyta,
Lecz byłaż wolność gdzie zdobyta
Bez ofiar, bolesnego trądu?

— Więc wreszcie możemy powiedzieć: »jutro zaczynamy« — ciągnął dalej Rylejew. — Jakże czekałem niegdyś takiej godziny, jak się na nią radowałem. Czemuż teraz, gdy nadeszła, nie ma we mnie radości, czemu dusza moja osmucona jest prawie do śmierci.
Oparł się łokciem o kolana i głowę złożył na rękach, i skurczył się, zgarbił, jakby zmalał, pod nadmiernem brzemieniem; w głosie jego zadrżały łzy.
— Wybaczcie przyjaciele, nie trzeba o tem.
— Owszem, trzeba Rylejew, mów wszystko, to ci będzie lżej — rzekł Oboleński.
— Nazywał mnie Puszczyn, nie poetą, a projektodawcą. Jam doktryner swobody, a nie jej twórca; plany rysuję, budować nie potrafię.
— Nie ty jeden Rylejew, my wszyscy tacy — potwierdził Oboleński.
— Tak wszyscy! Onegdaj w nocy, gdym chodził po ulicach, gdzieś w głuchym zaułku między koszarami, zebrała się garstka żołnierzy. Słuchają o nowej przysiędze i zrozumieli wszyscy. Za cara Konstantego mówią, wszyscy piersią staniemy, nie opuścimy go. Wtedy ja rozgadałem się i mówić im zacząłem o konstytucyi, o wolności, o prawach człowieka, aż za sobą usłyszałem śmiech pijanego żołnierzyny. Śmiał się, ale tak pobłażliwie i niby z litością. »Ej panie« mówił, »dobry ty pan, ale trochę pomylony. Zdaje się po rusku mówi, a człowiek nie zrozumie«. Tyle tylko powiedział, lecz ja odrazu pojąłem. My w Rosyi a nie ruscy, bezdomni, bezrodzinni, przybłędy, koczownicy, wygnańcy wieczni. Nawet przyznać się nie śmiemy, że wstajemy za wolność, a mówimy, że za cara Konstantego. Łżemy! A gdy pozna prawdę lud, to przeklnie nas i wyda na męki katowi. Wierzcie przyjaciele, nigdy nie spodziewałem się, żeby można było uzyskać coś inaczej jak przez naszą zgubę, lecz w każdym razie myślałem, że obaczymy choć zdaleka ziemię obiecaną. Nie! nie ujrzą wolnej Rosyi oczy nasze, ani oczy wnuków naszych, ani prawnuków. Zginiemy niesławnie, bezcelowo, bez śladu. Rozbijemy głowy o mur, a z ciemnicy się nie dobędziemy. Ciężko to bracia! ciężko nad siły.
— Znużonyś ty bardzo, zamęczony biedny Koniek.
Tak nazywał w chwilach rozczulenia Oboleński Rylejewa, zdrobniając jego imię Konrad.
— Znużony! Och, jaki znużony Oboleński. Mówią o drugiem życiu, a mnie pierwszego za wiele, tak znużony, że zda się za mało śmierci, za mało wieczności, by odpocząć. A wiecie, o czem myślę — ciągnął dalej po chwili milczenia. — Co to znaczy? »Niech odejdzie ten kielich odemnie«. Jak on mógł to powiedzieć? Po to przyszedł na świat, by wychylić kielich i odsuwał go, nie chciał, osłabł, zląkł się. I to On, Bóg, całkiem jak człowiek. Powiedz Golicyn, czy jest Bóg? Tylko tak prosto mów, czy jest?
— Jest! — odparł Golicyn i uśmiechnął się.
— Ot, jak to prosto powiedział — uśmiechnął się także Rylejew. — Tylko poco on wam, skoro chcecie tylko wolności.
— Czyż nie może być wolności z Bogiem?
— Nie! Z Bogiem niewola.
— Była niewola, a teraz będzie wolność!
— Czy będzie? I to jaszcze kiedy? Ale teraz. Nie. Zimne! Golicyn, och, jak zimne!
— Co zimne? Rylejew.
— Wasze niebo. Kto kocha niebo, nie kocha ziemi.
— A czyż nie można razem.
— Nauczcie jak?
— On już nauczył. Bądź wola Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi.
— Projektodawca.
— Cóż chcesz! Za taki plan umierać warto.
Rylejew nic nie odrzekł, zasłonił tylko oczy i spuścił głowę, a po twarzy jego potoczyły mu się łzy takie ciche, że sam ich nie czuł. Oboleński pochylił się nad nim, objął, całował z pieszczotą, jak chore dziecko!
— Nic to! nic, nie bój się Koniek, wszystko będzie dobrze. Bóg z tobą.


ROZDZIAŁ VI.

Książę Eugeniusz Piotrowicz Oboleński, porucznik finlandzkiego pułku lejbgwardyi, starszy adjutant komendanta gwardyjskiej piechoty, jenerał adjntanta Bystroma, był jednym z głównych założycieli tajnego związku północnego. W Moskwie, w dzielnicy Nowińskiej, parafii Pokrowy, stał duży, jakby wiejski dwór, z ganeczkami, otoczony dużym cienistym ogrodem, gdzie żyła rodzina Oboleńskich bez świetności i zbytków, lecz prosto i wesoło. Stary książę, Piotr Mikołajewicz, który wcześnie owdowiał, wiódł życie samotne, oddane postom i modlitwie. Z pozoru był niby posępny i surowy, lecz nie darmo małe jego wnuczęta, kochały go bez pamięci i dla siwych, lekkich, jak puch włosów, przezwały go Puszkiem, bo też był takim w samej rzeczy, biały, lekki, miękki, z dziećmi sam jak dziecko. Eugeniusz był najstarszym synem księcia z drugiego małżeństwa z Anną Kaszkina, córką naczelnego wodza, a później namiestnika Tulskiego z czasów Katarzyny II jenerała Kaszkina. Po śmierci tej drugiej żony, siostra jej Aleksandra, frejlina cesarzowej Maryi Federównej, opiekowała się dziećmi, zastępując im matkę.
Gdy Eugeniusz, wstąpiwszy do gwardyjskiego pułku pojechał na mieszkanie do Petersburga, ciotka jego Aleksandra oddała mu w opiekę jedynego syna swego szaławiłę i wisusa, młodziutkiego Sierożę, całkiem jeszcze dzieciaka. Chłopak język miał ostry, jak brzytwa, obraził więc kiedyś drwinami swemi kolegę pułkowego porucznika Swinina i ten wyzwał go na pojedynek.
Oboleński, dowiedziawszy się o tem, pojechał do obrażonego i oświadczył mu, że pojedynek zbyteczny, bo Sieroża jest dzieciak, na którego obrażać się nie warto, a jeśli Swinin koniecznie chce się bić to niech się bije z nim, Oboleńskim. Swinin przyjął wyzwanie, pojedynkował się i został zabity przez Oboleńskiego. Eugeniusz człowiek dobry, niezdolny muchy zabić, podobny z miękości do ojca, tak wstrząśnięty został tym wypadkiem, że się aż rozchorował, lecz nie miał się za winnego i nie doznawał żadnych wyrzutów sumienia. Nie uważał za przestępstwo zabójstwo w pojedynku, a raczej za nieszczęście. Bił się przecie nie za siebie, a za krewniaka, jedynego syna u matki, którego nie mógł inaczej uratować.
Rozumowania te tak go uspokoiły, że gdy wyzdrowiał i powrócił do dawnego rozprószonego życia, zapomniał o wszystkiem; lecz potem niekiedy przypominał; znów zapominał i znów mu to na pamięć wracało. Powtarzało się to wiele razy, aż wreszcie przekonał się, że nigdy nie zapomni i że im dalej, tem wspomnienie to staje się cięższe i nieznośniejsze. A najgorsze było, że i nadal nie miał się za winnego, a mimo to czuł się nieszczęśliwym i chwilami myślał, że rozum utraci lub targnie się na własne życie.
W jednej z takich chwil począł się modlić, powtarzając prawie nieświadomie słowa pacierza, Ojcze nasz, Zdrowaś Marya! i to mu ulżyło. Odtąd często się modlił i odżywał pomału, jak człowiek napół uduszony, któremu oddech częściowo powraca. Wreszcie zrozumiał, że wtedy dopiero robi mu się lżej, gdy przestaje się usprawiedliwiać, a uważa się owszem za zwyczajnego przestępcę, nie lepszego wcale, a może i gorszego, od tych, co mordują po gościńcach. Zrozumiał, także, że winy nie można usprawiedliwić, a można ją tylko odkupić, lecz nie wiedział jak — zamierzał chwilami rzucić wszystko i wstąpić do klasztoru, lecz czuł, że to za mało, łatwiej uciec od świata niż żyć w nim.
Musiał coś z sobą zrobić; wstąpił więc najpierw do loży masońskiej, a stamtąd do tajnego stowarzyszenia północnego i przekonał się wprędce, że tu znajdzie to, czego szukał — odkupienie i poryw. Duchowo zmienił się nie do poznania, choć na zewnątrz był nieraz jeszcze tym samym, co wpierw, błyszczącym porucznikiem gwardyi, z dość miłą choć pospolitą twarzą, krągłą, rumianą bez zarostu, przez co wyglądał na młodszego jeszcze niż był, a liczył lat 29. Po przyjeździe Golicyna z Wasylkowa Oboleński widywał się z nim często i słuchał z ciekawością opowiadań jego o południowym związku, o Słowianach, Sergiuszu Murawiewie i katechiźmie jego. Ideę Murawiewa o wolności z Bogiem odrazu pojął.
Rankiem 13 grudnia Oboleński i Golicyn poszli od Rylejewa do Trubeckiego. Na Angielskim bulwarze, gdzie mieszkał Trubecki, można było iść prosto od błękitnego mostu, lecz po zaduchu w mieszkaniu Rylejewa obaj przyjaciele woleli odetchnąć świeższem powietrzem i postanowili obejść naokoło po Mojce, by zawróciwszy na prawo, za rogiem Morskich koszar, wyjść na ulicę Galerną. Na głównych ulicach miasta mało jeszcze było śniegu, lecz tu, na pustej Mojce, biało już było, cicho, sennie i miękko. Między białą puchówką ziemi a szarą alkową nieba zasypiały niskie, żółte domki, snem, zda się, nieprzespanym, a w tej szarocie, ciszy, senności, w tym prawie że wiejskim spokoju niemożliwym zdawał się bunt jutrzejszy, jak błyskawica z zimnego nieba. Ani ducha żywego na ulicy, można było rozmawiać, jak u siebie w pokoju.
— Czy Trubecki wie, że już jutro — pytał Golicyn.
— Nie! my dopiero powiemy mu.
— Ach prawda! on zda się ochłódł już trochę dla naszej sprawy.
— Może być.
— Tchórzy, czy co?
— Nie sądzę. Na Szewardyńskiej reducie pod ogniem przestał czternaście godzin tak spokojnie, jakby grał w szachy, lecz męstwo żołnierza, to nie odwaga spiskowca. Pod Lützen, gdy Francuzi gromili naszą gwardyę z czterdziestu dział, Trubeckiemu zachciało się zażartować z porucznika von Bocka, zaszedł go z tyłu i rzucił mu w plecy grudkę ziemi, na co ten runął bez przytomności, tak samo i on może jutro runie. Trudno o mniej odpowiedniego człowieka dla takiej, jak nasza sprawy. Chwiejny, subtelny aż do obłędu. Gotów zgubić drogich i siebie, byle nie popełnić jakiej niedelikatności. I rewolucyę chciałby zrobić delikatną na wodzie różanej. To jedno. A drugie. Za dobrze mu jest, młody, bogaty, znany, ożeniony z prześliczną kobietą; ewangieliczny młodzieniec, który choć z żalem odszedł od pana, bo majętności miał za wielkie.
— Odejść w takiej chwili, to podłość — zawołał Golicyn.
Oboleński popatrzył na niego trochę z podełba, głębszem spojrzeniem dobrych, rozumnych oczu, z pozoru uśmiechniętych, w których jednak w gruncie nie było wcale uśmiechu a raczej żałość.
— Nie! — rzekł — to nie podłość.
— A cóż innego?
— To! właśnie, o czem mówił Rylejew.
— My nie ludzie czynu, a projektotwórcy, doktrynerzy i lunatycy. Chodzimy po dachu, na samej krawędzi, lecz niech kto zawoła po imieniu, spadniemy i rozbijemy się o siemię. Całe to nasze powstanie to Marya bez Marty, dusza bez ciała. I nie my jedni, wszyscy rosyjscy ludzie tacy są; przedziwni w myślach, a w czynach, mazgaje rozmazani, całkiem bez kości miazga; zapewne jest to skutek niewoli, za długo byliśmy niewolnikami.
— Posłuchajcie Oboleński! Ależ to marna sprawa; jutro powstanie, a dyktator nasz rozmyśla, jakby to delikatnie zdradzić. I pocoście takiego wybrali, gdzie miał głowę Rylejew?
— Co chcesz! Rylejew całkiem się na ludziach nie zna. On i siebie nie zna, widzieliście jak się sam męczy, a niewie czego.
— A wy wiecie?
— Zdaje się wiem.
— O cóż to?
— O krew — odparł Oboleński cicho, trochę zmienionym głosem.
— O jaką krew?
— Krew, którą trzeba przelać zabijając — mówił Oboleński ciszej jeszcze. Wszystko obmyślił, rozstrzygnął, obliczył na palcach. Pamiętacie obliczenie Pestla, ile trzeba będzie ofiar. Wtedy Rylejew nie chciał, zląkł się, a teraz sam obliczył, że nie dość zabić samego cesarza, lecz trzeba i wszystkich członków carskiej familii. Zabójstwo jednego nie tylko nie byłoby zbawienne, lecz raczej zgubne dla celów naszego stowarzyszenia. Zabójstwo takie sprowadziłoby rozdział w umysłach, stworzyłoby partye. Zwolennicy rodziny carskiej wzburzyliby się i powstałaby tylko wojna domowa. Po wytępieniu wszystkich, wszyscy się zwolna pogodzą z nowym porządkiem i nowe rządy utrwalą się. Tak sobie to wszystko obmyślił, postanowił, obliczył na palcach, a teraz coś mu zawadza i choć nie wie czemu, tem się właśnie męczy.
— Więc wy i to wiecie?
— Wiem — odparł Oboleński i zamilkł.
Golicyn także. Coś ciężkiego zwaliło się na obu i było im nieswojo, jakby jeden drugiemu wstydził się spojrzeć w oczy. Zmora ta ciążyła im coraz więcej, im dłużej milczeli.
Zawrócili z Mojki na Krukowski kanał; tu było ciszej i puściej jeszcze, tylko śnieg skrzypiał pod nogami; widzieli dobrze, że niema nikogo, a jednak zdawało się im, że ktoś chodzi za nimi i podsłuchuje.
— Ja wiem, że nie można zabijać — przemówił Oboleński tak dziwnie nagle, że Golicyn spojrzał na niego zdziwiony.
— Dlaczego nie można, grzech?
— Nie grzech, a poprostu nie wolno i nie można.
— Jakto nie można, kiedy ludzie zabijają wciąż jedni drogich.
— Zabijają w szale, w bezpamięci nie zdając sobie sprawy, ale na zimno z rozmysłem, powiedzieć sobie z góry »zabiję« a potem zabić, tego człowiek nie potrafi.
— Owszem, potrafi!
— Daj przykład!
— Naprzykład wojna, kara śmierci.
— To całkiem co innego. Śmiercią karze prawo, a prawo ślepe jest i nie widzi twarzy człowieka, a przytem równe jest dla wszystkich. Na wojnie tak samo, wszyscy zabijają wszystkich, a nikt nie wie, kto kogo, twarzy się nie widzi. Ale tu, twarz, ta twarz ludzka, to jest najgorsze; spojrzeć człowiekowi w twarz i zabić go, oto czego nie wolno, czy pojmujecie to?
— Nie pojmuję — odrzekł z nagłem rozdrażnieniem Golicyn, bo przypomniał sobie, jak się był zgodził na wniosek Pestla, aby wytępić wszystkich, wytrzebić do korzenia. I było mu wówczas lekko, w porównaniu z tą zmorą, co ich teraz przytłaczała.
— Jak wy to dziwnie mówicie Oboleński, całkiem jakbyście coś wiedzieli, przemówił zaglądając mu w twarz, na co tamten poczerwieniał mocno, mocno, po uszy do nasady włosów; tak czerwienieją małe dzieci, kiedy są bliskie płaczu.
— Tak, wiem — przemówił z wysiłkiem Oboleński i począł znów teraz blednąć, blednąć tak, aż zbielał prawie jak płótno.
— A wy może nie wiecie, że ja człowieka zabiłem, Golicyn, — wyszeptał bezdźwięcznie Oboleński, uśmiechając się pobielałemi wargami tak, że u Golicyna serce zastygło.
— Darujcie! na miłość Boga Eugeniuszu Piotrowiczu, wyście mnie źle pojęli. Jakież to zabójstwo, pojedynek.
— Wszystko jedno jakie, zabiłem i wiem o tem.
Znowu zamilkli obaj i znów ciężko im było i nieznośnie.
— A wiecie, że ja wciąż o Trubeckim myślę, przemówił Golicyn, chcąc na gwałt zmienić przedmiot, to przecie gorsze od Rostowcewa.
Wybieg to byłby odsunąć tłoczący ciężar, wybieg nieudany, Golicyn sam to poczuł. I znów się rozsierdził, żal mu było Oboleńskiego, lecz im bardziej go żałował, tem się więcej gniewał.
— A wiecie Oboleński — przemówił sucho, prawie grubiańsko — kto się wilków boi, niech nie chodzi do lasu, jeśli zabijać nie wolno, to nie wolno i buntować i nie trzeba.
— Owszem, trzeba! — odrzekł Oboleński, zawsze równie cicho, bo w miarę jak się tamten zapalał, stawał się zda się, coraz cichszy.
— Co to za bunt bez krwi? na różanej wodzie jak chce Trubecki.
— Nie bójcie się Golicyn! będzie krew i bez rozmyślnych zabójstw, bywało zawsze dużo, ile dusza zapragnie nieumyślnych mordów, więc i u nas będą.
— A! już teraz zaczynam rozumieć; durnie będą zabijać, a rozumni ludzie staną na stronie, żeby się nie ubabrać.
— Dlaczego tak mówicie — spojrzał na niego z wyrzutem Oboleński. — Wiecie przecie dobrze, że idziemy na krzyżową mękę wszyscy, razem, gorszej męki od naszej niema na ziemi.
— Co za męka! o jakiej męce? Mówcie prosto, trzeba czy nie trzeba zabijać.
— Trzeba.
— I można?
— Nie, nie można.
— Nie wolno przecież, a trzeba?
— Tak!
— A wiecie, że to można rozum stracić — zatrzymał się Golicyn, topiąc z wściekłością nogami. — Co my robimy? co my wyrabiamy? Rylejew męczy się, Trubecki zdradza, Rostowcew donosi, a my rozum tracimy. Mazgaje rozmazani, bez kości, miazga, ot ruscy ludzie! Podli! podli! święta sprawa w podłych rękach.
— To i cóż Golicyn! choćby i tak — uśmiechnął się Oboleński, a od tego uśmiechu twarz jego zmieniła się i rozświeciła do niepoznania. — Niech i mazgaje, a przecież skrzepniemy; niech nawet podli, oczyścić się możemy, choćbyśmy nawet niczego nie zdziałali, przyjdą po nas drudzy a będzie wtedy jeden król na ziemi i niebie, Jezus Chrystus. To kiedyś cała Rosya powie i zrobi. Bóg nie opuści Rosyi i tylko z Nim trzeba, tylko z Nim, a taka będzie rewolucya, jakiej świat nie widział.


ROZDZIAŁ VII.

Dyktator spiskowców, książę Sergiusz Piotrowicz Trubecki, pułkownik gwardyjskiego preobrażeńskiego pułku, mieszkał w domu swego teścia na bulwarze Angielskim koło senatu.
Jeden z mniej znacznych francuskich emigrantów, Laval, ożeniwszy się z córką milionowego kupca, po której wziął majętność, liczącą 17.000 dusz i przebogate kopalnie miedzi na Uralu, zrobił w Rosji świetną karyerę i został rosyjskim hrabią, szambelanem, tajnym radcą i dyrektorem departamentu w ministeryum spraw zagranicznych. Na jego balach i rautach zbierało się wyższe towarzystwo stolicy, cały korpus dyplomatyczny i carska rodzina.
Jedna z córek jego, Zeneida, wyszła za posła austryackiego, hrabiego Lebzellterna, druga za księcia Trubeckiego.
W podsieniu pierwszego piętra, gdzie podłoga wyłożona była staremi autentycznemi płytami marmuru, pochodzącemi z pałacu Nerona, przyjął Oboleńskiego i Golicyna z pobłażliwym szacunkiem, stary siwiutki kamerdyner w czarnym atłasowym fraku, jedwabnych pończochach i trzewikach, wyglądający na starego dyplomatę — i powiódł ich przez szereg pałacowych prawdziwie komnat, na skrzydło młodego księcia, do gabinetu Trubeckiego. Była to przestronna komnata, zastawiona wielką mnogością szaf z książkami, z oknami wychodzącemi na Newę, bardzo jasna, a jednak umiejętnie stonowana ciemnem obiciem i ciemno-dębową boazeryą ścian i ciemno-zielonym safianem mebli. Gospodarz przyjął swych gości z właściwą sobie cichą i równą, nie światową uprzejmością.
— My do was na chwilkę, książę — przemówił Oboleński, nie siadając i nie zważając na zapraszający gest Trubeckiego. — Rylejew prosił bardzo, abyście byli łaskawi...
— Ach Boże mój! — chwycił się za głowę Trubecki — jakże zawiniłem wobec niego. Wierzcie mi panowie, że się codzień wybieram, ale zawsze te przeklęte sztabowe sprawy. Teraz już stanowczo, stanowczo, w tych dniach; jutro może.
— Nie jutro, ale dziś zaraz. My po was przyjechaliśmy i bez was stąd nie odjedziem — przemówił twardo Oboleński.
— Zaraz? Ja doprawdy niewiem panowie. Lecz czemuż stoicie, siadajcie proszę; a możebyście co przetrącili?
Od przetrącenia wymówili się stanowczo, lecz musieli usiąść w miękich, wygodnych, głębokich fotelach przed kominem, gdzie ogień połyskiwał tak swojsko w pół mroku zachodzącego dnia. Zauważywszy, że ogień może zbyt dogrzewać Golicynowi, Trubecki zasłonił go ekranem, tak, że twarz była zakryta, a tylko do nóg szło ciepło. Wtedy dopiero usiadł sam naprzeciw swoich gości, plecami do światła, bezwiednym manewrem ludzi przeczulonych.
— Dajcie panowie myśli zebrać.
Golicyn oglądnął się na drzwi, Trubecki wstał, poszedł ku nim i zamknął je na klucz.
— Te drugie — dodał, wskazując na inne drzwi — prowadzą do pokojów księżnej i niema tam w tej chwili nikogo.
— Pozwólcie panowie powiedzieć otwarcie.
— Otwartość ponad wszystko — potwierdził Golicyn, spoglądając znacząco na Trubeckiego.
Odziany po cywilnemu we frak, wysoki, szczupły, nawet chudy, z piersią nieco zapadłą, jak u suchotnika, Trubecki nie był pięknym. Twarz wązka, długa, uszy odstające, duży, garbaty nos i grube wargi, przytem wąs rudawy, ryżawe baczki nierówne i postrzępione po obu stronach twarzy. Ale w dużych, szarych oczach dziecięco-prostych, o smutnem i dobrem spojrzeniu, przebijała taka wewnętrzna szlachetność, że Golicyn pomyślał:
— Czyżbyśmy się omylili, obaj z Oboleńskim?
I przypomniały mu się słowa z napisanej przez Trubeckiego konstytucyi: »Ustawa Sławnego Ruskiego imperyum. Niewolę znosi się, rozdziału pomiędzy szlachtą a prostymi ludźmi nie przyjmuje się, ponieważ jest on przeciwny chrześcijańskiej wierze, podług której wszyscy są braćmi, wszyscy zrodzeni dla szczęścia i są poprostu ludźmi, przed Bogiem jedynie słabi«. Cały on był w tych słowach, nie Brutus, nie Robespierre lub Marat, a szlachecki liberał, dobry ruski kniaź, idący do prostego ludu z wolnością, braterstwem i równością, Don Kiszot rewolucyi.
— Moje położenie w związku bardzo trudne, czuję, że nie mam prawa prowadzić na zgubę, lecz boję się także, że nie będę miał dość władzy, aby zatrzymać, przemówił głuchym, nieco szypiącym szeptem, lecz mięko i miłym głosem, jakby kto ręką przesuwał po aksamicie — myślał Golicyn.
— Im potrzebne tylko moje nazwisko. Rylejew rozporządza się niem, jak sam chce, a ja o niczem niewiem, niewiem nawet, jak zostałem owym dyktatorem...
Golicyn czuł wciąż lekki zapach herbacianej róży i sam nie wiedział, skąd się to bierze, aż wreszcie spuścił oczy i dostrzegł na poręczy fotelu, w którym siedział, małą batystową, kobiecą chusteczkę; wziął ją do rąk i powąchał. Trubecki widział to i zarumienił się lekko, poczem zamilkł. Golicyn, także milcząc, podał mu chusteczkę, którą ten wsunął do bocznej kieszeni i wtedy dopiero znów mówić zaczął.
— Rylejew postanowił działać prawie bez żadnych widoków powodzenia. Sądząc po środkach i przygotowaniach, byłoby to więcej niż szaleństwem, więcej niż szaleństwem, ot...
Miał zwyczaj powtarzać ostatnie słowa, trochę się zająkując, rozwlekając i poszeptując; było w tem coś arystokratycznie subtelnego i dziecinnie prostodusznego.
— Wojsk, usposobionych odpowiednio dla celów towarzystwa, jest bardzo mało. Nikt z wybitniejszych ludzi nie bierze w tem udziału. Nabrano pustych młodzików, którzy tylko szumią, ale szumią wyłącznie po salonach, a nie na ulicach i placach. Śmiesznie pomyślić, by kilku chorążych bez znaczenia, bez imienia potrafiło wstrząsnąć stuletniemi podstawami, tak... stuletniemi podstawami imperyum.
— Serge! — ty tu? — zadźwięczał młody kobiecy głos i Golicyn, spojrzawszy ku drzwiom niezamkniętym, które wiodły do pokojów księżnej, obaczył na progu nieznajomą sobie damę. Chciała wejść, lecz dostrzegłszy gości zatrzymała się niepewna.
— Witam, księcia — rzekła, poznawszy Oboleńskiego i podeszła do niego. — Przebaczcie panowie, zdaje mi się przerwałam.
— Pozwól droga! przedstawić sobie księcia Golicyna — rzekł Trubecki.
Całując rękę, Golicyn uczuł znów ten sam zapach herbacianej róży. Cała w czerni w żałobie po zmarłym cesarzu, z czarnymi włosami gładko zaczesanymi na skroniach, sama przypominała ze swą blado-różową cerą, świeżą rozkwitłą różę herbacianą. Catache nazywali ją w domu od imienia Catherine po francusku Catache, po rosyjsku trochę śmiesznie Katasza, a przystawało to do jej drobnej, krągłej, kształtnej postaci, do żywych ruchów, toczącej się lekko kulki z kości słoniowej. Wszyscy zamilkli, księżna zamieniła z mężem spojrzenie, w którem odrazu widać było, jak się czują z sobą szczęśliwi. Sami uważali się za stare już małżeństwo, lecz dla obcych wyglądali jak nowożeńcy. Gdy bywali razem w świecie, uśmiechali się do siebie uśmiechem winowajców, którzy wstydzą się nadmiernego swego szczęścia. Uśmiechnęli się i teraz, lecz w oczach obojga, była wróżebna trwoga.
— Czy ona wie, kto my i poco przyszliśmy — pomyślał Golicyn, choć i niewie, to napewno przeczuwa.
W tejże chwili niewiadomo dlaczego, przyszła mu na myśl Marynka. Przemówiwszy kilka uprzejmych słów, księżna odeszła.
— Jeszcze raz proszę panowie, darujcie, żem przeszkodziła. A nie zapomnij przyjacielu, dodała już do męża, że spotkać się mamy o czwartej u Nowosielskich, przyszlę po ciebie karetę.
Wychodząc, obejrzała się raz jeszcze na męża, a w oczach jej była znów wróżebna trwoga.
— Na miłość Boga panowie, darujcie — usprawiedliwiał się Trubecki — byłem pewien, że niema księżnej. Powiedziano mi, że wyjechała.
— Ależ książę — przerwał Golicyn — choćby i księżna wiedziała, niewielka bieda. Zawsze byłem za tem, żeby i kobiety dopuszczać do związku. Czemże one gorsze od nas, a jeszcze takie, jak wasza żona.
— Przecież nie znacie jej...
— Dość raz spojrzeć, by poznać, kim jest.
Trubecki rozpromienił się i uśmiechnął znów wstydliwym uśmiechem szczęśliwego winowajcy.
— No, a teraz dość o tem, czas upływa panowie, musimy raz skończyć.
— Więc wy uważacie Trubecki, że przedsięwzięcie przerasta nasze siły.
— Tak jest, Golicyn, trzeba mieć choć kroplę rozsądku, żeby widzieć całą nieziszczalność... Tak. Porwać się na to mogą tylko ludzie, którzy doprowadzili się do obłędu... tak, do obłędu politycznego.
— Tak! Do obłędu — potakiwał Golicyn.
Przez cały czas potakiwał, usidlić chciał, wyciągnąć na słówko. Oboleński słuchał w milczeniu, lecz z widoczną przykrością.
— Bardzo się cieszę, panowie, żeście mnie pojęli. Powiem szczerze, że do ostatniej chwili spodziewałem się, że pozostając w styczności z członkami związku, jako zwierzchnik, zdołam odwrócić zło i zachować choć pozory legalności. Lecz oni zaczęli zaraz, Bóg wie co, obmyślać. Oni chcą wszystkich... tak, chcą wszystkich tak... — zająkiwał się Trubecki, nie śmiejąc wymówić strasznego zdania, że spiskowcy wytępić chcą wszystkich członków rodziny carskiej.
— A wy nie chcecie wszystkich, wy nikogo nie chcecie? — pytał Golicyn.
— Nie! Nie chcę, nie mogę, Golicyn, ja nie urodziłem się mordercą.
— Więc cóż robić, książę? Wam-by należało zrzec się dyktatury, a może i całkiem wystąpić ze związku.
Spojrzał mu Golicyn prosto w oczy z cichym uśmiechem. Trubecki nic nie odrzekł, jakby nagle odgadł zasadzkę.
— Więc jakże, książę? Cóż! Jako uczciwy człowiek, powinien nam książę odpowiedzieć wprost tak, albo nie, zostajecie z nami, czy występujecie ze związku — przemówił Golicyn tonem jawnie już wyzywającym.
— Nie wiem na pewno, pomyślę...
— Pomyślicie? Zapewne! To tylko bieda, to niema czasu już na namyślanie, bo my zaczynamy jutro.
— Jutro? Jakto jutro? — zająknął się Trubecki, patrząc na Golicyna, jakgdyby nie pojmował.
— Ach! Tak, to wy jeszcze nie wiecie — zadziwił się Golicyn, patrząc z poza szkieł ze złym uśmiechem.
Jak zwykle w podobnych chwilach, twarz jego stwardniała, jakby zastygła i stała się podobną masce.
— Kuryer przyjechał z Warszawy z ostatecznem zrzeczeniem się Konstantego. Jutro o godzinie siódmej rano wojsko wezwane będzie do przysięgi, a my zbierzemy się na placu Senatorskim i robimy powstanie.
— Powsta... Powsta... — powtórzyć chciał Trubecki, ale już nie mógł, bo głos urwał mu się, oczy rozszerzyły, twarz pobladła, zzieleniała, grube wargi zaczęły drżeć. W tej chwili stał się nagle bardzo podobny do żyda.
— Ożydział ze strachu — pomyślał ze wstrętem Golicyn. — Cóż, nie odpowiadasz pan? Raczże dać odpowiedź!
— Przestańcie Golicyn! Nie wolno tak dalej — krzyknął Oboleński, pochylając się nad Trubeckim. — Jak wam nie wstyd, czy nie widzicie?
Głowa Trubeckiego opadła na poręcz fotela i oczy stanęły słupem. Oboleński rozpinał mu koszulę.
— Wody! Wody!
Golicyn znalazł karafkę, nalał wody do szklanki, podał Trubeckiemu, który próbował na próżno uchwycić wargami brzeg szklanki, ale tylko dzwonił zębami o szkło. Dłuższa chwila upłynęła, zanim zdołał przełknąć wodę, wreszcie wypił, odetchnął głębiej i podniósł głowę. Oboleński pochylony nad nim, gładził go ręką po włosach, jak niedawno Rylejewa.
— No! nic to! Trubecki nic to! Nie słuchajcie Golicyna, on was nie zna. Pomówimy z Rylejewem i wszystko się jakoś ułoży. Wszystko będzie dobrze, wszystko będzie dobrze.
— Mnie właściwie nic, błahostka; serce mam trochę słabe, w tych dniach nie czułem się zdrów, a jeszcze napiłem się kawy, to widocznie od tego, tak od tego, a przytem tak nagle... ja nie mogę tak nagle. Darujcie mi panowie, na miłość Boga, darujcie.
Rudawe włosy lepiły mu się do spoconego czoła, grube wargi wciąż jeszcze drżały, choć uśmiechał się, a w uśmiechu tym było coś dziecięco prostego i dziwnie żałosnego. Don Kiszot zbudzony z halucynacyi, lunatyk, który runął z dachu i rozbił się.
Golicyn doznał uczucia wstydu, jakby uraził dziecko, odwrócił się więc, aby nie widzieć. Bał się współczucia. Rozumiał dobrze, że skoro tylko zacznie żałować Trubeckiego, daruje mu wszystko i gotów usprawiedliwić zdrajcę.
— Posłuchajcie książę — zaczął, nie patrząc na Trubeckiego.
— Posłuchajcie Golicyn — przerwał mu Oboleński spokojnie, lecz twardo. — Ja to mam polecenie od Rylejewa przywiezienia Trubeckiego i sam to spełnię, a wy nie mięszajcie się do tego, proszę was i zostawcie nas samych. Pojedziecie do Rylejewa i zapowiecie mu, że my też zaraz przyjedziemy.
— Ja tylko chciałem powiedzieć...
— Idźcie już proszę was Golicyn i róbcie, co wam polecono.
— Więc to rozkaz?
— Tak! rozkaz.
— Słucham! — odparł socho Golicyn, skłonił się i wyszedł, ociągając się.
— Wszyscy ladzie rozumni, to są najgorsi darnie, przyszło mu na myśl po drodze, a za uczonego durnia uważał w tej chwili siebie.
Tak! Trubecki odejdzie z żalem, jak ów młodzian ewangeliczny, lecz czemże jest gorszy odemnie, czem gorszy od nas wszystkich. Kto wie, co będzie jutro z nami? Czy wszyscy nie odejdziemy z żalem?


ROZDZIAŁ VIII.

Skoro Golicyn powrócił do Rylejewa, zastał go już całkiem innym niż poprzednio. Rylejew umył się i przebrał, zdjął z siebie ranny chałat, a włożył frak lubo domowy, lecz z cienkiego sukna, ciemno kawowego koloru, »pius« z modną kamizelką z tureckiego szala i białym wysokim halsztukiem. Wszedłszy do bawialni, ożywił się jak zwykle, widokiem gości i rozmawiając z nimi, z gorączkowym rumieńcem na twarzy i z błyszczącemi gorączką oczyma, wyglądał prawie na zdrowego. Słowem Golicyn nie poznał w nim rannego Rylejewa, a za to odnalazł dawnego o suchej, ściągłej twarzy, z cerą ciemną, prawie że cygańską, z ogromnemi jasno-ciemnemi oczyma, pod gęstą, czarną brwią. Usta cienkie jak u kobiety z prześlicznym uśmiechem, naturalnie wijące się włosy, bezskutecznie przygładzone szczotką i zaczesane na skronie, z tyłu głowy chłopięcy wicherek. I cały zdawał się lekki, lotny, ognisty, jak rozchwiany od wichru płomień.
Po opływie godziny, przyjechali Oboleński z Trubeckim. Rylejew zaprowadził ich do swego gabinetu i zamknął drzwi do bawialni, gdzie zgromadzona była reszta gości.
— Wszyscy się na was oglądamy Trubecki, by zająć stanowisko w obecnych wypadkach. Nadarza się bowiem sposobność, której nie można zmarnować.
— Więc wy myślicie, że już trzeba działać, Rylejew?
— Działać! oczywiście, bezwzględnie, okoliczności same prą nas do tego. Teraz lub nigdy! sposobność jedyna, i jeśli teraz nie zaczniemy, to zasłużymy w całej rozciągłości na miano podłych — odparł Rylejew, patrząc mu w oczy wymownie. — A wy co myślicie książę?
— Myślę, że trzeba się wpierw przekonać, jaki duch panuje w wojsku i jakimi środkami związek rozporządza.
— Bez względu na środki, cofać się już nie pora, za dalekośmy zaszli. Może być, żeśmy już zdradzeni i wszystko odkryte. Przeczytajcie to naprzykład, rzekł — podając Trubeckiemu donos Rostowcewa.
Trubecki ledwie spojrzał na papier i nie mógł go prawie odczytać z nadmiaru wzruszenia.
— Cóż to? donos!
— Jak widzicie! Kości rzucone i nie utrzymamy już szabli w pochwie, skazaniśmy już na zgubę.
— Tak! Ale nie tylko my sami, drugich na zgubę wydajemy, a my nie mamy prawa nikogo gubić... nikogo gubić... tak — zająknął się Trubecki i pomyślał tobie: Teraz trzeba wszystko wyznać i powiedzieć, że chcę wystąpić ze stowarzyszenia. Z tem jechał do Rylejewa, lecz język mu kołowaciał. Powiedzieć mu taką rzecz byłoby tem samem, co znieważyć, lub uderzyć człowieka niewinnego. Dzwonek za dzwonkiem dźwięczał w przedpokoju.
— Czemu tak dużo ludzi najeżdża tu? — pytał Trubecki.
— Dowiedzieli się o kuryerze z Warszawy — objaśnił Rylejew, poczem spytał: — A jakież siły uważacie książę za niezbędne?
— Kilka pułków przynajmniej, jakie sześć tysięcy ludzi, a choćby jeden pułk staro gwardzistów, bo do młodszych nikt nie przystanie.
— W takim razie niema kłopotu — ze dwa pułki: moskiewski i lejb grenadyerski, ja sam odpowiadam i ręczę — zawołał Rylejew.
— To tylko słowa — przerwał mu Oboleński — nie możemy ręczyć na pewno, ani za jednego człowieka.
Rylejew spojrzał na Oboleńskiego i nic nie odpowiedział, a tylko wzruszył ramionami. Począł roztaczać dalej plany powstania.
Ta lotność, lekkość, błyskawiczność, która była w nim i czyniła go podobnym do rozchwianego wichrem płomienia, udzielała się otoczeniu, skutkiem czego, on jakby rozkazywał, a tamci słuchali, a sprzeciwić się nie można było, zwolna i Trubecki zapalił się jak struna, nie tknięta smyczkiem, co odpowiada jednak na dźwięk drugiej struny, strojąc się do jednego z nią tonu.
— Mój plan taki — zaczął. — Skoro zbiorą się półki, dla nowej przysięgi, a żołnierze okażą się niechętni, to oficerowie odprowadzić ich powinni do najbliższego pułku, a skoro się ten przyłączy, do następnego, i tak dalej. Gdy już wszystkie pułki gwardyjskie, a przynajmniej znaczna ich część, zebrane będą razem, zażądać zbiorowo przybycia cesarzewicza Konstantego. W ten sposób zachowane zostaną formy legalne, a sam nawet opór żołnierzy będzie świadectwem ich wierności. Równocześnie udać się trzeba do senatu i zażądać wydania manifestu, w którym się ogłosi, że mają być wybrani delegaci z każdego okręgu, dla rozstrzygnięcia, komu ma przypaść tron i na jakich podstawach. W międzyczasie senat powinien zatwierdzić rząd tymczasowy, który zatrzyma władzę, dokąd nie zostanie uchwaloną nowa rosyjska konstytucya, na wiecu przedstawicieli ludowych. Po ogłoszeniu manifestu wojska powinny wyjść ze stolicy i stanąć obozem w pobliżu, aby wśród buntu nawet zachować równowagę i spokój... i spokój... tak...
— Rewolucya na różanej wodzie — pomyślał Golicyn.
— Prześliczny plan! — odparł Rylejew — tylko boję się, czy nie za wiele zabierze czasu to chodzenie od pułku do pułku i czy to koniecznie potrzebne.
— Ależ bezwzględnie, jakże można inaczej.
— Ja uważam, że wystarczy, aby się jedna rota zbuntowała, a już można będzie zrobić przewrót. Niech pięćdziesięciu ludzi stanie, to ja będę z nimi! — zawołał Rylejew z takim ogniem w oczach, że Trubecki oniemiał. Zamilkł nagle, czując, że mówi nie to, co trzeba.
Z poza drzwi dochodził gwar zmięszanych głosów. Słów nie było słychać, ale krzyk był taki, że zdawało się, iż za chwilę wszyscy zaczną się za łby wodzić. Nagle drzwi otworzyły się z hałasem i do pokoju wpadł sztabs-kapitan lejbgwardyi moskiewskiego pułku kniaź Szczepin-Rostowski, rozczerwieniony, spocony, rozczochrany i w takiem podnieceniu, że wyglądał na pijanego lub waryata.
— Niech was tu wszystkich dyabli biorą, podlecy, tchórze, zdrajcy! — ryczał, wygrażając pięściami. — Róbcie, co chcecie, ale ja...
— Czego pan krzyczy? Myśmy nie głusi — zatrzymał go spokojnie Rylejew, tak, że Szczepin na chwilę zamilkł.
— Słuchajcie, Rylejew, ja tu z nimi nie wytrzymam, z tymi filantropami. Tu trzeba rżnąć, po prosta rżnąć i koniec, a jeśli nie chcecie, to ja pierwszy na siebie doniosę.
— A przestańże pan do dyabła! — skoczył na niego Rylejew, tupiąc nogami. — Zbiesiliście się czy co? Wynoście mi się stąd zaraz, czy nie widzicie, żeśmy sprawą zajęci. Wynoście się mówię, precz!
I choć był mały, chuderlawy, w porównaniu z ogromnym Szczepinem, wziął go za ramiona, obrócił ku drzwiom i wypchnął za próg zupełnie łatwo, tak, że zanim Oboleński i Trubecki zdołali się opamiętać, cała scena była skończona. Rozśmiali się obaj, choć Trubeckiemu było wciąż nie do śmiechu.
— Słyszeliście! — co to znaczy Rylejew — wybełkotał blednąc.
— Nic to Trubecki, nie zważajcie na to, on tylko tak gada. Krzykacz, awanturnik, ale serce dobre, a zresztą mam go w ręku.
— Serce dobre, a chce rżnąć ludzi — mówił swoje Trubecki — i nie on jeden, a wszyscy o krwi tylko, o zabójstwach marzą. Nie panowie, ja nie mogę. Nigdy nie byłem złoczyńcą, ani zwierzem i rozmyślnym zabójcą być nie potrafię, nie potrafię — tak.....
I chciał już powiedzieć, że pragnie wystąpić ze związku, ale znów język odmówił mu posłuszeństwa. Im mocniej chciał, tem trudniej było mu powiedzieć.
— No! ja już pójdę — rzekł nagle, podnosząc się z miejsca i podając rękę Rylejewowi z dziwnym pośpiechem.
— Gdzie znowu? Zaczekajcie, jakże tak można, wszakżeśmy nic jeszcze nie postanowili.
— A cóż tu postanawiać?! tak nic nie ułożymy.
— A to dlaczego nie mamy czegoś postanowić. Choć może istotnie niema co z góry układać; okoliczności same wskażą nam drogę. A więc z Bogiem! do jutra, mówił, kładąc ręce na ramiona Trubeckiego i przysuwając twarz swą do jego twarzy, tak blisko, że tamten czuł jego oddech. A wy Trubecki nie gniewajcie się na mnie, nie gniewajcie się gołąbku na miłość Boga, mówił z dziecięco serdecznym uśmiechem. Winien jestem, sam czuję, żem zawinił wobec was Trubecki. Rozporządzałem się na własną rękę, nie słuchałem, szumiałem, ale to wszystko jutro się skończy. Jutro tyś dyktator, a ja prosty szeregowiec, twój wierny poddany; niech kto poważy się palcem na ciebie zakrzywić, a własną ręką zabiję. No! Chrystus z tobą. — Chciał go uścisnąć, lecz tamten cofnął się i bardzo pobladł.
— Więc i uściskać mnie nie chcecie, gniewacie się widać na dobre — zaglądnął mu w oczy Rylejew.
Trubecki myślał tylko o tem, jakby najprędzej stąd uciec. Objął i pocałował Rylejewa a w duszy powtarzał: »Pocałowaniem wydasz syna człowieczego« i wybiegł z pokoju.
W sieniach dopiero zauważył, że ktoś idzie za nim i trzyma za poły od szyneli. Obejrzał się i zobaczył Oboleńskiego, który mówił do niego coś, czego nie mógł zrozumieć, wreszcie pojął, o co chodzi.
— Będziecie jutro na placu senackim — pytał Oboleński.
Trubecki wysilał się na spokój.
— No cóż? Jeśli wystąpi jakie dwie roty, na co się to przyda? Prawdopodobnie dzień przejdzie cicho — odparł prawie ze spokojem.
— W każdym razie będziecie? — nalegał Oboleński.
Trubecki nic już nie odpowiedział, wyrwał połę szyneli i wybiegł na ulicę, skoczył do karety i zatrzasnął drzwiczki, krzyknąwszy na sztangreta:
— Jedź do domu!
Sam rzucił się na poduszki siedzenia, wpół martwy. W karecie pachło różą herbacianą, ulubioną perfumą Kataszy.
— Ona jeszcze nie wie — pomyślał — lecz dowie się prędzej czy później.
Myśl ta przejęła go nowym lękiem.
— W każdym razie będziecie na placu — zadzwoniło mu w uszach.
Pochylił się ku oknu karety, chciał je spuścić i zawołać na stangreta, by wiózł go z powrotem do Rylejewa, ale osłabł i opadł znów na poduszki i stał się znów bez siły, miękki, nie sprężysty.


ROZDZIAŁ IX.

Jadąc do Petersburga, Golicyn miał zamiar zatrzymać się w hotelu Deniła na Mojce, obok policyjnego mostu. Do własnego mieszkania w domu Bajera przy Praczesnym moście zajeżdżać nie chciał, bo najpierw mieszkanie to stało puste i nieumeblowane prawie przez całe lata, następnie wiedział od Rylejewa, że policya go śledzi. Skoro jednak przyjechał pocztowym dyliżansem, z towarzyszkami podróży panią Pałyczewą i jej córką i zdał je niejako z ręki do ręki babce Natalii Rżewskiej, staruszka ani słyszeć nie chciała, by miał jechać od niej do hotelu i zatrzymała go przemocą.
Zmiłuj się ojczulku! Czy to słyszana rzecz, żeby gość z porządnego domu odjeżdżał do traktyerni. Dom pusty, czy wam tu mało miejsca. Wy zresztą dla nas nie obcy człowiek.
Od pierwszych słów Natalia Kiryłówna udowodniła mu dalekie pokrewieństwo. Golicyn przyjął zaprosiny tem chętniej, że mniemał, że w domu jej będzie mu bezpieczniej, a zresztą nie chciał rozstawać się z Marynką.
Dom Rżewskiej stał na Fontance przy Alarczyńskim moście; miejscowość cicha, dokoła pustka, gdzieś dopiero na krańcach widnokręgu rysowały się niskie sylwetki małych domków. Zdarzało się, że w nocy z tej pustki dochodziły wołania i krzyki: »Ludzie na pomoc, grabią nas, patrol! Patrol!« Ludzie wyskakiwali wtedy z łóżek, wysuwali głowy przez okienka i odpowiadali: »Idziemy! Idziemy!« Lecz wcale nie szli, tylko powracali do ciepłej pościeli, chowając głowy pod kołdry.
Otoczony starym ogrodem, niegdyś pociętym w regularna aleje i kwatery, lecz dawno już zarosłym i zapuszczonym, dom ten podobny był do wszystkich podmiejskich rezydencyj, należących do Ekateryńskich wielmożów. W obszernych sieniach z kolumnami, wyłożonych marmurem, drzemały stare sługi, wiążąc siatkowe robótki lub odmawiając półgłosem psałterz. W obszernych salach obicia na ścianach wyblakłe już były i wypełzłe, kryształowe wisiorki na pająkach i żyrandolach zmętniałe, ciemne, jak zadymione topazy, dzwoniły, gdy kto szedł przez pokój. Ogromne holenderskie piece z błękitnych kafli były mocno rozgrzane, we wszystkich pokojach pachło żywicą i wszędzie panowała głucha cisza.
Pokój babuni był narożny, obicia w rzucane wiązanki kwiatów, i jak w sklepie starożytności znajdował się tu cały skład, szyfonjerek, etażerek, oszklone serwantki z porcelanowemi figurkami, krągłe stoliki z bronzową kratką, brzuchate komody z chińską inkrustacyą; wszystko wogóle przypominało wiek już ubiegły. Na oknach nizkie ekrany z malinowemi szybkami, które rzucały na wszystkie przedmioty i twarze różowy odblask, jakby wieczystego zachodu. U jednego z okien klatka i podstawka z żerdzią dla domowej papugi białej z żółtym czubkiem, zwanej Potapem Potapiczem.
Babunia była drobna, sucha, z twarzą woskowo-bladą jak u nieboszczyka; rzekłbyś, przeleżała dobę w trumnie, potem wstała i znowu żyje. Zawsze strojna w jedwabnej popielatej sukni, w białej kresie dokoła szyi, w białym tiulowym czepcu z szeroką riuszą, pod którym przypięte były fałszywe pukle en grappes de raisin. Na plecy zarzucona luźna kacawejka, gdyż babunia wiecznie ziębła. Na pół godziny przed wyjściem staruszki z sypialni, jedna z rezydentek, Niemka spasiona jak kupiecka klacz, siadywała na fotelu, aby wygrzać miejsce. W krześle siedziała babunia prosto, mimo niezliczonych poduszeczek, które |ją otaczały, jedwabnych, wełnianych, wyszywanych. Przy sobie na stole miała zawsze puszeczkę z pudrem i pudrowała się często, ocierając się chusteczką lub skórką z pęcherza. U nóg jej na okrągłym stołeczku, leżała zawsze zwinięta w kłębek suczka bolońska, okropnie zła — Fidelka.
— Powiedz, czemu ty tak trzęsiesz tacą — mówiła babunia do dziewki służebnej Martuszki, gdy ta przynosiła jej z rana herbatę.
— A bo Fidelka bardzo mnie po nogach kąsa.
— Czyż dlatego masz tacą trząść? — dziwiła się Natalia Kiryłówna.
Była bardzo delikatnego zdrowia i przy najlżejszej słabości kładła się do łóżka i przystawiała do skroni kompresy, moczone w occie. Nie lubiła słuchać o nieboszczykach. Stara rezydentka Zacharowa, posłyszawszy o czyjejś śmierci, przychodziła do sypialni powiedzieć o tem pani na ucho.
— Cicho bądź! Nie mów nikomu, że ja wiem, tyś mi nic nie powiedziała, pamiętaj! — nakazywała jej srogo babunia.
Jednakże w mezaninie, tuż prawie nad sypialnią, umarła jedna z rezydentek, których mnóstwo było w domu.
— Umarła — zwiastowała Zacharowa swej pani, wskazując palcem na sufit.
— Cicho bądź!
Wynieśli nieboszczkę ukradkiem i pochowali ją, a babunia nie wspomniała o niej wcale, jakby jej nigdy na świecie nie było. Dużo widziała i przeżyła i dlatego bała się wszystkiego, wzdychała też często nad tem, jak łatwo zmienia się fortuna.
— Całe nasze życie to gra hazardowna — mawiała.
Po dwóch lekkich atakach apopleksji często wpadała w półświadomość; siadywała wówczas całemi godzinami nieruchoma, śledząc tylko w milczeniu ruchy papugi, kołyszącej się na kółku, krzyczącej przeraźliwym skrzetem: Potap, Potapicz! Potapow! Po takich momentach ożywiała się i opowiadała chętnie o swej młodości, gdy była frejliną na dworze Katarzyny. Oznajmiała z tajemniczym szeptem jako najświeższą nowość, że książę Platon Zobow çe charmant vaurien umiał oczarować jej cesarską mość swem zachwycającem obejściem; wspominała też chętnie o łaskawej uprzejmości cesarzowej matuszki.
— Bywało, zauważy, że komuś słońce dokucza, to idzie, bywało do okna i własnemi rękami storę zapuszcza. Ale za to nie miała pobłażania dla swywoli. Gdy raz jenerałowa Korzyn pustowała nad miarę na maskaradzie, kazała zabrać ją z sali sekretarzowi do tajnych poleceń Szeszkowskiemu i ukarać lekko cieleśnie, poczem przewieziono ją z wszelkimi honorami z powrotem na bal.
Lubiła także babunia opowiadać o panu Fontenelle, którego poznała osobiście w czasie bytności swej w Paryżu, przed rewolucyą.
— Skończony to był filozof, nigdy głosu nie podnosił, nie gniewał się, nie płakał ani się nie śmiał. »Panie Fontenelle«, pytam go, »pan się nigdy nie śmieje«. »Nie«, odpowiada, »nigdy nie robię cha! cha! cha!« Żadnych uczuć nie doznawał, w nikim się nie kochał, a tylko niektórzy ludzie podobali mu się. »Panie Fontenelle«, pytam go, »czy pan mnie szanuje«. Je vous trouve fort aimable madame. »A gdyby panu powiedzieli, że ja kogo zabiłam; uwierzyłby pan«? »Poczekałbym łaskawa pani, aż się wyjaśni«. Powiedział tak, ale sam się uśmiechał. Krzepki był staruszek, przeżył więcej, jak sto lat. Mądrala! Takich dziś nie znajdziesz...
Ludzie nowego wieku ze swemi „kusemi“ myślami i „kusymi“ frakami nie podobali się babuni.
— Wszyscy wy, kiedy patrzę na was, tacy jesteście obskubani, jakbyście prosto z łaźni wyszli. Nie mogła przywyknąć do modnych, długich pantalonów, które zastąpiły dawne, krótkie do pończoch i płytkich trzewików.
— Od sankiulotów poszła ta moda, Boże odpuść, bezwstydników bez spodni.
Szemrała na tą modę i wspominała, jak raz na balu w Moskwie gospodarz domu zbliżył się do takiego modnego fircyka, który ukazał się pierwszy raz w długich spodniach. »Ja ciebie, powiada, zaprosiłem na bal do tańcowania, a nie do wspinania się po maszcie, a ty przebrałeś się za majtka«.
— Od 1812 roku Moskwa zdegenerowana — wzdychała Natalia Kiryłówna, słuchając opowiadania Niny Lwownej o nowinkach moskiewskich. Gdyby nasi dawni ludzie z grobu wstali, by spojrzeć na miasto, toby tylko westchnęli, widząc, do czego doszło. Całkiem zmarniała Moskwa, ani sosyety, ani wyższego towarzystwa. Takie teraz czasy, że co godzina zda się gorzej, wolałyby i oczy nie widzieć i uszy nie słuchać.
Jedynym gościem Natalii Kiryłównej był stary Fryndin, Foma Fomicz, dymisyonowany brygadyer z czasów Suworowa. Małego wzrostu, przyjemnej twarzy z blado-niebieskiemi oczyma, jak wyblakłe niezabudki, z dziecięcym wyrazem w oczach i dziecięcym uśmiechem; mówiący cicho miłym, spokojnym tonem. Fryndin kochał się kiedyś prawdopodobnie w babuni i wiernym jej pozostał do końca życia. Zawsze niezmiernie ugrzeczniony, pozwalał tylko sobie na małe żarciki przy grze w »muszkę«, mówiąc naprzykład, że wychodzi siedem z kierów, kiedy było siedem z pików.
— Przestań Batiuszka! Cóż to za jakieś figle! — gromiła go staruszka.
— I czemu nie pofiglować matuszko. Natalio Kiryłówna, życie i tak krótkie — uśmiechał się stary swoim cichym uśmieszkiem.
Gdy babce chciało się drzemać, czytał jej głośno sentymentalną książkę p. t.: »Płody melancholii dla czułych serc«, a gdy nudziła się, opowiadał jej anegdoty.
— Wiecie matuszka! w »Północnej pszczole« piszą, że Chińczycy wyuczyli małpy, by obrywały liście z drzew herbacianych, a to dlatego, że lepiej od ludzi wspinają się po gałęziach.
— Kłamstwo! — przeczyła babunia — przestanę pić herbatę, bo nie chcę jej z małpich łap.
— Myją im łapki, w trzech wodach myją matuszka — uspokajał ją Fryndin.
A czasem zaczynał filozofować.
— Nie ma w ludzkiem życiu pomyślności, po którychby nie nastąpiły utrapienia i to w większej mierze, ale serce ciche zawsze dla radości otwarte; tak i ja raduję się. Żadnych już w świecie pragnień nie mam, a nie żyję chyba na świecie szczęśliwszy odemnie człowiek — powtarzał, zażywając szczyptę tabaki ze złotej tabakierki z wizerunkiem Pawła I, gdzie był napis: »Po Bogu on dla mnie jedyny, nim tylko żyję«. A taki spokój był w jego jasnym uśmiechu, że można było wierzyć, że prawdę mówi.
Lubił porównywać przeszłe i obecne czasy.
— Przodkowie nasi żyli z mniejszem oświeceniem, ale z większem niż my zadowolnieniem. Rozkoszy takich nie zażywali jak my, ale też i lęku i niespokojności nie znali. Dziwna rzecz, że ludzie nie chcą wstępować w ślady przodków swoich, a co jeszcze obaczą wnuki i prawnuki nasze, o tem i pomyśleć straszno.
Golicyn powrócił do starego domu po gorących rozprawach spiskowców, gdzie mówiono o buncie, krwi, przewrocie i płomiennej pożodze powstania. Dom ten, gdy wchodził do niego, wydał mu się królestwem sennych wizyi, które zniknąć teraz muszą. Senne obrazy pierzchną i nie chciał Golicyn żałować ich, a przecie żal mu było. Wszakże domy takie rozburzyć trzeba było, zniszczyć by nie został i kamień na kamieniu, dlatego przecie i on szedł do powstania, a jednak miał uczucie, że przesuwają się oto przed nim po raz ostatni i zaglądają mu w oczy z cichą żałością cienie własnej przeszłości.
Gdy wszedł do bawialni, babunia siedziała jak zwykle na niskim fotelu przy stoliku, gdzie przy dwóch woskowych świecach rozkładała nigdy nie kończący się pasyanse. Stary Fryndin czytał jej przeszłoroczne gazety, Nina Lwowna wiązała coś na drutach, a Marynka wyszywała białym haftem. W pokoju mocno było napalone i nakadzone żywicą, tak, że aż Golicyn trochę się zadyszał, przyszedłszy ze świeżego powietrza. Fidelka zaszczekała i chciała go ugryźć w nogę. Papuga, drzemiąca w klatce, zaszeleściła piórami, otwierając leniwie jedno oko i mruknęła sennie: »Potap Potapica Potapow«.
Wszystko to ciche było senne, spokojne, niezmienne zda się jak wieczność.
— I gdzie to przepadłeś? zwróciła się babunia do Golicyna z przyjaznem gderaniem. — Czemu to w miejscu nie posiedzisz, a tylko latasz po ludziach od rana do nocy.
— Byłem u wuja księcia Aleksandra Mikołajewicza — skłamał Golicyn, chcąc uniknąć zbytecznych pytań. — Pokłoń mu od was zaniosłem, a i on kazał was pozdrowić.
— Nie mówisz ty prawdy — odparła staruszka. — Aleksander Mikołajewicz dawno już o mnie zapomniał.
— Ale owszem babuniu, pamięta was wybornie, pozdrowić was kazał i rączki ucałować — skłamał znów Golicyn, a Fidelka zaszczekała głucho.
Przez chwilę wszyscy umilkli i w pokoju zrobiło się jeszcze ciszej, senniej, spokojniej.
— Marie! poco psujesz oczy, nie można haftować przy świecach — rzekła do córki Nina Lwowna.
Marynka wyszyła jeszcze kilka ściegów, przewlekła igłę dla umocnienia haftu, odgryzła nitkę i odłożyła robotę.
— Chodź no do mnie wnuczko! — wezwała ją babunia. — Jakaś nie wesoła dziś jesteś i liczko blade, ale chociaż pobladłaś, bardzo dziś na awantaż wyglądasz — mówiła staruszka gładząc ją po twarzy.
Potem rzekła zwracając się do Niny Lwownej.
— Bardzo wyładniała Maryńka i poszukać by jej trzeba przystojnego kawalera, nie takiego starego grzyba jak wasz Awkwitonow. Porzuć ty raz matko te wasze Czeremuszki i przenieś się całkiem do mnie. Pożałuj przecie starej, będzie ci tu dobrze, zobaczysz, i kawalera stosownego znajdziemy dla Marynki.
Nina Lwowna nic nie odrzekła, tylko głowę pochyliła i zadzwoniła głośniej drutami.
— A kiedyż spełnicie wasze przyrzeczenie Maryo Pawłowna — rzekł do Marynki Golicyn.
Widział on, że dziewczynie nie miłą jest gadanina babki, i chciał pomódz jej przerywając wątek.
— Cóż ja przyrzekłam księciu?
— Pokazać suweniry babuni.
— Ach tak! z największą przyjemnością, jeśli babunia pozwoli.
— Samabym ci pokazała batiuszka, ale cóż! Nogi już nie służą, wstawać się nie chce. Pokaż mu Marynko i owszem.
Staruszka lubiła bardzo pokazywać gościom swoje suweniry i pyszniła się nimi jak dziecko.
Marya Pawłówna podeszła z Golicynem do oszklonej serwantki, otworzyła ją i zaczęła pokazywać staroświeckie cacka. Tabakierki, bombonierki, medaliony, kameje, skrzyneczki do muszek i pudru, figurki z saskiej porcelany i takież filiżaneczki.
— A to co? — spytał Golicyn, pokazując na mały przedmiot, wyrobiony z kości słoniowej i złota.
— Samołówka na pchły — odparła Marynka. — Widzi pan tu jest rureczka z dziurkowanem dnem, z jednej strony spodem zamknięta. Do środka wkręciło się listewkę, nasmarowaną miodem, pchły wpadały przez dziurkę i lepiły się do ścian. Babunia opowiada, że modne damy nosiły takie samołówki na szyi zawieszone na jedwabnych wstążeczkach.
— Mieli też co wymyślać — zaśmiał się Golicyn.
Marynka spojrzała na niego z cichym wyrzutem, a on zrozumiał wtedy, że nie wolno mu śmiać się z tych biednych pamiątek starego wieku, które jej są miłe i drogie. Ona sama zresztą podobna jest do nich, a przedziwny urok, który ją owiewa, miał w sobie tchnienie przeszłości. Z przeszłości śmiać się nie wolno. Śmiać się możemy z własnych dzieł, a wnuki nasze i tak śmiać się z nas będą, każdy wiek ma swoją śmiesznostkę na kształt owej pchlej samołówki.
— Marynko, chciałbym pomówić z wami na osobności — szepnął jej ukradkiem.
— Niech pan idzie do błękitnego pokoju — odszepnęła równie tajemniczo Marynka.
Poczem zamknęła serwantkę i zwróciła się do babuni, a Golicyn wysunął się cicho z bawialni. Babunia kończyła właśnie pasyansa, którego wynik budził powszechną ciekawość, gdyż był on rodzajem kabały.
— Dama karowa! przy kierach dama karowa! — unosił się Fryndin.
— Siedźcież cicho! batiuszka, i czego się tak bez miary szastacie — gromiła go babunia.
— List i droga! List i droga! — wołał Fryndin, nie dając się uśmierzyć i zaglądając w karty przez ramię staruszki.
— Wcale nie list i droga, a śmierć i mariaż — sprostowała Nina Lwowna, także bardzo wzruszona.
— Spełnienie życzeń i niezmienne powodzenie — objaśniła z tryumfem babunia, wykładając ostatnią kartę.
— Bądźcie tak dobry, Foma Fomicz, i pomóżcie mi zaciągnąć krosna — rzekła wtedy Marynka.
— Co ci się zachciewa zaczynać przed nocą — zdziwiła się Nina Lwowna.
— Bo chcę jutro zaraz od rana zasiąść do roboty, zwłaszcza, że dnie teraz takie krótkie — odrzekła Marynka, rumieniąc się po uszy, bo nie umiała kłamać. — Pozwól mateczko, pozwól gołąbko miła — prosiła, obejmując matkę, by ukryć na jej piersiach spłonioną twarzyczkę.
— No, to dobrze, idź więc, idź!
Minąwszy kilka pokoi ciemnych, lub też słabo tylko oświetlonych płomykiem nocnej lampki, Marynka i Foma Fomicz weszli do błękitnego pokoju.
Czekał już ich tam Golicyn, siedzący obok krosien, na których rozpoczęty był haft, wyobrażający białą papugę na zielonem tle, prawdopodobnie portret Potapa Potapicza.
— Wy, książę, tutaj? — udała zdziwioną Marynka, czerwieniąc się powtórnie. — Przepraszam was, Foma Fomicz, żem was niepotrzebnie trudziła, skoro książę tu jest, to on mi pomoże. Zapomniałam na wieki, że mi wczoraj obiecał.
— Nie troszczcie się o mnie, Maryo Pawłowno. Zostawię was tu z księciem, a sam pójdę zdrzemnąć się gdzieś w fotelu. Sen mam lekki, więc gdyby ktoś wołał panią, to usłyszę i zaraz dam znać. Tout à vos ordres mademoiselle.
Rzekłszy to, staruszek wyszedł, szurgnąwszy szarmancko nogami. Zrozumiał on wybornie, o co chodzi. Marynkę kochał, jak rodzoną córkę, Akwitonowa nie cierpiał, Golicyna zaś uważał za takiego konkurenta, że i marzyć nie można o lepszym.
Skoro Foma Fomicz wyszedł, Marynka siadła przy krosnach i zaczęła niby oglądać haft, Golicyn siadł obok niej i oboje milczeli.
— No i cóż, książę. Co mi macie powiedzieć? Ja słucham — odezwała się wreszcie Marynka, uśmiechając się do niego.
Odpowiedział jej takiemże spojrzeniem i uczuli znów tak samo, jak w czasie swej podróży w dyliżansie z Petersburga do Moskwy, że milczenie takie zbliża ich nieskończenie i jednoczy, jak gdyby spotykali się po długiej rozłące i poznawali się wzajemnie na nowo, z radosnem zdumieniem.
— Pamiętacie, Marynka, com słyszał od was w czasie naszej podróży, że może nie macie wcale narzeczonego. Jakże to jest, macie go? czy nie? — spytał Golicyn.
— Dlaczego chcecie wiedzieć o tem? — spytała z kolei Marynka, pochylając się znów nad haftem i szturgając paluszkiem czubaty łebek Potapa Potapicza.
— Marynka! miła! Wy przecie wiecie dlaczego.
Wziął jej rękę, której mu nie cofnęła, a tylko schyliła niżej jeszcze głowę tak, że twarz zasłonięta była prawie całkiem wiszącymi po bokach lokami. Wiedziała, że los jej waży się w tej chwili i starała się ukryć wzruszenie, lecz nie mogła tego dokazać, bo serce tłukło się w niej tak mocno, że chyba i on musiał słyszeć.
— Co wam? Co wam jest Marynko? Czemu nie chcesz mówić ze mną, jak dawniej? Czemu jesteś taka...
— Jaka? Nic! ja przecie nic. — Czyż można zresztą zawsze swywolić, jak dziecko. Ja już nie dziecko, a życie to nie żart.
— Życie? Cicho.
Przypomniały się Golicynowi słowa ojca Marynki:

Korząc się sercem wierzyć trzeba,
I w cierpliwości czekać końca.

— No cóż! jeśli nie chcesz mówić ze mną, to nie mów, a tylko wierz Marynko, wierz bez względu na to, co się zdarzyć może, że masz we mnie przyjaciela. Czy będziesz wierzyć temu Marynko?
— Oczywiście, że tak — chciała odpowiedzieć po dawnemu, ale nie mogła i uśmiechnęła się całkiem inaczej jakimś bladym uśmiechem.
— Wierzę, tak — prawie — skończyła wreszcie.
— Czyż można wierzyć prawie? — odrzekł Golicyn z goryczą, puszczając jej rękę. — Cóż robić? nie zasłużyłem widocznie na nic lepszego.
Znowu zamilkli, czując, że mówią oboje nie to, co trzeba. Słowa rozdzieliły ich, jakby po krótkiem spotkaniu znów przyszła rozłąka i to na wieki.
— I to już wszystko książę, coście mi chcieli powiedzieć?
— Nie! nie wszystko, zostało jeszcze najważniejsze. Chodzi o to, abyście wiedzieli Marynko, że z Akwitonowem możecie postąpić, jak sama zechcecie. Wyście już wolna Marynko. Dług, który mieliście na Czeremuszkach, zapłacony i nikt już pani Czeremuszek nie odbierze. Teraz dopiero może pani mieć swobodny wybór.
Radość błysnęła nagle w jej oczach, lecz równie szybko zgasła.
— Co wy mówicie, książę? Dług zapłacony? I któż to zrobił?
— Wszystko jedno kto.
— Jakto wszystko jedno? Los mój się rozstrzyga, a ja nie wiem kto?
— Ach! Boże mój. Nie w tem rzecz. Ale jeśli już pani chce koniecznie wiedzieć, to...
Tu Golicyn zaplątał się i zmienił jak dzieciak, mocno czerwieniąc się.
— Chcecie wiedzieć? To Foma Fomicz zapłacił, ot kto.
— Foma Fomicz? Skądże on wziął pieniądze? Biedniejszy jest przecie od nas.
— Może od babuni?
— Od babuni? Przecież mama dziś jeszcze cały ranek prosiła, żeby babunia zapłaciła choć część długu, a ona stanowczo odmówiła. Dlaczego wy nie mówicie prawdy, książę? Co macie na myśli?
Badała go oczyma, mówiąc to, a wreszcie wstała nie odrywając od niego wzroku.
— Waleryanie Michajłowiczu — rzekła — proszę mi zaraz powiedzieć, kto zapłacił? a jeśli mi pan zaraz nie powie, to Bóg wie, co sobie pomyślę.
Nie odrzekł nic, ale ona zrozumiała i pobladła.
— Więc to pan! A! dzięki wam książę, pan jest bardzo dobry. Pożałowaliście książę ubogiej dziewczyny i obdarowaliście ją; a tylko nie przyszło wam na myśl, że może my, choć biedne, nie zechcemy przyjąć takiego podarku... jałmużny? Gdybyście mieli choć trochę nie już przyjaźni, lecz szacunku dla mnie i dla mamy, nie zrobilibyście tego książę. Choć zresztą, to ja sama winna jestem, żem pozwoliła... głupia... głupia... dziewczyna.
Zakryła twarz rękami, opadła na krzesło i zaczęła płakać. Szczupłe jej ramiona wstrząsały się od szlochu; z pod rozsuniętej muślinowej Fichu, wychylała się szczupła pół dziecinna szyja, pół dziecinne piersi falowały pod stanikiem, podnosząc się i opadając.
— Co ja narobiłem, głupi? — zawołał Golicyn, chwytając się za głowę.
Nie wiedział sam, co dla niego w tej chwili ważniejsze, wyzwolenie Rosyi, powstanie, rewolucya, czy ta płacząca dziewczyna.
Marynka wstała i szła ku drzwiom, nie odejmując rąk od twarzy. Golicyn rzucił się za nią chcąc ją zatrzymać.
— Marynko! Miryo Pawłówno! poczekajcie! nie uciekajcie tak, dajcie powiedzieć, posłuchajcie na Boga.
— Puśćcie mnie książę! puśćcie!
Ale on nie puszczał i przytrzymał mocno jej rękę.
— Niechże pani pozwoli, niech pani pozwoli powiedzieć. Nie mogę przecie tak Marynko! Odejdzie pani zaraz i może się już nigdy nie zobaczymy.
Zatrzymała się, słuchając.
— Tylko minutkę... ja tylko chcę — ...Niech pani siądzie proszę, niech pani usiądzie.
Ciągnął ją za rękę, prowadząc do krzesła. Uległa, poszła za nim i siadła na dawnem miejscu.
— Głupiec! ze mnie, głupiec! Wszyscy rozumni ludzie, to najgorsze durnie, to chyba o mnie powiedziano — powiedział strapiony — gdybym był wiedział, że to tak wypadnie. Nie! czyż pani mnie uważa za ostatniego nikczemnika. Pani sama mówiła wczoraj, że najlepiej po prostu. Ja też chciałem. Pani nie wie Marynko, w jakiem ja jestem położeniu... Pamięta pani bajkę. »Wędrowiec i wielbłąd«, wielbłąd oszalał, wędrowiec wpadł do studni, a tam krzak malin... Chociaż nie, to nie to — ja wciąż mówię nie to, co trzeba, poprostu, rozum tracę Marynko! Nie mogę przecież pozwolić, żeby się pani gubiła, bo ten Awkwitonow, to dla pani zguba, gorzej niż zguba. Mówiłaś sama przed chwilą, że prawie wierzysz, iż jestem wam przyjaznym. Jak to strasznie, jak boleśnie, że w życiu naszem wszystko jest zawsze prawie, a nigdy całkiem... I znowu nie to. Poczekaj! co tu ja chciałem... Gdyby przyjaciel wasz, prawie, że przyjaciel, szedł na śmierć, na pojedynek naprzykład, z którego może nie wróci, i chciał przedtem zrobić dla pani coś dobrego, gdyby zapłacił ten przeklęty dług za Czeremuszki, żeby cię ocalić od zguby. Czyżby pani nie przyjęła? czy odmówiłaby pani takiemu, idącemu na śmierć przyjacielowi?
Ona przestała płakać i odkryła twarz, a nie rozumiejąc jeszcze słów, wsłuchiwała się w głos jego, wpatrywała w rysy, takie w tej chwili miłe, proste, dziecięce niemal, a takie przytem smutne, że znów, jak wtedy przy pierwszem zbliżeniu, ścisnęło się jej serce przeczuciem, że temu człowiekowi grozi jakaś bieda, że trzeba mu jakoś pomódz, ostrzedz, uratować.
— Ja wiedziałam, ja wiedziałam — zawołała klasnąwszy w dłonie. — Mów pan! Mów pan natychmiast! Co to jest? Co to znaczy? Co za pojedynek? Jaka śmierć?
— Nie pytajcie Marynko! Nie mogę powiedzieć.
— Kobieta?
— Jaka kobieta?
— Znowu pan zapomniał o narzeczonej?
— Nie mam żadnej narzeczonej, wszak mówiłem.
— Pan mówił, że nie, ale może mimo to pan ją ma.
— Dlaczego mi pani nie wierzy Marynko? czy pani nie widzi, że ja mówię prawdę.
— Więc co? Proszę mówić! Dlaczego pan mnie tak męczy, co pan za mną wyrabia?
— Nie mogę powiedzieć, powtórzył Golicyn.
Od Fomy Fomicza Marynka słyszała, że czasy są niespokojne, że książę Konstanty zrzekł się tronu i wojska będą przysięgać, a jeżeli nie zechcą, to może będzie bunt.
Może to to, pomyślała z wróżebnym lękiem.
— Ja przed chwilą powiedziałam nieprawdę, że wierzę panu prawie tylko, bo ja wierzę całkiem i bez względu na to co się zdarzyć może, będę zawsze wierzyć. A tylko straszno mi bardzo, straszno, wiedzieć a nie wiedzieć. I co ze mną będzie? Waleryanie Michajłowiczu, miły mój, a czyż nie możnaby, żeby tego złego wcale nie było.
— Nie, Marynko! nie można.
— A kiedyż to będzie?
— Nie wiem! Rychło już, może jutro.
— Jutro? To znaczy odejdzie pan i może się wcale nie zobaczymy.
Pobladła i pochyliwszy się ku niemu, położyła mu ręce na ramiona, on ukląkł przed nią i objął ją w pół.
— Serdeczna ty! Najdroższa! Jedyna!
W tej chwili wspomniał Zofię; czy nie zdrada to niebieskiej kochanki dla ziemskiej? Nie! Nie było w tem zdrady, kochał w obu, niebieskiej i ziemskiej, jedno jedyne.
— Więc odejdziesz i nigdy już, nigdy, nigdy nie zobaczymy się — powtarzała Marynka, płacząc; nie były to już jednak, niedawne gorzkie łzy, a przeciwnie, słodkie, kojące łzy miłości.
— A jeśli zobaczymy się, czy nie porzucisz mnie?
Pochyliła się ku niemu niżej jeszcze, tak nisko, że twarz jej miał tuż przy swojej i czuł na twarzy jej oddech.
Patrzyli na siebie, milcząc, i znów przypominali się niby i poznawali wzajemnie, jakby poprzez sen jakiś bezpamiętnie dawny, a wielokrotnie prześniony. Uśmiechy ich zbliżały się wciąż do siebie, aż wreszcie zlały się w pocałunku.
— Rodzona ty moja! Rodzona! Rodzona! — powtarzał, jakby w tem jednem słowie mieściło się wszystko, co czuł. — Przeżegnaj mnie, Marynko, bo ja, widzisz, idę także i za siebie i za ciebie także....
— Dlaczego za mnie?
— Potem się dowiesz.
— Nie możesz teraz powiedzieć?
— Nie mogę. Przeżegnaj mnie.
— No! Chrystus z tobą! Chroń go, wspieraj, ratuj! Matko przeczysta! — błogosławiła go temiż słowami, co niegdyś Zofia i pocałowała go z macierzyńską już tkliwością.
— Tak, Matka! Matka przeczysta — myślał — rodzinna ziemia matka! Matka i oblubienica razem. Na mękę krzyżową, na śmierć; za nią, za Rosyę, Matko przeczysta...


ROZDZIAŁ X.

W nocy z 13 na 14 grudnia, w małych pokoikach Rylejewa, po raz ostatni zebrali się spiskowcy. Nocy owej tak samo, jak w dzień, tłoczyli się tłumnie, wchodzili i wychodzili. Nie spierali się już, jak poprzednio, nie krzyczeli, nie hałasowali, zachowywali się cicho, twarze mieli skupione, czując, że nadeszła stanowcza godzina.
Podżyły mężczyzna, w zielonym wytartym fraku i białym halsztuku; w szyldkretowych okularach na nosie, z twarzą chudą i oschłą na oko, a w gruncie marzycielską, czytał z przejęciem powoli z rękopismu. Był to baron Włodzimierz Steingel jeden ze starszych członków północnego związku, który odczytywał manifest, jaki miano ogłosić w imieniu senatu, który brzmiał, jak następuje:
Obalenie byłego rządu. Ustanowienie rządu tymczasowego do czasu wprowadzenia stałego. Wolność druku i zniesienie cenzury. Wolność wyznawania każdej religii. Równość wszystkich wobec prawa. Zniesienie poddaństwa. Jawność sądów. Wprowadzenie przysięgłych. Zniesienie stałej armii.
— No! a jakże my to wszystko zrobimy — zapytał ktoś.
— Bardzo prosto — odparł Steingel. — Polecimy senatowi i synodowi, by stworzyli rząd tymczasowy z członków głównego zarządu tajnego związku i z władzą nieograniczoną. Im rozda się ministerstwa, dowództwo armii i wszystkie urzędy, poczem rząd tymczasowy przystąpi do zwołania zebrania przedstawicieli narodowych, którzy zatwierdzą nowy porządek rzeczy dla całej Rosyi.
Każdy, kto wchodził do tych małych izdebek, wpadał odrazu w upojenie, jak gdyby mocne wino biło mu do głowy. Każdemu dech zapierało od wielkiego poczucia mocy. Zrobią co zechcą; jak postanowią, tak będzie.
— Nic z tego nie będzie — myślał Golicyn — a może i będzie. Szaleńcy, lunatyki, projektodawcy, a może i prorocy. Może to wszystko nie spełnienie a zapowiedź, nie grom a błyskawice, lecz gdzie jest błyskawica, tam paść musi i grom.
— Miasto Niżny Nowogród, przemianowane na Słowiańsk, zostanie stolicą nowej Rosyi — czytał Steingel.
Golicyn zmrużył oczy i patrząc na mętne woskowe świece z rozchwianymi płomieniami, mrugającymi poprzez gęsty dym tytoniowy, marzył i widział już zda się na jawie złociste kopuły Syonu rosyjskiej wolności.
Pułkownik inżynieryi Bateńkow, pochyły, kościsty, nieruchawy, który wymawiał każde słowo z takim trudem, jakby wtaczał pod górę ciężki kamień, palił fajkę na długim, wiśniowym cybuchu, zaciągając się często, jakby chciał wessać w ten sposób wszystkie brakujące wyrazy. Bohater z dwunastego roku utracił był pod Monmireil całą bateryę, z nadmiaru jak mówiono męstwa. Był on przytem mistrzem w kobiecych robótkach, a zwłaszcza lubił wyszywać na kanwie, wyszywał więc i teraz, marząc o przyszłym swym udziale w rządzie tymczasowym, gdzie zasiądzie rasem ze Sperańskim, jenerałem Jermołowem, archiepiskopem Filaretem i Pestlem. Doradzałby przekształcić wojskowe osady Arakczejewa na gwardyę narodową, garde nationale i by oddać twierdzę Petropawłowską miastu, dla pomieszczenia w niej rady miejskiej i miejskiej straży.
— U nas w Rosyi, nie należy niczego robić rewolucyjnie, a tylko za pośrednictwem senatu i drukowanych ukazów, a przysięgną bez oporu. Możnaby także wziąść trochę wojska i przechodzić z bębnami i muzyką od pułku do pułku, a wiele ważnych rzeczy możnaby w ten sposób dokonać.
— Będzie o nas przynajmniej stronniczka w historyi — radował się dragoński sztabs kapitan, Aleksander Bestużew, podnosząc oczy do nieba; poczem dodał z przejęciem.
— Czyż nie powinna usynowić nas ojczyzna.
— No! już z tem dajcie pokój — przerwał sucho Oboleński i nachmurzył się.
Podpułkownik lejb grenadyerski Bałatow, ładny, smukły, biały jak porcelanowa laleczka, ze zdziwionemi błękitnemi oczyma i zdziwioną nieco obłędną twarzyczką, słuchał wszystkich z równem przejęciem i jak gdyby chciał zrozumieć, lecz nie mógł.
— Jedno wam powiem przyjaciele, jeśli i ja wezmę udział w wypadkach, znajdą się i u nas Brutusy, a może nawet przewyższą dawnych rewolucyonistów.
Nie kończył przemowy tej i urwał zmięszany.
— Jakiż plan działania? — pytał Golicyn.
— Plan nasz jest następujący — objaśniał Rylejew. — Mówić przeciw przysiędze i krzyczeć w pułkach, że Konstantego zmusili, że zrzeczenie się na piśmie nic nie znaczy, że niech sam wyda manifest lub najlepiej przyjedzie. Skoro wzburzymy umysły w pułkach poprowadzimy je na plac.
— A dużo będzie tych pułków — zapytał Bateńkow.
— Policzmy: cały Izmaiłowski, jeden batalion finlandzkiego, dwie roty moskiewskiego, lejb grenadyerski także dwie roty, morska załoga cała część kawaleryi i artyleryi.
— Nie trzeba artyleryi, wystarczy biała broń — wykrzyknął znów Bałatow.
— Powodzenie zapewnione, powodzenie zapewnione — krzyczeli wszyscy.
— No! a cóż będziemy robić na placu? — pytał Oboleński.
— Przedstawimy senatowi projekt konstytucyi, a potem pójdziemy prosto na Zimowy dworzec, aresztować carską rodzinę.
— Łatwo powiedzieć aresztować, a jeśli zbiegnie? pałac ma dożo wyjść.
— Nieźle byłoby dostać plan — radził Batenkow.
— Carska rodzina nie szpilka, nie sprzątną jej nam tak łatwo przed aresztowaniem — zaśmiał się Bestużew.
— Nie myślimy przecież, aby samo zawładnięcie pałacem zakończyło sprawę — ciągnął dalej Rylejew. — Zresztą jeśliby nawet car z rodziną zbiegł, to i tak gwardya przejdzie wtedy na naszą stronę. Najważniejsza rzecz pierwszy wybuch, który wywoła zamieszanie, a potem sama już okoliczności wskażą, co trzeba dalej robić. Pamiętajcie druhowie, powodzenie każdej rewolucyi w jednem słowie: »Waż się!« — krzyknął z zapałem cały rozjaśniony, błyszczący, lotny, podobny bardziej niż kiedy rozchwianemu od wichru płomieniowi i tak był piękny w owej chwili, jak jeszcze nigdy.
— Wy, młodzi, nie macie żadnego wyobrażenia o żołnierzu rosyjskim, a ja go znam na wylot — przemówił wtedy sztabskapitan Jakubowicz, chuderlawy, smagły, jak cygan, z głową obwiązaną czarną opaską z powodu postrzału, który dostał w bitwie jako kaukazki bohater. — Szynki rozbijać, od tego trzeba zacząć — objaśniał. — Skoro się dobrze spiją, żołnierz chwyci za bagnet, a chłop za siekierę. Grabić będą cokolwiek, ale to nic. A wtedy puścić należy czerwonego koguta, to jest podpalić miasto na czterech rogach, aby i prochu nie użyć, bo to wymysł niemiecki, i pójść do cerkwi, wynieść z nich chorągwie i urządzić pochód do samego pałacu carskiego. Wtedy bez wystrzału weźmiemy cara i jego rodzinę, ogłosimy republikę i wszystko będzie skończone.
— Doskonale! wybornie! to dopiero po naszemu, do dyabła z filantropią — ryknął zapamiętale kniaź Szczepin-Rostowski. — Tylko prędzej! prędzej! Szkoda czekać jutra. Zaczynajmy zaraz, natychmiast. — Skoczył i wszyscy skoczyli, jakby naprawdę gotowi byli lecieć, tylko nie wiedząc gdzie i po co.
— Co wy sobie myślicie, panowie! zmiłujcie się. Cóż będziecie robić w nocy. Żołnierze śpią i nie wstaną aż do chwili przysięgi. Czyż nie widzicie, że Jakubowicz żartuje.
— Nie! nie żartuję i cóż tu, proszę was, wygląda na żart — uśmiechnął się dwuznacznie Jakubowicz.
— O nie, przyjaciele. Przystępując do wielkich czynów, nie możemy uciekać się do niskich środków działania. Do czystej sprawy ręce muszą być czyste i nie wolno zohydzać świętego płomienia wolności — przemówił znów Rylejew i zwolna wszyscy uciszali się, odzyskując niejako równowagę i opamiętanie.
W kącie przy piecu przy ozdobnym stoliku, zastawionym flaszkami, siedzieli Küchelbeker, czyli poprostu Kuckla, jak go nazywano i Puszczyn.
Koleski asesor Küchelbeker był to rosyjski Niemiec, wydawca dziennika »Mnemozyna«. Człowiek młody jeszcze, długi, niezgrabny, białobrewy, z wyłupiastemi oczyma, podobny był do wielkiego owadu z rodu komarów, którego zowią w Rosyi Karamor. Sam on przyznawał, że jedynem jego życiem jest pisanie wierszy i marzenia o przyszłam odrodzeniu rodu ludzkiego. Nie należał do stowarzyszenia »Gwiazdy polarnej«, lecz za to był członkiem innego tajnego związku »Przyjaciół rozumu«, zwolennikiem filozofii Szellinga.
Sędzia nadworny Iwan Puszczyn, kolega szkolny i przyjaciel Puszkina, zwany przez poetę »mądrym wietrznikiem« z powodu, iż miał słabość do kobiet, wina i kart; porzucił jednak świetną karyerę wojskową i objął skromny urząd w okręgowym sądzie moskiewskim, aby dowieść własnym przykładem, że na najskromniejszem stanowisku przynieść można korzyść ojczyźnie. Wysłuchiwał też z niezmordowaną cierpliwością najdrobniejszych sporów Iwerskich przekupek, procesujących się o motek nici i prowadził te sprawy z niemniejszą powagą, jak gdyby szło o ważne interesa państwowe. W szkołach przezywano go staruszką lub matką Zofią, która, jak mówiono o nim, za wszystkich usycha, a te szkolne przydomki doskonale charakteryzowały niewyczerpaną dobroć jego, gotową zawsze troszczyć się i kłopotać o wszystkich w równej mierze.
Küchelbeker i Puszczyn wiedli z sobą rozprawy o filozofii natury.
— Absolut — mówił Küchelbeker — to jest boskie zero, w którem jednoczą się plus i minus ideał i rzeczywistość. Pojmujecie, Puszczyn?
— Nie rozumiem ani słowa Küchla, a czy nie moglibyście tego samego prościej powiedzieć.
— A prościej tak. Natura to hieroglif nakreślony przez najwyższą mądrość, to odbicie ideału w rzeczywistości, rzeczywistość równą jest abstrakcyi, a różni się tem tylko, że jest ograniczoną i zamkniętą w sobie. Rozumiecie teraz.
Puszczyn patrzył na niego lekko osowiałemi oczyma i słuchał z tą samą cierpliwością, jak w sądzie powaśnionych przekupek.
Dymisyonowany porucznik, Kachowski, o twarzy chudej, ściągłej, a przytem dziwnie ciężkiej, prawie że kamiennej, z nadmiernie wysuniętą dolną szczęką i oczyma tak żałosnemi, jak u chorego dziecka lub psa, który utracił pana, chodził po pokoju wciąż po tej samej linii od pieca do gabinetu i od drzwi do pieca — tędy i napowrót bez końca, z męczącem niemal maniackiem zapamiętaniem, miarowo jak wahadło.
— Przestań Kachowski wałęsać się — zawołał na niego Puszczyn.
Lecz ten nie odrzekł ani słowa, jakby nie słyszał i przechadzał się dalej.
— Rzeczywistość i oderwany abstrakt stanowią jedno — a tylko w dwoistej formie — objaśniał Küchelbeker. — Idea tego zjednoczenia, to absolut, nieodzowny warunek wszystkich bytowań, a sam bez bytu. Zrozumieliście teraz.
— Nie, nie zrozumiałem. Ale jaki ty jesteś dziwny człowiek Küchla, żeby w takiej chwili myśleć o takich rzeczach. A pójdziesz jutro na plac?
— Pójdę.
— I będziesz strzelać?
— Będę.
— A cóż na to twój absolut?
— Mój absolut bezwzględnie się na to zgadza. Waśń wiekuista powinna toczyć się pomiędzy dobrem a złem. Poznanie i czynienie dobra, to jedno i to samo, poznanie jest życiem, a życie poznaniem. Aby dobrze czynić, trzeba dobrze myśleć — zawołał Küchelbeker, a choć długi, niezgrabny, brzydki, tak był w tej chwili przeświecony światłem wewnętrznem, że stał się przepięknym.
— Ach ty mój absolucie, abstrakcyo bezwarunkowa, ty mój miły długoszu, ty paplo! — rozśmiał się Puszczyn i pochylił się do niego, by go ucałować.
— Bez powodu śmiejące się — odezwał się Kachowski, który przystanął był przez chwilę i przysłuchiwać się zaczął. — To, co on mówi jest potrzebne i wobec tego wszystko inne jest fraszką. Jeśli dlaczego warto robić rewolucyę, to właśnie dlatego co on mówi. Aby można było żyć na świecie, cały świat musi się oczyścić — zakończył Kachowski, pochylając się do Puszczyna i wygrażając mu przed samym nosem palcem wskazującym, poczem wyprostował się, wykręcił na pięcie i spacerować znów zaczął tam i napowrót jednostajnie, miarowo, jak wahadło.
Późno już było; kozaczek, Filka, dawno chrapał, skurczony na twardem wieku skrzyni, stojącej w przedpokoju pod wieszadłem. Goście rozchodzili się, a tylko w gabinecie Rylejewa zostało jeszcze kilku ludzi dla omówienia ostatnich szczegółów.
— A wiecie panowie, żeśmy nie rozstrzygnęli najważniejszej kwestyi — przemówił Jakubowicz.
— Jakiej najważniejszej? — spytał Rylejew.
— Niby to nie wiecie? Co zrobić z carem i jego rodziną? To jest najważniejsze — rzekł Jakubowicz, wpijając się wzrokiem w Rylejewa.
Rylejew milczał, lecz czuł, że wszystkie oczy zwrócone są na niego i że wszyscy czekają.
— Ująć ich trzeba i trzymać pod strażą do czasu zwołania powszechnego soboru, który rozstrzygnie, kto ma panować i na jakich warunkach — odpowiedział wreszcie.
— Pod strażą? — pokiwał wątpliwie głową Jakubowicz — a któż ustrzeże cara? czy myślicie, że postawieni przy nim strażnicy, nie staną się z powrotem niewolnikami od pierwszego na niego spojrzenia? O, nie! aresztowanie cara sprowadziłoby niechybną zgubę naszą i całej Rosyi, sprowadziłoby wojnę domo«ą.
— A cóż wy sami myślicie o tem? Jakubowicz! — przemówił milczący dotąd Golicyn, którego rozgniewał drwiący ton jakiego tamten używał. Do drwin mu nie brak odwagi — pomyślał — ale sam tchórzy.
— Cóż ja? — ja jak wszyscy — wywinął się Jakubowicz.
— Nie tak. Odpowiadajcie wprost, wyście podnieśli kwestyę, wam też należy powiedzieć swoje; — sierdził się dalej Golicyn.
— Pozwólcie panowie! jeśli niema innego sposobu, jest nas tu sześciu ludzi, to jest siedmiu — poprawił się Kachowski, który w swej monotonnej przechadzce wkroczył był do gabinetu i zamierzał właśnie zawrócić, i zatrzymał się słysząc o co chodzi. — Ciągnijmy losy, na kogo padnie ten będzie musiał zabić cara, lub sam będzie zabity.
— A może i nie tchórz, — pomyślał Golicyn przypomniawszy słowa Rylejewa, który mówił o Jakubowiczu, że go zna jako człowieka, który pogardza śmiercią i gotów jest w każdej chwili oddać swe życie w ofierze.
— No, cóż panowie, zgadzacie się? — spytał Jakubowicz obrzucając wzrokiem wszystkich dokoła, a drwiącym uśmiechem na ustach.
Wszyscy milczeli.
— A czy wam się zdaje, że to tak łatwo podnieść rękę na cara — przemówił wreszcie Bateńkow.
— Nie! tego nie myślę. Pokusić się o podniesie ręki na cara, to przecie nie to samo co na zwykłego człowieka.
— Na poświęconą osobę imperatora! zapewne — sierdził się snów Golicyn, lecz Jakubowicz inaczej go zrozumiał.
— Właśnie tak! — powiedział. — Poświęcona osoba, pomazaniec Boży; my to już mamy we krwi. Rewolucyoniści my, bezbożniki, a mimo to ci sami zawsze ruscy ladzie chrześcijańscy. Nie tchórze my i nie podli, każdy gotów oddać życie za pomyślność ojczyzny; lecz gdy do cara dojdzie, ręka na niego podniesiona, odmówi nam posłuszeństwa i serce odmówi. A w sercu trudniej jeszcze cara zabić niż na placu.
— Cicho i milcz! — krzyknął Kachowski tak niespodzianie, że się wszyscy na niego obejrzeli.
— Cóż to jest, na kogo krzyczysz — pytał Jakubowicz, tak zdumiony, że się nawet nie obraził.
— Na ciebie! Tak, na ciebie. Milcz i nie waż się o tem mówić. Patrz oto u mnie — pogroził mu pięścią i nie dokończył, choć chciał widocznie jeszcze coś dodać.
Wkońcu jednak machnął tylko ręką, mrucząc coś pod nosem o paplach, mielących językiem i powrócił do swego spaceru, jak gdyby nic nie zaszło, chodząc znów tam i napowrót z twarzą senną, miarowo, jak wahadło.
— Lunatyk — pomyślał Golicyn.
— Czego on się ciska — zawołał Jakubowicz na dobre rozłoszczony i chciał się rzucić za Kachowskim, lecz Rylejew zatrzymał go za rękę.
— Zostawcie go w spokoju, czyż nie widzicie, że on sam nie wie, co gada.
W tej chwili Kachowski znów wszedł do gabinetu. Jakubowicz spojrzał na niego i splunął.
— Pfu! Waryat, wystrzegajcie się go Rylejew, bo narobi wam jeszcze biedy.
— Mylicie się Jakubowicz — przerwał spokojnie Golicyn. — Kachowski jest przy zdrowym rozumie i powiedział to, co należało powiedzieć.
— Jakto należało! Co należało? Mówcie przecie do rzeczy, albo niech was dyabli biorą.
— Dość się już nagadaliśmy, im mniej powiesz, tem więcej zrobisz.
— Cóż to? Czy i wy Golicyn oszaleliście?
— Słuchaj pan, jam nie amator kłótni, ale jeśli pan koniecznie chce.
— Dajcież pokój, właśnie znaleźli czas na spory — przemówił Rylejew z tak gorzkim wyrzutem, że się obaj odrazu opamiętali.
— Macie słuszność, Rylejew — rzekł Golicyn — ranek mędrszy od wieczora, jutrzejszy dzień nas osądzi, a teraz pora iść do domu.
Powstali wszyscy, a z nimi gospodarz, który wyprowadzał ich do przedpokoju, gdzie rosyjskim zwyczajem w futrach i szynelach zatrzymali się jeszcze na rozmowie. Zbudzili poprzednio chrapiącego Filka i wyprawili go do kuchni, żeby im nie zawadzał. Mieli wszyscy uczucie, że rozmowa o carobójstwie splątała na nowo ich zamysły, skutkiem czego nic nie postanowili i w przyszłości nie postanowią.
— Środki działania nasze nieokreślone i niepewne — zaczął Bateńkow.
— To trudno, nie możemy robić repetycyi — odparł Bestużew.
— Wojska wyjdą na plac, a potem zobaczymy, co wypadnie i postąpimy według okoliczności — mówił Rylejew.
— Teraz niema co krytykować; słuchać musimy rozkazów naszego naczelnika; ale gdzież on sam jest? Gdzie się przed nami ukrywa?
— Trubecki dziś trochę niezdrów — odparł Rylejew.
— Ale czy będzie jutro na placu?
— Cóż wy Bestużew! Pocóż te wątpliwości — upomniał go Rylejew.
— Teraz panowie spuśćmy się na Boga, niech On sam rozsądzi — rzekł Oboleński. — My z Bogiem, tylko z Bogiem.
Jakubowicz, Bestużew i Bateńkow wyszli razem; Golicyn i Oboleński zostali jeszcze w przedpokoju, żegnając się z Rylejewem. Kachowski, który wciąż jeszcze spacerował, zmiarkował wreszcie, że mieszkanie opustoszało, wyszedł więc także do przedpokoju i wdziewać zaczął szynel, z tym samym, zawsze sennym wyrazem i z twarzą lunatyka.
— Co ci jest Kachowski? — pytał Rylejew — czyś chory?
— Nie! Zdrów jestem; do widzenia.
Uścisnął mu rękę i poszedł ku drzwiom.
— Poczekaj — zatrzymał go Rylejew — mam do ciebie jeszcze dwa słowa.
Kachowski nachmurzył się.
— Co? Jeszcze gadanie i po co?
— Można i bez gadania, Rylejew odprowadził go na stronę, wyjął coś z bocznej kieszeni i wsunął mu cicho do ręki.
— Co to? — zadziwił się Kachowski i podniósł rękę, w której zobaczył sztylet.
— Zapomniałeś? — spytał go Rylejew.
— Owszem pamiętam — odrzekł Kachowski i dziękuję za zaszczyt.
Był to znak dawno przez nich umówiony, że ten, któremu wręczony zostanie sztylet, ma być wybrańcem głównego zarządu tajnego związku, przeznaczonym do zabicia cara. Rylejew położył mu ręce na ramionach i przemówił podniośle, słowami, które widocznie z góry przegotował, a które może przeznaczone były dla potomności, podług słów Bestużewa: Będzie może i o nas stronniczka w historyi.
— Drogi przyjacielu; Tyś, jak gwiazdka na ziemi naszej i wielką jest twoja ofiarność. Mógłbyś dokonać większych rzeczy, niż zabicie cara na placu.
Chciał uścisnąć Kachowskiego, lecz ten odsunął się.
— Jakże to zrobić? — spytał dziwnie spokojnie, jakby zamyślony.
— Włóż mundur oficerski i jutro zrana idź prosto do pałacu i tam go zabij, albo też na placu, skoro tam wyjedzie.
Na twarzy Kachowskiego zachodziła odmiana, jakby się w nim zwolna, zwolna coś budziło! Robił wrażenie człowieka, który chce a nie może się przebudzić, aż wreszcie w oczach jego zabłysła świadomość, jakby teraz dopiero pojmował, z kim i o czem mówi. Lunatyk zbudził się.
— A no dobrze! — rzekł blednąc, choć zawsze równie spokojnie i jakby w zamyśleniu, ja jego, a ty wszystkich; bo ty chcesz wszystkich.
— Dlaczegóż wszystkich? — wyszeptał Rylejew, także blednąc.
— Jakto dlaczego? przecież ty sam mówiłeś, że jednego mało, trzeba wszystkich.
Rylejew nigdy tego nie mówił, a nawet myśleć o tem się bał. Milczał jednak, a Kachowski coraz bledszy wpijał się w niego wzrokiem.
— No! i czemuż milczysz. Przemów przecie, chyba że mówić nie wolno, tak nie wolno, ale zrobić można.
Twarz jego zmieniła się nagle, usta skrzywiły w uśmiechu, nadmiernie wysunięta dolna szczęka poczęła drżeć.
— No Bóg zapłać za zaszczyt, lepszego nie było, więc mnie wybraliście, a wy wszyscy co? Nie macie ochoty we krwi się babrać, jeszcze by też! tacy honorowi ludzie, szlachetnych uczuć. A cóż ja? wystarczy gwizdnąć, taki złoczyńca, wyrzutek, niskie narzędzie mordu, sztylet w waszych rękach.
— Co ty Kachowski? Nikt cię przecie nie zmusza, sam chciałeś.
— Tak sam, i jak zechcę to zrobię, poświęcę się dla ojczyzny, nie dla ciebie, ani dla waszego związku. Nie będę szczeblem dla niczyich stóp. Jakie to niskie! Przysposobiłeś mnie sobie za sztylet w twojem ręku, ale powiadam ci, żeś stracił rozum, robiąc tak. Miałeś się za bardzo subtelnego, a to takie grube, że każdy głupiec poznałby się. Wyostrzyłeś sztylet, ale się strzeż, aby cię nie ukłuł.
— Petio! gołąbko, co ty wygadujesz? — zawołał błagalnie Rylejew, wyciągając ku niemu ręce. — Wszakże my wszyscy razem, czyż ty nie z nami?
— Nie.nie z wami, nie z wami! nigdy ale byłem i nie będę z wami. Sam jestem, sam! sam!
Więcej nie mógł mówić, bo mu dech zapierało, drżał cały jak w konwulsyach; twarz mu pociemniała i straszna była jak u szaleńca.
— Masz oto twój sztylet, a jeśli poważysz się raz jeszcze, to ja ciebie...
Mówiąc to, podniósł kindżał nad głową Rylejewa, a drugą ręką chwycił go za kołnierz. Oboleński i Golicyn rzucili się na pomoc, ale Kachowski odrzucił wtedy sztylet, który padł z brzękiem na podłogę i pchnął Rylejewa z taką siłą, że ten omal nie upadł, poczem sam wybiegł na schody. Rylejew stał chwilę odurzony, lecz potem wybiegł także na schody i przechyliwszy się przez poręcz wołał za odchodzącym:
— Kachowski! Kachowski!
Lecz odpowiedzi nie było i tylko już zdaleka, prawdopodobnie u wyjścia z podworca, ciężka brama zatrzasnęła się z hukiem. Rylejew przestał tak chwilę, jakby czekając na coś, poczem wrócił do przedpokoju. Wszyscy trzej milczeli czas jakiś, starając się nie patrzyć sobie w oczy.
— Waryat! — orzekł na koniec Rylejew. — Prawdę mówi Jakubowicz, że jeszcze biedy nam napyta i wszystkich nas zgubi.
— Głupstwo! — zaprzeczył Oboleński — zgubi tylko siebie nieszczęsny. Wszyscyśmy nieszczęśni, ale on najbardziej, w takiej chwili sam! Sam jeden idzie za wszystkich, czy może być gorsza męka? pocożeś ty go obraził Rylejew.
— Ja go obraziłem?
— Tak! ty, czy można komuś powiedzieć: idź! zabij.
— Powiedzieć nie można, ale można zrobić — powtórzył Rylejew z gorzkim uśmiechem słowa Kachowskiego.
Oboleński wzdrygnął się i zbladł, a potem poczerwieniał mocno, tak samo jak kiedyś w czasie rozmowy z Golicynem.
— Nie wiem czy można, to wiem, że lepiej samemu zabić, niż powiedzieć zabij — wyrzekł cicho z ciężkim wysiłkiem.
I znów wszyscy zamilkli; Rylejew opadł na skrzynię, służącą niedawno za łóżko kozaczkowi Filce i oparłszy łokcie na kolanach, zakrył twarz rękami. Oboleński przysiadł obok niego i uspokajał go pieszczotliwie, jakby miał do czynienia z chorem dzieckiem. Milczenie trwało długo, wreszcie Rylejew podniósł głowę i wyglądał znów jak dziś zrana na człowieka ciężko chorego. Rumieńce zbladły, oczy zgasły z płomienia zostały już tylko popioły.
— Ciężko bracia! ciężko nad siły — westchnął z głuchem łkaniem.
— A pamiętasz Rylejew — przemówił Oboleński, gładząc go po włosach z cichą pieszczotą — »Niewiasta, skoro rodzić zaczyna, lęka się, że przyszedł jej czas, lecz potem nie pamięta bólu, w radości, że się człowiek na świat narodził«.
— Co za słowa! — zdumiał się Rylejew — któż to powiedział?
— Co! zapomniałeś? to nic! przypomnisz kiedyś, a teraz posłuchaj jeszcze. »Wy teraz macie smutek, lecz nawiedzę was jeszcze, a wtedy rozradują się serca wasze i nikt radości waszej odjąć wam nie zdoła«. Tak to Rylejuszka będzie smutek, ale będzie i radość, której nikt nam odjąć nie zdoła.
W oczach Rylejewa zaświeciły łzy, ale po przez łzy te uśmiechać się zaczął, kładąc rękę na ramieniu Golicyna.
— Pamiętasz Golicyn, jak rzekłeś kiedyś do mnie: choć nie wierzycie w Boga, niech wam Bóg pomoże.
— Pamiętam Rylejew.
— Więc i teraz powiedz tak — zaczął Rylejew, lecz urwał czerwieniąc się zmieszany.
Golicyn zrozumiał go przeżegnał mówiąc.
— Niech ci Bóg pomaga Rylejew. Niech będzie Chrystus z tobą i z nami wszystkimi.
Rylejew objął jedną ręką Golicyna, drugą Oboleńskiego i przytulił ich do siebie, a usta ich spoiły się w potrójnym pocałunku.
Po przez lęk i ból, po przez mękę krzyżową, była w nich wielka radość i czuli, że radości tej nikt im odjąć nie zdoła.


Przypisy

  1. Powieść Karamzina »Biedna Liza«.
  2. Przysłowie, odpowiadające polskiemu: niemieć oleju w głowie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Dmitrij Mereżkowski i tłumacza: Barbara Beaupré.