Strona:D. M. Mereżkowski - Dekabryści.djvu/97

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    — Co wam? Co wam jest Marynko? Czemu nie chcesz mówić ze mną, jak dawniej? Czemu jesteś taka...
    — Jaka? Nic! ja przecie nic. — Czyż można zresztą zawsze swywolić, jak dziecko. Ja już nie dziecko, a życie to nie żart.
    — Życie? Cicho.
    Przypomniały się Golicynowi słowa ojca Marynki:

    Korząc się sercem wierzyć trzeba,
    I w cierpliwości czekać końca.

    — No cóż! jeśli nie chcesz mówić ze mną, to nie mów, a tylko wierz Marynko, wierz bez względu na to, co się zdarzyć może, że masz we mnie przyjaciela. Czy będziesz wierzyć temu Marynko?
    — Oczywiście, że tak — chciała odpowiedzieć po dawnemu, ale nie mogła i uśmiechnęła się całkiem inaczej jakimś bladym uśmiechem.
    — Wierzę, tak — prawie — skończyła wreszcie.
    — Czyż można wierzyć prawie? — odrzekł Golicyn z goryczą, puszczając jej rękę. — Cóż robić? nie zasłużyłem widocznie na nic lepszego.
    Znowu zamilkli, czując, że mówią oboje nie to, co trzeba. Słowa rozdzieliły ich, jakby po krótkiem spotkaniu znów przyszła rozłąka i to na wieki.
    — I to już wszystko książę, coście mi chcieli powiedzieć?
    — Nie! nie wszystko, zostało jeszcze najważniejsze. Chodzi o to, abyście wiedzieli Marynko, że z Akwitonowem możecie postąpić, jak sama zechcecie. Wyście już wolna Marynko. Dług, który