Strona:D. M. Mereżkowski - Dekabryści.djvu/96

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Rzekłszy to, staruszek wyszedł, szurgnąwszy szarmancko nogami. Zrozumiał on wybornie, o co chodzi. Marynkę kochał, jak rodzoną córkę, Akwitonowa nie cierpiał, Golicyna zaś uważał za takiego konkurenta, że i marzyć nie można o lepszym.
    Skoro Foma Fomicz wyszedł, Marynka siadła przy krosnach i zaczęła niby oglądać haft, Golicyn siadł obok niej i oboje milczeli.
    — No i cóż, książę. Co mi macie powiedzieć? Ja słucham — odezwała się wreszcie Marynka, uśmiechając się do niego.
    Odpowiedział jej takiemże spojrzeniem i uczuli znów tak samo, jak w czasie swej podróży w dyliżansie z Petersburga do Moskwy, że milczenie takie zbliża ich nieskończenie i jednoczy, jak gdyby spotykali się po długiej rozłące i poznawali się wzajemnie na nowo, z radosnem zdumieniem.
    — Pamiętacie, Marynka, com słyszał od was w czasie naszej podróży, że może nie macie wcale narzeczonego. Jakże to jest, macie go? czy nie? — spytał Golicyn.
    — Dlaczego chcecie wiedzieć o tem? — spytała z kolei Marynka, pochylając się znów nad haftem i szturgając paluszkiem czubaty łebek Potapa Potapicza.
    — Marynka! miła! Wy przecie wiecie dlaczego.
    Wziął jej rękę, której mu nie cofnęła, a tylko schyliła niżej jeszcze głowę tak, że twarz zasłonięta była prawie całkiem wiszącymi po bokach lokami. Wiedziała, że los jej waży się w tej chwili i starała się ukryć wzruszenie, lecz nie mogła tego dokazać, bo serce tłukło się w niej tak mocno, że chyba i on musiał słyszeć.