O człowieku, który chciał być królem (nowela)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Rudyard Kipling
Tytuł O człowieku, który chciał być królem
Pochodzenie O człowieku, który chciał być królem
Wydawca Feliks Gadomski
Data wydania 1923
Druk Zakłady Drukarskie F. Wyszyński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jerzy Bandrowski
Tytuł orygin. The Man Who Would Be King
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

O człowieku, który chciał być królem.

Zbratany z książęty i równy żebrakom, jak zasłuży.

Cytowane powyżej prawo kreśli program piękny, ale trudny do wykonania. Równy żebrakom to ja bywałem nieraz w okolicznościach, które jednak każdemu z nas utrudniłyby zastanawianie się nad tem, na co sobie kto zasłużył. Wciąż jeszcze czekam na to zbratanie się z książęty, aczkolwiek byłem raz w bliskich stosunkach z człowiekiem, który mógł być najprawdziwszym w świecie królem i który przyobiecał mi królestwo z armją, podatkami, trybunałem i policją, wszystko jak się patrzy. Obawiam się jednak bardzo, że mój król nie żyje i że gdyby mi dziś potrzeba było korony, musiałbym się sam o nią postarać.
Zaczęło się to wszystko w pociągu, idącym z Adżmiru do Mhau. W budżecie miałem deficyt, który zmusił mnie do podróżowania nie drugą klasą, tańszą o połowę tylko od pierwszej, lecz pośrednią[1], co jest istotnie okropne. W klasie pośredniej niema kanap, no, i publiczność jest albo pośrednia, to znaczy eurazyjska, albo tubylcza, obrzydliwa podczas długiej podróży nocnej, lub wreszcie składająca się z włóczęgów, zabawnych, choć pijanych. Pasażerowie klasy pośredniej nie kupują w restauracjach kolejowych, żywność wiozą ze sobą w węzełkach lub kociołkach, słodycze kupują od przekupniów tubylczych i piją wodę przydrożną. Oto dlaczego w porze upałów, pasażerów klas pośrednich wyciąga się z wozów martwych i dlaczego o każdej innej porze roku wszyscy patrzą na nich z góry.
Szczęśliwym zbiegiem okoliczności mój przedział był pusty aż do Nasirabad. Tam wsiadł jakiś rosły „gentleman“ w koszuli i z gęstemi, czarnemi brwiami. Dzień spędził stosownie do zwyczajów pasażerów klasy pośredniej. Był to wędrowiec i włóczęga, jak ja, ale z silnie rozwiniętem zamiłowaniem do wódki. Opowiadał niesłychane historje o tem, co widział i czego dokonał w najróżniejszych zakątkach cesarstwa, do których dotarł i o przygodach, w których narażał życie dla zdobycia żywności na parę dni.
— Gdyby Indje zaludnione były ludźmi, podobnymi do was i do mnie, jak ptaki nie wiedzącymi, co jutro jeść będą, kraj ten dawałby nie siedemdziesiąt, ale siedemset miljonów dochodu, tak jest, siedemset! — powiedział mi.
Spojrzawszy na jego usta i wysuniętą naprzód dolną szczękę, byłem skłonny zgodzić się z nim.
Rozmawialiśmy o polityce, o polityce — jak ją rozumie włóczęga, widzący wszystko z odwrotnej strony, gdzie znać wszystkie szwy i łaty — a potem mówiliśmy o urządzeniach pocztowych, ponieważ mój przyjaciel pragnął z najbliższej stacji wysłać telegram do Adżmiru, który jest węzłowym punktem między Bombajem a linją wiodącą do Mhau, — o ile się jedzie na zachód. Przyjaciel mój nie miał pieniędzy, prócz ośmiu „annów“, które chował na obiad, zaś ja byłem wogóle bez grosza, skutkiem wspomnianej już dziury w budżecie. Prócz tego droga moja wiodła w dzicz, gdzie wprawdzie miałem odzyskać kontakt ze skarbem, ale gdzie nie było wcale telefonu. Ja w żaden sposób nie mogłem mu dopomóc.
— Możemy nastraszyć naczelnika stacji i zmusić go, ażeby wysłał telegram na kredyt — mówił mój przyjaciel — ale to znowu naraziłoby nas na różne wybadywania, a wyznaję, że ja miałem tego już dosyć w ostatnich czasach. Wspomnieliście coś, że w krótkim czasie zamierzacie tędy wracać?
— Za jakich dziesięć dni — odpowiedziałem.
— Nie moglibyście załatwić się za osiem dni? — zapytał. — Zależałoby mi na tem, żeby to było wcześniej.
— Mógłbym zadepeszować w ciągu dziesięciu dni, jeśli o to idzie — zaproponowałem.
— Trudno mi go będzie znaleźć telegraficznie, jak myślę. On pojedzie tędy. Ma 23-go wyjechać z Delhi do Bombaju — to znaczy, że 23-go w nocy będzie przejeżdżał przez Adżmir.
— Ależ ja jadę na Pustynię Indyjską! — tłumaczyłem.
— Bardzo słusznie! — odrzekł. — Jadąc do Dżodhpore musicie się przesiadać w Marwar — musicie! — a on pojedzie przez Marwar wczesnym rankiem 24-go bombajskim pociągiem pocztowym. Możecie być wtedy w Marwar? To wam nie może zrobić różnicy, bo, jak to dobrze wiem, w tych państewkach środkowo-indyjskich nie znajdziecie dużo dobrych kąsków — nawet jeśli przedstawicie się jako korespondent „Mieszkańca Dżungli“.
— Próbowaliście kiedy tego „tricku“? — zapytałem.
— Ile razy! Ale Rezydenci zawsze was odnajdą i potem smarujecie pod eskortą do granicy, zanim zdołacie dźgnąć nożem. Lecz wróćmy jeszcze do mego przyjaciela. Ja muszę dać mu znać, co się ze mną dzieje, inaczej nie będzie wiedział, dokąd się obrócić. Byłoby z waszej strony więcej niż uprzejmością, gdybyście chcieli do tego czasu wrócić z Indyj środkowych, złapać go na stacji Marwar i powiedzieć mu: On wyjechał na tydzień na południe! Będzie już wiedział, co to znaczy. Jest to wysoki, tęgi mężczyzna z rudą brodą i okropnie się dmie. Znajdziecie go w przedziale drugiej klasy. Będzie z pewnością spał, jak hrabia, otoczony pakunkami. Ale wy sobie z tego nic nie róbcie. Spuśćcie okno i powiedzcie: Wyjechał na tydzień na południe! — Zobaczycie, jak skoczy. To wam skróci pobyt w tych stronach tylko o dwa dni. Proszę oto, jako podróżny — jadący na Zachód! — rzekł z naciskiem.
— A skąd jedziecie? — spytałem.
— Ze Wschodu! — odpowiedział — i spodziewam się, że spełnicie mą prośbę, na węgielnicę. Zaklinam was na pamięć Matki waszej i mojej.
Anglicy niezbyt są czuli na pamięć matki, ale dla pewnych przyczyn, łatwych zresztą do zrozumienia, zgodziłem się[2].
— Jest to rzecz nielada — mówił towarzysz — i dlatego właśnie was o to proszę. Teraz wiem już, że na was mogę polegać. Wagon drugiej klasy w Marwar, a w nim śpiący mężczyzna z rudą brodą. Zapamiętajcie sobie. Na następnej stacji wysiadam i muszę tu siedzieć dopóki nie przyjedzie, lub nie przyśle mi tego, czego potrzebuję.
— Więc dobrze, jeśli go złapię, to mu wasze słowa powtórzę — zgodziłem się. — Ale na pamięć Matki waszej i mojej zaklinam was, abyście usłuchali jednej mojej rady. Nie jedźcie teraz do państw środkowo-indyjskich, jako korespondent „Mieszkańca Dżungli“. Wałęsa się tu właśnie prawdziwy korespondent i to mogłoby doprowadzić do starć.
— Dziękuję — odpowiedział poprostu. — A kiedy ta świnia się stąd wyniesie? Nie mogę przecie zdychać z głodu dlatego, że jemu się podoba psuć mi interesy. Właśnie miałem na muszce Degumber radżę z powodu tej jego historji z wdową po ojcu — chciałem go pociągnąć...
— A cóż to było z tą wdową po ojcu?
— Napchał ją czerwonym pieprzem, powiesił za nogi na belce i zakołysał na śmierć. Sam to wywąchałem i jestem jedynym człowiekiem, któryby odważył się pójść tam i zażądać pieniędzy za milczenie. Będą próbowali otruć mnie, jak to było w Chortumnie, kiedym tam był po pieniążki. Nie zapomnicie załatwić mego interesu w Marwar?
Wysiadł na małej, ubocznej stacyjce. Długo o nim myślałem. Nieraz słyszałem o tych ludziach, udających korespondentów gazet i szantażujących groźbami władców małych państewek hinduskich, ale nie zdarzyło mi się dotychczas spotkać którego z nich. Ciężkie mieli ci ludzie życie, a śmierć przeważnie bardzo nagłą. Rządy hinduskich państw strasznie się boją pism angielskich, nie chcąc, aby one rozgłaszały tajniki ich przedziwnych metod rządzenia, dlatego albo korespondentów zalewają szampanem, albo też gonią ich na cztery wiatry. Nie rozumieją, że nikomu ani w głowie nawet nie postoi zajmować się ich wewnętrznemi sprawami, dopóki ucisk i zbrodnie trzymają się granic pewnej przyzwoitości i o ile władca nie jest zatruty opjum, pijany lub chory od początku do końca roku. Są to najciemniejsze pod słońcem miejsca na ziemi, pełne niemożliwych do opisania okrucieństw, graniczące z jednej strony z koleją i telegrafem, a z drugiej z epoką Haruna-al-Raszyda. Wysiadłszy z pociągu, musiałem też załatwiać wiele różnych interesów z różnymi królami i w przeciągu ośmiu dni przeszedłem najrozmaitsze koleje losu. Czasami, odświętnie ubrany, biesiadowałem z książętami i mężami stanu, popijając z kryształowych kielichów i jadając na srebrze, to znów leżałem na ziemi i pożerałem, co Pan Bóg dał z półmisków zrobionych z liści, piłem wodę ze strumienia i spałem pod jedną derką razem ze swym służącym. Takie to było zajęcie.
Następnie udałem się na Wielką Pustynię Indyjską w oznaczonym terminie, jak to przyrzekłem i w nocy pociąg pocztowy przywiózł mnie do Marwar, skąd śmieszny, mały, na los szczęścia przez tubylczą służbę kolejową prowadzony pociąg idzie do Dżodhpore. Bombajski pociąg pocztowy z Delhi stoi w Marwar krótko. Przybył właśnie, kiedy ja przyjechałem, tak, że akurat zdążyłem dobiec na platformę, na którą zajechał i przejść się wzdłuż wagonów. W pociągu tym był tylko jeden wagon drugiej klasy. Spuściłem okno i wzrok mój natychmiast padł na czerwoną jak ogień brodę, napół zakrytą kocem podróżnym. Był to mój człowiek, na pół śpiący; trąciłem go delikatnie w żebra. Obudził się, mrucząc, i w świetle lampy ujrzałem jego twarz; była szeroka, świecąca.
— Znowu bilety? — mruknął.
— Nie! — odpowiedziałem. — Mam wam powiedzieć, że on wyjechał na tydzień na południe. Wyjechał na tydzień na południe!
Pociąg ruszał zwolna. Czerwonobrody tarł oczy.
— Wyjechał na tydzień na południe! — powtórzył. — Ta bezczelność zupełnie do niego podobna. Może wam powiedział, że ja wam co dam? Bo mnie ani się śni!
— Nie powiedział — krzyknąłem, odskakując na bok. Chwilę czekałem, aż czerwone światła zniknęły w ciemnościach. Było okropnie zimno, bo z piaszczystej pustyni dmuchał wiatr. Skoczyłem do swego własnego pociągu ale tym razem już nie do wagonu trzeciej klasy — i położyłem się spać.
Gdyby czerwonobrody był mi dał jaką rupję, byłbym ją schował na pamiątkę tej bądz co bądź dziwnej afery. Tak jednak za całą nagrodę pozostało mi zadowolenie ze spełnienia obowiązku.
Później dopiero przyszło mi na myśl, że dwóch podobnych do tych moich przyjaciół w „gentlemenów“, udających korespondentów pism angielskich, nie może zrobić nic dobrego i że jeśli zaczną szantażować którego z tyranów jakiegoś małego państewka środkowych Indyj lub południowej Radżputany, to gotowi narazić się na poważne nieprzyjemności. Z tego powodu zadałem sobie trochę trudu w opisaniu ich, jak najdokładniej sobie mogłem przypomnieć, osobom, którym ewentualnie mogłoby zależeć na usunięciu ich. Jak mnie też później poinformowano, udało mi się dzięki temu cofnąć ich od granic państwa Degumber.
I znowu stałem się porządnym człowiekiem i wróciłem do redakcji, gdzie już nie było królów, ani żadnych nadzwyczajnych wypadków, a tylko codzienne fabrykowanie gazety. Redakcja w dziwny jakiś sposób przyciąga ludzi wszelkiego rodzaju ze szkodą dla samego zawodu. Damy z misji „Zenana“ przychodzą i proszą, żeby redaktor natychmiast porzucił wszystkie swe obowiązki dla opisania rozdania nagród w szkółce chrześcijańskiej w jakiejś absolutnie niedostępnej wiosce. Pominięci w awansie pułkownicy siadają i szkicują w ogólnych zarysach serję po dziesięć, dwanaście albo i dwadzieścia cztery artykuły wstępne przeciw protekcji. Rozbite trupy teatralne silą się wytłumaczyć, że nie mogą w tej chwili zapłacić za ogłoszenia, ale zrobią to z procentem po powrocie z Nowej Zelandji lub z Tahiti. Wynalazcy patentowanych „punkah“, aparatów do łączenia wozów, nie łamiących się szabel lub toporzysk przychodzą z listami imiennemi w kieszeniach podając, w których godzinach są wolni. Firmy herbaciane wchodzą bez ceremonji i piszą prospekty redakcyjnemi piórami. Sekretarze komitetów balowych domagają się większego entuzjazmu w opisie tańców. Dziwne jakieś damy wpadają, domagając się „stu damskich biletów wizytowych, wydrukowanych odrazu“, co również niby należy do obowiązków redaktora, zaś każdy wałęsający się po wielkim indyjskim gościńcu wypędek bez zajęcia uważa za swój obowiązek przyjść i żądać dla siebie posady korektora. Równocześnie telefon dzwoni, jak wściekły, mordują królów na kontynencie, cesarstwa mówią: — My to zrobimy inaczej! — Mr. Gladston piorunuje na Dominja Brytańskie a mały, czarny chłopak z drukarni bzyka nad głową jak zmęczona pszczoła „kaa-pi czaj-ha-ych“ (potrzeba manuskryptu), zaś papier jest czysty jak tarcza Modreda.
Tak się to dzieje w przyjemniejszej i zabawniejszej części roku. Nadchodzi drugich sześć miesięcy, podczas których nikt się w redakcji nie zjawia, rtęć w termometrze cal po calu skacze w górę, w redakcji, wyjąwszy lampę na biurku, jest zupełnie ciemno, maszyny aż pieką, kiedy ich dotknąć, nieledwie do czerwoności rozpalone z gorąca, a nikt nie pisze nic prócz opisów zabaw w miejscach klimatycznych w górach lub wzmianek pośmiertnych. Telefon zmienia się w dzwoniącego upiora, bo mówi tylko o śmierci dobrze znanych mężczyzn i kobiet, z gorąca pot występuje na czoło i siada się, i pisze: — O małym wzroście epidemji donoszą z dystryktu Khuda Janta Chan. Wybuch epidemji jest w naturze swej sporadyczny i dzięki energji władz został stłumiony w zarodku. Mimo to z wielkim żalem notujemy śmierć itd.
Ale epidemja dopiero wówczas wybucha, co się nazywa, zmuszając do pisania wzmianek i nekrologów co najwierniejszym prenumeratorom. A cesarstwa i królowie w dalszym ciągu urozmaicają sobie życie w zupełnie egoistyczny sposób, redaktor naczelny myśli, że dziennik istotnie musi wyjść raz na dobę, a rozbawieni letnicy w górach wykrzykują:
— Boże miłościwy! Dlaczego ten dziennik jest taki monotonny! Przecież na świecie z pewnością dzieje się coś zajmującego!
To jest odwrotna strona medalu i — jak mówią ogłoszenia — „należy spróbować, aby móc ją odpowiednio ocenić“.
Działo się to w tej porze roku, w tej złej porze roku. Gazeta zbliżyła się właśnie do kresu swej egzystencji tygodniowej w sobotę w nocy, co — według terminologii pewnego pisma londyńskiego — oznacza niedzielę rano. Był to bardzo szczęśliwy zbieg okoliczności, ponieważ natychmiast po wysłaniu do łóżka „numeru“ o świcie, rtęć w termometrze spadała na pół godziny z 96 st. na 84 st. i w tym chłodzie — a nie ma pojęcia, jak chłodno jest przy 84 st. w cieniu, kto się o nie nie musiał modlić — bardzo zmęczony człowiek może zasnąć, zanim się zrobi goręcej.
Pewnej soboty, w nocy, miałem miły obowiązek wysłania „numeru“ do łóżka. Jakiś król, dworzanin, kurtyzana czy republika miała umrzeć, porodzić nową konstytucję czy zrobić coś, co było bardzo ważne dla drugiej strony świata, wobec czego nie można było wcześniej zamknąć „numeru“, lecz musiało się czekać do ostatniej chwili na depesze.
Noc była czarna, jak smoła, duszna jak może być tylko noc czerwcowa duszną, i „loo“, gorący wiatr zachodni, szumiał w wierzchołkach wyschłych na chrust drzew, udając, że zapowiada deszcz. Istotnie od czasu do czasu na chmury pyłu z hałasem skaczącej ropuchy spadała jakaś kropla nieledwie wrzącej wody, ale nasz zmęczony świat wiedział, że to jest tylko komedja. Siedziałem w drukarni, gdzie było odrobinę chłodniej, niż w redakcji; linotypy szczękały i stukały, odgłosy nocne wpadały nam przez okna, a zecerzy, prawie nadzy, ocierali pot z czół i wołali o wodę. Ta jakaś historja z drugiej półkuli, cokolwiek tam już było, nie nadchodziła mimo, że „loo“ ustał, ostatni artykuł został złożony, a cała kula ziemska w dusznem gorącu jakby zastygła w oczekiwaniu z palcem na ustach. Byłem śpiący i rozmyślałem nad tem, czy telegraf istotnie jest tak wielkiem błogosławieństwem i czy ten umierający człowiek, czy walczący naród zdaje sobie sprawę z tego, jakie zamieszanie robi każda chwila dalszej zwłoki. Prócz gorąca i zmęczenia nie było żadnej szczególniejszej przyczyny do wzruszania się, mimo to kiedy wskazówki zegara wreszcie dopełzły do trzeciej godziny a uskrzydlone koła maszyny, czekając na jedno moje słowo, poruszyły się kilka razy dla sprawdzenia czy wszystko jest w porządku i czy można puścić je w ruch, o mało nie krzyknąłem głośno z radości.
Huk i szczęk kół potargał ciszę na drobne kawałki. Chciałem już wyjść, gdy wtem ujrzałem przed sobą dwóch biało ubranych mężczyzn.
— To on! — rzekł pierwszy.
— Tak jest, to on! — potwierdził drugi.
I obcierając czoła spocone śmiali się, swym śmiechem zagłuszając huk maszyny.
— Spaliśmy dla chłodu w rowie koło gościńca. Po drugiej stronie ulicy zobaczyliśmy światło. Redakcja jeszcze jest otwarta — powiadam do mego obecnego tu przyjaciela. — Chodźmy do niego i pogadajmy z nim. Przecie to on zawrócił nas od granicy państwa Degumber.
Tak mówił mniejszy z nich dwóch. Poznałem w nim człowieka, z którym jechałem kiedyś razem do Mhau. Jego towarzysz był czerwonobrodym pasażerem ze stacji Marwar. Nie mogło być żadnej wątpliwości. Poznałem odrazu brwi jednego i brodę drugiego.
Ich wizyta niezbyt mię zachwyciła, bo wolałem spać, niż kłócić się z włóczęgami.
— Panowie czego sobie życzą? — spytałem.
— Chcielibyśmy wygodnie i w chłodzie pogawędzić z panem pół godzinki — rzekł czerwonobrody. — Chodźmy do redakcji. Owszem, przyjęlibyśmy kieliszeczek czegoś — umowa jeszcze nie weszła w życie. Peachey, nie musi jej jeszcze przestrzegać — ale w rzeczywistości potrzebujemy rady. Nie chcemy pieniędzy. Prosimy o to jak o łaskę, bo wiemy, że to wy „kiwnęliście“ nas w sprawie państwa Degumber.
Zaprowadziłem ich do dusznego pokoju redakcyjnego o ścianach zawieszonych mapami, na których widok czerwonobrody aż zatarł ręce z zadowolenia.
— Tego nam właśnie było trzeba — rzekł. — Nie mogliśmy lepiej trafić. A teraz, szanowny panie, przedstawiam wam brata Peachey Carnehana — to jest on — i brata Daniela Dravota — to niby ja — a zaś co się tyczy naszej profesji, to już im mniej o tem będziemy mówili, tem lepiej, bo w swoim czasie było się nie jednem — żołnierzem, marynarzem, zecerem, fotografem, korektorem, kaznodzieją ulicznym, a nawet korespondentem „Mieszkańca Dżungli“, kiedyśmy myśleli, że pismo korespondenta potrzebuje. Carnehan jest zupełnie trzeźwy i ja też. Przyjrzyjcie się nam przedewszystkiem i przekonajcie się, że mówię prawdę. To uchroni was od przerywania mi, kiedy zacznę mówić o interesie. Niech nam pan da po cygarze — i niech pan patrzy, jak je zapalamy.
Obserwowałem ich przy tej próbie. Obaj byli zupełnie przytomni, wobec czego dałem im letniej wódki i sodowej wody.
— Zupełnie słusznie — rzekł Carnehan, właściciel tych nadzwyczajnych brwi, obcierając wąsy. — Dan, pozwól, że teraz ja powiem parę słów. Zwiedziliśmy całe Indje, przeważnie na piechtę. Byliśmy palaczami, maszynistami, małymi dostawcami i tak dalej i w końcu przekonaliśmy się, że dla takich ludzi, jak my, Indje są zamałe.
W każdym razie zamały był dla nich pokój redakcyjny. Kiedy siedzieli przy wielkim stole, broda Dravota wypełniała jedną jego połowę a plecy Carnehana drugą. Carnehan mówił dalej:
— Kraj nie jest ani w połowie wyzyskany, bo ci, co rządzą, nie pozwolą się niczego dotknąć. Im cały drogi czas schodzi na rządzeniu i nie możecie ruszyć łopatą, ani kopnąć kamienia, ani szukać nafty, żeby natychmiast cały rząd nie zaczął krzyczeć: — Zostaw to, nie przeszkadzaj nam w rządzeniu! Dlatego też my puścimy kantem ten rząd i pójdziemy sobie gdzieindziej, gdzie człowiek nie jest sekowany i może dojść do swego. Nie jesteśmy ladaczem i nie boimy się niczego, jak tylko pijaństwa. Ale co do tego znów, to mamy umowę. I otóż pójdziemy sobie stąd i zostaniemy królami.
— Królami od nikogo niezależnymi! — mruknął Dravot.
— Doprawdy! — rzekłem. — Wałęsacie się po słońcu, a i noc jest bardzo gorąca. Czy nie lepiej byłoby wyspać się na ten temat? Wpadnijcie może jutro.
— Nie jesteśmy ani pijani, ani porażeni przez słońce — odpowiedział Dravot. — A spaliśmy już na ten temat pół roku i oglądaliśmy, różne mapy i atlasy i ostatecznie stwierdziliśmy że jest już tylko jedno jedyne miejsce na świecie, gdzie dwóch dzielnych ludzi może wyjść na swoje. Ten kraj nazywa się Kafiristan. O ile wiem, jest to prawy szczyt górnego kąta Afganistanu oddalony od Peahawaru nie więcej, niż jakie trzysta mil. Czczą oni tam trzydziestu dwóch pogańskich bożków, nie zrobi im różnicy, jeśli będą mieli trzydziestego trzeciego i czwartego. Jest to okolica górzysta i kobiety mają być w tamtych stronach bardzo piękne.
— Nie, toby znowu było wbrew umowie! — zaprotestował Carnehan. — Powiedziano wyraźnie, Dan: — Ani kobiety, ani trunków.
— Oto wszystko, co o tym kraju wiemy, wyjąwszy to, że nikt tam jeszcze nie był i że tubylcy wojują ze sobą. A tam, gdzie się biją, człowiek, który umie musztrować żołnierzy, zawsze może zostać królem. Pójdziemy w tamte strony i jeśli znajdziemy jakiego króla, powiemy mu: — Chce pan pobić nieprzyjaciół? — i pokażemy mu, jak się musztruje żołnierzy, a to umiemy lepiej, niż wszystko inne. A potem obalimy tego króla, zasiądziemy na jego tronie i założymy dy — na — stję.
— Zanim zdołacie oddalić się na pięćdziesiąt mil od granicy, porąbią was na kawałki — odpowiedziałem. — Żeby się tam dostać, trzeba przejść przez Afganistan. Jest to jedna masa gór, wirchów i lodowców, i ani jeden Anglik jeszcze tamtędy się nie przedarł. Lud tam mieszka nadzwyczaj dziki i nawet gdyby się wam udało tam dotrzeć, nic nie zrobicie.
— To już wolę — odezwał się Carnehan. — Jeśli nas będziecie uważali za trochę upadłych na głowę, nie obrazimy się. Ale przyślismy do was dowiedzieć się czegoś o tym kraju, przeczytać jakąś książkę, przyjrzeć się mapom. Chcieliśmy właśnie, żebyście nam powiedzieli, żeśmy powarjowali i żebyście nam pokazali mapy.
Zaczął przeglądać książki.
— Słuchajcie, czy wy to na serjo mówicie? — zapytałem.
— Odrobinę! — odpowiedział Dravot łagodnie. — Potrzebujemy wielkiej mapy, największej, jaką możecie znaleźć, choćby tam, gdzie jest Kafiristan, było zupełnie białe miejsce, no i parę książek, jakie tam są. Czytać umiemy, choć nie jesteśmy bardzo wykształceni.
Rozłożyłem wielką mapę Indyj (l cal 32 mil.) dwie mniejsze mapy krajów granicznych i zdjąłem tom INF — KAN z „Encyklopedji Brytańskiej“ i obaj nowi goście zaczęli studjować mapy.
— Patrzcie — mówił Dravot z palcem wskazującym na mapie. — Ja i Peachey znamy drogę aż do Dżagdallaku. Byliśmy tu z armją Robertsa. Od Dżagdallaku trzeba będzie skręcić na prawo przez terytorium laghmańskie... A potem góry — czternaście tysięcy stóp, piętnaście — będziemy tam trochę marzli, ale na mapie nie wygląda bardzo daleko.
Dałem im jeszcze Wooda „Sources of the Oxus“. Carnehan pogrążony był w lekturze encyklopedji.
— To bardzo mieszane towarzystwo — rzekł Dravot z namysłem. — Na nic nam się nie zda znać wszystkie nazwy tych plemion. Im więcej plemion, tem bardziej się żrą i tem lepiej dla nas. Z Dżagdallaku do Aszang Himm!
— Ale wszystko to, co się tu o tych krajach czyta, jest tak dorywcze i niedokładne, jak tylko może być! — zaprotestowałem. — Właściwie to nikt nie wie nic konkretnego. Macie tu tom „United Services Institute“. Przeczytajcie, co mówi Bellew.
— Gwiżdżę na Bellewa! — wykrzyknął Carnehan — Dan, słuchaj, to jest banda śmierdzących pogan, a książka tu mówi, że oni myślą, że są krewnymi Anglików.
Paliłem cygaro, gdy tymczasem moi goście wertowali Raverty, Wooda, mapy i encyklopedję.
— Nie potrzebujecie czekać na nas — zwrócił się do mnie grzecznie Dravot. — Jest już gdzieś koło czwartej. Możecie iść spać, a my zabierzemy się stąd, gdzieś o szóstej i bądźcie pewni, nie ukradniemy ani świstka. Niema co siedzieć nad nami. Jesteśmy dwaj spokojni warjaci, lecz jeśli zechcecie przyjść jutro wieczór do seraju, będziemy mogli pożegnać się z wami.
— Wy jesteście istotnie dwaj warjaci — odpowiedziałem — i albo będziecie musieli wrócić, nie przekroczywszy granicy, albo, jak tylko krok zrobicie na ziemi afgańskiej, poszatkują was. Chcecie może trochę pieniędzy, lub jaki list polecający na prowincję? Mógłbym dla was może znaleźć robotę za jaki tydzień.
— Za tydzień to już i my będziemy mieli niemało do roboty — rzekł Dravot. — Nie tak to łatwo zostać królem, jak się zdaje. Kiedy zdobędziemy swoje królestwo i zaprowadzimy jaki taki porządek, damy wam znać, będziecie mogli przyjechać i pomagać nam rządzić.
— Słuchajcie. Czy dwóch warjatów mogłoby zawrzeć taką umowę, jak ta? — odezwał się Carnehan, pokazując mi ze źle ukrywaną dumą pół arkusza poplamionego papieru, na którym napisano, co przytaczam poniżej. Odpisałem sobie to, jako „curiosum“.
Ta umowa między mną i tobą zawarta została w imię Boga — Amen i tak dalej.
(Pierwsze). Że ty i ja mamy zostać królami Kafiristanu.
(Drugie). Że dopóki ta sprawa nie będzie załatwiona, ani ja, ani ty nie śmiesz tknąć trunków, ani kobiety czarnej, białej albo gniadej, a tylko możesz z nią sobie chodzić bez żadnego interesu.
(Trzecie). Że mamy się zachowywać z godnością i jak się patrzy i jeżeli na jednego przyjdzie bieda, to drugi musi mu pomagać.
Podpisane przezemnie i przez ciebie dziś.
Peachey Taliaferro Carnehan.
Daniel Dravot.
Obaj gentlemani w ogólnych zarysach.
— To ostatnie może nawet jest niepotrzebne — rzekł Carnehan, rumieniąc się skromnie — ale to robi lepsze wrażenie. Teraz wiecie już z jakiego rodzaju włóczęgami macie do czynienia — bo my jesteśmy włóczęgami, dopóki się nie wydostaniemy z Indyj — ale czy nie myślicie, że który z nas podpisałby taki kontrakt, gdyby to nie było na serjo? Wyrzekliśmy się przecie dwóch rzeczy, stanowiących całą wartość życia.
— Nie sądźcie, że znacznie dłużej będziecie się mogli cieszyć tem życiem, jeśli spróbujecie urzeczywistnić ten idjotyczny pomysł. Nie podpalcie redakcji i wynieście się przed dziewiątą — rzuciłem na pożegnanie.
Zostawiłem ich pochylonych nad mapami i robiących notatki na odwrotnej stronie kontraktu.
— Przyjdźcie jutro na pewno do seraju! — zawołali za mną.
Seraj Kumharsen jest wielką, kwadratową kloaką ludzkości, gdzie się przeprzęga konie i wielbłądy Północy. Można tu znaleźć wszystkie narodowości Azji Centralnej i większość narodowości Indyj właściwych. Balch i Buchara spotykają się tu z Bengalem i Bombajem i starają się wzajemnie okpić. Można tu kupić kucyki, turkusy, koty angorskie, juki, owce o tłustych ogonach i muszkat, a wiele dziwnych rzeczy można dostać zadarmo. Udałem się tam po południu zobaczyć, czy moi przyjaciele mają zamiar dotrzymać słowa, czy też może leżą tam gdzie na śmierć pijani.
Jakiś kapłan ustrojony w strzępy wstążek i łachmany, uroczyście podszedł ku mnie, potrząsając poważnie dziecinną grzechotką z tektury. Za nim szedł jego służący, uginając się pod ciężarem koszów z brudnemi zabawkami. Ładowali je obaj na dwa wielbłądy, a mieszkańcy seraju przyglądali się temu, wybuchając głośnym śmiechem.
— Ten kapłan jest obłąkany — odezwał się do mnie jakiś handlarz koni. — Wybiera się do Kabulu i chce sprzedać zabawki emirowi. Emir obsypie go zaszczytami, albo go każe ściąć. Przybył dziś rano i wciąż warjuje.
— Nad pozbawionymi rozumu czuwa Bóg — wyjąkał w łamanem „kindi“ Usbeg o płaskiej twarzy. — Oni przepowiadają przyszłość.
— Gdyby mi byli przepowiedzieli, że moją karawanę już w cieniu Przełęczy ogarną Szinwari! — mruknął Eusufzai, ajent radżputańskiego domu handlowego, którego towary wpadły w ręce drugich złodzieji tuż za granicą i którego nieszczęściem bawił się cały bazar. — Hej, kapłanie, skąd przychodzisz i dokąd dążysz?
— Przybywam z krainy Roum! — krzyknął kapłan, potrząsając swą grzechotką. — Z krainy Roum, przypędzony przez morze tchnieniem stu szatanów! O złodzieje, bandyci, kłamcy, błogosławieństwo Pir Chana dla świń, psów i krzywoprzysięzców! Kto przyjmie benjaminka bogów za towarzysza podróży na północ dla sprzedania emirowi amuletów, jakich nigdy jeszcze nie posiadał? Tym, którzy to uczynią, nigdy nie będą się wściekały wielbłądy, nigdy się nie pochorują synowie, a żony pozostaną wierne podczas ich podróży. Kto przyjmie mnie do swej karawany? Błogosławieństwo Pir Chana towarzyszyć będzie jego trudom!
I uniósłszy pół swego kaftana, kapłan zaczął tańczyć między rzędami koni, uwiązanych do palów.
— „Huzrut“, za dwadzieścia dni wyrusza karawana z Peshawaru do Kabulu! — krzyknął Eusufzai. — Moje wielbłądy pójdą razem z nią. Przyłącz się do nas — przyniesiesz nam szczęście.
— Ja chcę jechać zaraz! — wrzasnął kapłan. Pojadę na swych skrzydlatych wielbłądach i stanę w Peshawarze w jednym dniu! No, Hazar Mir Chan! — krzyknął na swego służącego. — Wypędź wielbłądy, ale pomóż mi naprzód wsiąść na mego.
Kiedy wielbłąd przyklęknął, skoczył na jego grzbiet i zwracając się do mnie, zawołał:
— Sahibie! odprowadź mnie... Sprzedam ci amulet... który cię zrobi królem Kafiristanu!
Teraz dopiero zrozumiałem wszystko. Wyszedłem z seraju i szedłem za wielbłądami, dopóki nie znaleźliśmy się na gościńcu. Tam kapłan zatrzymał się.
— Jak wam się to wszystko podoba? — odezwał się po angielsku. — Carnehan nie zna ich języka, dlatego zrobiłem go służącym. Doskonale się nadaje na służącego. Nie napróżno wałęsałem się po tym kraju przed czternastu laty. Źle mówię ich dialektem? Przyłączymy się w Peshawarze do jakiej karawany i tak dostaniemy się do Dżakdallaku, tam wymienimy wielbłądy na muły i ruszymy do Kafiristanu. Grzechotki dla emira, o panie! Wsuńcie rękę pod juki wielbłąda i powiedzcie mi, co tam czujecie.
Namacałem kolbę karabinu Martini i jeszcze jedną i jeszcze.
— Mam ich dwadzieścia — rzekł Dravot z zadowoleniem. — Dwadzieścia karabinów z odpowiednią ilością amunicji — wszystko ukryte pod grzechotkami i staremi lalkami.
— Niech Bóg ma was w swej opiece, jeśli was z tem złapią! — rzekłem. — Wśród Pathanów karabin systemu Martini sprzedaje się na wagę srebra.
— Wsadziliśmy w ten interes 1500 rupij — każdą rupję, jaką mogliśmy wyżebrać, wyprosić lub ukraść — wszystko włożyliśmy w te dwa wielbłądy — mówił Dravot. — Nie złapią nas. Przez Chajber pójdziemy z regularną karawaną. Któżby śmiał tknąć biednego obłąkanego kapłana?
— Macie wszystko, czego potrzebujecie? — spytałem ze zdumieniem, zmieszany tem wszystkiem.
— Jeszcze nie, ale wkrótce już będziemy mieli. Dajcie nam coś na pamiątkę swej uprzejmości, bracie. Oddaliście mi przysługę wczoraj i wtedy w Marwar. Jak to się mówi — połowa mego królestwa należy do was.
Zdjąłem mały kompas z łańcuszka od zegarka i podałem go kapłanowi.
— Good-bye — rzekł Dravot, podając mi ostrożnie rękę. — Ostatni to raz na długi czas ściskam dłoń Anglika. Carnehan, podaj mu rękę! — krzyknął, kiedy drugi wielbłąd nas mijał.
Carnehan schylił się z wielbłąda i podał mi rękę. Wielbłądy minęły mnie i wsiąknęły w kurzawę gościńca. Zostałem sam, pełen zdumienia. W przebraniu tych ludzi nie odkryłem najmniejszego błędu. Scena w seraju dowiodła, że obaj są zupełnie w duchu krajowców. Mogło się im istotnie udać przekraść przez Afganistan. Ale dalej czekała ich śmierć — niezawodna i straszna.
W dziesięć dni później tubylczy korespondent naszego pisma z Peshawaru donosił w swej korespondencji: — Wiele śmiechu było tu z powodu pewnego obłąkanego kapłana, który udawał się na dwór Jego Wysokości Emira Buchary. Wiózł dlań stare zabawki i lalki, podając je za bezcenne amulety. W Peshawarze przyłączył się do drugiej letniej karawany, dążącej do Kabulu. Kupcy byli z tego powodu zadowoleni, ponieważ stosownie do przesądów wyobrażają sobie, iż szaleniec przynosi szczęście.
Tak więc Dravot i Carnehan przeszli granicę. Byłbym się za nich pomodlił, gdyby właśnie tej nocy nie umarł w Europie jakiś prawdziwy król, któremu musiałem napisać nekrolog.


Koło świata toczyło się wciąż przez te same fazy. Przeszło lato, po niem zima i znowu przeszło lato i minęło. Dziennik żył dawnym trybem a z nim razem i ja i znowu trzeciego lata, wydarzyła się jakaś gorąca noc — z soboty na niedzielę i znowu zdarzyło się jakieś dziwne czekanie na coś, co miało się stać na drugiej stronie świata — zupełnie jak wówczas! Garstka wielkich ludzi zdołała w przeciągu tych dwóch lat umrzeć, linotypy trochę się już rozklekotały, a niektóre drzewa w ogrodzie redakcyjnym były o kilka stóp wyższe. Oto i cała różnica.
Przeszedłem do drukami, gdzie powtórzyła się dosłownie scena, jaką już raz opisałem. Tylko że moje naprężenie nerwowe było silniejsze niż przed laty, i gorąco bardziej mi się dawało we znaki. O godzinie trzeciej krzyknąłem: Drukować! i chciałem wyjść, gdy naraz do mego krzesła zbliżyły się resztki jakiegoś człowieka. Była to istota zgięta w obręcz, z głową wtłoczoną głęboko w ramiona; ten fragment ludzki przestępował z nogi na nogę, jak niedźwiedź. Nie mogłem dostrzec, czy on szedł, czy też czołgał się, obdarty łachmaniarz, jęczący kaleka, który, wołając mnie po nazwisku, oznajmiał, że przecież powrócił.
— Możecie dać mi się coś napić? — wyjęczał — Na litość boską, dajcie mi się napić czego!
Wróciłem do redakcji. Za mną szedł ów człowiek, jęcząc za każdym krokiem. Podniosłem lampę.
— Nie poznajecie mnie? — wyjąkał, opuszczając się na fotel i zwracając ku światłu wychudłą twarz, z kosmykiem posiwiałych włosów nad czołem.
Przyjrzałem mu się baczniej.
Gdzieś ja już widziałem te brwi czarne, silnie zarysowane nad nosem, a szerokie na cal, ale gdzie, w żaden sposób nie mogłem sobie przypomnieć.
— Nie poznaję was — odpowiedziałem, podając mu butelkę z wódką. — Czem mogę wam służyć?
Pociągnął spory łyk i zatrząsł się mimo dusznego gorąca.
— Wróciłem przecież! — powtórzył. — I byłem królem Kafiristanu! Ja i Dravot! Byliśmy koronowanymi królami! Siedzieliśmy tu raz w tej redakcji — wy na tem krześle — daliście nam książki. A ja jestem Peachey — Peachey Taliafero Carnehan — wyście tu na tem krześle siedzieli — o mój Boże!
Byłem więcej niż zdziwiony, co też dałem do poznania.
— Ja nie łżę! — mówił dalej Carnehan z suchym chichotem i poprawiając coś na nodze owiniętej w szmaty. — To święta prawda. Byliśmy królami, chodziliśmy w koronach — ja i Dravot — biedny Dan — oh, biedny, biedny Dan, nigdy nie chciał słuchać mądrej rady, choć błagałem go o to!
— Napijcie się wódki i odpocznijcie sobie — prosiłem go. — Opowiedzcie mi wszystko, co pamiętacie, od początku do końca. Przeszycie przez granicę z wielbłądami. Dravot jako obłąkany kapłan, a wy jako jego służący. Przypominacie sobie to? Pamiętacie?
— Ja nie jestem warjatem — jak dotąd, ale zdaje się prędko zwarjuję. Tymczasem jeszcze pamiętam. Patrzcie mi w oczy, bo może być słowa mi się rozlecą. Patrzcie mi w oczy i nie przerywajcie mi pytaniami.
Pochyliłem się naprzód i patrzyłem mu w oczy tak mocno, jak tylko mogłem. Opuścił jedną rękę na stół i ja wziąłem go za przegub. Ręka była wykręcona, jak szpony ptaka, a na przegubie widać było poszarpaną, czerwoną bliznę, kształtu gwiazdy.
— Nie patrzcie na to, patrzcie na mnie! — mówił Carnehan. — To przyjdzie potem, ale na miłość boską nie przeszkadzajcie mi. Ruszyliśmy z tą karawaną, robiąc po drodze różne kawały dla zabawienia naszych towarzyszów podróży. Dravot błaznował z całych sił wieczorami, kiedy oni gotowali obiad... gotowali obiad... i co to oni robili? Oni zapalali takie małe ognie i puszczali skry na brodę Dravota i — wszyscyśmy zdychali ze śmiechu. Takie małe czerwone ognie... leciały na wielką czerwoną brodę Dravota — tak śmiesznie!
Odwrócił odemnie wzrok i uśmiechał się nieprzytomnie.
— Z tą karawaną doszliście aż do Dżagdallaku — poddawałem mu — potem jakeście to puszczali te ognie. Do Dżagdallaku, a stamtąd już skręciliście i próbowaliście przedostać się do Kafiristanu.
— Nie, wcale nie, co wy wygadujecie! Myśmy skręcili jeszcze przed Dżagdallakiem, bo nam powiedziano, że droga tam jest dobra. Pokazało się jednak, że to nie jest droga dla wielbłądów — a myśmy mieli dwa wielbłądy, Dravot i ja. Kiedyśmy się odłączyli od karawany, Dravot zdjął swoje ubranie i mnie także kazał się rozebrać. Powiedział, że musimy się zmienić w pogan, bo Kafiri nie uznają Mahometan i nie chcą z nimi gadać. Zarazęśmy się już zupełnie przebrali i takiej maskary, jak Daniel Dravot, nigdy nie widziałem i nie sądziłem, że będę kiedy widział. Do połowy opalił swoją brodę, na plecy wziął owczą skórę, a głowę ogolił sobie w deseń. Mnie też ogolił i zrobił ze mnie jakąś małpę, żebym niby wyglądał, jak poganin. Góry tam były straszne i wielbłądy nasze nie mogły już iść dalej — że to niby same skały. A były one wielkie i czarne, kiedyśmy przyszli do domu, tom widział, że się biją, jak dzikie kozy — tam jest masa kóz w Kafiristanie. A te góry nigdy nie siedzą spokojnie, jak te kozy. Ciągle się biją i nie dają w nocy spać...
— Napijcie się jeszcze wódki — powiedziałem bardzo cicho. — Coście zrobili wy i Daniel Dravot, kiedy wielbłądy już nie mogły iść temi skalistemi drogami Kafiristanu?
— Kto co zrobił? To była spółka — Peachey Taliaferro Carnehan i Dravot. Mam o nim mówić? On tam umarł na moście. Bęc! Zleciał z mostu stary Peachey, magając kozły w powietrzu, jak groszowa grzechotka, którą może sprzedać emirowi. — Nie, nie, tam były dwie grzechotki po trzy i pół pensa, dwie grzechotki albo też... nikt mnie nie zrozumie... o jaki ja jestem nieszczęśliwy... A te dwa wielbłądy były na nic, więc Peachey powiedział do Dravota: — Na miłość boską, wynieśmy się stąd, jeśli nie chcesz, żeby nam łby pościnali — no i wtedy oni zabili tam w górach te wielbłądy, bo nie mieli co jeść, ale naprzód pozdejmowali z nich skrzynki z karabinami i z amunicją. No i tu pokazało się dwóch ludzi z czterema mułami. Dravot zaczął przed nimi tańczyć i śpiewać: — Sprzedajcie mi swoje muły! — A jeden z nich powiada na to: — Jeżeli ty jesteś dość bogaty, żeby móc kupić te muły, to ty jesteś dosyć bogaty, żeby cię móc obrabować! — Ale zanim zdążył dobyć noża, Dravot skręcił mu kark, a ten drugi uciekł. No i tak Carnehan władował na muły karabiny, które zdjęto z wielbłądów i ruszyliśmy naprzód w te okropne, zimne góry, gdzie drogi nie są szersze od dłoni.
Przerwał i milczał przez chwilę. Spytałem go, czy nie może sobie przypomnieć, jak wyglądał kraj, przez który szli.
— Opowiadam to, co pamiętam, ale moja głowa nie jest już taka dobra, jak była. Oni mi wbijali w głowę gwoździe, żebym lepiej słyszał, jak Dravot kona. Okolica była górzysta, muły uparte, mieszkańców mało, rozproszonych po górach. Więc oni tak szli pod górę i nadół, i znowu pod górę i nadół, i jeden spólnik Carnehan prosił Dravota, żeby nie śpiewał i nie gwizdał tak głośno z obawy przed lawinami. Ale Dravot mówił, że jeśli królowi nie wolno śpiewać, to nie warto być królem i walił muły, i ani dachu nad głową przez dziesięć dni. Zeszliśmy wreszcie na szeroką, płaską dolinę ze wszystkich stron otoczoną górami, a ponieważ muły prawie już zdychały, więceśmy je zabili, zwłaszcza, że nie mieliśmy żadnego żarcia dla nich — ani dla siebie. Usiedliśmy na pakach i bawiliśmy się głupkowato nabojami, które z nich wypadły.
Nagle pojawiło się na dolinie dziesięciu jakichś chłopów z łukami i strzałami. Pędzili oni przed sobą dwudziestu chłopów, również z łukami i strzałami. Walka była zacięta. Chłopy były piękne — piękniejsze odemnie i od was — z zółtemi włosami i doskonale zbudowani. Dravot, zobaczywszy ich, natychmiast rozpakował jedną pakę z karabinami.
— Zaczynamy swoją robotę — powiada. — Pomożemy tym dziesięciu drabom.
To mówiąc, wystrzelił z dwóch karabinów i ze skały, na której siedział, zabił jednego z nich z odległości jakich dwustu sążni. Na to reszta tych chłopów zaczęła zmykać, ale Carnehan i Dravot, siedząc na swoich pakach, ścigali ich ogniem przez całą dolinę. Wówczas podeszliśmy ku tym dziesięciu drabom, którym przyszliśmy z pomocą; oni uciekli przez śnieżne pola, strzelając do nas z małych łuków. Dravot wystrzelił im nad głowy z karabinu, a oni wówczas upadli na twarz. Wtedy Dravot skopał ich i zdeptał, a potem popodnosił ich i każdemu z nich podał rękę, żeby ich przyjaźnie usposobić. Zawołał ich i kazał im nieść skrzynie i paki i kiwał im ręką na powitanie, jakby już był królem. Zanieśli paki i jego przez tę dolinę na jakąś gorę, gdzie w świerkach stało z pół tuzina kamiennych bożków. Dravot zaraz podszedł do największego — Imbra nazywają tego młodego człowieka — położył u jego stóp jeden karabin i nabój, potarł nosem o jego nos, poklepał go po łbie i pokłonił mu się. Potem obrócił się do tych chłopów, kiwnął głową i powiada.
— W porządku. Ja znam te historje i ta cała menażerja — to są moi przyjaciele.
Tymczasem przyszedł chłop i podał jakieś jedzenie. Dravot mówi: „Nie!“ Przyszedł drugi chłop, przyniósł mu jeść, ale Dravot znów mówi: „Nie!“ Dopiero kiedy ich pop wiejski, stary dziadyga i wójt, grubas, przynieśli mu żreć, powiedział na cały głos: — Dobra jest! — i dalej jeść, ale powoli. W taki sposób dotarliśmy do pierwszej naszej wsi, bez żadnych trudności, jak gdybyśmy spadli z nieba. Ale myśmy nie z nieba spadli, a tylko z jednego z tych przeklętych mostów sznurowych, wiecie — a po takim upadku trudno od człowieka żądać, żeby się śmiał.
— Napijcie się jeszcze wódki i gadajcie dalej! — rzekłem. — Tak więc przyszliście do pierwszej swojej wsi. W jaki sposób zostaliście królem?
— Ja królem nie byłem — odpowiedział Carnehan. — Królem był Dravot. Doprawdy, ładnie wyglądał w złotej koronie na głowie i tego... on i jego spólnik, zamieszkali w tej wsi i codzień rano Dravot siadał na wzgórku obok starego Imbry, a ludzie przechodzili i kłaniali mu się. Tak kazał Dravot. Nagle jednego dnia kupa jakichś chłopów wleciała w dolinę. Carnehan i Dravot przyjęli ich wystrzałami karabinowemi, rozpędzili ich zanim tamci mogli zmiarkować, co się stało i pogonili za nimi na drugą stronę doliny. Tam była druga wieś, taka sama jak pierwsza, cała publiczność upadła na twarz, a Dravot mówi:
— Co jest z temi wsiami? Czemu wy się bijecie?
Oni na to pokazali jakąś kobietę, ładną, żaden z nas by się jej nie powstydził, a porwaną z pierwszej wsi. Dravot odprowadził ich do wsi i policzył trupy — było ich osiem. Za każdego zabitego wylał Dravot trochę mleka na ziemię, pomacał rękami i powiada: — Już jest wszystko w porządku! — Potem razem z Carnehanem sprowadzili za łeb wójtów z obu wsi na dolinę, tam kazali im dzidami zakreślić linję graniczną i po obu stronach kazali usypać kopce graniczne. Zlazł się na to naród z obu stron, zaczęli wyć z radości, jak djabli, a Dravot powiedział im: — Weźcie teraz i uprawiajcie rolę i bądźcie urodzajni i mnóżcie się! — co też oni zrobili, choć go nie zrozumieli. A myśmy zaczęli wypytywać, jak się taka rzecz nazywa w ich języku — chleb, woda, ogień, bożki i inne takie rzeczy, a Dravot zaprowadził kapłanów na wzgórze do bożków i kazał im tam siedzieć i sądzić i zapowiedział, że jak się co stanie, to ich zastrzeli.
Następnego tygodnia wszystko w dolinie pracowało w polu, jak pszczółki, a nawet lepiej, kapłani słuchali skarg i na migi opowiadali o wszystkiem Dravotowi.
— Dobry początek — rzekł do mnie Dravot — oni myślą, że my jesteśmy bogami.
On i Carnehan wybrali dwudziestu dzielnych chłopów i nauczyli ich chwytów karabinowych i jak się obchodzić z bronią, formować czwórki, rozsypywać się w łańcuch tyraljerski, a tym chłopcom bardzo się to podobało. Skończywszy to, wziął swoją fajkę i torbę podróżną opuścił te wsi i wraz z Carnehanem poszedł zobaczyć, co jest do roboty w sąsiedniej dolinie.
Tam było skał co niemiara a wśród nich mała wioszczyna. Tu Carnehan powiedział: — Przesadźmy tych ludzi stąd na tę wielką dolinę i dajmy im trochę ziemi, której jeszcze nikt nie uprawiał. — Byli to bardzo biedni ludzie, więc przed tem przeniesieniem do nowego Królestwa, zabiliśmy dla nich jedną kozę, dla wrażenia, żeby ich dla siebie dobrze usposobić.
Istotnie, ci ludzie przeprowadzili się i spokojnie osiedli i wówczas Carnehan połączył się znowu z Dravotem, który tymczasem udał się do jeszcze jednej doliny, okropnie górzystej, wśród lodowców i śnieżnych pól. Ta dolina była bezludna i tam na armję padł taki strach, że nie chciała iść dalej. Ale Dravot zabił na miejscu jednego żołnierza i przecie ruszył naprzód i szedł, póki nie znalazł ludzi w jednej wsi. Armja wytłumaczyła im, że o ile nie chcą żeby ich w pień wycięto, niech raczej ze swych rusznic lontowych nie strzelają, bo oni mieli małe lontowe rusznice, ci górale. Zaprzyjaźniliśmy się z kapłanem, a ja zostałem tam z dwoma ludźmi z armji i uczyłem ich, jak mają musztrować rekrutów. Wtedy pojawił się też w tych stronach jakiś grzmiący, wielki wódz. Przyszedł z biciem w bębny i kotły i trąbieniem w rogi, bo usłyszał, że się pojawił jakiś nowy bóg. Carnehan zobaczył kupę tych ludzi na pół mili na śniegu i dał im znak ręką, żeby jeden z nich przyszedł, równocześnie sam wyprawił do tego wodza posła z oznajmieniem, że jeśli nie chce być zabity, musi się stawić i podać Carnehanowi rękę. Wódz przyszedł pierwszy sam. Carnehan podał mu rękę i zrobił nad nim różne hokus-pokus, jak Dravot, a wódz bardzo się zdziwił i głaskał Carnehana po brwiach. Potem znów Carnehan odwiedził wodza i spytał na migi, czy on niema jakiego wroga. — I owszem, mam! — powiada wódz. Wobec tego Carnehan kazał wybrać co najtęższych chłopców z ludzi wodza i swoim ludziom z armji kazał ich wyćwiczyć. Po dwóch tygodniach rekruci maszerowali jak ochotnicy armji angielskiej. Wtedy Carnehan wraz z wodzem ruszył na wojnę. Przyszli na wielką szeroką równinę na grzbiecie jednej góry, ludzie wodza skoczyli naprzód i zdobyli wieś, a my trzej paliliśmy z karabinów w kupę nieprzyjaciół. Zdobyliśmy tę wieś, a wtenczas ja dałem wodzowi strzęp z mego kaftana i powiedziałem mu: — Masz tę wieś okupować, póki ja nie wrócę! — To było tak obrazowo powiedziane. Na przestrogę, kiedy wraz z armją oddaliłem się od niego na jakie 1800 łokci, wsadziłem w śnieg tuż koło niego jedną kulę, a wówczas oni wszyscy padli na twarz. O tem wszystkiem czemprędzej wysłałem list do Dravota, gdziekolwiek onby był na lądzie, czy na morzu.
Ryzykując, że biedaka zbiję z tropu, zapytałem:
— W jaki sposób mogliście tam napisać list?
— List? — Oh! — List! Patrzcie mi w oczy, proszę was. To był list sznurowy. Raz, podczas jakiejś włóczęgi w Pendżabie nauczył nas tej sztuki ślepy żebrak.
Przypomniałem sobie, że i w redakcji był raz jakiś ślepiec z sękowatą gałązką i sznurkiem, którym okręcał gałązkę według własnej jakiejś „szyfry“. Jak chciał, to po kilku godzinach, a nawet i dniach mógł odczytać namotane w ten sposób zdanie. Zredukował alfabet do 11 prymitywnych dźwięków. Chciał mnie swej sztuki nauczyć, ale ja nie mogłem zrozumieć, na czem ona polegała.
— Posłałem list do Dravota — opowiadał dalej Carnehan — i zażądałem, żeby wracał czemprędzej, ponieważ to królestwo stawało się dla mnie za wielkie. Sam wróciłem do pierwszej doliny, zobaczyć, jak się tam popi sprawują. Ta wieś, którą ja zawojowałem razem z tym wodzem, to oni nazywali Baszkaj, tę pierwszą, do którejsmy przyszli — Er-Heb. Więc kapłani w Er-Hebie sprawowali się zupełnie, jak należy, ale mieli dużo zaległych spraw gruntowych, które ja miałem rozstrzygnąć, a prócz tego ludzie z sąsiedniej wsi strzelali do nich w nocy z łuków.
Obejrzałem ja sobie tę wieś i ostrzelałem ją z karabinu z odległości tysiąca kroków. Na to wyszła mi cała amunicja, dlatego musiałem czekać na Dravota. Nie było go dwa do trzech miesięcy. Przez cały ten czas, ja trzymałem w garści swój naród.
Pewnego poranka rozległ się piekielny hałas bębnów i rogów. Dravot wracał. Schodził z gór w dolinę ze swą armją i z nowym oddziałem stu ludzi. Ale co najśmieszniejsze — na głowie miał wielką, złotą koronę.
— Rany Boskie Carnehan — powiada do mnie Daniel! — to ci dopiero historja. Jestem ci synem Aleksandra Wielkiego i królowej Semiramidy, a ty jesteś mój młodszy brat i w dodatku bóg! To największa awantura, jakiej kiedykolwiek mogliśmy dożyć. Sześć tygodni maszerowałem z armją i wojowałem. W obrębie pięćdziesięciu mil najmniejsza wioska zgłaszała się do nas i witała nas radośnie. Co więcej — znalazłem klucz do tej całej komedji i zdobyłem dla ciebie koronę. Kazałem ją zrobić dla ciebie w jednej miejscowości, zwanej Szu, gdzie złoto leży w skale, jak tłuszcz w baraninie. Złoto widziałem i turkusy wyłupywałem ze skał a tu masz granaty, znalezione w piasku nad strumieniem i agaty, które mi przyniósł jeden człowiek. Zawołaj wszystkich kapłanów, a tu weź sobie swoją koronę.
Jeden z jego ludzi otworzył czarną sakwę z włosia i wyjął koronę. Była za mała i za ciężka, ale nosiłem ją dla parady. Była z kutego złota i ważyła najmniej jakich pięć funtów. Wyglądała jak obręcz z baryłki.
— Peachey — rzekł Dravot — nie będziemy już potrzebowali walczyć więcej. Cały „trick“ jest w masonerii, jak Boga mego!
To mówiąc, zawołał wodza, którego ja swego czasu zostawiłem w Baszkai — nazwaliśmy go potem „Dziunek Fish“, bo był bardzo podobny do tego Dziunka, który pracował swego czasu przy wodociągach w Macz koło Bolanu.
— Podaj mu rękę — mówi Dravot.
Podałem mu rękę i o mało się nie przewróciłem, bo Dziunek Fish zrobił znak masoński. Nic nie mówiąc spróbowałem uścisku bratniego. Odpowiedział, jak należy, ale kiedy dałem mu znak Mistrza — zawiódł.
— On ma stopień Brata! — rzekłem do Dana. — Czy zna hasło?
— Zna! — odpowiedział Dan. — I wszyscy kapłani je znają. Słowo daję — cud! Wodzowie i kapłani umieją prowadzić loże braterską i robią to prawie tak samo, jak my, wykuli nawet znaki na skałach, ale trzeciego stopnia nie znają i właśnie przyszli po niego. Jak Boga kocham. Dawno już wiedziałem, że Afganowie wtajemniczeni są w pierwszy i drugi stopień, ale to doprawdy cud! Bo rozumiesz — ja teraz jestem bogiem i Wielkim Mistrzem i otworzę tu lożę trzeciego stopnia, do którego podniesiemy głównych kapłanów i wójtów.
— To się sprzeciwia prawu — odpowiedziałem. — Nie wolno zakładać Loży bez rękojmi. A ty wiesz, żeśmy nigdy nie odprawiali w Loży rytuału.
— Ale to będzie majstersztyk polityki! — wykrzyknął Dravot. — Będziemy mogli włóczyć się po kraju, jak po własnym domu. Nie możemy się już cofnąć, bo wówczas gotowi się na nas rzucić. Za mną przyszło tu czterdziestu wodzów, których muszę awansować stosownie do ich zasług i stanowiska. Rozkwateruj ich jakoś we wsi i postaraj się, żebyśmy mogli zorganizować Lożę. Najlepsze miejsce będzie w świątyni Imbry. Każ babom uszyć nam fartuszki i pokaż im, jak się to robi. Dziś w nocy zwołam zgromadzenie naczelników, a jutro Lożę.
Nie bardzo mi się to podobało, ale z drugiej strony rozumiałem dobrze, co za potęgę daje nam taka Loża. Żonom kapłanów pokazałem, jak szyć fartuszki różnych stopni, ale dla Dravota kazałem zrobić fartuszek nie z sukna, lecz ze skóry z błękitną obwódką i znakami z nieszlifowanych turkusów. Jako siedzenie dla Mistrza obraliśmy jeden z wielkich kwadratowych kamieni w świątyni, gdy tymczasem na mniejszych głazach mieli siedzieć inni dostojnicy Loży; na czarnej podłodze kamiennej pomalowaliśmy białe kwadraty, jednym słowem staraliśmy się, żeby wszystko było, jak należy.
Na zgromadzeniu, które odbyło się w nocy, na stoku świętego wzgórza wśród płonących stosów, Dravot oświadczył, że on i ja jesteśmy bogami, synami Aleksandra Wielkiego i świętej pamięci Semiramidy, Wielkimi Mistrzami Loży, i przyszliśmy zrobić Kafiristan krajem, w którym każdy człowiek będzie mógł jeść w ciszy, a pić w spokoju, a przedewszystkiem będzie musiał nas słuchać. Potem naczelnicy przychodzili jeden za drugim uścisnąć nam rękę, a byli tacy biali i przyjemni, iż miało się wrażenie, że się jest między przyjaciółmi. Ponadawaliśmy im imiona stosownie do tego, jak który był podobny do znajomych w Indjach — i tak jeden nazywał się Dziunek Fish, drugi Holly Dickworth, trzeci Pikky Kergan, ten co to był kontrolerem bazaru, gdy ja byłem w Mhow itd., itd.
Ale największy cud wydarzył się następnej nocy w Loży. Jeden ze starych kapłanów ciągle nas obserwował, aż mi się niedobrze robiło, bo wiedziałem, że kręcimy w rytuale, a nie wiedziałem, co wiedzą ci ludzie. W chwili kiedy Dravot wdział fartuch, zrobiony dla niego przez dziewczynę według moich wskazówek, ten stary pop jak nie krzyknie, jak nie zawyje — zerwał się i chciał przewrócić kamień, na którym Dravot siedział.
— Wszystko wzięli djabli! — wołam do Dravota. — To masz za to, żeś im tu mydlił oczy w Loży bez rękojmi.
Ale Dravot ani okiem nie mrugnął, nawet kiedy dziesięciu kapłanów przewróciło kamień Wielkiego Mistrza, czyli, jak oni go nazywali, kamień Imbry. Kapłani zaczęli ocierać jego spód z błota, mchu i ziemi i wreszcie pokazali innym kapłanom wyryty na nim znak Wielkiego Mistrza, taki sam, jaki Dravot miał na swym fartuchu. Ani jeden z kapłanów, oprócz tego starego, nie wiedział o tym znaku pod kamieniem. A ten stary upadł wtedy na twarz, objął Dravota za nogi i całował.
— Znowu nam się udało — rzekł do mnie Dravot przez całą Lożę. — Powiadają, że tego właśnie znaku im brakowało i nikt go nie mógł zrozumieć. Teraz już jesteśmy więcej niż bezpieczni.
To mówiąc stuknął w podłogę kolbą karabinu i rzekł:
— Na godność i władzę, zdobytą moją własną prawicą przy pomocy Peachey’a ogłaszam się Wielkim Mistrzem całego wolnomularstwa Kafiristanu w tej Loży-Macierzy, oraz Królem Kafiristanu wraz z Peacheyem.
Przy tych słowach dotknął korony dłonią — ja też — i jak najuroczyściej otworzyliśmy Lożę. To był doprawdy cud! Kapłani obracali się w Loży w zakresie pierwszego stopnia bez podpowiadania, jak gdyby im powoli pamięć wracała. Po tem wszystkiem Peachey i Dravot podnieśli tych, którzy na to zasługiwali, do trzeciego stopnia — wszystkich wyższych kapłanów i wójtów. Dziunek Fish był pierwszy między nimi i mogę powiedzieć, żeśmy go tak podnieśli, że mało ducha nie wyzionął; nie było to zgodne z rytuałem, ale pomogło nam. Awansowaliśmy jednak dziesięciu co najwybitniejszych, nie chcieliśmy tej rangi spospolitować. A wszyscy się tego domagali.
— Za pół roku zwołamy drugie zebranie i zobaczymy, jak się kto sprawował — odprawił ich Dravot.
Zaczął ich wypytywać o te ich wsi. Powiedzieli mu, że wciąż się biją między sobą i że już wszyscy są z tego chorzy i zmęczeni. A jak nie było nic do roboty, to znowu szli na Mahometan.
— Nie, możecie się bić tylko z tymi, którzy wejdą na wasze terytorjum — zapowiedział im Dravot. — Wybierzcie z każdej wsi co dziesiątego człowieka do służby pogranicznej i przyślijcie mi tutaj dwustu ludzi do wymusztrowania. Jak długo się kto przyzwoicie zachowuje, nie wolno do niego strzelać, ani kłuć go dzidą, a ja wierze, że wy nie będziecie mnie oszukiwali, bo wy jesteście biali ludzie, nie tacy jak ordynarni, czarni Mahometanie. Wy jesteście moim ludem i na Boga — skończył wpadając znów w angielski język — ja zrobię z was „fajny“ naród, albo tu „kitę odwalę“!
Nie mogę wam nawet opowiedzieć, cośmy zrobili przez te pół roku, bo Dravot wykombinował tam różne historje, na których ja już się nie rozumiałem, a prócz tego nauczył się ich języka tak, jak nigdy nauczyć się nie mogłem. Moją rzeczą było pomagać ludziom uprawiać porządnie rolę, a oprócz tego od czasu do czasu maszerować z armją, patrzyć, co ludzie robią po wsiach i pilnować, żeby budowali jak najwięcej mostów sznurowych nad przepaściami, które ogromnie utrudniają komunikację w tym kraju. Dravot był dla mnie dobry, ale kiedy przechadzał się pod świerkami, obiema pięściami skubiąc swą czerwoną brodę, wiedziałem, że obmyśla coś, w czem moja rada na nic nie mogłaby mu się przydać i czekałem tylko na rozkazy.
Dravot jednakże nigdy nie kompromitował mnie przed ludem. Poddani nasi bali się mnie i mojej armji, ale Dana kochali. Z kapłanami i wójtami żył Dan w jak najlepszej przyjaźni, kto chciał, mógł przyjść z gór i iść do niego ze skargą, a on wysłuchał go pięknie, zwoływał kapłanów na naradę i mówił, co trzeba robić. Wolał Dziunka Fisha z Baszkai, Pikky Kergana z Szu i jednego starego wójta, któregośmy nazwali Kafuzelum — to było dosyć podobne do jego prawdziwego nazwiska — i radził się z nimi przed każdą bitwą. To była jego Rada Wojenna, a czterech kapłanów z Baszkaj, Szu, Chawaku i Madory tworzyło jego radę przyboczną.
W międzyczasie Dravot wysłał mnie z czterdziestu ludźmi i dwudziestoma karabinami oraz sześćdziesięciu ludźmi, niosącymi turkusy, do Ghorbandu, po zakupno tych robionych ręcznie przez puszkarzy emira karabinów systemu Martini. Wyrabiają je w Kabulu, a w Ghorbandzie właśnie stał jeden z gwardyjskich pułków emira. Żołnierze za turkusy sprzedaliby rodzone zęby!
W Ghorbandzie byłem miesiąc. Ich tam namiestnikowi wsunąłem w łapę parę koszyków turkusów, temu tam pułkownikowi, co miał ten pułk, jeszcze więcej i tak od tych dwóch i między narodem wyszperaliśmy przeszło sto ręcznie robionych karabinów, przeszło sto dobrych „Kohat Jezaib“, bijących na jakie 600 sążni. 40 ludzi niosło bardzo marną amunicję do tych karabinów. Tak więc wróciłem z tem, co mogłem zdobyć i rozdałem broń między ludzi, przysłanych mi przez wójtów do wyćwiczenia. Dravot miał za dużo do roboty, aby się zajmować temi rzeczami, ale wyćwiczona przezemnie stara armja pomogła mi i w ten sposób mieliśmy przecie jakich 500 ludzi obznajmionych z musztrą i do dwustu, którzy umieli przyzwoicie broń trzymać w rękach. Nawet te pogięte, jak korkociąg, ręcznie robione flinty, były dla nich cudowną rzeczą. Kiedy zima nadchodziła, Dravot, przechadzając się pod świerkami, marzył już o wielkich prochowniach i magazynach.
— Ja już nie chcę zrobić z nich narodu! — mówił! — To zamało. Ja tu założę cesarstwo. To nie są murzyni, uważasz, to Anglicy! Popatrz na ich oczy — popatrz na ich usta. Popatrz, jak oni wstają. Oni w domu siedzą nie na ziemi, lecz na krzesłach. To są jakieś zagubione plemiona, czy coś podobnego, i dojrzały już zupełnie do tego, aby zostać Anglikami. Jeśli kapłani tego się nie zlękną zanadto — na wiosnę muszę zarządzić spis ludności. Tu w tych górach będą ich kopiate dwa miljony. A wsi pełne dzieci! Dwa miljony ludności — dwieście pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy — i wszystko Anglicy! Potrzebują tylko karabinów i „drylu“, niczego więcej. Dwieście pięćdziesiąt tysięcy ludzi, gotowych dźgnąć Rosję w prawe skrzydło, gdyby się tak zamierzyła na Indje! Peachey, człowieku! — wołał, szarpiąc się gwałtownie za brodę — będziemy cesarzami, imperatorami! Radża Brooke będzie niemowlęciem w porównaniu z nami! Rozpocznę z wice-królem rokowania, jak równy z równym. Poproszę go, aby mi tu przysłał dwunastu wyborowych Anglików — już ja ich sobie sam wybiorę, żeby nam trochę pomogli rządzić. Toby był Mackray, dymisjonowany sierżant, jest w Segowli — niejeden dobry obiad zjadłem u niego, a jego żona dała mi raz parę kalesonów. Toby był jeszcze Donkin, profos więzienny w Tounghoo — ale, setki ich znalazłyby się, gdybym był w Indjach! Dla mnie wice-król z pewnością to zrobi, rozumie się, bez gadania! Na wiosnę pchnę tam gońca w tej sprawie i równocześnie napiszę list z prośbą o przebaczenie co do tej Loży i że sam mianowałem się Wielkim Mistrzem. A oprócz tego, żeby mi przysłali wszystkie karabiny systemu Snidersa, wszystkie, jakie wojska kolorowe oddały, kiedy je uzbrojono w karabiny systemu Martini; są pewnie już wystrzelane, ale w tych górach jeszcze doskonale wystarczą. Dwunastu Anglików, sto tysięcy karabinów Snidersa, a rozbijemy państwo Emira na drobne kawałki... W pierwszym roku wystarczy choćby 20 tys. karabinów — i będziemy cesarzami! A kiedy już wszystko będzie gotowe, oddam koronę — tę koronę, którą mam teraz na głowie — na klęczkach oddam koronę królowej Wiktorji, a ona powie: Powstań, sir Daniel Dravot! Oh, to będzie wspaniałe, powiadam ci, wspaniałe! Ale jeszcze tyle do roboty jest wszędzie — i w Baszkai i w Kawaku i w Szu, wszędzie!
— Co to może znaczyć! — spytałem go. — Tej jesieni nie przysłano nam rekrutów do wyćwiczenia. Przyjrzyj się tym grubym, czarnym chmurom — one niosą śnieg!
— Ale, to nic nie znaczy! — odpowiedział Daniel, opierając się ciężko dłonią na mem ramieniu. — A wogóle, nie chcę nic przeciwko tobie powiedzieć, bo ty jesteś jedynym człowiekiem, który poszedł za mną i pomógł mi zostać tem, czem jestem. Jesteś pierwszej klasy głównodowodzącym i naród cię zna. Ale — to wielkie państwo — i czasami, Peachey, nie możesz mi tak pomóc, jakbym tego potrzebował.
— To idź do swoich przeklętych kapłanów! — krzyknąłem i żałowałem, żem się tak odezwał, ale przykrym mi był ten sposób mówienia z góry Daniela, kiedy właściwie ja wyćwiczyłem armję i robiłem wszystko, co mi kazał.
— Nie kłóć się ze mną, Peachey — rzekł Dan bez gniewu. — Przecie ty także jesteś królem i połowa królestwa należy do ciebie. Czy nie widzisz, Peachey, że potrzebujemy już dzielniejszych ludzi od siebie — trzech lub czterech, żeby byli niby naszymi namiestnikami. To jest strasznie wielkie państwo i ja już nie zawsze jestem pewien, czy postępuję właściwie i nie mam czasu, żeby się wszystkiem zajmować, a tu i zima nadciąga i tego...
I to mówiąc aż pół brody wsadził sobie odrazu do gęby; a brodę miał czerwoną, jak ta złota korona.
— Bardzo mi przykro, Dan — powiadam na to. — Zrobiłem, co tylko mogłem. Wyćwiczyłem ci rekrutów i pokazałem ludziom, jak trzeba lepiej chodzić koło owsa. Przywiozłem ci też karabiny z Ghorbandu — ale ja wiem, o co idzie. Ja wiem, że królowie zawsze się nudzą!
— Nie, nie, tu, widzisz, chodzi o co innego — mówi Dravot, chodząc tam i nazad pod drzewami. — Zima nadchodzi, a nasz naród nie narobi nam tu zamieszania. Zresztą, choćby i narobił — to cóż poradzimy, skoro się z miejsca ruszyć nie można? Ja potrzebuję żony.
— Na miłość boską, zostaw baby w spokoju! — zawołałem. — Zrobiliśmy wszystko, co trzeba było zrobić, choć ja jestem głupszy od ciebie. Przypomnij sobie kontrakt i daj spokój babom!
— Kontrakt obowiązywał nas tak długo, jak długo nie byliśmy królami, a zostaliśmy już nimi przecież i to przed kilku miesiącami — odpowiedział Dravot, ważąc w dłoni swą koronę. — Ty także musisz się ożenić, Peachey. Wyszukasz sobie ładną, zgrabną, tłuściutką dziewczynę, żebyś się miał przyczem zagrzać w zimie. One są ładniejsze od Angielek, a w dodatku my możemy wybierać. Jak je tak wygotować raz — drugi w gorącej wodzie — będą ładne, jak pączki!
— Nie wódź mnie na pokuszenie! — zawołałem. — Nie chcę mieć z kobietami nic do czynienia, dopóki pewniej się tu nie usadowimy. Ja się napracowałem za dwóch i ty za trzech. Możemy teraz poleżeć trochę na brzuchu. Ot, warto się postarać o tytoń z Afganistanu albo o trochę jakiego przyzwoitego trunku — ale o kobietach ani gadania!
— Któż mówi o kobietach? — rzekł Dravot. — Ja mówiłem o żonie, o królowej, która dałaby syna królowi. O królowej z największego plemienia, tak, żeby można połączyć się z niem braterstwem krwi... A królowa przytuli się do ciebie i będzie ci opowiadała, co twoi poddani myślą o tobie i swych sprawach. Oto, czego ja potrzebuję!
— Przypominasz sobie tę Bengalkę, z którą miałem stosunek — kiedy byłem garsonem w Mogul-seraju? — zagadnąłem go. — Była przecież dla mnie dobra. Nauczyła mnie po bengalsku, a jeszcze i paru innych rzeczy. I co się stało? Uciekła ze służącym naczelnika stacji i połową mojej miesięcznej pensji. A potem wróciła do Dadura z jakimś przybłędą i miała bezczelność opowiadać, że ja jestem jej mężem — i to jeszcze między furmanami w zajeździe!
— To już się skończyło! — odpowiedział Dravot. — Te kobiety tutaj są bielsze odemnie i od ciebie i ja muszę mieć królową na zimę.
— Jeszcze raz cię proszę, Dravot, nie rób tego! — błagałem go. — Powiadam ci, że z tego jeszcze nieszczęście wyniknie. Biblja powiada, że królowie nie powinni tracić swych sił na kobiety, zwłaszcza jeśli mają do urządzenia nowe, nieociosane królestwo.
— A ja ci mówię ostatni raz, że ja tego chcę! — uparł się Dravot i odszedł podobny do wielkiego czerwonego djabła, od zachodzącego słońca, które świeciło pod świerkami, na jego koronie, na brodzie i tego...
Ale z tą żeniaczką to nie była taka prosta rzecz, jak to sobie Dan wyobrażał. Przedłożył on tę sprawę swojej Radzie. Rada nic nie odpowiedziała. Wreszcie Dziunek Fish odezwał się, że najlepiej byłoby, gdyby Dan zwrócił się z tem do dziewcząt. Dravot zwymyślał ich.
— Co mi macie do zarzucenia? — ryczał stojąc pod posągiem Imbry. — Czy ja jestem pies czy co? Może nie jestem dosyć dobry dla waszych dziewek? Czy może nie rozciągnąłem swej dłoni nad tą krainą? Któżto odparł ostatni najazd Afganów?
Prawdę mówiąc, to byłem ja, ale Dravot w pasji zapomniał o tem.
— Kto wam kupił karabiny? Kto pobudował mosty? Kto jest Wielkim Mistrzem znaku wyciętego na kamieniu? — krzyczał, tłukąc pięścią w kamień, na którym siadywał podczas posiedzeń Rady i zebrań masońskich.
Dziunek Fish umilkł. Drudzy też siedzieli cicho.
— Uczesz się, Dan, — odezwałem się — i idź do dziewcząt w konkury. Tak się przecież robi u nas w domu, a ty mówisz, że ci ludzie to zupełni Anglicy.
— Małżeństwo króla, jest sprawą państwową — odpowiedział Dan wściekły, bo, zdaje mi się, zaczynał już rozumieć, że robi głupstwo.
Chodził chwilę po sali narad. Radcy dworu siedzieli cicho, patrząc w ziemię.
— Słuchaj, Dziunek! — zwróciłem się do wójta Baszkai. — O co tu idzie? Odpowiedz po prostu, jak szczery przyjaciel.
— Wy wiecie sami — odrzekł Dziunek Fish. — Co ja mogę powiedzieć nowego komuś, co wie wszystko. Jak mogą córki zwykłych śmiertelników zaślubiać bogów lub szatanów? To nie idzie!
Przypomniało mi się coś podobnego z biblji. Jeśli jednak, obserwując nas przez czas tak długi, wciąż jeszcze uważali nas za bogów, nie moją rzeczą było wybijać im to z głowy.
— Bóg wszystko może! — powiedziałem. — Jeśli król upodoba sobie jaką dziewczynę, z pewnością jej nie zje.
— A właśnie nie wiadomo! — rzekł Dziunek Fish. — W tych górach jest mnóstwo bogów i szatanów i ile razy która z dziewcząt dała się takiemu bogu lub szatanowi skusić, ślad po niej ginął. Prócz tego — wy dwaj znacie tajemnicę znaku rzeźbionego na tym kamieniu — a ten znak rozumieją tylko bogowie. Myśmy was też mieli za ludzi, dopóki nie pokazaliście nam tego znaku.
Pomyślałem, że kto wie, czy nie lepiej byłoby dla nas, gdybyśmy byli im wytłumaczyli tę całą historję z Lożą — ale nic na to nie powiedziałem. Przez całą noc z małej ciemnej świątyńki, leżącej w połowie drogi na górę, słychać było dęcie w rogi i krzyk dziewczyny taki, jakby ją tępym nożem mordowano. Jeden z kapłanów objaśnił nam, że to przygotowuje się dziewczynę do poślubienia króla.
— Co wy za historję wyrabiacie! — zniecierpliwił się Dan. — Nie chcę się sprzeciwiać waszym obyczajom, ale sam chcę sobie zdobyć żonę.
— Dziewczyna boi się trochę — tłumaczył kapłan. — Ona myśli, że jest skazana na śmierć, więc oni dodają jej tam trochę odwagi, zagrzewają ją.
— Zagrzewajcież ją bardzo delikatnie — pogroził Dravot — bo inaczej ja was tak zagrzeję kolbą, że wam się raz na zawsze wszelkiej rozgrzewki odechce.
Oblizał swe wargi i zaczął chodzić po izbie. Chodził tak do północy, myśląc o żonie, którą miał rano poślubić. Nie byłem w bardzo dobrym humorze, wiedząc, że konszachty z kobietami na obczyźnie, choćby się było królem dwadzieścia razy koronowanym, są zawsze ryzykowne. Wstałem bardzo wcześnie, kiedy Dravot jeszcze spał. Zauważyłem, że kapłani coś szepczą między sobą, wójtowie też coś spiskują, a wszyscy patrzą na mnie zezem.
— Co słychać, Fish? — spytałem wójta Baszkai, który stał obok, wspaniały w swym kożuchu.
— Nie wiem dobrze — odpowiedział. — Gdybyście jednak mogli odwieść króla od tego niedorzecznego zamiaru małżeństwa, oddalibyście jemu, sobie i mnie wielką przysługę.
— Bardzo wierzę! — rzekłem. — Ale Dziunek, ty chyba, któryś kiedyś walczył przeciw nam, a potem z nami razem, wiesz do djabła najlepiej, że tak król, jak i ja, nie jesteśmy niczem innem, jak tylko najmorowszymi ludźmi, jakich Pan Bóg kiedykolwiek stworzył, ale tylko ludźmi i niczem więcej.
— Może to być! — westchnął Dziunek. — A przecież bardzo mi przykro, że tak rzeczy się mają.
Zwiesił głowę na swój olbrzymi kołnierz futrzany i dumał z minutę.
— Królu! — rzekł po chwili. — Czy jesteś bogiem, czy szatanem, ja cię dziś nie opuszczę. Mam ze sobą dwudziestu swoich ludzi a ci mnie też nie zdradzą. Jakby co — schronimy się w Baszkai, dopóki burza nie przeminie.
W nocy spadło trochę śniegu i wszystko było białe, wyjąwszy szare, ciężkie chmury, które wiatr pędził z północy. Dravot wyszedł z koroną na głowie. Bił się rękami po bokach i przytupywał, wesoły i w jak najlepszym humorze.
— Ostatni raz proszę cię Dan, daj temu spokój! — szepnąłem mu. — Dziunek Fish powiada, że z tego wyniknie awantura.
— Awantura wśród moich poddanych! — uśmiechnął się Dravot. — Daj spokój, Peachey, ty jesteś taki warjat, że gotóweś się wyrzec żony. Gdzie dziewczyna? — zapytał głośno. — Zwołaj wodzów i kapłanów, niech się wasz cesarz przekona, czy jego żona pójdzie za nim, czy nie.
Nie potrzeba było nikogo wołać. Wszyscy stali tu oparci na karabinach i dzidach dookoła polanki w świerkowym lasku na górze. Cała kupa kapłanów poszła na dół do małej świątyńki po dziewczynę, a rogi dęły jak na Sądny Dzień. Dziunek Fish pokręcił się i stanął tak blisko Daniela, jak tylko mógł, a zaraz zanim było jego dwudziestu ludzi z lontowemi karabinami. Draby ogromne — każdy najmniej sześć stóp wysoki. Stałem tuż przy Dravocie, a za mną dwudziestu żołnierzy regularnej armji. Nareszcie pokazała się oblubienica. Dziewka jak piec, pokryta srebrem i turkusami, ale blada jak trup i co chwila spoglądająca na kapłanów.
— Ujdzie! — rzekł Dan, patrząc na nią. — Czegóż ty się boisz, dziewczyno? Chodź, pocałuj mnie!
Objął ją — a ona spuściła wzrok, pisnęła i pochyliła głowę ku jego czerwonej brodzie.
— Ta klempa mię ugryzła! — krzyknął i złapał się za szyję. — Istotnie rękę miał czerwoną od krwi. Dziunek Fish i dwóch lontowych strzelców zasłonili Dana sobą i wciągnęli go między ludzi z Baszkai, gdy tymczasem popy zaczęły ryczeć w tym swoim żargonie:
— On nie jest, ani bogiem, ani szatanem, ale tylko człowiekiem.
Mnie odepchnięto i jakiś kapłan ciął mnie przez łeb, równocześnie żołnierze armji regularnej zaczęli strzelać do ludzi z Baszkai.
— Rany boskie! — krzyknął Dan. — Co to wszystko znaczy?
— Nazad! nazad! — wołał Dziunek Fish. — To śmierć i bunt! Zmykajmy do Baszkai, póki czas!
Próbowałem przyprowadzić do porządku swych ludzi z regularnej armji, zakomenderowałem coś tam, ale — ani mowy! Wobec tego łupnąłem w kupę z mego angielskiego Martini i jako tako ich pohamowałem! Dolina pełna była wrzeszczących, wyjących drabów, a każdy się darł:
— Ani bóg, ani szatan, ale tylko człowiek!
Oddział górali z Baszkai wraz z Dziunkiem Fishem robił co mógł, ale ich lontowe flinty były do niczego w porównaniu z kabulskiemi odtylcówkami, i czterech z nich już odwaliło kitę. Dan ryczał, jak byk, bo też był wściekły. Dziunek Fish ledwo go z trudem powstrzymał, żeby się nie rzucił na tłum.
— Nie utrzymamy się — zawołał Dziunek Fish. — Musimy zmykać na dolinę! Wszyscy są przeciw nam!
Flintowi strzelcy wzięli nogi za pas i zlecieliśmy w dolinę wbrew woli Dravota. On klął w straszny sposób i wykrzykiwał, że jest przecie królem. Kapłani staczali za nami głazy z góry, armja grzmiała za nami aż miło, tak że w końcu na dolinę dostało się sześciu strzelców, prócz Dravota, Dziunka Fisha i mnie, którzyśmy zostali żywi.
Wtedy oni przestali strzelać i znowu zagrzmiały rogi w świątyni.
— Naprzód, na miłość boską, naprzód! — rzekł Dziunek Fish. — Prześlą gońców do wszystkich wsi, zanim dostaniemy się do Baszkai. Tam mogę was obronić, ale tu jestem bezsilny.
Zdaje się, że od tej chwili Dan zaczął trochę warjować. Najeżył się, jak raniony dzik. A potem wyrwał się nazad, chcąc pomordować kapłanów gołemi rękami. Istotnie był do tego zdolny.
— Cesarzem jestem! — wykrzykiwał. — Na przyszły rok będę wasalem królowej.
— Masz słuszność, Dan! — uspokajałem go. — Ale teraz zmykajmy, już ostatni czas!
— To ty jesteś temu wszystkiemu winieni — rzucił się na mnie! — Ty, boś nie umiał utrzymać lepiej armji w garści. Bunt był w zarodku, a ty o tem nie wiedziałeś, ty przeklęty mechaniku, ty fagasie, ty psie misjonarski!
Siedział tak na kamieniu i wyzywał mnie ostatniemi słowy. Zanadto byłem tem wszystkiem wstrząśnięty, żebym się mógł gniewać, ale w gruncie rzeczy to jego szaleństwo nawarzyło tego całego piwa.
— Bardzo mi przykro, Dan — odpowiedziałem. — Ale zdaje mi się, że to nie opowiastki dla krajowców. To już wszystko w boskiem ręku. Może nam się uda jeszcze uratować sytuację, jeśli się na czas dostaniemy do Baszkai.
— A więc chodźmy do Baszkai — zgodził się Dan — ale przysięgam Bogu, że ja tu wrócę, przejadę się po dolinie tak, że ani pluskwa w pierzynie przy życiu nie zostanie!
Maszerowaliśmy całą dobę. Dan deptał śnieg, targał się za brodę i mruczał do siebie.
— Niema nadziei, żebyśmy się mogli wymknąć — odezwał się naraz Dziunek Fish. — Kapłani rozesłali do wsi gońców z wieścią, że wy jesteście tylko ludźmi. Czemużcie nie chcieli pozostać bogami — przecież tak było lepiej! Jestem stracony.
To rzekłszy, rzucił się na ziemię i zaczął się modlić do swego Boga.
Następnego dnia znaleźliśmy się w jakiejś dzikiej okolicy. Szliśmy wciąż pod górę i nadół, ani cala równego i ani kęsa chleba. Sześciu ludzi z Baszkai patrzało na Dziunka Fisha jak głodne wilki, ale żaden z nich nie rzekł ani słowa. Nareszcie wyszliśmy na jakiś płaski grzbiet śniegiem pokryty, a gdyśmy tam stanęli — masz! Na samym środku grzbietu ujrzeliśmy armję na pozycji!
— Gońcy pośpieszyli się — rzekł Dziunek Fish z bladym uśmiechem. — Czekają na nas.
Trzech czy czterech ludzi zaczęło do nas strzelać i któryś trafił Dana w łydkę. To przywróciło mu przytomność. Spojrzał w stronę pozycji nieprzyjacielskich i ujrzał karabiny, któreśmy sami do kraju przywieźli.
— Przegraliśmy! — odezwał się, — Doprawdy, to czystej krwi Anglicy ci ludzie i to ja idjota przyprowadziłem cię tutaj! Dziunek Fish, odejdź i weź ze sobą swych ludzi. Zrobiliście, coście mogli, ale teraz już dosyć tego. Carnehan! — zwrócił się do mnie. — Podaj mi rękę i odejdź z Dziunkiem. Może być, że ci nic nie zrobią. Ja pójdę sam naprzeciw nich. Ja sam tu jestem winien. Ja — król!
— Idź! — krzyknąłem. — Idź do djabła, Dan! Ja tu jestem z tobą. Dziunek Fish, zabieraj się, my dwaj się z nimi rozprawimy.
— Jestem wodzem! — odpowiedział Dziunek Fish zupełnie spokojnie. — Zostaję z wami. Moi ludzie mogą odejść.
Baszkai nie kazali sobie tego dwa razy powtarzać i uciekli, a Dan, ja i Dziunek Fish poszliśmy tam, gdzie bębny warczały i rogi wołu dęły. Było zimno, straszne zimno. To zimno wjechało mi w tył czaszki i zostało w niej. Tu jest bardzo zimno.
„Kulisi“ poruszający „punki“ poszli spać. W redakcji świeciły dwie lampy naftowe i pot lał mi się z twarzy strugami. Carnehan drżał i obawiałem się, że straci przytomność. Obtarłem twarz, dotknąłem znowu strasznie poszarpanej jego reki i spytałem:
— Cóż się potem stało?
— Cóż mam powiedzieć? — jęknął Carnehan. — Wzięli nas bez słowa. Ani nie mruknął żaden, kiedy król rozciągnął na ziemi pierwszego człowieka, który śmiał podnieść na niego rękę; ani nie mruknęli, kiedy stary Peachey wypalił w nich nabój. Te bestje ani nie pisnęły. Otaczali nas coraz ciaśniejszem kołem i czułem, jak ich kożuchy śmierdzą. Tu był ktoś, zwany Dziunek Fish — zarżnęli go. Zarżnęli go jak wieprza. Król rzucił okiem na te kałuże krwi na śniegu i rzekł:
— Nie będziemy potrzebowali chodzić daleko z rachunkiem; tu nam zapłacą. Cóż dalej? Ale Peahey Taliszferro, powiem wam w cztery oczy — stracił zupełnie głowę. A właściwie nie prawda. Król stracił głowę na jednym z tych sznurowych mostów. Bądźcie tak uprzejmi, dajcie mi ten nóż do rozcinania papieru. Szli tędy. Wlekli go tak jaką milę po śniegu, aż do mostu sznurowego nad przepaścią; na dnie przepaści była rzeka. Widzicie — to tak było. Ciągnęli go na most, jak wołu.
— Do choroby ciężkiej — mówi na to król — myślicie, że nie potrafię umrzeć, jak człowiek?
Z temi słowy zwrócił się do Peachey’a — a Peachey beczał, jak dziecko.
— To ja cię do tego doprowadziłem, Peachey — rzekł król. — Z tego szczęśliwego i spokojnego życia wyciągnąłem cię na śmierć w Kafiristanie, gdzie jeszcze tak niedawno byłeś naczelnym wodzem armji cesarskiej! Przebacz mi, Peachey!
— Przebaczam ci — odpowiedziałem. — Z całego serca szczerze przebaczam ci, Dan.
— Dawaj teraz łapę — powiada. — Na mnie już czas.
I poszedł, nie patrząc ani na prawo, ani lewo, a kiedy był na samym środku tańczących po warjacku lin, krzyknął:
— Tnij, hołoto!
Rąbnęli. I stary Dan zleciał z mostu i, wywracając koziołki w powietrzu, leciał tak dwadzieścia mil w przepaść, bo chyba pół godziny minęło, zanim spadł w wodę, która wyrzuciła jego ciało, jak kamień. Widziałem je tam, a tuż obok trupa leżała złota korona.
— A wiecie, co zrobili z Peachey’em? Ukrzyżowali go między dwoma świerkami, mój panie, ukrzyżowali go, jak to widać z blizn na rękach. Drewnianemi gwoździami przybili go do krzyża! A on przecie nie umarł. Wisiał na krzyżu i skomlał, a na drugi dzień zdjęli go i powiedzieli, że to cud, że on jeszcze żyje. Zdjęli go z krzyża — biednego starego Peachey’a, który im przecie nic złego nie zrobił — nic złego nie zrobił.
Zaczął się kiwać w krześle, a naraz rozpłakał się i płakał tak jakich dziesięć minut, obcierając sobie łzy wierzchem dłoni i piszcząc, jak dziecko.
Byli tak okrutni, że odkarmili go w świątyni, mówiąc, że on miał w sobie więcej z Boga, niż stary Dan, który był tylko człowiekiem. A potem wygnali go na śnieg i powiedzieli mu, ze może iść do domu i Peachey szedł tak przeszło rok, żebrząc po drodze bezpiecznie, bo Dravot szedł przed nim i mówił: — Chodź Peachey, jest wielka rzecz do zrobienia! — Góry tańczyły w nocy i chciały Peachey’owi spaść na głowę, a Peachey szedł zgięty we dwoje. Nigdy nie porzucił ręki Dana i nigdy nie porzucił jego głowy. Dali mu ją w prezencie w świątyni, jako przestrogę, aby nie próbował wrócić, a choć korona była z czystego złota, a Peachey cierpiał głód, nie sprzedał jej nikomu.
— Wyście znali Dravota! Znaliście brata Dravota! Popatrzcież na niego.
Zaczął grzebać w szmatach, któremi miał obwiązany brzuch, wyjął srebrem haftowaną sakwę z czarnego włosia i wytrząsnął z niej na moje biurko — wyschłą, wysuszoną głowę Dravota. Płomień lamp dawno zbladł już w świetle dziennem i promienie słoneczne padły na czerwoną brodę i ślepe, zamknięte oczy i zamigotały w ciężkiej obręczy kutego złota wysadzanego nieszlifowanemi turkusami. Carnehan poprawił koronę na jego zapadłych skroniach.
— Widzicie tu — rzekł żałośnie. — Cesarza w stroju, jaki nosił za życia; króla Kafiristanu w jego koronie. Biedny stary Daniel — przecież był raz monarchą!
Zadrżałem, bo mimo zdeformowania, poznałem głowę czerwonobrodego ze stacji Marwar. Carnehan wstał, chcąc odejść. Zatrzymywałem go — nie można go było przecie tak puścić.
Pozwólcie mi zabrać tę flaszkę z wódką i dajcie mi trochę pieniędzy — poprosił. — I ja byłem kiedyś królem. Pójdę do władz, poproszę, może mnie umieszczą w domu ubogich, póki nie wrócę do zdrowia. Nie, dziękuję wam, nie mogę czekać na dorożkę... Mam do załatwienia bardzo pilne sprawy prywatne na południu... w Marwar.
Opuścił redakcję i pokuśtykał w kierunku gmachu gubernatora. W południe tegoż dnia, przejeżdżając przez jeden z placów, rozpalony od słońca do białości, spostrzegłem w białym pyle jakiegoś kalekę; wlókł się z kapeluszem w ręce, śpiewając manierą naszych angielskich śpiewaków ulicznych. Na placu nie było ani żywej duszy i nikt nie mógł go słyszeć. A on śpiewał przez nos, kiwając głową z prawej strony na lewą:
Koronę zdobył syn człowieczy,
Wyruszył zbrojno w świat.
Szkarłatem jego sztandar świeci
Któż za nim pójdzie w ślad?
Nie pragnąc usłyszeć więcej, wyskoczyłem z dorożki, natychmiast zabrałem biedaka i zawiozłem go do najbliższej misji, prosząc o ewentualne przewiezienie go do schroniska. Jeszcze jakie dwie zwrotki prześpiewał po drodze i tak śpiewającego oddałem go w ręce misjonarzy. Nie poznał mnie.
W dwa dni później pytałem o niego zarządcę schroniska.
— Prawdopodobnie cierpiał na porażenie słoneczne. Umarł wczoraj rano. Czy prawda, że on w południe chodził z gołą głową?
— Tak jest — odpowiedziałem. — Ale nie wie pan, czy przypadkiem po śmierci nie znaleziono czego przy nim?
— Nie mam pojęcia — rzekł zarządca.
I na tem się skończyło.




Przypisy

  1. Po ang. „Intermediate“, klasa zastępująca w niektórych pociągach klasę trzecią.
  2. Mowa o Loży Masońskiej.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Rudyard Kipling i tłumacza: Jerzy Bandrowski.