Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wari! — mruknął Eusufzai, ajent radżputańskiego domu handlowego, którego towary wpadły w ręce drugich złodzieji tuż za granicą i którego nieszczęściem bawił się cały bazar. — Hej, kapłanie, skąd przychodzisz i dokąd dążysz?
— Przybywam z krainy Roum! — krzyknął kapłan, potrząsając swą grzechotką. — Z krainy Roum, przypędzony przez morze tchnieniem stu szatanów! O złodzieje, bandyci, kłamcy, błogosławieństwo Pir Chana dla świń, psów i krzywoprzysięzców! Kto przyjmie benjaminka bogów za towarzysza podróży na północ dla sprzedania emirowi amuletów, jakich nigdy jeszcze nie posiadał? Tym, którzy to uczynią, nigdy nie będą się wściekały wielbłądy, nigdy się nie pochorują synowie, a żony pozostaną wierne podczas ich podróży. Kto przyjmie mnie do swej karawany? Błogosławieństwo Pir Chana towarzyszyć będzie jego trudom!
I uniósłszy pół swego kaftana, kapłan zaczął tańczyć między rzędami koni, uwiązanych do palów.
— „Huzrut“, za dwadzieścia dni wyrusza karawana z Peshawaru do Kabulu! — krzyknął Eusufzai. — Moje wielbłądy pójdą razem z nią. Przyłącz się do nas — przyniesiesz nam szczęście.
— Ja chcę jechać zaraz! — wrzasnął kapłan. Pojadę na swych skrzydlatych wielbłądach i stanę