Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przez łeb, równocześnie żołnierze armji regularnej zaczęli strzelać do ludzi z Baszkai.
— Rany boskie! — krzyknął Dan. — Co to wszystko znaczy?
— Nazad! nazad! — wołał Dziunek Fish. — To śmierć i bunt! Zmykajmy do Baszkai, póki czas!
Próbowałem przyprowadzić do porządku swych ludzi z regularnej armji, zakomenderowałem coś tam, ale — ani mowy! Wobec tego łupnąłem w kupę z mego angielskiego Martini i jako tako ich pohamowałem! Dolina pełna była wrzeszczących, wyjących drabów, a każdy się darł:
— Ani bóg, ani szatan, ale tylko człowiek!
Oddział górali z Baszkai wraz z Dziunkiem Fishem robił co mógł, ale ich lontowe flinty były do niczego w porównaniu z kabulskiemi odtylcówkami, i czterech z nich już odwaliło kitę. Dan ryczał, jak byk, bo też był wściekły. Dziunek Fish ledwo go z trudem powstrzymał, żeby się nie rzucił na tłum.
Nie utrzymamy się — zawołał Dziunek Fish. Musimy zmykać na dolinę! Wszyscy są przeciw nam!
Flintowi strzelcy wzięli nogi za pas i zlecieliśmy w dolinę wbrew woli Dravota. On klął w straszny sposób i wykrzykiwał, że jest