Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przecie królem. Kapłani staczali za nami głazy z góry, armja grzmiała za nami aż miło, tak że w końcu na dolinę dostało się sześciu strzelców, prócz Dravota, Dziunka Fisha i mnie, którzyśmy zostali żywi.
Wtedy oni przestali strzelać i znowu zagrzmiały rogi w świątyni.
— Naprzód, na miłość boską, naprzód! — rzekł Dziunek Fish. — Prześlą gońców do wszystkich wsi, zanim dostaniemy się do Baszkai. Tam mogę was obronić, ale tu jestem bezsilny.
Zdaje się, że od tej chwili Dan zaczął trochę warjować. Najeżył się, jak raniony dzik. A potem wyrwał się nazad, chcąc pomordować kapłanów gołemi rękami. Istotnie był do tego zdolny.
— Cesarzem jestem! — wykrzykiwał. — Na przyszły rok będę wasalem królowej.
— Masz słuszność, Dan! — uspokajałem go. — Ale teraz zmykajmy, już ostatni czas!
— To ty jesteś temu wszystkiemu winieni — rzucił się na mnie! — Ty, boś nie umiał utrzymać lepiej armji w garści. Bunt był w zarodku, a ty o tem nie wiedziałeś, ty przeklęty mechaniku, ty fagasie, ty psie misjonarski!
Siedział tak na kamieniu i wyzywał mnie ostatniemi słowy. Zanadto byłem tem wszystkiem wstrząśnięty, żebym się mógł gniewać,