Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie potrzeba było nikogo wołać. Wszyscy stali tu oparci na karabinach i dzidach dookoła polanki w świerkowym lasku na górze. Cała kupa kapłanów poszła na dół do małej świątyńki po dziewczynę, a rogi dęły jak na Sądny Dzień. Dziunek Fish pokręcił się i stanął tak blisko Daniela, jak tylko mógł, a zaraz zanim było jego dwudziestu ludzi z lontowemi karabinami. Draby ogromne — każdy najmniej sześć stóp wysoki. Stałem tuż przy Dravocie, a za mną dwudziestu żołnierzy regularnej armji. Nareszcie pokazała się oblubienica. Dziewka jak piec, pokryta srebrem i turkusami, ale blada jak trup i co chwila spoglądająca na kapłanów.
— Ujdzie! — rzekł Dan, patrząc na nią. — Czegóż ty się boisz, dziewczyno? Chodź, pocałuj mnie!
Objął ją — a ona spuściła wzrok, pisnęła i pochyliła głowę ku jego czerwonej brodzie.
— Ta klempa mię ugryzła! — krzyknął i złapał się za szyję. — Istotnie rękę miał czerwoną od krwi. Dziunek Fish i dwóch lontowych strzelców zasłonili Dana sobą i wciągnęli go między ludzi z Baszkai, gdy tymczasem popy zaczęły ryczeć w tym swoim żargonie:
— On nie jest, ani bogiem, ani szatanem, ale tylko człowiekiem.
Mnie odepchnięto i jakiś kapłan ciął mnie