Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kiem, którym okręcał gałązkę według własnej jakiejś „szyfry“. Jak chciał, to po kilku godzinach, a nawet i dniach mógł odczytać namotane w ten sposób zdanie. Zredukował alfabet do 11 prymitywnych dźwięków. Chciał mnie swej sztuki nauczyć, ale ja nie mogłem zrozumieć, na czem ona polegała.
— Posłałem list do Dravota — opowiadał dalej Carnehan — i zażądałem, żeby wracał czemprędzej, ponieważ to królestwo stawało się dla mnie za wielkie. Sam wróciłem do pierwszej doliny, zobaczyć, jak się tam popi sprawują. Ta wieś, którą ja zawojowałem razem z tym wodzem, to oni nazywali Baszkaj, tę pierwszą, do którejsmy przyszli — Er-Heb. Więc kapłani w Er-Hebie sprawowali się zupełnie, jak należy, ale mieli dużo zaległych spraw gruntowych, które ja miałem rozstrzygnąć, a prócz tego ludzie z sąsiedniej wsi strzelali do nich w nocy z łuków.
Obejrzałem ja sobie tę wieś i ostrzelałem ją z karabinu z odległości tysiąca kroków. Na to wyszła mi cała amunicja, dlatego musiałem czekać na Dravota. Nie było go dwa do trzech miesięcy. Przez cały ten czas, ja trzymałem w garści swój naród.
Pewnego poranka rozległ się piekielny hałas bębnów i rogów. Dravot wracał. Schodził z gór w dolinę ze swą armją i z nowym od-