Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wlekli go tak jaką milę po śniegu, aż do mostu sznurowego nad przepaścią; na dnie przepaści była rzeka. Widzicie — to tak było. Ciągnęli go na most, jak wołu.
— Do choroby ciężkiej — mówi na to król — myślicie, że nie potrafię umrzeć, jak człowiek?
Z temi słowy zwrócił się do Peachey’a — a Peachey beczał, jak dziecko.
— To ja cię do tego doprowadziłem, Peachey — rzekł król. — Z tego szczęśliwego i spokojnego życia wyciągnąłem cię na śmierć w Kafiristanie, gdzie jeszcze tak niedawno byłeś naczelnym wodzem armji cesarskiej! Przebacz mi, Peachey!
— Przebaczam ci — odpowiedziałem. — Z całego serca szczerze przebaczam ci, Dan.
— Dawaj teraz łapę — powiada. — Na mnie już czas.
I poszedł, nie patrząc ani na prawo, ani lewo, a kiedy był na samym środku tańczących po warjacku lin, krzyknął:
— Tnij, hołoto!
Rąbnęli. I stary Dan zleciał z mostu i, wywracając koziołki w powietrzu, leciał tak dwadzieścia mil w przepaść, bo chyba pół godziny minęło, zanim spadł w wodę, która wyrzuciła jego ciało, jak kamień. Widziałem je tam, a tuż obok trupa leżała złota korona.