Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Napijcie się wódki i odpocznijcie sobie — prosiłem go. — Opowiedzcie mi wszystko, co pamiętacie, od początku do końca. Przeszycie przez granicę z wielbłądami. Dravot jako obłąkany kapłan, a wy jako jego służący. Przypominacie sobie to? Pamiętacie?
— Ja nie jestem warjatem — jak dotąd, ale zdaje się prędko zwarjuję. Tymczasem jeszcze pamiętam. Patrzcie mi w oczy, bo może być słowa mi się rozlecą. Patrzcie mi w oczy i nie przerywajcie mi pytaniami.
Pochyliłem się naprzód i patrzyłem mu w oczy tak mocno, jak tylko mogłem. Opuścił jedną rękę na stół i ja wziąłem go za przegub. Ręka była wykręcona, jak szpony ptaka, a na przegubie widać było poszarpaną, czerwoną bliznę, kształtu gwiazdy.
— Nie patrzcie na to, patrzcie na mnie! — mówił Carnehan. — To przyjdzie potem, ale na miłość boską nie przeszkadzajcie mi. Ruszyliśmy z tą karawaną, robiąc po drodze różne kawały dla zabawienia naszych towarzyszów podróży. Dravot błaznował z całych sił wieczorami, kiedy oni gotowali obiad... gotowali obiad... i co to oni robili? Oni zapalali takie małe ognie i puszczali skry na brodę Dravota i — wszyscyśmy zdychali ze śmiechu. Takie małe czerwone ognie... leciały na wielką czerwoną brodę Dravota — tak śmiesznie!