Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Odwrócił odemnie wzrok i uśmiechał się nieprzytomnie.
Z tą karawaną doszliście aż do Dżagdallaku — poddawałem mu — potem jakeście to puszczali te ognie. Do Dżagdallaku, a stamtąd już skręciliście i próbowaliście przedostać się do Kafiristanu.
— Nie, wcale nie, co wy wygadujecie! Myśmy skręcili jeszcze przed Dżagdallakiem, bo nam powiedziano, że droga tam jest dobra. Pokazało się jednak, że to nie jest droga dla wielbłądów — a myśmy mieli dwa wielbłądy, Dravot i ja. Kiedyśmy się odłączyli od karawany, Dravot zdjął swoje ubranie i mnie także kazał się rozebrać. Powiedział, że musimy się zmienić w pogan, bo Kafiri nie uznają Mahometan i nie chcą z nimi gadać. Zarazęśmy się już zupełnie przebrali i takiej maskary, jak Daniel Dravot, nigdy nie widziałem i nie sądziłem, że będę kiedy widział. Do połowy opalił swoją brodę, na plecy wziął owczą skórę, a głowę ogolił sobie w deseń. Mnie też ogolił i zrobił ze mnie jakąś małpę, żebym niby wyglądał, jak poganin. Góry tam były straszne i wielbłądy nasze nie mogły już iść dalej — że to niby same skały. A były one wielkie i czarne, kiedyśmy przyszli do domu, tom widział, że się biją, jak dzikie kozy — tam jest masa kóz w Kafiristanie. A te