Strona:Rudyard Kipling - O człowieku, który chciał być królem.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ski grzbiet śniegiem pokryty, a gdyśmy tam stanęli — masz! Na samym środku grzbietu ujrzeliśmy armję na pozycji!
— Gońcy pośpieszyli się — rzekł Dziunek Fish z bladym uśmiechem. — Czekają na nas.
Trzech czy czterech ludzi zaczęło do nas strzelać i któryś trafił Dana w łydkę. To przywróciło mu przytomność. Spojrzał w stronę pozycji nieprzyjacielskich i ujrzał karabiny, któreśmy sami do kraju przywieźli.
— Przegraliśmy! — odezwał się, — Doprawdy, to czystej krwi Anglicy ci ludzie i to ja idjota przyprowadziłem cię tutaj! Dziunek Fish, odejdź i weź ze sobą swych ludzi. Zrobiliście, coście mogli, ale teraz już dosyć tego. Carnehan! — zwrócił się do mnie. — Podaj mi rękę i odejdź z Dziunkiem. Może być, że ci nic nie zrobią. Ja pójdę sam naprzeciw nich. Ja sam tu jestem winien. Ja — król!
— Idź! — krzyknąłem. — Idź do djabła, Dan! Ja tu jestem z tobą. Dziunek Fish, zabieraj się, my dwaj się z nimi rozprawimy.
— Jestem wodzem! — odpowiedział Dziunek Fish zupełnie spokojnie. — Zostaję z wami. Moi ludzie mogą odejść.
Baszkai nie kazali sobie tego dwa razy powtarzać i uciekli, a Dan, ja i Dziunek Fish poszliśmy tam, gdzie bębny warczały i rogi wołu